dziennik pesymistyczny

Policjant wie lepiej, zawsze wie lepiej…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 172

Ostatnimi czasy nie miałem przyjemności, czy nieprzyjemności spotkania twarzą w twarz z funkcjonariuszami naszej policji państwowej. Ale znam kogoś, kto miał taką okazje. I jak się okazało z relacji znajomej znajomego, była to raczej nieprzyjemność niż przyjemność. Wiadomo, że przeważnie taka styczność obywatela z organem porządkowym nie jest dla tego pierwszego czymś radosnym. No chyba, że sam w nagłych przypadkach poszukuje natychmiastowej pomocy od mundurowych.  Ale wtedy najczęściej nad wyraz dobrze sprawdza się stare ludowe powiedzonko o tym, że jak występuje potrzeba obecności policjanta to nigdy go nie ma w pobliżu. I zadziwiające jest to, że równie często jak nie potrzebujemy mundurowych oni jak na złość są i dają nam dobitnie znać o tej swojej obecności i swoich szczególnych uprawnieniach.

 

Jechała sobie pewna pani swym malutkim samochodzikiem – relacjonował mi to zdarzenie mój znajomy – po drodze położonej w starej, poprzemysłowej części mojego miasta. Przed nią toczył się wolniuteńko policyjny radiowóz. Droga wąska, a funkcjonariusze wybrali się widać, na niespieszne patrolowanie terenu. Słusznie, że patrolują – pomyślała pani – ale dlaczego tak samochodem i do tego tak wolniuteńko? I tak sobie jechali, czy raczej wlekli się drogą. Radiowóz pierwszy, za nim moja znajoma swym pojazdem. A za nimi jeszcze kilka samochodów. I nastąpił klasyczny drogowy pat. Nikt nie miał odwagi wyprzedzić samochodu mundurowych. A oni jakby czekali na tego odważnego, który nie wytrzyma presji jazdy z prędkością dziesięciu kilometrów na godzinę i wyprzedzi. A jak wyprzedzi to… No wiadomo, co. I właśnie jak pewnie wielu się domyśla tą, która nie wytrzymała denerwującej jazdy z minimalną prędkością była moja znajoma. I jak tylko wyprzedziła radiowóz, panowie u mundurach nagle ocknęli się z letargu i w asyście migających świateł i sygnałów dźwiękowych ruszyli w pogoń by zatrzymać tą, co to wyprzedza ich pojazd patrolowy, z większa od ich powolnej jazdy prędkością. Zatrzymali panią i od razu przeszli do konkretów, czyli do wypisywania mandatu za jazdę zbyt szybką i zbyt niebezpieczną. Tak przynajmniej relacjonowała zdarzenie pewna pani mojemu koledze, a on przekazał to mnie. Ale że osoby to poważne, to raczej nie mam powodu wątpić w to, co usłyszałem.

 

Zatrzymali tą panią i chcieli wręczyć jej mandat. Bo prędkość jej autka była nadmierna jak twierdzili. I pewnie by wręczyliby gdyby nie to, że trafili na osobę, która wiedziała więcej od nich na temat przepisów obowiązujących na tej właśnie drodze. Moja znajoma z wrodzoną sobie delikatnością pouczyła funkcjonariuszy, że zasady i przepisy kodeksu drogowego nie mają zastosowania do dróg wewnętrznych. Z pewnymi wyjątkami, które w tym przypadku nie mały jednak zastosowania w jej przypadku. Ale policjanci upierali się, że wiedzą lepiej i nie chcieli odstąpić od czynności. Nawet przybycie właściciela pobliskiej firmy, do którego należy droga nie wzbudziła zainteresowania funkcjonariuszy. Oni wiedzieli lepiej i na nic się zdało cytowanie dosłowne przepisów, a nawet pokazanie aktów notarialnych poświadczających, że droga jest wewnętrzna, i jest własnością tego pana, a on zezwala tej pani na jazdę po swojej drodze nawet z prędkością stu pięćdziesięciu kilometrów na godzinę. Funkcjonariusze stali twardo na stanowisku, że jak już są przepisy ruchu drogowego, to obowiązują wszędzie. Nawet na podwórku u Kowalskiego i nawet w przypadku, gdy Kowalski podwórka nie ma.  

 

A tu, w tym przypadku nie jest to droga publiczna. Nie jest to droga w strefie zamieszkania. Jest to wewnętrzna droga na prywatnym terenie, który dawniej był terenem fabryki. Nie ma, co tu cytować szczegółowych przepisów, ale chyba każdy wie, że na takich drogach nie mają zastosowania przepisy kodeksu drogowego. A funkcjonariusze postanowili najwidoczniej za wszelka cenę udowodnić, że jest inaczej. Że to właśnie oni maja rację. I nic, nawet dokładne cytaty z przepisów, akty notarialne oraz oświadczenia licznych świadków nie mogły ich przekonać, że się mylą. I dopiero interwencja mojej znajomej u komendanta sprawiła, że odstąpili od czynności. Ale pewnie nadal nieprzekonani o swej pomyłce. Nie wiem, co sprawia, że jak się mundurowy zafiksuje na przekonaniu o swojej racji, to nie ma siły żeby go przekonać. Gdy policjanci z brygadą antyterrorystyczną pomyłkowo zjawiają się o piątej rano pod niewłaściwym adresem, to nie jest to wina źle przeprowadzonego wywiadu policyjnego.  To oczywiście wina tych, co to leżą pomyłkowo na podłodze skuci w kajdanki pod lufami policyjnych funkcjonariuszy. Zawsze jest winny ktoś inny. I nawet jak udowodnisz ponad wszelką wątpliwość, że ty masz rację, to i tak zawsze masz takie uczucie, że nie dałeś rady przekonać. Bo to zawsze policjant ma rację. I nawet jak popełni błąd to nigdy nie przeprasza, bo przecież on nawet jak nie ma racji to ma rację.

dziennik pesymistyczny

Szczególna ochrona prawna dla wszystkich

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Często jest tak, że gdy rozpatrujemy coś w teorii, to wszystko wygląda dobrze a nawet rewelacyjnie. Ale równie często, co jest zadziwiające przynajmniej dla mnie, gdy zaczynamy teorię dopasowywać na siłę do rzeczywistości, nasze założenia ulegają znacznej modyfikacji. I dokładnie taki problem mam z nowelizacją kodeksu karnego przygotowaną przez polskie Ministerstwo Sprawiedliwości. Zmiany proponowane przez urzędników mają dotyczyć między innymi zwiększenia kary za napaść na policjanta. I w teorii wszystko jest jak najbardziej poprawne oraz godne pochwał i poparcia. Ale jak zaczynam to przykładać do praktyki, to sprawa wygląda zupełnie inaczej.

 

Po ostatnich tragicznych wydarzeniach bardzo wielu z nas zdecydowało się poprzeć rozwiązania prawne, w których kary za napaść na policjanta powinny być zdecydowanie surowsze. Takie propozycje to reakcja na śmierć policjanta z Warszawy. Zginął on od ciosów nożem. Młodociani chuligani zabili go za to, że zwrócił uwagę, na ich agresywnie zachowanie na przystanku. U nas w Polsce często jest tak, że jak wydarzy się coś tragicznego, władza natychmiast pochyla się z troską nad problemem i w przyspieszonym tempie wprowadza rozwiązania, które uspokoją opinię publiczną. Mają też wzbudzić w nas przekonanie, że urzędnicy państwowi nad wszystkim panują. Przez lata nie było dotacji do pogotowia gazowego, ale wystarczyła seria tragicznych wypadków z wybuchem gazu w tle, aby ta służba natychmiast dostała dotacje na zakup nowoczesnego sprzętu. I w tym przypadku jest podobnie. U nas nie występuje zasada prewencji. A wręcz odnoszę wrażenie, że tylko wstrząs w postaci tragedii, lub czyjejś śmierci może doprowadzić do reakcji urzędników.

 

Służba w policji to misja – teoretycznie. Mają nas policjanci chronić i bronić – że zacytuję tu znaną, lecz zagraniczną zasadę. I dokładnie tak postrzegam tę pracę. Mają mnie policjanci obronić, gdy czuję się zagrożony i chronić mnie i moje mienie, gdy nawet tego zagrożenia nie dostrzegam. Taką pracę wybrali. Bez żadnego przymusu. Takie mieli powołanie. Z doświadczenia wiem, że z uzyskaniem pomocy nie zawsze jest tak zaraz i natychmiast. Z doświadczenia też wiem, że nie wszystko, co mi skradziono udało się nie tyle ochronić, co nawet nie udało się tego odzyskać. Nawet odniosłem wrażenie, że nikt nie próbował. Ale teoretycznie, zawsze i wszędzie będę szanował policjantów za ich trud. Ale czy mam szanować wszystkich? I tych, którzy chcieli wymusić ode mnie pieniądze w zamian za odstąpienie od ukarania mnie mandatem za wykroczenie drogowe?

 

Szczególna ochrona prawna należy się policjantom – słyszę z Ministerstwa Sprawiedliwości. I chętnie temu przyklasnę. Ale od razu budzą się we mnie wątpliwości czy ja, jako płacący w tym kraju podatki obywatel, nie mam prawa do szczególnej ochrony prawnej? Czy moje życie ma być mniej warte niż życie policjanta? Wiem, że moja praca jest mniej niebezpieczna od policyjnej, ale konstytucyjna zasada równości wobec prawa obowiązuje i mnie i osoby w mundurach. Czy jeśli strażak naraża życie to też ma być stawiany wyżej w prawie niż ja? Czy jeśli lekarz ratuje życie innym z narażeniem własnego życia, to ma też prawo do szczególnej ochrony prawnej? Zawodów takich, w których dochodzi na narażenia życia jest wiele. Mam takie ambiwalentne uczucia. Z jednej strony policjant powinien być szczególnie chroniony, bo chroni mnie, ale też chciałbym, aby szczególnie prawnie chroniono też mnie. Nie chcę czuć się gorszy.

 

Policjant to przedstawiciel państwa. To jego widoczny znak i symbol. Jeśli dochodzi do napadu na policjanta to dochodzi do napadu na państwo. Zasadne jest, więc pytanie czy to przejaw braku szacunku dla państwa? Czy ta dodatkowa, szczególna ochrona prawna, nie jest przypadkiem przejawem zaklinania rzeczywistości? Pokazania, że państwo nie tylko jest uzbrojone, ale i także szczególnie chronione. To jakby powiedzieć obywatelom, że choć wszyscy jesteśmy równi to są wśród nas równiejsi. A mnie się marzą czasy, w których zasłużę na taka samą ochronę prawną jak prezydent, urzędnik, policjant, i tylko dlatego, że jestem obywatelem Rzeczpospolitej.

 

dziennik pesymistyczny

Siła tradycji, czyli pomysły windykacyjne niemieckich polityków

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zauważyłem, że w Niemczech istnieje trend do nowatorskich i radykalnych połączeń tradycji z nowoczesnymi pomysłami na biznes, czyli na przykład na windykację długów. Może już nie władcy świata, już nie rasa panów, ale ciągotki do anektowania terytoriów innych państw zostały. Już nie wypada otwarcie mówić w Berlinie, że należy się więcej ziemi dla wielkiego narodu poetów i myślicieli. Teraz niezbyt dobrze widziane jest u sojuszników wysyłanie czołgów, gdy chce się wpływać na politykę innego kraju. No przynajmniej w Europie.  Teraz można po prostu na obcy rząd nasyłać polityków, aby ci żądali oddania części terytorium suwerennego państwa za długi. Bo nie jest konieczna potęga militarna, gdy się jest potęgą gospodarczą. Sprawne wojsko może być tylko dodatkiem. 

 

– Grecja powinna rozważyć sprzedaż kilku swoich wysp, to może być dobry sposób na zmniejszenie jej zadłużenia – stwierdzili dwaj niemieccy posłowie w rozmowie z bulwarówką Bild. Cudowne rozwiązanie prawda? Można tak uzyskać za długi z pół świata. Zadłużenie w pewnym kraju afrykańskim urosło za bardzo? Można więc zaanektować ten kraj, jeśli jego rząd i naród nie mają szans na spłatę tego, co są winni. To istny nowy kolonializm. Może i jestem przewrażliwiony, ale doświadczenia historyczne wskazują, że takie słowa z ust niemieckich polityków nie zapowiadają niczego dobrego. Zadłużenie zagraniczne Polski przypadające na koniec dwa tysiące dziewiątego roku wynosi blisko sześćdziesiąt cztery miliardy euro, wynika z szacunków Departamentu Statystyki Narodowego Banku Polskiego, do jakich dotarłem przeglądając internet. Wiem, jeszcze nie jesteśmy bankrutem, ale często słyszę, że nie jest tak daleko abyśmy popadli w taki stan. Co chwila kolejny krajowy polityk straszy nas taką apokaliptyczną wizją. Czy w takim przypadku, gdy nie będziemy mogli spłacić zadłużenia, czeka nas wielka wyprzedaż terytorium? Zapewne w naszym przypadku, też znajdą się niemieccy politycy, którzy chętnie uraczyliby nas wizją zakupu Szczecina czy wyspy Uznam za długi. 

 

– Bankrut, który jest niewypłacalny, musi sprzedawać wszystko, co tylko może, żeby spłacić swoich wierzycieli – powiedział Bildowi Josef Schlarmann, poseł chadecji. – Grecja ma budynki, firmy i wiele niezamieszkałych wysp, które mogą zostać sprzedane w celu ograniczenia zadłużenia. Wtóruje mu Frank Schäffler, ekspert do spraw finansów z partii FDP. – Grecki rząd musi podjąć radykalne kroki i zacząć sprzedawać swoje aktywa, na przykład wyspy – mówi. Wiem, że przykład, w którym odnoszę te słowa do polskiej sytuacji jest radykalny. Ale czy jest rzeczywiście niewyobrażalny? Może to mi się źle kojarzy. Może błędnie to interpretuję, ale nic na to nie poradzę, że jestem w kwestiach takich niemieckich roszczeń dość wrażliwy.

 

Szczególnie Niemcy nie powinni być tak dokładni w kwestii rozliczeń. Ale mam przekonanie, że mentalność niemieckich polityków najlepiej ilustruje dialog, z jednego z polskich filmów dotyczący tradycji.  Widać, u naszych przyjaciół zza Odry, też ta najbardziej chyba znana polska komedia jest równie popularna. – To jest tak, że jeżeliby nam ktuś, na przykład, rozumiesz, porwał naszą furę i by go złapały to nam muszą oddać samolot, rozumiesz? To jest właśnie tradycja. Że nam muszą oddać! – tłumaczy jeden w bohaterów filmu swoim towarzyszom. Zgodnie z ta logiką rząd Grecji powinien oddać za swe długi, czyli za furę samolot, czyli wyspy. Jak ja jestem winien bankowi pieniądze, to jak już kompletnie zbankrutuję, to mam mu oddać nerkę? Panom germanom coś się chyba pomyliło. 

Sprzedajcie swoje wyspy, greccy bankruci! I sprzedajcie też Akropol! – takim tytułem został opatrzony artykuł w papierowej wersji Bilda, w którym dziennikarze donosili o nowatorskich pomysłach windykacyjnych niemieckich polityków. Wystarczy wybrać się do berlińskiego muzeum, aby podziwiać tam bezcenne okazy antycznej sztuki, które zapewne nie zostały zakupione przez państwo niemieckie w Grecji. Więc raczej na miejscu niemieckich polityków starałbym się być mniej drobiazgowy we wzajemnych rozliczeniach.

 

dziennik pesymistyczny

Exodus Polaków na plaże Egiptu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Żyjemy w ciekawych czasach. Można rzec, co krok to nowy prorok. Co chwila objawia się nam nowy przewodnik, który wskazuje nam nowy kierunek narodowych wypraw do krainy wiecznej szczęśliwości. Idea wielkiego marszu ku lepszej przyszłości jest bardzo popularna wśród prawych i sprawiedliwych działaczy partyjnych. I choć ten marsz jest alegoryczny, to zawsze to jakaś droga do przebycia. Naród nasz jest na pewno wybrany do takich wędrówek. Biblijne plemiona Izraelitów maszerowały czterdzieści lat przez pustynie, w drodze do ziemi obiecanej. Polacy też od wielu lat są w ciągłej drodze ku lepszym dniom. Od niepamiętnych czasów trwa nasz polski exodus. Ciągle jesteśmy w drodze do wyśnionego dobrobytu i stabilizacji. Od lat słyszę, że idziemy wraz z całą Rzeczypospolitą, a to do drugiej Japonii, a to do nowej Irlandii.  Ciągle idziemy, ale choć cel określają coraz to nowi prorocy, to nasz wieloletni marsz ku lepszej i dostatniej Polsce nigdy się nie kończy. U progu odrodzonej i demokratycznej ojczyzny, słyszałem z ust ówcześnie prowadzących ten nasz lud i kra,j ku ziemi obiecanej kapitalizmu, że wystarczy tylko dwadzieścia lat abyśmy odpoczywali u bram istnego raju na ziemi.

 

Czterdzieści lat, tyle na czele ludu izraelskiego wędrował Mojżesz przez pustynię. My nie będziemy gorsi. Podczas kongresu prawych i sprawiedliwych Jarosław Kaczyński ogłosił nowy termin dojścia do ziemi obiecanej utrudzonego ludu naszej ojczyzny. Nowy program podróży przez pustynię kryzysu, prawy i sprawiedliwy wódz i przewodnik, wyznaczył na dziesięć lat. Czyli zamiast czterdziestu lat wystarczy nam dziesięć! Niewątpliwy postęp! Wtedy to, w dwa tysiące dwudziestym roku, jeśli naród zaufa prezesowi oczywiście, czeka nas kres tułaczki. Prezes wprowadzi nas do G20, obroni Polską rodzinę przed wszelkim zagrożeniem oraz wprowadzi w Rzeczpospolitej uczciwą politykę. Wystarczy, aby naród zrozumiał, że należy jak najszybciej porzucić fałszywych przewodników i oddać rządy tym, co prawi są i sprawiedliwi.  Na kongresie wódz liczącej około dwadzieścia trzy tysiące członków partii przypomniał, że nasz obecny przewodnik, premier Tusk, obiecywał Polakom Irlandię, ale – jak mówił prezes – niestety prowadzi nas w pobliże Grecji. Czyli okazało się, że kierunek jest niewłaściwy. Trzeba jak najszybciej narodowi wskazać inny, znacznie lepszy cel marszu do ziemi obiecanej.

 

– Plaże Egiptu, Tunezji są dzisiaj zaludnione przez Niemców, Francuzów, Anglików, po części też Rosjan i Czechów. Polaków tam niezbyt wielu. W dwa tysiące dwudziestym roku muszą być tam miliony Polaków! Polacy muszą mieć prawo do wypoczynku! – wyznaczył nam nowy kierunek prezes prawy i sprawiedliwy. W dawnych wiekach Izraelici wyruszyli z Egiptu pod przewodem Mojżesza. Teraz kierunek się odwrócił. Naród nasz wybrany, wyruszyć ma do Egiptu pod światłym przewodem nie jednego przewodnika, ale dwóch! Niech no tylko Polacy wrócą na właściwą drogę i w najbliższych wyborach złożą swój los w ręce braci. Prezydent i prezes wzajemnie się wspierając wraz z gronem wyznawców zaprowadzą nas z ziemi polskiej do egipskiej. Już w dwa tysiące dwudziestym, staniemy tłumnie nad morzem Czerwonym grzejąc się w afrykańskim słoneczku.

 

Prezes nie zapomniał o swoim ludzie. Choć wielu zapewne liczyło, że jednak zapomni. Zwołał do Poznania swe wierne zastępy, aby wskazać im nową drogę. Teraz zapewne te dwadzieścia trzy tysiące partyjnych z PiS-u zaniesie dobrą nowinę do wsi i miasteczek rozsianych po całej Rzeczpospolitej. Zaniesie wieści o planowanej wielkiej wyprawie na plaże Egiptu. Wyzwoli nas prezes z ucisku nowego faraona, który niczym nieznośne dziecko w supermarkecie, wrzuca do koszyka coraz to nowe towary zapominając, że przyjdzie taki czas, kiedy trzeba będzie za nie zapłacić. Jak widać strasznie pobłądziliśmy. Ale nic straconego. Jak tylko znów prawi i sprawiedliwi staną na czele po wygranych wyborach, jak obecny prezydent rozpocznie kolejną kadencję równie udanych rządów, to jest możliwość, że wnet, czyli w dziesięć lat, dotrzemy na plaże Egiptu czy Tunezji.

 

– PiS nie jest dla siebie, jest dla narodu – oświadczył prezes prawych i sprawiedliwych. I radość zapanowała w szeregach partyjnych działaczy.  Bo okazało się, że są awangardą zmian i pewnie oni pierwsi zbierać będą owoce dobrobytu na plażach Egiptu. Miejmy tylko nadzieję, że naród zrozumie jak wielka jest przed nim szansa na wieczny wypoczynek. Że Polacy w wyborach zagłosują właściwie. Bo szkoda zmarnować taką szansę. Tylko dziesięć lat oczekiwania dzieli nas od wylegiwania się pod palmami. Choć jeśli – jak mówił prezes – do dwa tysiące dwudziestym roku, miliony Polaków muszą zaludnić plaże Egiptu, to czy Egipcjanie zniosą nas w takiej liczbie? Czy ta starożytna kraina jest przygotowana na taką inwazję Polaków, którzy muszą mieć prawo do wypoczynku? Obawiam się, że nie. I możliwe, że wielu z nich wyruszy wtedy z ziemi egipskiej do Polski. I co wtedy?

 

dziennik pesymistyczny

Polska Partia Palaczy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Palenie albo zdrowie – wybór należy do Ciebie. Takie zdanie znane jest chyba wszystkim, a w szczególności palaczom tytoniu. Do niedawna znajdowało się ono na prawie każdej paczce papierosów i pewnie na wielu nadal można je znaleźć. Ta sentencja z opakowania z wyrobami tytoniowymi o prawie wyboru między zdrowiem a paleniem poparta została autorytetem ministerstwa zdrowia i opieki społecznej. I miał palacz, teoretycznie ma nadal, wybór czy chce palić czy być zdrowym. Ale państwo nie pozostawia nic przypadkowi i wolnej woli obywateli. Wszystko ma być dokładnie uregulowane dla dobra poddanych. Nawet jak ten obywatel ma prawo wyboru, to mu się ten wybór odpowiednio reguluje, aby nakłonić go to takiego wyboru, jaki jest zgodny z aktualną polityką rządu. Bo przecież państwo wie lepiej. Zawsze, wszędzie i o wszystkim.

 

Teraz dla dobra obywateli, państwo, mądrością posłów zasiadających w parlamencie uznało, że dla dobra tych niepalących ci palący mogą palić, ale nie wszędzie. Czyli wolny wybór między zdrowiem a paleniem, ograniczony został do miejsc wyznaczonych dla tych napiętnowanych, legalnym przecież nałogiem. Sejm przyjął nowelizację ustawy o ochronie zdrowia. Teraz na mocy prawa nie będzie można puścić dymka w pubach, dyskotekach oraz restauracjach. Jedna z poprawek gwarantuje, że nie będzie tam jednak całkowitego zakazu palenia. Powstaną getta dla palących. Ustawodawcy popierając rządowy projekt wprowadzili całkowity zakaz palenia w wielu miejscach publicznych. Teraz nie można będzie swobodnie zapalić w środkach pasażerskiego transportu publicznego. Jak sobie przypominam w autobusach i busach oraz taksówkach nie można już było palić od dawna? Ale ustawa to ustawa. Nie zapalimy w szpitalach i ośrodkach zdrowia, na przystankach komunikacji publicznej, ani też w publicznych miejscach przeznaczonych do wypoczynku. Czyli jeśli tego lata usiądę sobie na skraju plaży nad polskim morzem, i nagle, zupełnie teoretycznie, zdecyduję zgodnie z moim prawem wyboru, że chcę zapalić, to pewnie dostanę grzywnę za to, że ośmieliłem się to zrobić poza miejsce do tego przeznaczonym. Tylko jak wyznaczyć gdzie plaża się kończy a gdzie zaczyna?

 

Jak tak dziś od rana nasłuchałem się o ty, że posłowie coś mi nakazują ustawą, bo wiedzą lepiej ode mnie, co dla mnie jest lepsze, to wzięła we mnie górę przekora. I choć nie palę, to idąc dziś do pracy kupiłem w kiosku paczkę papierosów i teraz ostentacyjnie leża sobie one na moim biurku. – Zaczynasz palić? – Usłyszałem dziś z kilkadziesiąt razy od moich współpracowników. – Nie palę- odpowiadałem – ale jak przyjdzie mi ochota, to nikt mnie nie powstrzyma, bo mam wolną wolę. Ustawa zakłada również zmiany regulacji dotyczących reklamy. Wprowadziła zakaz prywatnej reklamy wyrobów tytoniowych. Więc zasadne jest pytanie, czy jeśli na moim służbowym biurku leży paczka prywatnych papierosów to jest to już złamanie zakazu prywatnej reklamy papierosów? Znam pewnego prezesa i jednocześnie właściciela firmy, który ma samochód służbowy. Użytkuje go stale, ale jak już wspomniałem jest to auto służbowe, bo czasami nie tylko on je prowadzi. Czy w świetle ustawy, która zakazuje palenia tytoniu także w służbowych samochodach będzie się on musiał powstrzymać od nałogu w samochodzie, który, jak się mu do tej pory wydawało stanowił jego własność?  Za nie umieszczenie w lokalu lub pojeździe informacji o zakazie palenia grozi pokaźna grzywna. Czy mój znajomy prezes ma umieścić w swoim aucie odpowiednią tabliczkę informującą go żeby nie palił we własnym samochodzie?

 

I jeszcze jedno. Inicjatorzy zmian przypominają, że dziewięć milionów Polaków regularnie wypala około dwadzieścia papierosów dziennie. Pomijając już, jaki wielki wpływ ma to na gospodarkę poprzez opłaty pochodzące z akcyzy, zastanawiam się, jak to możliwe żeby mniejszość wyznaczała standardy większości. Niepalący palącym. No, dobrze zgodnie z demokracją, to jak najbardziej możliwe. Ale dlaczego palacze się nie zbuntują i nie stworzą własnej partii, która obroni ich prawo do wyboru miejsca swobodnego palenia tytoniu. Teraz mam wrażenie, że jest jakaś dysproporcja. Jeśli przyjąć, że posłowie reprezentują interesy przede wszystkich członków własnej partii, to nawet po dodaniu tych, co to niepartyjni to i tak różnice są znaczne. Dziś w Platformie Obywatelskiej jest nieco ponad czterdzieści pięć tysięcy członków. Prawo i Sprawiedliwość liczy około dwadzieścia tysięcy członków. W partii lewicy jest około siedemdziesiąt tysięcy członków, a w PSL ponad stu czterdziestu działaczy. Czyli jakoś tak marnie w porównaniu z milionami palaczy. Więc czas najwyższy na jakiś nacisk z drugiej strony. Czas na Polską Partię Palaczy!?

 

dziennik pesymistyczny

Bajka o karaniu za chorobę

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Za górami za lasami, dawno, dawno temu. A może wczoraj? Albo jeszcze dawniej? Żyły sobie pewne malutkie i biedne ludziki, które dla wygody możemy nazwać krasnoludkami. Bo jak wiemy z innej bajki, krasnoludki są na świecie. W tym dalekim kraju występowały tylko dwie pory roku wiosna i jesień. A może lepiej powiedzieć, że zawsze panowała tam klęska żywiołowa. Bo to albo padało w nadmiarze albo słońce piekło okrutnie. Albo śnieg zalegał wielki albo panoszyła się susza.  W tym kraju żył ludek malutki, ale za to pracowity. Co dnia wyruszał on ochoczo, ze śpiewem na ustach do swych krasnoludkowych zajęć. Wtedy, po horyzont słychać było radosne nawoływania: hej ho, hej ho do pracy by się szło. A jak to często bywa w bajkach, gdy lud pracowity, to władca musi być nad wyraz okrutny. I jeśli nie krwawy, to przynajmniej niebezpieczny i zarozumiały być musi. Nie inaczej było w tej krainie między morzem głębokim a wysokimi górami.

 

I choć krasnoludki nie szczędziły trudu by pomnażać wspólny majątek królestwa, okrutny władca tej krainy, który okazał się wielogłowym smokiem, nie szczędził kłopotów w ich trudnym życiu. Każda głowa smoka mieszkała w wielkim zamku zwanym po swojsku urzędem, i tam zastanawiała się, czym tu jeszcze pognębić maluczkich poddanych. A największą torturą było to, że władca przy każdej sposobności wmawiał swoim poddanym, że gnębi ich dla ich własnego dobra. Bo bez jego opieki byliby całkiem bezbronni, zagubieni i nieporadni. Dlatego żądał od nich, co miesiąc daniny od tego, co zarobili, i jeszcze, co roku, dla podkreślenia swoich okrutnych rządów kazał im spisywać na specjalnych dokumentach ileż to mu przekazali w podatkach. Krasnoludki pracowały i pracowały. Dzień po dniu. Tydzień po tygodniu. Miesiąc po miesiącu. Ale że pogoda nigdy nie była przyjacielem krasnoludków, to czasem zapadały one na zdrowiu. Pociągając noskami, powłócząc nóżkami udawały się krasnoludki w taki czas do krasnoludkowych lekarzy. Ale że i oni byli w służbie wielkiego władcy niełatwo się było do nich dostać. Jak już lekarz łaskawie przyjął na audiencję krasnoludka, jak już wypisał mu mikstury, to ten udawał się na zwolnienie lekarskie, by w spokoju powracać do zdrowia. Ale i tu okrutny władca nie pozostawiał krasnoludka samego w jego chorobie. Uznając, że jeśli on nie pracuje w jego kopalniach złota z powodu choroby, to nie należy mu się pełne wynagrodzenie za jego pracę.

 

I choć pracowały krasnoludki w pełni sił dla niego wiele lat, to, gdy rozłożyła ich choroba i musiały więcej talarów wydać na mikstury tajemne, które miały im zapewnić powrót do zdrowia, to mocarz okrutny płacił im tylko osiemdziesiąt procent należnego im wynagrodzenia. Aby ich ukarać za to, że ośmielili się zachorować. Wiele krasnoludków, aby uniknąć niższego wynagrodzenia za swą chorobę, udawali się do miejsca pracy i tam zarażali inne krasnoludki. Straszny był ten władca. Z danych urzędników króla tej krainy wynikało, że co ósma osoba pobierająca w ubiegłym roku zasiłek chorobowy, była zdolna do pracy. Więc razu pewnego, wielki mocarz nakazał swym ogrom skontrolować łącznie ponad dwieście osiemdziesiąt siedem tysięcy zwolnień wydanych krasnoludkom, aby następnie cofnąć świadczenia na blisko sto pięćdziesiąt milionów talarów. Wykazał tym samym, że nie dość, że lekarze to oszuści, bo zdrowym wydawali zwolnienia od pracy, to jeszcze i krasnoludki stanowią wielką bandę oszustów, którzy tylko patrzą jak tu monarchę swego oszustwem do zguby doprowadzić. 

 

I choć to bajka, nie zakończy się dobrze. Bo czasem ten, kto ma władzę wszędzie widzi złodziei. Nawet jak tylko kilku kradnie to często bywa tak, że winni są wszyscy. I choć wszyscy wiemy, że choroba nie wybiera to władca zawsze stawia krasnoludka w roli złodzieja, który tylko patrzy jak od króla wyłudzić talary. Dlatego żeby poprawić zdrowie wśród krasnoludków wprowadził on zwyczaj karania ich utratą zarobków za to, że ośmielili się być chorymi.  Teraz nawet chory krasnoludek nie pójdzie do lekarza, bo przecież nie dość, że dostanie on mniejsze wynagrodzenie za okres choroby to jeszcze dodatkowo żyć będzie w strachu przed wizytami ogrów, którzy mogą go odwiedzić w celu sprawdzenia czy jego choroba jest prawdziwa.

 

dziennik pesymistyczny

Mężczyźni nigdy nie będą lepszymi kierowcami od kobiet

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 68

Zatrzymuję samochód przed przejściem dla pieszych. Obok mnie na drugim pasie zwalnia przed zebrą opel astra, lecz jak widzę nie ma zamiaru stanąć, aby przepuścić pieszego. Kierująca wygląda przed maskę mojego auta i gdy dochodzi do wniosku, że staruszka nie stanowi dla niej zagrożenia, bo ledwo zdążyła wejść na pasy, astra dodaje gazu i odjeżdża. Następny samochód na szczęście dla pieszej pozwala jej spokojnie pokonać szosę zatrzymując się i czekając. Przypadek – myślę sobie.  Przecież czytałem nie tak dawno, że kobiety są znacznie lepszymi kierowcami niż mężczyźni. A tu proszę, coś takiego. Przypisywanie takiego zachowanie kobietom jest takie szowinistycznie. Niedopuszczalne. Niemodne. Skarciłem się w myślach za brak poprawności politycznej.

 

– Mężczyźni nigdy nie będą lepszymi kierowcami od kobiet, bo są zbyt skupieni na rywalizacji i znacznie szybciej się irytują – taką wypowiedź Krzysztofa Hołowczyca, kierowcy rajdowego, przeczytałem w jednym z tekstów internetowych traktujących o wyższości kobiecych umiejętności nad męskimi, przy prowadzenia pojazdów mechanicznych. Nie było trudno. Wystarczy wpisać pytanie na temat tej płciowej dominacji do wyszukiwarki, aby zostać wprost zalanym przez różnorakie statystyki. Kobiety statystycznie powodują mniej śmiertelnych wypadków drogowych. Kobiety znacznie rzadziej przyłapywane są na przekraczaniu dopuszczalnej prędkości. Prawie nigdy nie prowadzą swoich pojazdów pod wpływem alkoholu. Kobiety również częściej niż mężczyźni zapinają pasy bezpieczeństwa. Istny statystyczny raj. Wygląda na to, że w zasadzie to tylko kobiety powinny prowadzić samochody, a mężczyźni wygodnie podróżować na tylnym siedzeniu. Statystycznie, więc jest wspaniale.

 

Postanowiłem, że dziś zostawię samochód na rozległym parkingu przed moją firmą. Dojeżdżając na miejsce obserwowałem jak auto jadące z przeciwka, chcąc wjechać na ten sam parking, co ja dokonuje manewru przecinającego oś jezdni w miejscu gdzie umieszczone zostały na nawierzchni ulicy podwójne linie ciągłe. Linia podwójna ciągła rozdziela pasy ruchu o kierunkach przeciwnych i oznacza zakaz przejeżdżania przez tę linię i najeżdżania na nią – tak mi przeleciało przez głowę, ale przecież któż z nas kierowców nie nagina czasami przepisów.  – Ma gość szczęście, że w pobliżu nie ma stróżów prawa – pomyślałem. Nasłuchałby się niechybnie o znaku drogowym P-4, którego nie uszanował. Samochód, który obserwowałem wykonał swój manewr tak, że wymusił na mnie pierwszeństwo przy wjeździe na parking. Zatrzymałem się gwałtownie. Ale znów tak jakoś dziwnie mu wybaczyłem, bo przecież pewnie się spieszył. Bądź, co bądź łamał przepisy ruchu drogowego tym manewrem przez podwójną ciągłą linię. Gdy tak przemknął przede mną, ten samochód, mignęła mi w jego oknie od strony pasażera twarz młodej kobiety. – Z kobitą jedzie to i z gracją musi podjechać – znów okazałem się wyrozumiały sam się dziwiąc, dlaczego taki jestem dziś tolerancyjny.

 

Auto, które wymusiło i złamało przepisy zatrzymało się przede mną tuż za wjazdem na parking. Ja stałem za nim. – Pewnie szuka miejsca – pomyślałem. Tylko, dlaczego przecież parking był prawie pusty. Więc można stanąć wszędzie. Wybór miejsca prze kierowcę z auta mnie poprzedzającego trwał zdecydowanie za długo. Delikatnie, z włączonym kierunkowskazem ominąłem pojazd tarasujący mi wjazd i zaparkowałem, jako ostatni w rzędzie samochodów.  Wyłączyłem silnik, światła i już miałem wyjść z samochodu, gdy nagle odkryłem, że tuż przy mnie zaparkowało auto. Tak to samo. I do tego tak, że między moimi drzwiami a tymi obok została dosłownie szczelina. Spojrzałem na pasażerkę z auta a ona na mnie.  Pokazałem na migi, że będziemy mieć trudności z wyjściem z naszych pojazdów. Żadne tam nerwy. Wszystko spokojnie. Jednak moje machanie a nawet kilka grzecznych słów nie wywołało żadnej reakcji nie licząc wpatrywania się w to, co zrobię. Czekanie na zrozumienie moich kłopotów znudziło mi się. Wygramoliłem się, więc z pojazdu, co w tych warunkach nie było sprawą łatwą. Ale udało się. Miałem coś powiedzieć kierowcy… Ale sobie darowałem. – Jest piękny poranek, siódma czterdzieści, po co mi stres i nerwy.

 

Gdy już odchodziłem usłyszałem jak auto obok mnie odjeżdża i przeparkowuje tak, żeby jego pasażerka spokojnie i dostojnie mogła opuścić pojazd. Przeleciało mi przez głowę kilka myśli złośliwych o stanie umysłu kierującego tym autem, ale nic nie powiedziałem. Chciałem tylko zobaczyć, kim zacz jest ten król szos i parkingów. Okazała się nim panieneczka, która spokojnie i bez najmniejszego słowa przepraszam, bez jakiejkolwiek reakcji malującej się na jej twarzy, wyminęła mnie i spokojnie oddaliła wraz ze swoja pasażerką. Mężczyźni nigdy nie będą lepszymi kierowcami od kobiet – przypomniało mi się – bo są zbyt skupieni na rywalizacji i znacznie szybciej się irytują. Niezirytowany wcale pomyślałem sobie: może faktycznie nigdy nie będę tak dobrym kierowcą jak te spotkane przeze mnie kobiety. Widocznie bardziej skupiam się na rywalizacji.

dziennik pesymistyczny

Spacerkiem po obsranym mieście

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Moje prowincjonalne miasto jeszcze przed tygodniem pokryte było śniegiem. W zasadzie to nawet utonęło w śniegu na długie miesiące. Taki stan pogodowy miał zdecydowanie wiele wad.  Ale miał też przynajmniej jedną niepowtarzalną zaletę. Po prostu, kiedy śnieg pokrywał chodniki, trawniki, place oraz podwórka całego miasta, nie było widać tego, jak bardzo jest ono zaśmiecone. Śnieg stopniał i ujawnił to wszystko, co się pod nim skrywało. To, że na kilkanaście tygodni śmieciowy problem został przykryty białą śnieżną kołderką to niewątpliwie największa zaleta tej zimy. Wszędzie było tak czysto i przyjemnie. Ale teraz problem powrócił i to ze zwiększoną siłą. Bo to, co było ukryte teraz wylazło z powrotem na wierzch.

 

Skuszony piękną pogodą oraz namowami pięknej pani z telewizji, która zapowiada pogodę, wybrałem się na spacer. Jak tylko postawiłem nogę na chodniku od razu but zanurkował w błotku powstałym z tego, co się rozpuściło, dodatkowo zagęszczonym tym, czym chodniki były posypywane w okresie zlodowacenia. Czym dalej w miasto tym więcej na chodniku błota. No i jeszcze te trawniki bogato ustrojone pustymi butelkami po napojach alkoholowych wszelkiej maści. Idąc ulicą i przyglądając się tylko tym, co na trawnikach, z łatwością można zgadywać gdzie się obecnie znajdujemy. To znaczy, że możemy łatwo nawigować do sklepów z alkoholem. Więcej opakowań szklanych po napojach wyskokowych oznacza, że zbliżamy się do punktów ich sprzedaży.

 

Bardzo ciekawe jest to, że w zasadzie wszystkie opakowania po wódeczce leżące na trawnikach to takie małe buteleczki o pojemności dwustu mililitrów. Czyli jak widać społeczeństwo mojego prowincjonalnego miasta może i pije często, ale za to w małych dawkach. I sądząc po nazwach trunków umieszczonych na buteleczkach to wszystko, co spożywa to tylko dla zdrowotności. Bo po wszelkich balsamach i po innych nalewkach gorzkich żołądkowych, niezliczone opakowania zalegały trawniki w mieście. Jak widać wódka szkodzi najbardziej na rączki, bo jak widać amatorzy balsamów i gorzkiej żołądkowej zaraz po wlaniu płynu do gardła, tracą moc w dłoniach i butelka zostaje tam gdzie doszło do spożycia. Piwo też jak widać, powoduje podobną utratę zdolności doniesienia butelki do najbliższego śmietnika. Można to nawet zrozumieć, ale dlaczego opakowania po kefirach czy innych napojach równie często występują obok butelek?

 

Dobrze, alkohol powoduje, że zmieniają się standardy czystości. Może jak jeden z drugim wywalą przy krzaczku po jednym balsamie wysokoprocentowym, to jest dla nich zupełnie normalne, że opakowanie po wódeczce od razu wędruje zamiast do kosza, to na ziemię pod nogami amatorów tych trunków. Czyli można to zrozumieć, choć nie można aprobować. Ale jak wytłumaczyć tą mnogości psich odchodów na chodnikach, trawnikach…. no dosłownie wszędzie. Mój znajomy zawsze powtarzał, że to moje prowincjonalne miasto jest obsrane. I chodziło mu w zasadzie o ogólny stan wszystkiego w tym grodzie. Używał takiej zdecydowanie dosadnej przenośni na określenie, jakości życia w mieście. Może to nie było wyszukane, ale po moim spacerze i po slalomie między psimi kupami dochodzę do wniosku, że wiele w tym jego obsraniu miasta jest niestety racji. To już nie tyle przenośnia, co przerażająca rzeczywistość.

 

Uważałem, kluczyłem, przeskakiwałem nad i omijałem, ale i tak wróciłem do domu w butach uwalanych psimi odchodami. Czy można coś z tym zrobić? Czy ludzie powalający swoim psom na zanieczyszczanie chodników uwielbiają mieszkać w gnoju? Przecież to niebezpieczne! Nie chodzi już tylko o estetyczną stronę problemu. Psie kupy nie tylko w momencie, gdy leżą na ulicy stanową zagrożenie. Przecież jak przyniesiemy to na bucie do domu to niebezpieczeństwo dodatkowo wzrasta. Kontakt ze zwierzęcymi odchodami może być przyczyną zakażenia chorobami takimi jak: toksoplazmoza, toksokaroza, bąblowicą oraz różnymi pasożytami. Straszę? A pewnie. Bo mam wrażenie, że problem ten jest nie do rozwiązania.

 

Wyczytałem w dzisiejszej lokalnej gazecie straż miejska może ukarać tylko taką osobę, której dowiedzie, że podrzuciła śmieci. Czyli pewnie też taką, której pies aktualnie dokonywał czynności fizjologicznych przy strażniku, a jego pan po nim kupki nie posprzątał. – Jeśli są świadkowie takiego zdarzenia, to powinni w miarę możliwości zrobić zdjęcia – namawia komendant straży. Dobrze komendancie, postaram się następnym razem zabrać na spacer aparat fotograficzny, w celu ustalenia sprawców obsrania miasta. Ale może w ramach swych obowiązków, strażnicy miejscy zaczną karać właścicieli chodników i trawników za panujący tam brak porządku i czystości. Może to znacznie prostsze i skuteczniejsze rozwiązanie? Bo na zrozumienie wśród właścicieli czworonogów, że nie każdemu pachnie psia kupka, nie można jak widać liczyć.

dziennik pesymistyczny

Nie wierzę politykom z dzikiego kraju

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Witajcie w dzikim kraju! Przynajmniej, jeśli chodzi o polityczne oblicze naszej ojczyzny. Przez lata powtarzałem do znudzenia przy każdej okazji, że w świecie polityki panuje w naszym kraju istny kult ludźmierskich zasad politycznych. Te wieczne insynuacje, haki, czarne teczki, akta bezpieki, szafy pełne domniemanych i prawdziwych donosów. Agenci, podsłuch, prowokacje i tajne nagrania. Inwigilacje jednych polityków przez służby bezpieczeństwa, na wniosek i przy aprobacie innych polityków. Wieczne, wzajemne oskarżenia, że jeden kradł, a drugi planował oszustwa z biznesmenami.  I oczywiście żadnych dowodów tylko wieczne insynuacje. Wiecznie bulgoczący kocioł z naszą polityczną zupką. Jedni politycy w niej pływają, w charakterze przekąski medialnej, a inni politycy dokładają do ognia mieszając stale w kotle. 

 

Jak na stronicach Kordiana, mistrza Juliusza Słowackiego, czarownice i diabły mieszają w wielkim kotle, tak i na naszej współczesnej scenie politycznej znów pojawia się kocioł, z którego wyłaniają się po kolei stwarzani przez nas w wyborach polityczni przywódcy. Pojawiają się i znikają, bo jedni wygryzają drugich. Aż się prosi żeby na tej naszej politycznej scenie tak jak u Słowackiego, w końcu pojawili się aniołowie, którzy przepędzą zgromadzenie czarownic i diabłów. Za mocna analogia? Możliwe. Ale gdy piszę lub mówię o ohydztwie polityki, ja tylko, w swej skromnej osobie, to mogę być uznany za paranoika. Pogodziłem się z tym. Nie znam się na meandrach polityki, bo sam jej nigdy nie uprawiałem. Moje zdanie może się nie liczyć. Moja opinia może być niesprawiedliwa czy nawet krzywdząca dla świata polityki. Ale inaczej się sprawy mają, gdy o dzikości polskiej polityki wypowiada się ktoś, kto w niej działał aktywnie od dwudziestu przeszło lat. Kto jeszcze nie tak dawno stał na szczycie politycznej drabiny. Kto był ministrem rządu. Politykiem był i chyba jest nadal, po prostu. On jak nikt inny przecież zna się na politycznej kuchni.

– Jestem dowodem na to, że Polska jest w dalszym ciągu dzikim krajem – powiedział były minister sportu Mirosław Drzewiecki w rozmowie wyemitowanej w TVN24. Pewnie wie, co mówi skoro się tym od dwudziestu lat zajmuje. Skoro, jako minister był w rządzie tego dzikiego kraju. Więc jego słowa mają większą moc niż moje wieczne narzekanie na polityków. Powtórzę za Tiltem: nie wierzę politykom. To tylko słowa. Ale gdy Drzewiecki – jak mówi – gardzi polityką, to jego słowa są jak wystrzał z armaty. Gdy ja mówię, że w stosunku do obywatela, państwo zachowało stare popeerelowskie wzorce, to są to tylko słowa wynikające z moich przemyśleń i obserwacji. Nic więcej. Przecież nigdy nie widziałem państwa od środka. Nie byłem ministrem. Nie byłem politykiem. Więc co on tam wie – powie wielu. Ale gdy były minister mówi, że to, co się obecnie dzieje w Polsce jest obrzydliwe to, co ja mam o tym myśleć? On przecież ma większą wiedzę o moim państwie niż ja maluczki, szary obywatel.

– To mi przypomina zamierzchłe, stare czasy, kiedy można było powiedzieć – dajcie mi człowieka, a coś się na niego znajdzie – słyszę z ust byłego ministra. Czy mam się bać? Pewnie tak. Bo coś tu jest nie tak. Czy nic od dwudziestu lat w Polsce się nie zmieniło? Dajcie mi człowieka a znajdę na niego paragraf – zwykł mawiać żelazny Feliks Dzierżyński. Czy mam, uważać zważywszy na słowa byłego ministra polskiego rządu, że te mroczne czasy, w których na każdego można było spreparować dowolny materiał jeszcze nie minęły? A że już raz zacytowałem utwór Tiltu, to niech dalsze jego słowa będą przestrogą i zarazem zakończeniem moich dzisiejszych pesymistycznych rozważań wokół słów Mirosława Drzewieckiego.  We własnym domu trudno być prorokiem. Ale mówię to, co widzę ze swych okien. I nie chcę, was straszyć zobaczycie sami. Że najciekawsze dopiero przed nami.

dziennik pesymistyczny

Używanie słów wulgarnych i obelżywych

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 40

W starciu z instytucjami państwowymi, w tym także samorządowymi, zwykły obywatel nie ma szans. A jeśli dodatkowo państwo nasze reprezentuje urzędnik odziany w mundur, to szanse zmniejszają się do zera. I choć strażnik miejski jest przecież niczym innym jak pracownikiem samorządu, czyli magistrackim urzędnikiem a nie funkcjonariuszem policji, to jednak mundur daje mu wielką władzę. Strażnik jednak nie podlega ostrym rygorom naboru i szkolenia, jakie przechodzą kandydaci na policjantów. Zasadne jest więc pytanie, czy strażnik miejski jest dobrze przygotowany do pełnienia funkcji policyjnych. I czy te uprawnienia, które ma na mocy odpowiednich ustaw, z braku odpowiedniego szkolenia, wiedzy czy nawet odpowiednich predyspozycji psychicznych, nie będą nadużywane. Wczoraj w telewizyjnym programie widziałem reportaż o zwykłym obywatelu z miasta Łodzi, który sfotografował źle zaparkowany samochód straży miejskiej. I tym właśnie wzbudził wielki gniew strażników miejskich, którzy w stosunku do delikwenta użyli środków przymusu bezpośredniego w postaci siły fizycznej oraz kajdanek.  Następnie doprowadzili mężczyznę do najbliższego komisariatu policji gdzie spędził kilka godzin.

 

W TVNowskim programie Uwaga wypowiadał się między innymi przełożony sfotografowanych strażników. I tam właśnie usłyszałem słowa, które są jak mi się wydaje stałym już i standardowym oskarżeniem wobec osób, które popadły w konflikt z urzędnikiem w mundurze.  Wystarczy złożyć zawiadomienie o przekroczeniu uprawnień przez funkcjonariusza, aby w odpowiedzi na postawione mu zarzuty zostać oskarżonym między innymi o używanie słów wulgarnych i obelżywych w stosunku do funkcjonariusza w mundurze. Łatwo zgadnąć, komu uwierzy sąd, gdy już przed nim staniemy i słowa mundurowego będą przeciwko naszym słowom. Wielokrotnie słyszałem o takich przypadkach i wystarczyła krótka sonda wśród moich znajomych z pracy, aby potwierdzić, że nawet niewinnie wyglądającym i grzecznym z natury osobom zdarzyły się oskarżenia o używanie słów wulgarnych i obelżywych w stosunku do funkcjonariusza straży miejskiej.

 

Może nawet uwierzyłbym, że ten pan z miasta Łodzi i moja koleżanka, z natury spokojny człowiek, to jacyś zakamuflowani cholerycy, co to jak tylko zobaczą funkcjonariusza, to od razu zaczynają go lżyć i obrażać. Uwierzyłbym gdyby nie to, że sam stałem się kilka lat temu przedmiotem takich oskarżeń ze strony strażników. I od razu dodam, że nikogo nie obrażałem słownie, a wręcz przeciwnie, byłem wyjątkowo małomówny, spokojny i zrównoważony, zważywszy na okoliczności. Zdarzyło mi się kiedyś zatrzymać samochód w miejscu gdzie obowiązywał zakaz parkowania. Nie chciałem tam zostawać długo. Tylko tyle czasu, ile potrzeba na otworzenie bagażnika i wystawienie tego, co się w nim znajdowało na ulicę. Nie zdążyłem jeszcze wyłączyć silnika, a już pukał w okno mojego samochodu strażnik miejski z propozycją ukarania mnie mandatem za parkowanie w strefie, w której jego zdaniem nie powinienem tego robić. Nie dyskutowałem. Nie marudziłem. Spokojnie odmówiłem przyjęcia mandatu, bo mieliśmy ze strażnikiem inne zdanie na temat różnicy między zatrzymaniem i postojem pojazdu. A że nie chciało mi się dyskutować, więc uznałem, że sąd jest najwłaściwszym miejscem do rozstrzygnięcia, który z nas dwóch ma rację.

 

I tak się stało. Spotkaliśmy się przed obliczem sądu z panem strażnikiem i tam dowiedziałem się z ust funkcjonariusza straży miejskiej, że, podczas gdy funkcjonariusz pełen skromności i wymogów służby starał się wręczyć mi mandat, ja podniesionym głosem używałem w stosunku do niego słów wulgarnych i ogólnie uważanych za obelżywe, czym go uraziłem do żywego. Zdziwiłem się, bo albo miałem pomroczność jasną, albo po prostu strażnik kłamał, że byłem taki, jakim nigdy nie bywam. Na pytanie wysokiego trybunału czy tak było zaprzeczyłem i przywołałem na świadka osobę, która podróżowała wtedy ze mną samochodem. I tu jakby to moje szkalowanie munduru znikło zupełnie. Bo ani strażnik już więcej do kwestii słów wulgarnych nie powracał, ani sąd jakoś nie drążył tematu mojej wmawianej mi przez strażnika obelżywości. Tak, więc jeśli chcesz mieć stuprocentową pewność, że nie obrażasz słowem munduru, staraj się drogi czytelniku mieć świadka starć słownych z funkcjonariuszem.  Bo nieważne, że nie obrażałeś słowem, ani nawet czynem strażnika miejskiego. Jak nie masz świadków na swą niewinność to możesz być prawie pewien oskarżeń o używanie słów wulgarnych i obraźliwych.