Category Archives

914 Articles

dziennik pesymistyczny

Drugi policzek

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Bardzo trudno znaleźć granicę między sztuką a bluźnierstwem. Cztery lata temu wielkie oburzenie w świecie islamu wywołały karykatury Mahometa, autorstwa duńskiego rysownika Kurta Westergaarda. U nas w Polsce nikt nie atakuje jeszcze z nożem i siekierą w dłoni domów tych, którzy dopuścili się obrazy uczyć religijnych. Ten, kto w przypływie dziwnie pojętych działań artystycznych drze na strzępy biblię może u nas liczyć, co najwyżej, na rozgłos związany z oskarżeniem i rozprawę przed sądem, która pewnie nie skończy się skazującym go wyrokiem. Jest to jednak wielka różnica. I zapewne to właśnie zachęca niektórych artystów czy jak kto woli pseudoartystów to zamanifestowania tego, że nie podzielają poglądów katolików. I robią to czasami w sposób, powiedzmy to sobie jasno – żenujący.

 

Ale czy od razu Polak katolik musi biec do sądu? Wolałbym żeby takie czyny raczej zasługiwały na pogardę i litościwe popukanie się w czoło, sugerując stan umysłowy artysty, niż żeby politycy w gniewie i oburzeniu składali doniesienia o popełnieniu przestępstwa obrazy uczuć religijnych w prokuraturze. Bo mam wrażenie, że jeśli dziś nie mamy do tego dystansu, to potem rozwinie się to nam w inkwizycję i zapachnie wszędzie dymem ze stosów. U nas wszystko, co dotyczy religii jest czarno – białe. Jest jedna strona kościoła „wow”, z nominalni milionami wyznawców, pielgrzymkami, telewizją katolicką, niedzielna mszą i pierwszą komunią oraz to wszystko, co jest po drugiej stronie, czyli Ci, co przez głupotę lub z rozmysłem zapragnęli pokazać, że nie bardzo im po drodze z rzymskimi katolikami. Oczywiście jest jeszcze środek. Czyli tacy, co nie wpadają w ekstrema. Ja raczej nie jestem wiernym wyznawcą, ale też z szacunkiem podchodzę do tych, którzy wierzą. Czyli jestem szary.

 

– Mówimy nie, obrazie naszych chrześcijańskich wartości i symboli. Powołując się na wolność słowa i swobodę wypowiedzi pseudoartyści nie mogą bezkarnie obrażać naszej wiary katolickiej – powiedziała pewna pani poseł przy okazji składania zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa obrazy uczuć religijnych przez pewnego artystę. Jak to się ma do słów Jezusa: „Wciąż miłujcie swych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą”. Moim zdaniem lepiej jest jednak przekonywać, że ktoś robi źle, niż zamykać go w więzieniu.  Polemizować z nim, rozmawiać niż całą tę sprawę sprowadzać do sądowego wyroku i do wymierzenia kary. Tam gdzie chodzi o religię czy wiarę chciałbym bardziej rozwiązań o charakterze religijnym niż prawnym. Bo przecież powiedziane jest w piśmie „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”.

 

Wolałbym też postrzegać rzymski katolicyzm, jako religię miłości, bo przecież na taką się kreuje. Jak ktoś grzeszy to raczej niech mu będą odpuszczone te grzechy. Po co w to mieszać świeckie sądy? „Odpuszczają się tobie grzechy twoje”, – jak rzekł Jezus do niewiasty przyłapanej na cudzołóstwie i do niego przyprowadzonej: „Ja cię nie potępiam – idź w pokoju i nie grzesz więcej”.

 

W pewnym piśmie katolickim przeczytałem takie zdanie: „Pan Darski ma szczęście, że nie mieszka w państwie muzułmańskim. Gdyby znieważył Koran, miałby już podcięte gardło lub musiałby uciekać przed fatwą”. Sądzę, że nie można tego rozpatrywać w kategorii szczęścia. Jeśli mamy się odróżniać od tamtych zachowań, od tamtej kultury, to raczej nie powinniśmy tłumaczyć, że takie zachowanie jak niszczenie biblii może kogoś obrazić. A już na pewno nie możemy podrzynać gardeł, jeśli ktoś w naszym przekonaniu grzeszy. Wiem, może to naiwne. Ale nadal chciałbym postrzegać religię rzymskich katolików, jako wyznanie przebaczenia i miłości a nie religię kary za grzech przed świeckimi sądami.

 

Chrystus żywił dla swych wrogów tylko współczucie nie wrogość. Dlatego chyba warto nawracać, pouczać, przekonywać niż po prostu karać.  Przecież powiedziane jest w piśmie: „tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia. (…) Tak samo, powiadam wam, radość powstaje u aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca.” Tak chyba będzie dla wszystkich lepiej, dla wierzących i niewierzących.

 

dziennik pesymistyczny

Urzędnicze nagrody pocieszenia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Z czym wam się kojarzy nagroda? Zapewne z czymś przyjemnym. Większość z nas musi wykonać coś nieprzeciętnego żeby otrzymać nagrodę. Jeśli ktoś jest sportowcem to za swoje osiągnięcia otrzymuje medale. Jeśli wysoko lub daleko skoczy na nartach lub bez, przybiegnie pierwszy na metę, przepłynie dystans na zawodach pływackich najszybciej ze wszystkich – wtedy czeka go nagroda. Jeśli w szkole byłem najlepszy z klasy z pewnego przedmiotu, to mogłem się na koniec roku spodziewać za to nagrody – najczęściej książkowej. Bo byłem najlepszy. Jak ktoś bierze udział w konkursie na przykład telewizyjnym to wygrywając odbiera nagrodę. Jest jednak jedna instytucja, no może nie jedyna na świecie, ale tą jedną znam, która rozdaje nagrody za samą pracę. Zatrudniając się w urzędzie miejskim na mojej prowincji możesz spokojnie liczyć na nagrodę za uczestnictwo, czyli za sam fakt wykonywania swoich obowiązków służbowych.

 

Definicja słownikowa słowa nagroda to: dyplom, odznaczenie, pieniądze lub wartościowy przedmiot będące formą uznania lub wyróżnienia za osiągnięcia, zwycięstwo w konkursie, w zawodach i tym podobne. Czyli jak pisałem na wstępie wynika z tego, że jeśli ktoś zrobi coś wybitnego, ponadprzeciętnego, wykaże się ponadstandardową pracą, to za swoje osiągnięcia otrzymuje nagrodę finansową będącą formą uznania. Przez cały ostatni rok nie słyszałem, aby któryś z urzędników magistratu dokonał czegoś godnego specjalnej nagrody. A zapewne wydział prasowy urzędu miejskiego już dawno by się czymś takim pochwalił, bo to przecież takie rzadko widziane zjawisko w naszej prowincjonalnej rzeczywistości. Na pewno nie utrzymywałby takiego zjawiska w tajemnicy. Skromność to na pewno ostatnia rzecz, o którą podejrzewałbym urzędników na mojej prowincji.

 

W lokalnej prasie przeczytałem dziś, że urzędnicy magistratu w moim mieście dostaną nagrody.    Nie żeby pojedyncze osoby dostały wyróżnienia! Na urzędników miejskich spadł prawdziwy deszcz nagród.  Po osiem tysięcy złotych wypłacono pracownikom wydziału projektów strukturalnych, którzy przygotowują wnioski unijne. Ja tam nie pamiętam żebyśmy, jako miasto, zostali ostatnimi czasy zasypani unijnymi dotacjami, ale może jednak jakiś podpowierzchniowy ciągły strumyczek tych pieniędzy z Brukseli do nas płynie. Może? Czyli oni tak w trudzie i znoju pracują, ale się tym specjalnie nie chwalą. I za to właśnie dostali nagrodę.  Po osiem tysięcy za skromność? Całkiem nieźle. Pracownicy kancelarii prezydenta dostali średnio po cztery tysiące złotych. Niestety lokalna prasa nie donosi, jakie to specjalne osiągnięcia zdecydowały o tych nagrodach. A szkoda, chętnie dowiedziałbym się, za co ktoś dostaje cztery tysiące złotych nagrody. Może coś nam się w końcu udało a tu żadnej informacji.

 

Nie tylko te wydziały były w ostatnim roku szczególniej wybitne.  U nas na prowincji cały urząd jak się okazuje wykazał się w ostatnim roku czymś szczególnie wybitnym. Niestety nie dowiedzieliśmy się, czym, a szkoda. Całkiem niepotrzebnie pan prezydent mojego miasta utrzymuje taką tajność i poufność, co do ponadprzeciętnych osiągnięć swoich urzędników. Ja, jako obywatel chętnie dowiedziałbym się, co każdy z tych tysięcy urzędników dokonał niezwykłego wykraczającego poza jego normalne obowiązki służbowe. Jeśli, jak wynika z informacji prasowej, wszyscy zatrudnieni w urzędzie dostali w nagrodę za swój trud od półtora tysiąca do trzech tysięcy złotych, to pewnie za coś konkretnego.

 

Jest jeszcze jedno wytłumaczenie tej nadnaturalnej aktywności miejskich urzędników godnych takich nagród. Słownik daje jeszcze dwie definicje słowa nagroda.  Pierwsza to taka, że nagroda to wynagrodzenie za poniesione straty lub cierpienia. Jeśli tak jest, to praca w magistracie jest prawdziwą gehenną wartą specjalnej nagrody za cierpienia. A może to – zgodnie z kolejną definicją – nagroda pocieszenia, niewielka gratyfikacja przyznawana po zakończeniu konkursu lub zawodów tym, którym nie udało się zdobyć głównej nagrody. No, jeśli jest tak jak w tej ostatniej definicji, to częściowo mogę zrozumieć przyznawanie takiej ilości nagród dla urzędników. Tym bardziej, że kierownictwo urzędu miejskiego tłumaczy, że tego rodzaju nagrody to rekompensata za brak regularnych podwyżek. Nawet nie wiedziałem, że tam tak źle zarabiają i tak ciężko pracują, że na koniec roku trzeba urzędnikom wypłacać nagrody pocieszenia. W życiu nie chciałbym pracować w urzędzie!

 

dziennik pesymistyczny

Administracja nakręcana kluczykiem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 33

Już kilkukrotnie pisałem w tym miejscu o tym, że wszystko na to wskazuje, że my jesteśmy dla państwa a nie ono dla nas. Ale z moich obserwacji wynika, że to, co dotyczy instytucji centralnych dotyczy też urzędów i firm użyteczności publicznej nie z wyżyn władzy, ale takich bliższych nam nawet w sensie geograficznym. Podejrzewam, że wiele osób żyje w przekonaniu, że spółdzielnie mieszkaniowe, które administraturą naszymi kamienicami robią to dla nas. Bo przecież jak już za krwawicę życia kupiliśmy mieszkanie, to najczęściej z dobrodziejstwem inwentarza dostajemy zarządcę, któremu płacimy czynsz za to żeby się nami opiekował. Wywoził śmieci, zmieniał żarówki na klatce schodowej, zamiatał, mył okna, czyli ogólnie administrował i zarządzał.  I wszystko jest dobrze, jeśli wykonuje minimum. Jednak czasami przychodzi zima. I jak to o tej porze roku bywa, z nieba pada śnieg. A jak pada to białą kołderką pokrywają się chodniki i parkingi osiedlowe.

 

Tu zaczynają się schody. Choć jeśli idzie o schody tak w sensie dosłownym, to wszystko jest w porządku przed moją kamienicą. Pan Zenek, który z nadania spółdzielni dzielnie walczy ze śniegiem łopatą i miotłą usuwa ze schodów i chodników śnieg oraz regularnie posypuje je piaskiem. Walczy z wielkim zapałem i poświęceniem z zimową aurą. Ale choć mi czasem pan Zenek, dozorca nasz ukochany wygląda na herosa, to nie dałby rady z wielkim parkingiem, na który spadło od początku zimy z kilka ton śniegu. Spodziewałem się, że jak kiedyś w dawnych latach, gdy zima też zaatakowała z taką siłą jak dziś, pojawi się przed moją kamienicą sprzęt odśnieżający i zawalczy z białym szaleństwem. Ale nic z tego. Od soboty, codziennie rano, wykuwałem z bryły lodu samochód z gracją godną rzeźbiarza, i następnie łopatą zakupioną za własne pieniądze w pobliskim supermarkecie, wykopywałem sobie tunel w zwałach śnieg. Po wielu minutach walki ze śniegiem i lodem udawało mi się w końcu opuścić parking.

 

I tak mnie magle tknęło podczas tych zapasów z zimową aurą. Przecież administracja mojej kamienicy ma w obowiązku oczyszczanie parkingu! Może by tak zainteresować się, dlaczego to ja muszę tak codziennie rano trenować jazdę ekstremalną oraz ćwiczyć kondycję z łopatą w dłoni, kiedy to w obowiązkach mojej spółdzielni, leży odśnieżania parkingu przed moim domem. Ale że ja nie jestem zdatny do rozmów z urzędnikami, nawet na tak niskim szczeblu jak administracja, bo mnie zaraz cholera bierze, nasłałem na nich moją dziewczynę.  Kobietę z natury łagodn, ale konsekwentnie dążącą do celu. Zadzwoniła ona do administracji i jej rozmowę telefoniczną spróbuje w skrócie przytoczyć. – Czy można prosić o odśnieżenie parkingu, bo od soboty regularnie zakopują się na nim samochody mieszkańców i klientów firm i sklepów wynajmujących pomieszczenia w naszej kamienicy – zagaiła rozmowę moja dziewczyna. – Dobrze, ale trzeba by wynająć firmę zewnętrzną – stwierdziła pani z administracji. Po czy nastała cisza w słuchawce. – To czy ja mam tą firmę wynająć? – Zapytała moja konkubina (kocham to określenie) myśląc, że ta cisza w słuchawce to jakaś sugestia.  – Oczywiście, że nie – padła odpowiedz – My ją wynajmiemy. Ale to kosztuje – kontynuowała pani z administracji. Po czym znów zapadła cisza. – To może ja mam zapłacić – spytała moja dziewczyna. – Nie, my – odparła przedstawicielka spółdzielni. – No to, kiedy można się spodziewać reakcji? – padło pytanie. – No, musiałabym wpisać panią na listę – padła odpowiedź od przedstawicielki zarządcy kamienicy. – To niech pani wpisze – zaproponowała moja dziewczyna. – Dobrze wpiszę, ale lista jest długa – padła odpowiedź. I tak mniej więcej rozmowa toczyła się w takim tonie i takim stylu z dziesięć minut. Strony, czyli moja dziewczyna i miła pani ze spółdzielni ustaliły w końcu, że zostanie parking odśnieżony jak tylko zatrudni spółdzielnia firmę i jak przyjdzie nasza kolej na liście. 

 

Jakie było nasze zdziwienie, gdy po powrocie do domu na drzwiach klatki schodowej zobaczyliśmy ogłoszenia, w którym nasza kochana administracja uprzejmie informowała o tym, że jutro rano rozpocznie się maszynowe odśnieżanie parkingów i uprasza się uprzejmie lokatorów o usunięcie z placu boju swoich pojazdów. Czyli można! I to jak szybko! Należy też wspomnieć, że już od dzisiejszego poranka rozpoczęło się wielkie odśnieżanie zgodnie z zapowiedzą z ogłoszenia.  No i wszystko jest dobrze i czego tu się czepiać? Ano tego, że denerwuje mnie to wieczne popychanie palcem do działania naszych instytucji. Nikt nie mógł się domyślić samodzielnie, że jak jest zima to i padający śnieg. A jak napada to zalega na parkingach. Instytucje użyteczności publicznej bardzo często u nas trzeba jakby włączyć do działania. Nie ma co liczyć na ich samodzielność czy domyślność. Jak u nas nie wykonasz telefonu, nie postraszysz panem redaktorem z telewizji to nic nikt nie zrobi tak sam z siebie. A przecież powinien. U nas instytucje często przypominają zabawkowego zajączka na kluczyk. Jak nie nakręcisz sprężyny to z miejsca nie ruszy. Na koniec z tego miejsca chciałbym podziękować mojej administracji za zrobienie rzeczy, która zimą jest oczywista, czyli za odśnieżenie parkingu. Tylko, dlaczego ja miałem ich to tego wysiłku nakręcić jak zabawkę kluczykiem. 

 

dziennik pesymistyczny

Nieważne kim jesteś ważne, kogo znasz

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nie, tu się nie ma, pod kogo podwiesić – mawiał gospodarz domu Stanisław Anioł z bloku przy Alternatywy 4. I miał rację. Czym dłużej obserwuję tak zwaną politykę zatrudnienia, czy może bardziej stosunki międzyludzkie ogólnie, to mam nieodparte wrażenie, że najważniejsze jest to, pod kogo jesteśmy podwieszeni. Nie bardzo liczy się wykształcenie. Nie ma znaczenia doświadczenie. Najważniejsze jest to, kto stoi za twoimi plecami i delikatnie acz skutecznie popycha Cię we właściwym kierunku. A kierunek jest jeden – zawsze i wszędzie. Ja i moi koledzy do przodu za wszelka cenę. Bo jak mawiał inny klasyk:, kto nie z nami to przeciw nam. I tak rośnie nam od wieków Polska kolegów i przyjaciół. Społeczeństwo wzajemnych adoracji, zależności i przysług. Ja dla ciebie coś załatwię, a ty załatwisz coś dla mnie, i dzięki temu załatwimy wspólnie tych frajerów, którzy nas nie znają.

 

Od dzieciństwa wmawiano mi ze muszę do czegoś należeć. Gdy chciałem się samotnie bawić, bo tak mi było z tym najlepiej, to już pani przedszkolanka biegła do mnie z dobrą rada: pobaw się Pawełku z dziećmi, nie siedź tak samotnie, bo Cię nikt nie będzie lubił. A ja właśnie tak sam wolałem, bo nie bardzo miałem ochotę na te dziecinne kontakty towarzyskie. I tak mam do dziś: jak mam ochotę to się zaprzyjaźniam, a jak nie mam to, po co mnie zmuszać. W szkole dalej wszyscy chcieli mi udowodnić, że najlepiej dla mnie byłoby gdybym należał – do harcerstwa, do ligi ochrony przyrody i takich tam organizacji. I najważniejsze żebym miał cały czas zapewnione towarzystwo.  I szkoła najlepiej o to dbała. Nie tylko szkoła ta instytucjonalna, ale też ta szkoła, jako zbiorowisko młodych ludzi. Musisz zagrać w piłkę, musisz w kosza z nami, bo jak nie to nie będziesz przystawać. A właściwie to będziesz odstawać. Już wtedy podstawową komórką społeczną stała się grupa. Musiałem należeć, bo jak nie należałeś to Cię nie było. Całe szczęście, że znalazłem przyjaciół tak innych, że zapewniali mi alibi swoją odmiennością.  Nawet ubierałem się tak, żeby wysyłać komunikat, że chcę na razie pozostać sam ze sobą. Skutkowało, ale już wtedy poczyniłem obserwacje, że łatwiej dostaje ocenę pozytywną udzielający się imbecyl niż zdolna, ale samotna z wyboru osoba. Ja musiałem więcej pracować, bo nie należałem. A przecież trzeba należeć.

 

W dorosłym życiu to już na sto procent musimy należeć. Przyjaciele w pracy wychodzą na papierosa. Ty nie palisz, więc nie należysz. Nie masz szans się dowiedzieć, co oni tam ustalają przy papierosku, no chyba, że zaczniesz palić i automatycznie zaczniesz należeć do zaklętego kręgu palaczy. Najważniejsze, kto cię popiera. Pod kogo jesteś podwieszony. Bo jak nie jesteś popierany to nie ma szans na lepszą pracę. Nie masz szans na awans. Ale masz za to ogromne szanse na zwolnienie, gdy nie należysz do znajomych ulubieńca dyrektora. Kilka miesięcy temu zadzwoniłem ze skargą do komendanta policji w moim prowincjonalnym mieście. Pani sekretarka na początku spytała, w jakiej sprawie. Wyjaśniłem, że w takiej a takiej. A że nawiązywałem w rozmowie do artykułu z lokalnej prasy, pani z sekretariatu mylnie wzięła mnie za dziennikarza. I już mnie miała połączyć z komendantem, gdy nagle ją olśniło i zapytała, z jakiej jestem redakcji. Gdy odpowiedziałem, że z żadnej, że tak, jako niezrzeszony chciałbym porozmawiać z przedstawicielem władzy, to pani od razu zmieniając ton powiedziała: a to, jeśli pan prywatnie, i nikogo nie reprezentuje to komendanta nie ma i nie będzie w najbliższych dniach. Z powyższego wydać wyraźnie, że w pojedynkę nie jest łatwo. Najlepiej być pod kogoś podwieszonym.

 

Najważniejsze jak widać mieć kogoś za plecami. Gdzieś należeć. Wiedzieć, kto Cię popiera i kogo ty popierasz. Bo bycie samotną wyspą nie jest mile widziane w naszym wzajemnie popierającym się społeczeństwie. Nieważne, co umiesz ważne, kogo znasz. I już sam nie wiem czy to dobrze czy źle. Źle wtedy, gdy widzę, że pani Zosia zaczyna pracę w urzędzie miejskim, bo znała się z panem Markiem.  I to głównie, dlatego dostała tę pracę. Dobrze, jeśli mogę liczyć na przyjaciół w trudnych dla mnie chwilach. Jedno jest pewne. Od dzieciństwa wywierana jest na mnie presja żebym gdzieś należał. Do harcerstwa, związku młodzieży, partii, do kościoła, do koła łowieckiego przynajmniej. Jakby bycie niezrzeszonym było ułomnością.

 

dziennik pesymistyczny

Maksymalne świętowanie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Moja praca polega na ciągłym kontakcie z innymi firmami. To znaczy, ciągle rozmawiam lub spotykam się z potencjalnymi klientami mojej filmy. Wydzwaniam do rożnych osób i nieustannie mam do nich wiele spraw wymagających bycia w stałym kontakcie. I tak jest prawie zawsze, ale nie wtedy, gdy zbliża się w Polsce jakieś święto. Wtedy wszystko zamiera. Kompletny bezruch dopada pracowników i urzędników nie w dniu święta, ale już kilka dni wcześniej. Czyli jeśli w środę mamy święto to już od poniedziałku nic nie można załatwić w żadnym urzędzie ani w żadnej firmie, bo prawie zawsze na wszelkie moje pytania odpowiedź jest jedna: po świętach, Panie, po świętach, teraz to nikogo nie ma.  Jak już jest po święcie przypadającym na środek tygodnia to i tak nie można nadal nic załatwić, bo jest tuż po świętach i dopiero, co się ludzie wzięli do roboty a ja już dzwonię i coś chcę. Oczywiście zakładając, że kogoś zastanę w pracy, bo większość „pracujących”, gdy święto wypada w środę, to oczywiście bierze sobie wolne do końca tygodnia. 

 

Mam ambiwalentne uczucia, jeśli chodzi o to narzekanie na to zamiłowanie moich rodaków do świętowania. Z jednej strony to chętnie, jak tylko mam taką możliwość, uciekam od kieratu pracy i wykorzystuję wszelkie możliwości, aby mieć jak najwięcej dni wolnych. Ale coraz częściej jednak nie mam takich możliwości i jestem w pracy do końca, czyli do dnia, kiedy w kalendarzu jest już czerwona kartka. Wtedy to zamiłowanie do markowania pracy przez dni przed świętem i po nim, denerwuje mnie niezmiernie. Ja tu w pracy. Wstałem w mroczny zimowy poranek, powlokłem się, więc chciałbym żeby połączyły się w moim nieszczęściu też i inne osoby. A tu gdzie bym nie zadzwonił i gdzie bym nie poszedł to nikogo nie ma albo niczego nie da się załatwić, bo święto się przecież zbliża.

 

Jerzy Kropiwnicki prezydent miasta Łodzi już w dwa tysiące ósmym roku rozpoczął batalię o przywrócenie dnia wolnego od pracy w święto Trzech Króli. Na czele pospolitego ruszenia obywatelskiego ruszył ze zbiórką podpisów pod projektem ustawy. Udało się zebrać prawie pięćset tysięcy podpisów przy wymaganych przy takiej inicjatywie ustawodawczej stu tysiącach. Czyli jest pęd w ludziach do świętowania. Jednak nie udało się. W Sejmie projekt został odrzucony po pierwszym czytaniu. Prezydent Kropiwnicki nie poddał się w swojej zbożnej walce o wolne dni dla rodaków. Po ponownej rejestracji komitetu obywatelskiego tym razem zebrał milion podpisów. Ale znów zawiedli posłowie, którzy odrzucili projekt ustawy. W listopadzie dwa tysiące dziewiątego roku w końcu się udało. Posłowie zdecydowali wtedy i teraz to potwierdzili w kolejnym głosowaniu, że szósty stycznia będzie dniem wolnym od pracy w przypadające na ten dzień święto trzech króli. Ale niestety w zamian z kodeksu pracy zniknął zapis o dniu wolnym za święto wypadające w sobotę. Więc czy naprawdę warto było się zamieniać? Chyba nie.

 

Ale i tak wiele jeszcze świętowania przed nami w tym roku. Czwartego kwietnia będzie Wielkanoc. Przypada jak zwykle w niedzielę, więc nie bardzo można zacząć świętować już w poprzedni poniedziałek. Ale można dobrać kilka dni wolnego i od wtorku po wolnym lanym poniedziałku zrobić sobie wolne aż do piątku. Skandalicznie też przypada pierwszy maja – w sobotę. Za to Święto Konstytucji Trzeciego Maja w poniedziałek. Zielone Świątki – niedziela. Boże Ciało na szczęście tradycyjnie w czwartek. Ale już Wniebowzięcie Najświętszej Maryi Panny w niedzielę. Pierwszy listopada w poniedziałek, czyli dobrze. Wspaniale, że jedenasty listopada wypadnie w czwartek. Za to Boże Narodzenie fatalnie sobota i niedziela.

 

Długi weekend czeka nas dopiero za pół roku w czerwcu. Boże Ciało przypada w czwartek trzeciego czerwca a więc można wziąć wolne trzydziestego pierwszego maja oraz pierwszego, drugiego, i czwartego czerwca i dzięki temu mamy dziewięciodniową przerwę. A w listopadzie nasze święto narodowe 11 listopada przypada w czwartek. Wtedy wystarczy wziąć wolne dwunastego listopada i łącznie mamy przerwę w pracy między jedenastym a czternastym listopada. Czyli nie jest tak źle. Nadal mam te mieszane uczucia.  Bo jeśli uda się mieć wolne to będzie radość, a jak będę w pracy to czekają mnie nerwy. Mam prośbę do posłów. A może tak zrobić ustawowo wolny tydzień, jeśli święta przypadnie się na środek tygodnia? Taką mam prywatną inicjatywę ustawodawczą.

 

dziennik pesymistyczny

Polska spółka z ograniczoną odpowiedzialnością

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 6

Ostatnio w telewizji widziałem pewnego pana eksperta, który z wielce poważną miną przekonywał widzów i mnie w ich masie, że nie ma to jak prywatny właściciel, bo gdy państwo bierze się za rządzenie w firmie to jest to największe nieszczęście, jakie może spotkać przedsiębiorstwo. Wypowiedź dotyczyła nowych planów prywatyzacyjnych naszego rządu. I tak sobie pomyślałem, jeśli oddanie wszystkiego, co państwowe w prywatne ręce jest takim panaceum na wszystkie kłopoty to może by tak sprywatyzować państwo. Potraktować nasze państwo cierpiące na notoryczny kryzys i posiadające coraz większy deficyt budżetowy, jako takie wielkie przedsiębiorstwo i je sprywatyzować.  Jeśli nie udało się zarządzanie państwowe to, dlaczego nie iść za radą wielce genialnego pana eksperta z telewizji i sprywatyzować nie tylko firmy należące do skarbu państwa, ale tak polecieć po całości i sprywatyzować Polskę w całości. Z rządem, sejmem i ministerstwami. Przecież jak nauczał ekspert nie ma to jak prywatne zarządzanie. Więc niech ktoś prywatnie zarządza firmą Polska spółka z ograniczoną odpowiedzialnością, a my obywatele staniemy się akcjonariuszami z prawem do dywidendy. 

 

Do końca dwa tysiące dziesiątego roku nasz rząd chce uzyskać z prywatyzacji ponad dwadzieścia osiem miliardów złotych.  Czyli jak widać, lepiej sprzedać niż dobrze zarządzać posiadanym społecznym majątkiem. Jak to świadczy o państwie, jako instytucji, że nie potrafi w całym naszym społeczeństwie, ba nawet na całym globie znaleźć choćby jednej osoby, która potrafiłaby tak pokierować państwowym przedsiębiorstwem żeby przynosiło ono dochody. Najłatwiej sprzedać, bo przecież nie ma możliwości żeby państwowa firma była dochodowa i przynosiła nam wszystkim zyski. Nie twierdzę w żadnym wypadku, że państwowa własność jest lepsza. Powinna ona być jednak traktowana na równi z własnością prywatną. Jeśli potraktować sejm, jako swoistą radę nadzorczą, a nas, jako akcjonariuszy to chciałbym żeby mnie, choć raz ktoś zapytał o zdanie czy chcę się pozbyć mojego majątku. Jeśli ktoś zarządza naszym majątkiem z naszego nadania to jest przed nami wszystkimi odpowiedzialny za to, że coś idzie nie tak. Nigdy nie uwierzę, że sama zmiana właściciela może doprowadzić do zmian w zarządzaniu. Jeśli ktoś kieruje firmą źle, bo liczy tylko na zyski swoje a nie firmy, to tak samo będzie miał na uwadze własne zyski, gdy to będzie jego własna firma. Jeśli wszelka własność państwowa jest zła to, dlaczego nikt nie prywatyzuje totalizatora państwowego. Więc jeśli tam są zyski, to jednak można zarządzać poprawnie państwową firmą.

 

Panuje u nas przekonanie, głównie wśród polityków, mówiące o wyższości przedsiębiorstw prywatnych nad państwowymi. No oczywiście jeszcze wyznawcami tej teorii, o wyższości jednego sposobu zarządzania nad drugim, są przedsiębiorcy, ale im się akurat nie dziwię, bo prywatyzacje są w ich interesie. Nie wiem skąd się bierze to bezwzględne przekonanie, że jeśli tylko coś przestanie być państwowe to od razu rozkwitnie. A jeśli nadal pozostanie w zarządzaniu społecznym to jak nic rozpadnie się w puch i pył. Miłośnicy nieskrępowanego wolnego rynku w gospodarce przeflancowaliby w prywatne ręce wszystko, co nadal jest państwowe. Kompletnie nie zwracając uwagi na fakt, że jeśli w prywatnych rękach znajdzie się na przykład firma energetyczna to zgodnie z zasadą, jaka panuje w prywatnych korporacjach nastąpi natychmiastowa maksymalizacja zysków. Co dla nas szaraków oznacza natychmiastową podwyżkę prądu o kilkaset procent, bo nikt nie będzie zważał tu na względy społeczne.

 

Nawet przyznając rację tym wszystkim, którzy upatrują dobro w prywatnym zarządzaniu to tak sobie myślę, że chyba nie wszystko da się sprywatyzować. Choć skarb państwa chce sprzedawać prawie wszystko i nie ma praktycznie branży, w której nie będzie się sprzedawać całych spółek albo przynajmniej mniejszościowych udziałów w firmach, to mam nadzieje, że politycy i urzędnicy nie pójdą na całość w tym prywatyzacyjnym pędzie. A jak sprywatyzują mi całą Polskę? Jak jakaś globalna korporacja zakupi nasze państwo i będzie rządził nami prezes a nie prezydent? Już prawie tak jest, bo niektórzy urzędnicy zachowują się tak jakby faktycznie państwo było ich prywatną własnością, a my szarzy obywatele bylibyśmy tylko tam zatrudnieni. Choć bardziej pasuje tu, że jesteśmy do państwa przypisani jak chłop pańszczyźniany do ziemi. Czasem faktycznie czuję się jak maszyna zakupiona do prywatnej firmy Polska Sp. z o.o., która produkuje nieprzerwanie pieniądze dla właścicieli, czyli państwa, w formie podatków. A ja chciałbym czuć się podmiotem i właścicielem tego, co państwowe, ale teraz totalnie nie mam poczucia tego, że coś jest moje. Bo państwowe i tak prawie jest prywatne, czyli polityczne, urzędnicze, rządowe. I w zasadzie nie jesteśmy dalecy od totalnej prywatyzacji państwa. Politycy żyją w przekonaniu, że są właścicielami, a my tylko dla nich pracujemy zarabiając podatkami na ich życie. 

 

 

 

 

dziennik pesymistyczny

Sejmowe przedszkole

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Dawno nie byłem w przedszkolu. Ale z tego, co pamiętam z dzieciństwa, to jest to istna kraina szczęśliwych zabaw i radości. Życie tam płynie spokojnie i niespiesznie swoim ustalonym rytmem, wypełnionym szczęściem. Dzieciaki gaworzą sobie o swoich małych sprawach, które tylko im wydają się ważne. Mają tam nasze słodkie maluchy swoje zabawki, swoje dziecięce sprawy oraz własne – dla nich najważniejsze – spory o samochodziki i laleczki. Jak to u dzieci. Dorośli nie zawsze mają zrozumienie dla tego ich mikro radosnego świata, choć się starają. Ale to przecież tylko dzieci, więc niech się bawią na zdrowie. Potem przecież nadejdzie niespodziewanie dorosłość ze swym poukładanym, poważnym światem. Tam już nie wypada się bawić, śmiać i żartować.  Potem już nie przedszkole, a szkoła czy praca stają się naszym codziennym dorosłym obowiązkiem. Tam już trzeba zachować powagę. Nie ma miejsca na całodniowe żarty i radosną zabawę. Jest jednak jedna grupa zawodowa, która nadal jednak może przez cały dzień świetnie się bawić w przedszkole – to nasi politycy.

Oglądając relacje z wczorajszych prac komisji, dochodzę do wniosku, że jest tam prawie dokładnie tak jak w przedszkolu. Tylko politycy to nie dzieci, choć jak dzieci całymi dniami świetnie się tam bawią. Co każdy może odczuć czytając gazety i oglądając telewizję. Jak czasem dziecinkę z prawdziwego przedszkola spytać czy nauczyła się wierszyka, to dziecko z jakiegoś nieznanego nam bliżej powodu przez cały czas nic nie odpowiada lub coś kręci tak dla samej swej radości. Bo ono nie powie nam czy zna wierszyk. No nie powie i już. Dlaczego nie powie? Bo nie powie i już. I nie ma, co go przekonywać. Jak się zatnie w sobie to nie powie żeby nie wiem, co.

Podobnie bywa przed sejmową komisją śledczą Wydawałoby się, że jak ktoś zadaje proste pytanie o wykształcenie to i odpowiedź jest prosta. I wszystko może zająć nie więcej niż kilka minut. Ale w sejmowym przedszkolu nie jest to takie proste. Tam jest jak z dziećmi. Gdy jeden z członków komisji zadał pani K – byłej członkini teraz przesłuchiwanej – pytanie o jej wykształcenie to już wiedziałem, że nie będzie to łatwe pytanie. I choć padła odpowiedź, to potem zaczęły się czasochłonne przekomarzania o to czy Pani K. już odpowiedziała czy jeszcze raz ma odpowiedzieć. I czy to pytanie jest zasadne, czy może jest ono nie na miejscu. A może warto byłoby, na kolejne pytanie posła z komisji o swoje wykształcenie, odpowiedzieć po prostu jednym zdaniem, że ono, to wykształcenie jest takie to a takie. Nawet jak poseł z komisji powraca z uporem dziecka do nieistotnego pytania, to odpowiedź jest prostsza niż dyskusja o tym, czy się już odpowiedziało na pytanie czy nie odpowiedziało. Dosłownie: jak dzieci.

I tak, rozstrzygnięcie kwestii, czy pani K jest prawnikiem czy też nie, okazało się najważniejsze dla posłów z komisji hazardowej. Potem tez nie było lepiej. Jacyś nieznani bliżej pani K. – Rysio, Miro, Zbych i Grzesio. Przedszkole. Oni się tam świetnie bawią. Gaworzą o sprawach nieważnych całymi dniami. Zadają sobie nieważne pytania. Ogólnie szczęście i radość, żarty i świetne humory istne przedszkole dla dorosłych, gdzie każdy świetnie się bawi, czyli uprawia politykę. A czas płynie i ja już wiem, że pracuję na podatki, które utrzymują tych, którzy świetnie się bawią w przedszkole. Bo przecież oni jak dzieci mogą się godzinami przekomarzać o sprawy nieważne. A te ważne sprawy, które wymagają wyjaśnienia? One muszą poczekać na lepsze czasy lub na historyków. No cóż taka jest polityka. Jak dzieci. Dosłownie jak dzieci.  

 

dziennik pesymistyczny

Czy życie w Rosji na trzeźwo okaże się nie do przyjęcia?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Czy ktoś z czytelników pamięta jeszcze taki stary dowcip: dlaczego upadł Związek Radziecki? Ano, dlatego że jak zabrakło w sklepach wódki, to naród rosyjski wytrzeźwiał i zapytał gdzie jest Car batiuszka. Teraz jest nowa władza na Kremlu. A jakoś tak zawsze bywa za tą naszą wschodnią granicą, że z demokracji u nich zawsze wychodzi tam demokracja jakaś taka nie do końca klasyczna, tylko taka na rosyjską modłę. A to socjalistyczna ta demokracja im wyszła, a to jelcynowska, to znów putinowska. Zawsze te nasz wielki brat słowiański ma własną drogę, którą podążą. To znaczy władza tam ma jakiś ustalony cel. Bo masy narodu to raczej są rządzone, a niepytane o zdanie. I tym właśnie moim zdaniem rożni się demokracja rosyjska od tej klasycznej.

 

Pewnie nie tylko tam tak jest, że formy rządy, choć demokratyczne, to coś tak nie bardzo z demokracją mają wspólnego. Ale że to u nas jakoś tak się często zdarza, że trzeba iść przez zboże, bo we wsi Moskal stoi – że pozwolę sobie na lekką parafrazę wieszcza Adam – to nas bardziej interesuje ta bliska zagranica, czyli Rosja. Ale ja nie o formach rządów chciałem dziś pisać, a o rzeczy bliższej rosyjskiej duszy – a mianowicie o wódeczce. W kontekście żartu, który przytoczyłem na początku, bardzo przeraziły mnie prasowe doniesienia, że w Rosji zaczęły obowiązywać ceny minimalne na wódkę wprowadzone w ramach prowadzonej przez prezydenta Dmitrija Miedwiediewa kampanii walki z alkoholizmem. No i zrobiło się strasznie. Bo choć te ceny minimalne są z nazwy, to raczej nie ma być taniej tylko drożej.

 

Rosjanie świętują Nowy Rok i prawosławne Boże Narodzenie a tu ich własny rząd i ich własny prezydent taki im podarek zgotowali. Cena najtańszej półlitrowej butelki wódki będzie teraz niemal dwa razy wyższa i wyniesie 89 rubli, czyli około 8 złotych. Czyli prawie trzy dolary, jak kto woli ten system walutowy. Zważywszy, że przeciętna rosyjska pensja to ponad osiemnaście tysięcy rubli, a najtańsza wódka kosztowała około pięćdziesięciu rubli to łatwo obliczyć, że przeciętny Rosjanin do tej pory mógł zakupić około 368 butelek najtańszej wódki. Od nowego roku, za te same pieniądze, przeciętny Rosjanin będzie się mógł zabawić już tylko przy dwustu dziesięciu butelkach z procentami.

 

Czy życie w Rosji na trzeźwo okaże się nie do przyjęcia? No tego nikt nie jest pewien. Ja jestem nawet pewny, że człowiek rosyjski poradzi sobie z wódczaną podwyżką tym, że sam po prostu uruchomi na większą skalę domową produkcję.  Bo jak mówią badania, do których łatwo można dotrzeć w internecie, zapotrzebowanie na alkohol wśród Rosjan nie spada bynajmniej, a odwrotnie dość szybko wzrasta. Więc trzeźwy naród rosyjski w najbliższym czasie zapewne nie zapyta gdzie się podział wielki Związek radziecki z tanią wódeczką. Ale władza kremlowska nie powinna zapominać też, że jak ostatni przywódca Związku Radzieckiego Michaił Gorbaczow w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, nakazał zmniejszenie produkcji wina i wódki w celu zapobieżenia rosnącemu alkoholizmowi w rosyjskim społeczeństwie, to jednocześnie spadła też popularność samego Gorbaczowa. Więc może naprawdę jest tak jak w tym starym dowcipie, który zacytowałem na wstępie.

dziennik pesymistyczny

Sylwestrowy maruda

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Jest poranek a ja już myślę o tym, jak będę się czuł w następny poranek. Wcale nie wybieram się do pracy na trzecią zmianę, nie zamierzam fedrować w kopani, nie mam w planach rozładowania wagonów z węglem, nie czeka mnie tez żadna praca intelektualna. Ja po prosu wybieram się na zabawę sylwestrową. Zawsze jak zbliża się koniec roku narasta we mnie poczucie, że powinienem się jakoś tak wyjątkowo zabawić właśnie tej jednej nocy przypadającej na koniec roku i początek nowego. Poczucie, że jeśli zostanę w domu przed telewizorem i przegapię coś ważnego, potęgują jeszcze nieustanne pytania moich znajomych i kolegów: gdzie idziesz na sylwestra?

Dla żartów mówię im więc, że idę do domu, bo mam dużo pracy i chcę trochę nadgonić z robotą. Wtedy patrzą na mnie jak na żabę i informują mnie uprzejmie, że chyba zwariowałem. A ja po prostu nie znoszę tej wielkiej ogólno społecznej presji, która zmusza mnie do jakiejś ponadnormatywnej nocnej aktywności z trzydziestego pierwszego grudnia na pierwszy stycznia. Ja tam jestem zawsze skory do zabawy. Nie można o mnie powiedzieć żebym się jakoś tak szczególnie wykręcał z imprezowania. I żebyśmy się dobrze zrozumieli nie jest moim problemem nocna balanga sama w sobie. Problemem jest to „ktoś” w sile tysięcy, wywierający na mnie presję żeby właśnie wtedy, gdy miliony się upijają tańcem, hulankami i alkoholem dołączył do zbiorowości i też poddał się szaleństwu noworocznemu.

Pewnie jakbym nie chciał to bym nie poszedł. Powie wielu z was. Ale z drugiej strony jak inni idą to, co tak sam będę w domu siedział.  Że marudzę? No dobrze może i marudzę, ale to wszystko przez to, że odczuwam tak dużą presję, że muszę ponad wszelką wątpliwość dobrze się dziś bawić. A jak ja coś muszę to się najczęściej nienajlepiej właśnie bawię.  Już taki jestem, że jak ktoś na mnie naciska to ja tym bardziej nie chcę. Niby dobrze i miło się tak spotkać ze znajomymi, wychylić kilka głębszych, potańczyć i pogadać. Ale jak od rana słyszę, że powinienem sie przygotować na coś wyjątkowego, bo to przecież sylwester to jakoś nie mogę zrozumieć, dlaczego akurat dziś ma się zdarzyć coś wyjątkowego a nie wczoraj.

Symbolika końca roku i początku nowego jakoś tak nie przemawia do mnie dostatecznie mocno abym uwierzył, że powinienem wykazać się szczególnie dzisiejszej nocy w tańcu tylko dlatego, że coś się tam kończy a coś zaczyna. Czy mam jakoś tak szczególnie poczuć się lepiej, dlatego że jestem o rok starszy? To przecież żaden powód do radości, a raczej przyczyna utopienia tych myśli w czymś mocniejszym. I pewnie właśnie tak się skończy moje noworoczne brykanie nocne – wielkim kacem o poranku. I tak mam takie ambiwalentne uczucie od samego rana. Z jednej strony odczuwam radość ze spotkania ze znajomymi oraz z możliwości zabawy w większym gronie. A z drugiej strony nie mogę znieść teg ciśnienia, które wtłacza mnie w ramy postępowanie tak jak nakazuje tradycja i normy społeczne.

Dobrze jest wyrwać się z domu z dziewczyną. Potańczyć, porozmawiać ze znajomymi wypić i cos zjeść. Ale dlaczego ja ciągle czuję, że coś muszę w związku z tym sylwestrem, choć zdawałoby się, że nie muszę. Najlepszym pomysłem byłoby skopiowanie pomysłu z pewnej polskiej komedii romantyczno – feministycznej, w której główne bohaterki obchodzą sylwestra w połowie lata. Czyli właśnie chcą, choć nie zmuszają ich do tego żadne tradycje oraz daty w kalendarzu. To dobry pomysł. Na koniec przypomniał mi się fragment z tekstu piosenki Kazika: …ja wam powiem moi mili: Dobra metoda – pić rosół przed wszystkimi. I niech to będzie moja rada na dobrą i zabawową sylwestrową noc.

 

dziennik pesymistyczny

Londyński ruch oporu w filmie informacyjnym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jak nic nie ma w telewizji, jak żadem film mnie bawi, jak reportaż żaden nie jest godny uwagi, a programy informacyjne o niczym nie informują, to zawsze moja cyfrowa telewizja może mnie ubawić informacjami o filmach. Wystarczy wcisnąć jeden przycisk na pilocie, aby przenieść się w świat alternatywnej rzeczywistości. Nieważne, co jest w telewizji. Opis to całkiem inna, całkowicie niezależna dziedzina pisarska. Luźno inspirowany dziełem filmowym czy reportażem telewizyjnym, który w tym czasie możemy podziwiać na ekranie.

Dla tych, co nie mają, na co dzień kontaktu z tym nowym kierunkiem ekranowej literatury drobny przykład takiej twórczości: „Charlotte Grey – film informacyjny ( Australia, 2001) Występują: Cate Blanchett, Billy Crudup, Michael Gambon. Czasy drugiej wojny światowej. Młoda Szkotka, Charlotte Gray ( Cate Blanchett ), postanawia przyłączyć się do walki z wrogiem. Jedzie do Londynu, gdzie nawiązuje kontakt z ruchem oporu”. Przepisałem jak jest na ekranie telewizyjnym. No i jak, nie mówiłem. Co to jest „ film informacyjny”?!  No Boga ojca nie wiem, nikt chyba nie wie. Wszyscy wiemy, że są horrory, filmy sensacyjne, dokumentalne, kryminalne, thrillery, przyrodnicze, biograficzne, wojenne, westerny, nawet po prostu film fabularny zniosę w opisie. Ale nie informacyjny!  Kto to wymyśla?!

Jaki to trzeba mieć umysł żeby stworzyć całkowicie nowy kierunek w sztuce filmowej i jeszcze dopasować do tego kilka filmów, których twórcom nawet się nie śniło, że choć zrobili film wojenny to nagle stał on się filmem zakwalifikowanym przez znawców z telewizji cyfrowej, jako film informacyjny. Ale żeby tylko to. Anonimowi pisarze z zakamarków biur operatora telewizyjnego całkowicie inaczej postrzegają to, co my prości ludzie możemy obserwować na ekranie. Ja wiem, nie da się wszystkich filmów zobaczyć, ale można przecież przeczytać to, co inni o filmie napisali po jego obejrzeniu. Można skorzystać z informacji od producenta. Można skorzystać z Internetu. Nie trzeba na siłę kreować nowej rzeczywistości nawet, jeśli dotyczy to tylko z zasady fikcyjnego filmu fabularnego.

Akcja filmu, o którym tu piszę rozgrywa się w czasie drugiej wojny światowej. Młoda Szkotka Charlotte Gray przybywa do Londynu, bo chce włączyć się w walkę z Niemcami. Do tej pory to, co na ekranie z grubsza zgadza się z tym, co jest w opisie, który mogłem przeczytać na ekranie po naciśnięciu odpowiedniego przycisku na pilocie od telewizora. Ale potem jest już zasadnicza różnica. Twórcy alternatywnego scenariusza z tajnej placówki w biurach operatora cyfrowej telewizji twierdzą, że główna bohaterka filmu „ jedzie do Londynu, gdzie nawiązuje kontakt z ruchem oporu”. No to jest bardzo ciekawe to, że ona ta młoda Szkotka jedzie do Londynu, aby tam nawiązać kontakt z konspiracją. Przed seansem filmowym snułem przepuszczenia, oparte na tym, co przeczytałem na ekranie, o tym, że może ten film informacyjny przekaże mi wiedzę o nieznanym mi dotychczas rozdziale drugiej wojny światowej. Poznam nieznaną mi historię komórki szkockiego ruchu opory, który w Londynie walczy zawzięcie z brytyjską okupacją.

Jakie było moje rozczarowanie, gdy zobaczyłem dość prosty film wojenny opowiadający losy Charlotte, która wstępuje do brytyjskiego wywiadu? Znając język obcy, zostaje wysłana na tereny okupowanej Francji gdzie pomaga ruchowi oporu. Jednocześnie cały czas poszukuje ukochanego, młodego pilota RAF-u, który został zestrzelony nad Francją. A taką nadzieję miałem, że poznam walkę szkockiego ruchu oporu w Londynie. Bo jak przystało na nowy gatunek filmowy, jakim jest film informacyjny wszystkiego się można było spodziewać. A okazało się, że to tylko taki alternatywny opis telewizyjnej rzeczywistości.