dziennik pesymistyczny

Życie w nędzy za prawie dziewięć tysięcy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Senator w Polsce to ma straszne życie.  Bo jak powszechnie wiadomo tylko Cysorz ma klawe życie. Więc może tak nie robić sobie więcej żartów z senatorów i ogłosić, że każdy taki wybraniec narodu stanie się na okres swej kadencji, no może nie cesarzem od razu, ale na przykład księciem. Niech dostanie od narodu zamek warowny czy pałac przynajmniej. Może by tak podatek na utrzymanie jego książęcej mości wprowadzić, na wzór dziesięciny. Niech ma książę senator dwór i służbę. Plus dodatkową straż przyboczną. No i może dobra lenne. I pańszczyznę może wprowadzić na jego włościach senatorskich. Bo przecież senator Rzeczpospolitej nie może żyć w nędzy. Bo on za chwilę nie będzie miał na kampanię wyborczą pieniędzy. – Bo z tych, co dostaję z senatu, to jest k… psie pieniądze – żali się przedstawiciel narodu a my możemy to przeczytać między innymi w Tygodniku Podhalańskim, który jako pierwszy zamieścił stenogramy z wynurzeń senatora. Pan senator narzeka na zarobki, które mu fundujemy z naszych podatków. – Na ubranie k… dziewięć tysięcy, a teraz to nawet zaczęli mi płacić osiem i pół. Straszne pieniądze. Przeżyj se za to. A za trzy roki to auto zajeździsz. To jest urągające dla parlamentarzysty. Takie moje zdanie jest – narzeka pan senator. Chciałbym tylko tak na marginesie wspomnieć nieśmiało, że od stycznia dwa tysiące dziesiątego roku płaca minimalna wynosi w Polsce tysiąc trzysta siedemnaście złotych brutto. To są dopiero straszne pieniądze! –  Przeżyj se za to – jak mówi senator.

 

Faktycznie, wielkie jest poświęcenie senatora dla nas maluczkich. Jakże on się musi za te osiem i pół tysiąca złotych namęczyć. Jak on tam w tym parlamencie cierpi za miliony oczywiście w sensie nas, Polaków. Nie za te pieniężne przecież. Bo on żyje w nędzy prawie za dziewięć tysięcy.  A jakby tak do godności książęcych senatorów wynosić przy każdych wyborach? Miałby on wyżywienie klawe. Przede wszystkim już o świcie daliby mu do łóżka kawę. A do kawy jajecznicę… I miałby książę senator klawe życie. Że tak strawestuję słowa piosenki Andrzeja Waligórskiego. A tak mu płacą te marne osiem i pół tysiąca. Straszne pieniądze. Jak tu żyć? Nie tylko zarabia strasznie senator. On też mieszka strasznie! – A jaki k… pokój mamy. W jakich warunkach trzeba mieszkać. To k… bezdomni w Niemczech mają lepsze warunki – narzeka parlamentarzysta. Kiedyś był taki śmiały pomysł pewnego rzecznika rządu, żeby wysyłać śpiwory bezdomnym do Ameryki.  Podobno wielu chciało przenieść się tam razem z tymi śpiworami. Widzę tu rozwinięcie tego starego pomysłu. Może teraz należałoby w ramach pomocy przenieść senatora do noclegowni w Niemczech. W końcu sam twierdzi, że tam mają zdecydowanie lepiej. Niech się chłop nie męczy w sejmowym hotelu.

 

Specjalnie nie wymieniam z nazwiska senatora. Bo nie chcę wstydu robić większego biedakowi. I tak cierpi wystarczająco za marne pieniądze będąc parlamentarzystą. Wiem też, że istnieje nikła, ale jednak szansa, że takie wypowiedzi jak ta są tylko odosobnionym przypadkiem. Sam nie wierzę w to, co piszę, ale co tam, może i nie powinienem generalizować. Nie tak dawno dowiedziałem się od jednego z polityków, że Polska to dziki kraj. Teraz wiem, że ten senator nie chce zostać jakimś politykiem nienormalnym. Bo widać tylko on miał odwagę powiedzieć, że cierpi straszliwie.  Inni pewnie, ci bardziej nienormalni politycy też cierpią tylko, że w ciszy. Jakiż to straszny zawód ten polityk. Że płacą grosze to jedno. Najgorzej, że każą im mieszkać w slumsach prawie. – Rany boskie, czterdzieści roków temu robiona łazienka, kibel, sracz i kuchnia gotująca się – narzeka małżonka senatora. A po słowach senatora, to już tylko żałość za serce ściska.

 Woda koło kibla, wanna sto czterdzieści centymetrów, prysznica nie ma, taki Mitsubishi, że trzeba wodę w ręku trzymać i na kolanach klęknąć – opowiada senator. Straszne! Więc może jednak tak jak pisałem na wstępie podnosić senatorów do godności książęcych. Teraz tyle sprzętu i mebli wszelakich marnuje się po różnych muzeach. A tak by sobie książę senator mieszkał w pałacu. Łazienki miałby cudowne i z wygodami. I podnieść mu uposażenie do jakichś kilku milionów. Wtedy żyłby dobrze, gustownie i dostatnio. I mógłby śmiało zaśpiewać sobie przy goleniu…Dobrze, dobrze być cysorzem, Choć to świnia i krwiopijca.

 

dziennik pesymistyczny

Zlecenie na mistrzów kierownicy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Nie dalej jak kilka dni temu mój kolega pojawił się w pracy w bardzo podłym nastroju. Wszedł do pokoju, trzasnął drzwiami i opadł ciężko na fotel. Rzucił z nerwach teczkę na biurko i oznajmił wszystkim zgromadzonym – Znów dostałem mandat! To niesprawiedliwe… inni to ani jednego a ja już dwa! – Oni mnie chyba prześladują? Uwzięli się czy co? – Biadolił. O nie, nie uwzięli się na niego stróże prawa. Nie mam dla niego żadnego współczucia. Zdarzało mi się jechać z nim samochodem, jako pasażer i wiem dobrze, jaki ma styl jazdy.  On po prostu ma takiego pecha do radarów na drodze. A być może dla innych to niebywałe szczęście, bo istnieje znikoma, ale jednak szansa, że te mandaty dadzą mu do myślenia i skłonią go do wolniejszej jazdy. Choć jaki to pech, jeśli kolega rzeczywiście czasami traktuje drogę publiczną jak tor formuły pierwszej. Przecież jak się pędzi sto trzydzieści na godzinę tam, gdzie obowiązuje ograniczenie prędkości do pięćdziesięciu. Kolega zdecydowanie traktuje siebie jak drugiego po Robercie Kubicy na okręg naszego prowincjonalnego miasta oraz przyległych gmin, wsi i miasteczek.

 

Przypomniało mi się to wydarzenie sprzed kilku dni, kiedy wczoraj usłyszałem w telewizji o pewnym europośle, który dostał mandat za zbyt szybką jazdę a następnie oskarżył policję, że ta ze szczególnym uporem śledzi jego samochodowe eskapady. Jako żywo ten sam problem miał mój kolega z biura! On też, jak pan poseł, wietrzył spisek przeciwko sobie w tym, że stróże prawa ze szczególnym upodobaniem wlepiają mandaty właśnie jemu. A przecież jest tak wielu, którzy też pędzą drogami z prędkością odległą od tej przepisowej. To już jest dwóch tych prześladowanych przez strażników przepisów drogowych. No, dobrze. Faktycznie nie do końca istnieje tu podobieństwo. Bo ta nadmierna gorliwość policjantów wobec posła wyrażona jest tym, że oni informują nadmiernie opinię publiczną o tym, że parlamentarzysta dostaje mandat za mandatem. Setki posłów i senatorów są łapane, a tylko na niego jest jakieś mityczne zlecenie z policji, żeby o tym informować.  I to jest właśnie według posła prawdziwy skandal. Istne odstępstwo od zasad wszelkich norm prawych i sprawiedliwych.

 

– Jak się wytłumaczę żonie, że znów dostałem mandat – biadolił mój kolega z biura. Fakt, pięćset złotych drogą nie chodzi. A że to już kolejny wydatek z domowego budżetu, będzie to dotkliwe jeszcze bardziej. – Przecież muszę jej powiedzieć, że nie będzie nas stać na to, co zaplanowała, bo muszę mandat zapłacić – jęczał nam w biurze, licząc na zrozumienie, którego znikąd jakoś nie doświadczył. Pomyślałem, że on też jest prześladowany jak ten poseł. Bo się żona na niego uwzięła i za każdym razem jak policja da mu mandat ma w domu awanturę z udziałem dzieci, które pytają: tatusiu, dlaczego pan policjant dał ci mandat? A jakby tak nie informować żony – zastanawiał się kolega. Całkiem jakby nie informować obywateli, że ich europoseł dwa razy w ciągu trzech dni został uwieczniony na zdjęciach z fotoradaru. – Po co babcię denerwować niech się babcia cieszy – śpiewał Wojciech Młynarski.

 

 Dokładnie, po co społeczeństwo denerwować mandatami europosła niech się w niewiedzy cieszy. I podobną opcję niech zastosuje mój pechowy kolega. Po co on ma swą małżonkę i rodzinę denerwować. Jak nikomu nic nie powie o mandatach to uniknie awantury. Choć ja pozwolę się nie zgodzić ani z europosłem, ani z moim biurowym kolegą. Uważam, że państwowa policja powinna za każdym razem bez żadnej taryfy ulgowej informować o mandatach nałożonych na tego parlamentarzystę. Bo może to pozwoli mu opanować inklinacje do nadmiernej prędkości na publicznych drogach i skłoni do przepisowej jazdy. Może presja wyborców okaże się silniejsza niż nieskuteczne jak widać kary.  Tak samo mój znajomy powinien poinformować żonę o każdym nałożonym na niego mandacie. Bo wizja domowej awantury może powstrzymać go od nadmiernej prędkości skuteczniej niż drogie kampanie reklamy społecznej. I nikt tu nikogo nie prześladuje. Nie ma tu żadnego spisku. Chyba, że obaj panowie spiskują, aby pobić jakieś rekordy w ilości nałożonych przez stróżów prawa mandatów za nieprzepisową prędkość.

 

dziennik pesymistyczny

Grubi muszą biegać…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Miałem jeszcze kilka minut. W mojej fabryce, to jest w biurze, pracę zaczynamy o ósmej, a tu jeszcze kwadrans. O nie, za nic nie podaruję tych kilku minut wolności. Słoneczko świeci. Leciutki wietrzyk wieje. W drodze z parkingu postanowiłem, więc przysiąść na ławeczce w parku i kilka minut poczytać gazetę. Ledwo ją rozłożyłem i zagłębiłem się z lekturze,  której autor analizował różnice między pewnym Bronkiem a pewnym Radkiem, gdy usłyszałem sapanie. Ktoś dyszał tak jakby miał za chwilę zejść z tego świata i połączyć się w niebiosach z naszym stwórcą. Pomyślałem, że to jakiś staruszek pewnie pragnie ostatkiem sił dotrzeć do ławeczki i zasiąść obok mnie. Widziałem go oczami wyobraźni. Siwiuteńki staruszek przychylony do ziemi przez lata życia. Ale nie widziałem go przecież, bo mój nos i wzrok skierowany był w płachtę gazety.  Tchsześć….heeee…heeee…heee – usłyszałem ze zdziwieniem dość młody i do tego kobiecy znajomy głos. Znad gazety zobaczyłem moją koleżankę, w modnym stroju sportowym, w naciągniętej na blond główkę czapeczce. Czerwony kolor twarzy dziewczyny oraz chrapliwe rzężenie zwiastowały jej całkowite fizyczne wyczerpanie.  Dżizas! Gonił Cię ktoś?! – zapytałem z troską, zrywając się z ławki, by ratować niewiastę w potrzebie.

 

– Nie, nikt mnie nie goni. Tak sobie biegam troszeczkę dla zdrowotności – wyjaśniła dziewczyna, gdy doszła już do siebie na tyle, że mogła wymówić kilka słów bez narażenia się na hiperwentylację – Dla zdrowia?! Przecież ty ledwo żyjesz! – wyraziłem uzasadnioną troskę. – Ale ja muszę, przecież jestem gruba – stwierdziła moja koleżanka. Zlustrowałem pobieżnie zaróżowioną z wysiłku twarzyczkę. Potem całą sylwetkę dziewczęcia i stwierdziłem, że nie jest przecież aż tak źle, aby się doprowadzać do stanu kompletnego wyczerpania organizmu w pogoni za lepszą sylwetką. Ale ona rozwinęła już swoją opowieść o tym, jaka to jest gruba jak beczka.  O tym, że z tyłu jest jak szafa gdańska trzydrzwiowa. Że z przodu też nie jest tak jak być powinno. Że w pasie to już tragedia. Że nogi to istne drewniane, grubo ciosane kloce. Mimowolnie podążałem wzrokiem tam gdzie ona tam te mankamenty urody mieć powinna i miałem zdecydowanie odmienne zdanie na ten temat. A nawet, co do tego, co jej natura dała z przodu wyraziłbym podziw gdyby nie to, że mogłoby to być źle odebrane. Ograniczyłem się, więc do stwierdzenia – nie jest tak źle, nie przesadzaj. – Ja swoje wiem, jestem grubasem i muszę biegać. Bo grubi to już tak muszą się męczyć – stwierdziła zdecydowanym tonem.

 

Żal mi się zrobiło tej filigranowej blondyneczki. Bo jak tak dalej pójdzie to ta nasza i światowa kultura dobrego i szczupłego wyglądu ją wykończy. Przecież kult wyglądu atakuje ją, codziennie z kobiecych gazet, programów telewizyjnych, reklam i wszyscy jednym głosem wmawiają jej, że najważniejsze jest być szczupłym i wyglądać jak lalka Barbie. Rozbudowują w tym malutkim ciałku ogromne przeświadczenie, że o wartości człowieka, jako takiego stanowi jego wygląd. Że jak masz parę kilo więcej ponad mityczną normę to już nie jesteś ani trochę atrakcyjny czy atrakcyjna. – Jak chcesz wyglądać? – spytałem. – Chciałabym być wyższa, szczuplejsza – rozmarzyła się koleżanka. – Ale chyba nie planujesz wydłużania kości! – przeraziłem się. Nie planowała, choć chętnie dodałaby kilka centymetrów, jeśli chodzi o wzrost, a odjęłaby kilka centymetrów od tego, co ma w talii. Kto ją tak zmusza to takich wysiłków? Kto jej wmawia, że wszystkie dziewczyny i kobiety powinny wyglądać dokładnie tak jak pani w reklamie w gazecie, którą właśnie miałem na kolanach. Kto kreuje standardy piękności i atrakcyjności, i dlaczego? Nie wiem? Ależ wiem! Tam gdzie nie wiadomo, o co chodzi, chodzi o pieniądze.

Kto usiłuje sprzedać modne kobiece ubiory wyprodukowane w standardowych rozmiarach żeby było taniej i łatwiej. Presja stereotypów jest ogromna. Ustandaryzowana dziewczyna musi być chuda i już. A żeby utrzymać taki wygląd musi kupować. Preparaty ujędrniające skórę, żele ujędrniających biust i pośladki, kremy opóźniające starzenie, samoopalacze, kremy nawilżające, natłuszczające, preparaty likwidujące skutki zmęczenia czy niewyspania, szampony, płukanki, farby… że wymienię tylko te niektóre. I jeszcze te ubrania na każdą okazje. Rozumiem, wygląd jest ważny, ale ona jeszcze przed chwilą bliska była stanu, w którym potrzebna jest natychmiastowa pomoc lekarska. Po co to wszystko? Dla mnie, w sensie mężczyzny? Pewnie tak, choć ona twierdzi, że dla siebie i dla swojego lepszego samopoczucia. – Idę biegać – stwierdziła z wysiłkiem wstając z ławki.  – Lepiej jednak idź, nie biegnij, bo się wykończysz – popatrzyłem na nią ze współczuciem i troską. – Nie mogę – odparła – grubi muszą biegać. I potruchtała ku wschodzącemu słońcu generalizacji i standaryzacji wyglądu.

 

dziennik pesymistyczny

To jest kiosk Ruchu, ja tu bilety na pociąg mam!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Tak to już jest, że czasami coś, co wydaje nam się minione, odległe nadal trwa obok nas. Przy okazji prawie każdej emisji polskich komedii z okresu PRLu na ekranie pojawia się jakaś mądra postać objaśniająca widzom, że zobaczą za chwilę w swych telewizorach odległe już i mroczne czasy i ogólnie to se ne wrati jak mawiają nasi bracia Czesi. Ale tak z pewnością nie jest. Zdecydowanie nie ma wokół nas tamtej rzeczywistości w sensie fizycznym, ale duchowym to jak najbardziej jest tak samo, no może tylko podobnie. Pamiętasz drogi Czytelniku scenę z filmu Stanisława Barei Miś, w której pani kioskarka wykrzykuje do niezadowolonych klientów: Cholera jasna! Won mi tu stąd, jeden z drugim! Będzie mi tu kłaki rozrzucał! Panie! Tu nie jest salon damsko – męski! Tu jest kiosk RUCH-u! Ja… Ja tu mięso mam!

 

W tamtych czasach nie było niczym dziwnym to, że w kiosku z gazetami można było dostać mięso. Gazeta Politechnik była kryptonimem schabiku, a Przegląd Speleologiczny zaszyfrowanym hasłem, po którym na ladzie kiosku można było zobaczyć wątróbkę. I choć to tylko filmowa fikcja to jednak w pewnych aspektach zdecydowanie naśladowała życie w Polsce Ludowej. Teraz nie jest inaczej, tylko, że nie potrzeba sięgać po aluzyjną fikcję. Teraz wystarczy obejrzeć wiadomości w telewizji czy przeczytać gazety, żeby się przekonać, że polska rzeczywistość jest nadal dość dziwaczna. Z hal dworcowych mogą zniknąć tradycyjne kasy biletowe. Przewozy Regionalne nie podjęły jeszcze ostatecznej decyzji, co je zastąpi, ale jednym z pomysłów jest, by bilety można było kupić w kioskach – donosi gazeta Rzeczpospolita. Więc niewątpliwie zmieni się niebawem wygląd polskich dworców kolejowych. Pierwsza linia kolejowa na terenie Polski została otwarta dwudziestego drugiego maja tysiąc osiemset czterdziestego drugiego roku. Linia ta połączyła Wrocław z Oławą. Była to pierwsza linia kolejowa w obecnych granicach Polski. I zapewne wtedy powstały pierwsze dworce kolejowe i zapewne wtedy też pojawiły się tam kasy biletowe. Więc tradycja jest. Czy pierwsi pasażerowie żelaznej kolei kupowali bilety w jatkach z mięsem czy może u pobliskiego szewca? Pewnie nie.

To śmiała i rewolucyjna idea, a jednak tak jakby z minionych czasów. Przewoźnik kolejowy Przewozy Regionalne miesięcznie sprzedaje ponad trzysta tysięcy biletów, z tego prawie dziewięćdziesiąt procent w dworcowych kasach. Teraz spółki nie stać już na wynajmowanie i opłacanie powierzchni na dworcach w dużych miastach od jej właściciela, czyli Polskich Kolei Państwowych. Nie płaciła ona za wynajem i teraz winna jest PKP prawie pięćdziesiąt sześć milionów złotych. Dla mniej zorientowanych wyjaśniam, że PKP to nie to samo, co kiedyś. Teraz polskie koleje podzielono na mniejsze firmy, które ze sobą konkurują i wzajemnie sobie płacą. Ktoś inny teraz sprzedaje bilety, ktoś inny jest właścicielem dworca, a czasami ktoś inny jest właścicielem pociągu. Zapewne, dlatego żeby było prościej. Dobrze, że nie doszło jeszcze do tego, że w pociągach, kto inny odpowiada za drzwi do wagonu, ktoś inny za przedziały, inna spółka za lustra, inna za fotele, a kolejna za stan kibelka. Natomiast za dostarczenie wody do umywalki już ktoś zgoła inny. Następnie całkowicie inna niezależna spółka będzie odpowiadała za dostarczenie papieru toaletowego, a inna za mydełko. A kto będzie odpowiadał za koła pociągu? Chyba nie ten wybrany w drodze przetargu, który odpowiada za okna? I tak dalej i dalej. Szczyt dywersyfikacji! I każda spółka niezależna będzie miała własny dział księgowy, prezesów, dyrektorów, managerów i tak dalej. I każda każdej będzie coś winna.  Więc jak na przykład ci od wagonów będą zalegać z opłatami tym od kół, to łatwo przewidzieć ze daleko nie pojedziemy.

 

Przewozy Regionalne, jako niewypłacalny dłużnik PKP mają opuścić wynajmowane dotąd lokale do kwietnia. A kasy biletowe będą likwidowane. Tak oto po wielu, wielu latach nie kupimy biletu na pociąg w miejscu, w którym byśmy się go naturalnie spodziewali. Ale za to dostaniemy go w pobliskim kiosku z gazetami. A może w tym pomyśle pójść dalej. Może na ulicach pojawią się gazeciarze, o przepraszam bileciarze zachwalający głośno swój towar: Bileteeeetyyy do Krakowa! Ostatnie wydanie!!! Nie chce pan do Krakowa, więc ja radzę niech pan bierze do Torunia… to bardzo rzadki bilet… jeszcze aktualny… pociąg odleciał trzy dni temu… nawet jeszcze nie wrócił.

 

dziennik pesymistyczny

Przedwyborcza gra pozorów.

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Oglądałem w telewizji debatę dwóch kandydatów z jednej partii, na pojedyncze stanowisko, jakim jest urząd prezydenta naszej odrodzonej ojczyzny. Zasypiałem prawie, bo dramatyzm tego spektaklu był tak wielki, że tylko sen był na niego lekarstwem i ucieczką. Kontemplowałem sobie znudzony piękno nóg prowadzącej to przedwyborcze spotkanie posłanki, i rozmarzyłem się. Myślałem sobie o prawdziwych przywódcach. Takich, co jednym słowem, jednym gestem potrafią pociągnąć za sobą tłumy. A oglądałem w telewizji starcie, o przepraszam rozmowę o niczym. Bez wyraźnych przywódców. Ot, było to po prostu przyjacielskie spotkanie dwóch panów rozmawiających ze sobą o polityce. Nudnawo panowie kandydaci odpowiadali na zadawane im przez parę prowadzących pytania. Takie tam gadanie. Pytanko, a w odpowiedzi paplanko. Jedno pytanie i jeszcze jedna pogadanka. Przystojny prowadzący i przystojna prowadząca to najjaśniejszy i najbardziej przykuwający uwagę element spotkania.

 

Tak, zdecydowanie po tym spotkaniu kandydatów na kandydatów, wiem, że może i następna prezydentura jednego z nich nie będzie lepsza, ale nudniejsza to zdecydowanie tak. Oczywiście, jeśli któryś z nich przekona do siebie aż tylu wyborców żeby w wyborach jednak zwyciężyć. Teraz te przedwyborcze starcia przypominają wybory najlepszego filmu. To takie nasze maluteńkie Oskary. Tam też, na nominowane do nagrody obrazy filmowe, głosują członkowie akademii filmowej, choć do kin chodzą wszyscy. Jeden z bohaterów tego starcia zostanie wybrańcem i kandydatem na kandydata. Czyli otrzyma Oskara za widowisko, gdzie jedynymi uprawnionymi do głosowania są członkowie czterdziestopięciotysięcznej partii politycznej. A potem w nagrodę będzie mógł ubiegać się o zaszczyty prezydentury. A kandydatów do prawdziwych wyborów jest już kilku. Choć ciekawe jest to, że jest wśród nich jeden, który, mimo że nie ogłosił jeszcze chęci bycia ponownie naszym prezydentem to nie ma dnia, aby wszyscy nie odnosili się właśnie do niego w krytycznych opiniach. A może on nie będzie chciał? Może nam oszczędzi? Może tym razem nie będzie meldunku o wykonaniu zadania wśród partii prawych i sprawiedliwych? Oby tak właśnie się stało.  Choć wszystko wskazuje, że takiego szczęścia to my mieć nie będziemy.

 

Pozory rządzą światem, a sprawiedliwość jest tylko na scenie – powiedział kiedyś Friedrich Schiller. I właśnie podczas tej debaty zobaczyłem prawdę. Sprawiedliwość była obecna na scenie w bibliotece uniwersytetu warszawskiego. Najbardziej wyrazistymi postaciami w debacie byli, co tu ukrywać ci, co ją prowadzili i zadawali pytania. Kolejny z aktorów sobotniego przedwyborczego starcia ma już mocną i nienaruszalną pozycję w platformie obywatelskiej. I czasami miałem takie wrażenie, że jest on wielkim nauczycielem, a przynajmniej gra taką rolę. Że tak w zasadzie, to już jest prezydentem, premierem i marszałkiem sejmu w jednym. Tłumaczył on swemu padawanowi – temu z mniejszym stażem w partii – zawiłości politycznej gry. Takie miałem wrażenie. Bo wielki mistrz nie szczędził uczniowi wielu złośliwości i pouczeń. Padało w tej wewnątrz partyjnej niby walce wiele słów. Najdziwniejsze z tego, co usłyszałem ze sceny, było przypomnienie przez jednego z kandydatów czegoś, co jak myślałem nigdy już z ust polityka w Polsce nie usłyszę. A tu proszę znów słyszę, o czym co blisko przypomina mi eugenikę.

Ale to tylko scena, a na niej aktorzy. Nie mogłem wyzbyć się wrażenie, że oglądam wymyśloną i w pewnym stopniu oderwaną od rzeczywiści sztukę teatralną. Kiepskie dialogi. Nie najlepsza gra aktorów. Ogólnie wiało ze sceny nudą.  Najciekawsza była rola kobieca, bo to zawsze miło popatrzeć na kobiece piękno. I te słowa, słowa, i nic tylko słowa. Mikołaj Gogol powiedział: Żyjemy w czasach, w których bardziej wierzy się pozorom niż prawdzie uczuć duszy ludzkiej. Chciałbym wierzyć w prawdziwość uczuć duszy kandydatów na kandydatów. Lecz na razie oglądam tylko spektakle pozorów nic więcej. Chyba, że bardzo, bardzo się mylę.

 

dziennik pesymistyczny

Radośniej! Nie żyjesz jedynie dla siebie…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Od rana przyjaźnie do otoczenia nastrajał mnie pan z telewizji. A to zażartował rubasznie i razem z koleżanką redakcyjną zaśmiewał się z żartu, który chyba tylko im wydawał się zabawny. A to wspólnie z milutką panieneczką od pogody, oznajmili radośnie, że idzie wiosna. A że śmiech i radosny nastrój bywa zaraźliwy, to i mnie zrobiło się tak jakby weselej na duszy. Nie zawsze tak radośnie smakuje poranek, kiedy trzeba zwlec się z łóżka i poczłapać do łazienki gdzie dopiero woda przywraca do życia. Potem w kuchni trzeba przygotować i zjeść śniadanie. Bo jak powszechnie wiadomo śniadanie jest najważniejszym posiłkiem dnia. Potem jeszcze należy się ubrać stosownie. Bo przecież w biurze nie należy się wyróżniać. Garnitur jest jak strój roboczy. Koszula plus krawat. Dreskody są najważniejsze tak twierdzi nie tylko twój boss, ale też pan z telewizji. Może jeszcze w klapę marynarki korporacyjny znaczek? Bez przesady przecież to tak jakbyś przypinał więzienny numerek. Butki, teczka, laptop, kluczyki i już jesteś gotowy wyruszyć do pracy. Praca jest przecież najwyższym dobrem człowieka. Nie jest źle. Masz pracę. I nawet ci za tę pracę płacą. Szczęśliwiec – myślisz o sobie. Jest przecież tak wielu, którzy właśnie tobie zazdroszczą. I ciągle masz wrażenie, że nie jesteś sam. Że jest jeszcze ktoś, kto liczy na twój codzienny trud i na twoje pieniądze.

 

Samochód. Ulica. Droga do biura. Tak samo. Co dnia tak samo. Zawsze tak samo. Tylko dla urozmaicenia codziennych podroży zmieniasz trasy. Może dziś obok stacji benzynowej? A może tak zaparkować troszeczkę dalej samochód? I do pracy przejść się spacerkiem przez park?  Ach te małe radości. Chwileczkę? Zaraz. Dlaczego coraz częściej myślisz o sobie w trzeciej osobie? Czy dlatego żeby twoje życie nabrało bardziej filozoficznej barwy – jak mawiał pewien dwudziestowieczny pisarz, którego książki tak lubisz? Pewnie tak. Ale pewnie też, dlatego że czasami myślisz, że nie jesteś prawdziwy. Że jesteś tylko swoim własnym awatarem. Automatycznie powtarzasz czynności. To samo każdego dnia. Tak samo każdego dnia. Tu radością jest każdy weekend. A nagrodą są zakupy. Nowa koszulka? Sweterek? Ale nawet jak kupujesz sobie prezent to jednocześnie robisz prezent komuś innemu. No tak, ale na zakupy możesz sobie pozwolić nie za często przecież. Ty jesteś tylko pracownikiem najemnym. Żaden z ciebie rekin biznesu. Wiesz dobrze, że to tylko twoja wina, nie chcesz być przecież krwawym drapieżnikiem. Ty bardziej tak łagodnie, więc sam jesteś sobie winny. Żal jednak, że nowy świat ten nie socjalistycznie zniewolony zniewoli cię szczurzą gonitwą i pieniędzmi.  Żal, że nie żyjesz w krainie łagodności.

 

Spacer. To szybki spacer przez park. Bo przecież na ósmą masz być w fabryce. Dobra w biurze. Kiosk z prasą. Spotykasz kolegę. Idziecie razem. W stadzie raźniej. Podtyka kolega biurowy pod nos swoją gazetę. Fakt, że tam w niej mało faktów. Ale kolega jest wyraźnie podekscytowany tym, co wyczytał. Wyczytał i chce się podzielić z tobą faktami. I już wiesz, że, choć cieplej i że wiosna to już nic nie będzie z radosnego poranka. Przecież nawet ta radosna gazetka opowiadająca o świecie bogatych i sławnych postanowiła przypomnieć czytelnikom, że ktoś od ich pobiera haracz. I bez tej gazety pełnej faktów wiedziałeś, że masz jedną z najniższych pensji w unii europejskiej i jednocześnie płacisz jedne z najwyższych podatków. Taka specyfika. Przecież nie żyjesz sam.  To przecież nasz wspólny dom. Masz na utrzymaniu jeszcze całą armię urzędników. Możesz być znów radosny! Nie jesteś sam! Jest przy tobie jeszcze i pani Henia z urzędu do spraw jakichś tam i pan Jan z urzędu, o którym nigdy nie słyszałeś. Ale oni tam wszyscy są. Tak jak ty, co rano wyruszają do swoich zajęć. Z tą tylko różnicą, że w tej naszej wielkiej polskiej rodzinie to ty pracujesz na ich pensję płacąc rodzinne z podatków.

 

Jak to poprawia humor… Bo przecież wiesz, że nawet pies nigdy nie jest sam mając swoje pchły. Tak ty nigdy już nie będziesz sam, bo masz swoje państwo, które jest z tobą od dzieciństwa aż po grób. Jakże inaczej wyglądają twoje poranne czynności, gdy masz świadomość, że masz na utrzymaniu tak wielu. I pana lotnika, co broni polskich granic. I pana wojskowego na wojnie w odległych krajach. I panią w urzędzie. I pana posła w sejmie. I wielu, wielu innych. Przy każdej wypłacie fiskus zabiera nam krocie, ale potem codziennie płacimy nowe podatki! Gdy coś kupimy, znów płacimy kolejny haracz. To są tak zwane podatki pośrednie, czyli zawarte w cenach produktów i usług. Jak to przyjemnie pomyśleć, że jak kupujesz bułkę to żywisz nie tylko siebie? Urzędnika też!

 

dziennik pesymistyczny

Po prostu nauczycielka

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 28

– Postanowiłam się zarejestrować w urzędzie pracy, jako bezrobotna – wyznała mi moja koleżanka, gdy spotkałem ją na ulicy i zagaiłem rozmowę tradycyjnymi dla Polaków słowami: co u Ciebie? Okazało się, że zrezygnowała z zatrudnienia, bo dość miała pracy za minimalną płacę. Postanowiła, że znajdzie zajęcie, które poza płynącym z niego zadowoleniem dałoby jej i finansową satysfakcję. Czyli podjęła walkę z pracodawcami, dla których, jak często się zdarza jesteśmy jedynie zasobem ludzkim.  Ale że nic na świecie nie przychodzi łatwo, tak i jej droga do osiągnięcia wymarzonej pracy już na wstępie okazała się niełatwa. Jak każdy bezrobotny z nadzieją udała się do urzędu, który miał jak sądziła pomóc jej w znalezieniu zajęcia na miarę jej możliwości i za rozsądna płacę – Przecież płaciłam przez tyle lat podatki to chyba mam prawo oczekiwać teraz pomocy od urzędników – szukała u mnie zrozumienia i zdecydowanie takie znalazła. Przecież jak przez tyle lat opłacamy z podatków pracowników państwowych, to potem możemy i nawet powinniśmy oczekiwać, że w zamian oni udzielą nam wsparcia jak znajdziemy się w sytuacji, w której tej pomocy sobie zażyczymy.

 

Ale świat urzędniczych gmachów nie jest tak doskonały i tak dla nas przyjazny jak nam się wydaje, gdy rozpatrujemy tą sprawę ściśle teoretycznie. Rzeczywistość jest inna. Kiedy już moja koleżanka skompletowałam wymagane dokumenty udała się do urzędu pracy celem zarejestrowania się, jako bezrobotna. Jak wiadomo pełnowartościowym bezrobotnym jest się wtedy, gdy się posiada na to odpowiedni urzędowy dokument. Jak już moja znajoma odstała swoje w gigantycznej kolejce z odpowiednim numerkiem, udała się do odpowiedniego stanowiska, gdzie odpowiednia pani urzędniczka odpowiednio ją poinstruowała, że nie ma jednak wszelkich wymaganych dokumentów. To znaczy ma wszelkie oryginały, ale nie ma kopii, a kopie można zrobić na innym piętrze biurowca w płatnej samoobsługowej kserokopiarce. Więc udała się koleżanka do kopiarki i z powrotem do urzędniczki już z kopiami dokumentów wymaganymi przy rejestracji. –  Nauczycielka? – spytała starsza referent, czyli pani z okienka. – Tak?! A to źle czy dobrze? – odpowiedziała pytaniem moja koleżanka. – Nie, dlaczego – usłyszała od pani referent – jest nawet dla pani praca. Oblicze mojej znajomej pojaśniało. Co za sprawność! Pierwsza wizyta i już praca! Co za operatywność! – Jest praca nauczycielki przyrody, chce pani? – padła atrakcyjna oferta.

 

Moja koleżanka jest z wykształcenia nauczycielką plastyki, o czym zaświadczały liczne dokumenty w oryginale i w kopiach leżące przed urzędniczką. Bardzo się więc zdziwiła tą propozycją. Nawet miała wizje pracy w szkole, gdzie z racji zdolności świetnie mogłaby przedstawić graficzne wyobrażenia rożnych bakterii, skorupiaków, myszy, zajączków, wszelkich owadów a nawet kwiatów i drzew. Już sobie wyobrażała jak z masy papierowej wykonują wielką w skali jeden do jednego makietę wieloryba. Ale chyba nie dałaby rady przekazać konkretnej wiedzy uczniom z powodu tego, że jest jednak różnica między nauczycielką przyrody a nauczycielką plastyki. Ale widocznie pani starszej referent nie wydawało się to aż tak odległe. Przecież, jeśli w zakładzie ubezpieczeń społecznych lekarz okulista może, jako orzecznik wydać opinię o chorym z zakresu psychiatrii, to przecież nauczycielka plastyki może śmiało nauczać przyrody.  – To, co chce pani? – spytała urzędniczka. – Niestety nie mam odpowiednich kwalifikacji – odpowiedziała koleżanka zgodnie ze swym przekonaniem. – Przecież pani jest nauczycielką – namawiała pani starsza referent. – Ale nauczycielką plastyki – rzecze na to moja koleżanka, ale nadal nie widzi zrozumienia w oczach urzędniczki.

 

Mój mąż z zawodu jest dyrektorem – mówi w pewnej polskiej komedii aktorka Barbara Rylska do aktora Wojciecha Pokory. Tam też nieważne było, jakim dyrektorem jest rzeczony mąż. Czy jest się dyrektorem w muzeum czy w mieszkalnictwie to przecież nie jest najważniejsze? Jest się przecież dyrektorem zawodowym. Czy inżynier od dróg i mostów wie coś o silnikach lotniczych? Przecież jest inżynierem, więc pewnie spokojnie może odpowiadać za samoloty.  – Z zawodu jestem nauczycielką – może śmiało powiedzieć moja koleżanka. Po prostu nauczycielką – nieważne, jakiego przedmiotu nauczam. Przecież nawet urzędnicy tak twierdzą.

dziennik pesymistyczny

Więcej przedwyborczego umiaru

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Boję się otworzyć lodówkę, bo tam może na mnie czyhać kampania przedwyborcza Platformy Obywatelskiej. Mam wrażenie, że gdy sięgnę po karton z mlekiem, na pewno znajdę tam podobiznę marszałka sejmu, plus wiele, wiele słów zachwalających przymioty tego polityka w roli kandydata na prezydenta. Czy po otwarciu słoika z dżemem znajdę Pana Radka naszego ministra spraw zagranicznych, który przekonywać mnie będzie do wspólnych okrzyków o tym, że obecny prezydent będzie byłym prezydentem? Jeszcze nie zaczęła się prawdziwa kampania wyborcza a ja już teraz mam dość. To przerażające, jak wiele miejsca w serwisach informacyjnych zajmuje sprawa wyborów kandydata na kandydata. W każdej gazecie, w każdym radiu, w każdej telewizji wszędzie pełno informacji o tych, przecież tylko wewnątrzpartyjnych, wyborach przed wyborami.

 

W moim prowincjonalnym mieście jest spółdzielnia mieszkaniowa licząca około trzydzieści tysięcy członków. Gdy odbywały się tam wybory do władz spółdzielni to prawie nikt ich nie zauważył. Nikt też nie prowadził tamtej kampanii z takim entuzjazmem jak nasi politycy. A przecież żyje tam i mieszka tysiące ludzi. Sprawy administrowania osiedlem powinny im, więc być bardzo bliskie. Przecież nie dotyczy to spraw dalekich. Mówi się, że koszula bliższa ciału, a jednak tak nie jest. Każdy zna polityków nazwijmy ich ogólnopolskimi, ale nikt prawie nie wie, kto rządzi na ich osiedlu. A tylko nieliczni wiedzą, kto rządzi w mieście. Najważniejsza miała być w nowej Polsce samorządność a kompletnie jej nie zauważamy. Ważniejsze są dla nas wybory wewnątrz kilkutysięcznej partii niż wybory samorządu osiedla, na którym mieszkamy.  Prawie nikogo nie obchodzi, kto zarządza ich najbliższą okolicą. Lokalne gazety z wielkim zacięciem relacjonują przedwyborcze starcia kandydatów na kandydatów z partyjnych wyżyn, jednak milczą o tym, co dotyczy samorządności mieszkańców. Wiem, że bardziej jaśnieje to, co jest na wyżynach. Ale mam takie wrażenie, że dla wielu z nas władza zaczyna się i kończy w Warszawie. A to, co jest na prowincji jest tylko, jakąś polityczną poczekalnią dla skoku na stanowiska w stolicy. A przecież nasze życie nie toczy się w sejmie. Ono jest tu, obok nas, na mojej ulicy. W mojej dzielnicy. Na moim osiedlu. W moim mieście. A jednak to najmniej nas obchodzi. Nas, oraz media, najbardziej interesuje starcie między panem marszałkiem a panem ministrem.

 

Jak pisałem powyżej, na wspomnianym osiedlu mieszka ponad trzydzieści tysięcy ludzi i zapewne dziewięćdziesiąt dziewięć procent nie miało i mieć nie chciało najmniejszej świadomości, że ktoś tam kogoś wybierał do władz spółdzielni mieszkaniowej, która administruje ich domami. Za to zapewne większość może wskazać minimalne różnice między kandydatami na kandydatów na prezydenta w przedwyborczej kampanii Platformy Obywatelskiej. A przecież nie my będziemy decydować o tym, kto zostanie kandydatem na prezydenta w tej partii. To tylko i wyłącznie działacze partyjni o tym zdecydują. Niewielka, jak na polską skalę, grupa uprawnionych posiadających legitymację partyjną. Członkowie tego ugrupowania będą wybierać, kogo zechcą wystawić, jako swojego reprezentanta w zbliżających się wyborach na prezydenta. A przecież partia ta liczy tylko, a może aż, czterdzieści pięć tysięcy członków! Czyli tylko o dziesięć tysięcy więcej niż wynosi liczba mieszkańców osiedla w grodzie na prowincji.  I pięć razy mniej, niż liczba mieszkańców całego przecież i tak nie największego miasta. Dlaczego więc to, co dotyczy tylko tak niewielkiej liczby partyjnych działaczy atakuje nas z każdej strony? Rozumiem, że ten, kto teraz wygra w prawyborach potem znów będzie walczył o moje głosy. Ale jeśli ja już nie mogę wytrzymać tej natrętnej wszechobecności kandydatów to, co się stanie jak zacznie się prawdziwa wojna o prezydenturę?

 

dziennik pesymistyczny

Jogurtowa polityka

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Gdy siedzisz na kanapie przed telewizorem pochłaniając kolejne reklamy poutykane między dawki twojego ulubionego serialu, nawet nie przepuszczasz, że właśnie zostałeś zaprogramowany na zakup kolejnego super produktu, którego nie potrzebujesz. Pewnie nawet nie wiesz, że chcesz go mieć, że Twój mózg zapamiętał informację, którą ci przypomni, gdy staniesz przed sklepowymi półkami. Gdyby ktoś zadał Ci pytanie, dlaczego właśnie kupujesz to, a nie coś innego? Co byś odpowiedział? Że to twoja przemyślana, głęboka analiza potrzeb? Czy jest to Twoja całkowicie neutralna, prywatna i niezależna decyzja? Dlaczego ta decyzja jest właśnie taka, a nie inna? Pewnie zdecydowanie zaprzeczyłbyś, że cokolwiek miało wpływ na to, że akurat ten a nie inny jogurcik wkładasz do koszyka podczas zakupów. Ale reklama ma na Ciebie wpływ. Temu nie da się zaprzeczyć. Czy na tej samej zasadzie ufasz politykom, którzy po raz kolejny wmawiają ci, że za ich rządów nastanie raj na ziemi? Czy jesteś bezwolnym narzędziem do głosowania, przekonanym, że bez Twojego głosu cały system się zawali?

 

Pewnie masz przekonanie, że tak właśnie jest? Że Twój głos jest ważny. Że wybór, którego dokonujesz jest jedynie słuszny. Że spełniasz jakiś mistyczny demokratyczny obowiązek. Że jako obywatel świadomie podejmujesz decyzje dla dobra ukochanej ojczyzny. Ale odnieśmy to do jogurtów. Masz wybór między jogurtem A i jogurtem B. Jest nawet jogurt C, D i Z ale one nie mają dostatecznej reklamy, więc nie liczą się w Twoim wyborze. Ba, nawet produkowane są przez firmy, o których nie słyszałeś. Co dnia oglądasz spoty, w których ich twórcy przekonują Cię, że A jest lepsze od B, a inne literki to się już absolutnie nie liczą na jogurtowym rynku. I nastaje czas wyborów. Wybierasz z tego, co jest dostępne na półkach sklepowych.  Ponieważ znasz konkurentów z telewizyjnych reklam, nawet nie pomyślisz, że gdzieś tam istnieje jogurt N, który jest dla Ciebie najzdrowszy. Ale jeśli go nie ma w reklamie i nie jest obecny w sklepie to nie ma go w Twoim życiu.

 

Politycy są jak jogurty. Sklepy to sejm. Reklama to nadal tylko reklama. Zawsze o każdej porze dnia i nocy trwa nieprzerwana reklama politycznych przywódców. A Ty to oglądasz przygotowując się do wyborczych zakupów. Jesteś potrzebny, bo bez Ciebie wszystko nie miałoby sensu. Nie, dlatego że coś odbywa się dla Ciebie, dla Twojego dobra. To wszystko odbywa się jedynie przy Twoim udziale. Jesteś potrzebny, bo do Ciebie można się odwołać, jeśli ktoś spyta polityka gdzie jest zakorzeniana jego władza. Masz wybór. Czy na pewno wybierasz to, co chcesz, czy to, co musisz wybrać? Jeśli wybór ogranicza się do kilku partyjnych działaczy z kilku dotowanych przez państwo partii to czy nasz prawdziwy wybór? Czy przypadkiem nie wybierasz kogoś, kto za Twoje własne pieniądze pochodzące z Twoich podatków lansuje się po to, żeby Cię przekonać o potrzebie zatrudniania go przez kilka lat? Zapytaj sam siebie, kiedy ostatnio rozmawiałeś twarzą w twarz z politykiem, którego przecież dobrze znasz, bo widzisz go codziennie w telewizji lub czytasz o nim w prasie? Pewnie, nie może on dotrzeć do wszystkich, ale czy jego przedstawiciel zapytał Cię kiedykolwiek w jego imieniu jak Ci się żyje? Odwiedził Cię w domu? Nie. Ty masz uwierzyć w jego telewizyjne przemówienia o tym, że będzie Ci lepiej jak przedłużysz jego sejmową kadencję głosując właśnie na niego w następnych wyborach.

 

Na tej politycznej sklepowej półce stoją tylko takie jogurty, które już sprawdziłeś i Ci nie smakują. Jaką szansę przebicia się ma produkt, który nie podpiera się Twoją dotacją? Żadnej. To nie chodzi już o to, że jeśli masz dobry pomysł to idziesz na ulicę, aby głosić dobrą nowinę, by w ten sposób zyskiwać sympatyków Swojej idei. Gdy nie stoją za Tobą duże pieniądze, nawet najlepsze pomysły na poprawienie dobrobytu współobywateli, są znane tylko tym, do których docierasz bezpośrednio. Czy nie masz wrażenia, że płacisz za produkcję jogurtu, który Ci nie smakuje, ale za to jest on świetnie opakowany i wypromowany? Tak właśnie jest z państwowymi dotacjami dla partii politycznych. Dostają je tylko te partie, które są już na sejmowej półce. W myśl zasady wybieramy tylko tych, których już znamy. I choć czasami pojawia się jak meteor ktoś inny to szybko zanika, bo wybór zawsze musi być ograniczony do kilku produktów. Tych najbardziej znanych z reklamy. A ja mam już dość wybierania. Chcę nie tylko móc zamienić jeden jogurt na inny. Chcę zamienić całe sklepy. Bo chyba najwyższy czas na prawdziwe zmiany a nie na reklamę zmian.  A jakby tak zabronić jakiejkolwiek politycznej reklamy? Postawić na bezpośredni kontakt z wyborcą? Trudniej?- Zapewne. Sprawiedliwiej?- Zdecydowanie!

dziennik pesymistyczny

Nowe zabytki na starym mieście

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

W moim prowincjonalnym mieście od lat obowiązuje niepisana, ale nader chętnie stosowana zasada, iż władze miejskie nie zniżają się do rzeczy przyziemnych, nijakich i nieciekawych. Dziurawa droga, zaśmiecone i brudne chodniki, to nie jest najważniejsza sprawa dla włodarzy miasta. Nasza prowincjonalna władza chce sięgać wyżej. Robić to, czego nikt jeszcze nie robił ani w kraju, ani za granicą ani nawet w Ameryce. Są może miasta piękniejsze, takie, co to kuszą turystów zabytkami oraz starożytnymi budowlami. Na mojej prowincji jest, co prawda wiele zabytkowych budowli, ale magistrat najwyraźniej uznał, że to, co pozostawili nam przodkowie nie spełnia ich oczekiwań. U mnie na prowincji z woli władzy powstaną zabytki na miarę urzędniczych marzeń. Magistrat chce odbudować bramę miejską stanowiącą kiedyś część murów miejskich, które nie dotrwały do naszych czasów. I nie jest ważne, że nikt nie wie nawet w przybliżeniu, jak ona wyglądała. Jest pomysł żeby odbudować to się wybuduje bramę do miasta, i nie jest ważne, że to nie będzie rekonstrukcja, lecz zwykła dowolna interpretacja w temacie zabytkowej bramy.

 

Nie zachowały się mury miejskie? Nic nie szkodzi. Odbudujemy! Nie mamy bramy do miasta? Nikt nie wie jak ona wyglądała? Co z tego? Przecież brama to brama. Coś się tam wybuduje bramopodobnego. Ważne, że przybędzie miastu nowy zabytek. Starożytna brama w nowym wcieleniu. I oczywiście niemniej ważne jest to, że ten śmiały plan wybudowania zabytku od nowa powstał za tej, a nie innej władzy. To bardzo ważne. W czasie zbliżających się wyborów chyba nawet najważniejsze. Obok bramy na zachowanych i odkopanych przez archeologów pozostałościach oryginalnych murów miejskich ma stanąć hotel. Po co staroć ma szpecić okolice. Ma hotel mieć trzy kondygnacje i parking podziemny. Magistrat wydał już decyzję o warunkach zabudowy. Więc sprawa zdaje się być przesądzona. Czyli będziemy mieli nie dość, że nową, czyli starą bramę do miasta to jeszcze przybędzie nam hotel.  Same plusy! A może władze mojego miasta nie powinny się zatrzymywać w swych genialnych pomysłach tylko na bramie miejskiej w nowym wcieleniu. Można przecież odbudować całe mury miejskie i opleść nimi całe miasto. Można też odbudować czy nawet wybudować dowolny zamek w miejscu gdzie stał ten niezachowany do naszych czasów zamek. A może odkopać fosę, co to zasypano ją jeszcze za cara? Można w duchu budowy zabytków wybudować średniowieczne siedlisko miejskie w całości? Jeśli nawet nie zachowała się żadna ikonografia dotycząca zabytków to przecież można dokonać dowolnej interpretacji i wybudować to, co się nie zachowało, od nowa. Bo przecież i tak nikt nie wie jak to wyglądało, więc nikt nie powinien mieć pretensji.

 

Rodzi się, więc pytanie, po co nam mieszkańcom prowincji ta brama do miasta? Otóż to! Nikt nie wie, po co, więc nie muszą się władze miasta obawiać, że ktoś zapyta. Wiecie, co robi ta brama do miasta? Ona odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa mojej prowincji. To jest brama miejska na skalę urzędniczych możliwości. Co magistrat chce osiągnąć odbudową tej bramy? Otworzyć oczy niedowiarkom. Już słyszę głosy miejskich urzędników, którzy mówią: Patrzcie to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to jest brama społeczna, w oparciu o sześć instytucji, która to brama się rozpadnie za kilka lat na świeżym powietrzu. I co się wtedy zrobi? Protokół zniszczenia…Mam nadzieję, że wybaczą mi wszyscy wielbiciele komedii Stanisława Barei tę śmiałą, a nieporadną trawestację znanego przemówienia prezesa klubu Tęcza. Ale ten fragment z Misia tak dobrze pasuje do sytuacji z odbudową bramy, o której nikt nie wie jak wyglądała, że aż przykro było tego nie wykorzystać.

Co roku władze mojego prowincjonalnego miasta stawiają na jednej z uliczek prowadzących do rynku bramę z drewna i słomy. Ma to na celu… no właśnie nie bardzo wiadomo, co ma ta budowla na celu. Ale jeśli ta budowla pojawia się rokrocznie z okazji święta miasta to pewnie komuś z włodarzy miejskich wydaje się, że jest to rodzaj odświętnego udekorowania miasta i przywoływania historii jednocześnie. Ale mnie się bardziej to kojarzy z wiejska chatą a nie z bramą do miasta kazimierzowskiego. No i teraz będę miał bramę do miasta nie z drewna i słomy a z betonu. Czyli będzie niewątpliwy postęp, choć styl zapewne się nie zmieni. Król Kazimierz zastał moje miasto drewniana a zostawił murowane. I choć niewiele z tych budowli dotrwało do naszych czasów to magistrat ma rozwiązanie. Pozostawi potomnym nową wersję średniowiecznych zabytków.