Yearly Archives

170 Articles

dziennik pesymistyczny

Czarno-biały świat testów

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Nie lubię testów sprawdzającychmoje kwalifikacje czy osobowość, bo jak sprawdzić na podstawie suchychodpowiedzi „ tak” lub „nie”, jakim jestem człowiekiem. Czasem nie można napytanie odpowiedzieć jednym słowem. Bo wszystko zależy od okoliczności, dojakich się to pytanie odnosi. Kiedyś wyczytałem w teście pytanie: Czy zdarzyłoci się w pracy przekroczyć swoje uprawnienia? No i jak tu odpowiedzieć? Jeśliopowiem „tak” to od razu staje mi przed oczyma urzędnik, którego ściga prokuraturaza przekroczenie uprawnień. Czyli chyba źle, jeśli potwierdzę, że przekroczyłemswoje uprawnienia. Ale jeśli przyjmiemy założenie, że dopuściłem sięprzekroczenia w dobrej wierze to, co w tedy? Jeśli zauważam, że mój kolega zpracy sobie z czymś nie radzi a ja mam chwilę wolnego czasu to mu pomogę,choćby nie leżało to w zakresie moich służbowych obowiązków. Inne pytaniebrzmiało mniej więcej tak: satysfakcję z życia mogą dać tylko duże pieniądze,które wydajesz na własne potrzeby. No, w zasadzie to jest w tym dużo racji.Pieniądze szczęścia nie dają, ale zdecydowanie ułatwiają życie. No, więc powinienempowiedzieć, że ważniejsze są dla mnie sprawy powiedzmy natury duchowej czyraczej potwierdzić, że uwielbiam pieniądze wydawać i to jest dla mnie satysfakcjonujące.No nie da się tak po prostu wybrać. Nie cierpię tej naszej kultury pieniądza,którą zaszczepiono nam dwadzieścia lat temu. Wolę zdecydowanie być, niż mieć.Ale znów staję przed pytaniem czy tak zupełnie da się dziś zapomnieć opieniądzach. Przecież, jeśli ważne jest dla mnie czytanie książek czy regularnewizyty w teatrze to i tak na to muszę posiadać pieniądze. Czyli jeśli odpowiemtwierdząco na pytanie, że „satysfakcję z życia mogą dać tylko duże pieniądze”to wyjdę na osobę, która świata nie widzi poza kasą. Jeśli nie dodam, że przedewszystkim zarabiam, aby wydawać na sprawy duchowe to zupełnie zmienia to sens.Czyli uważam, że na tak zadane pytanie nie można odpowiedzieć tylko „ tak” lub„ nie”. – Uważam, że nie mam kłopotów z nawiązywaniem kontaktów z ludźmi – tokolejne pytanie z testu. Znów nasuwają mi się ambiwalentne odpowiedzi. Sąprzecież ludzie, z którymi nawiązuję kontakt tak od razu.  Ale są tacy, z którymi nie udało mi się nawiązaćkontaktu z wielu powodów i czasami kompletnie nie ode mnie zależnych. Ogólniełatwo nawiązuję kontakt z ludźmi, ale przeważnie z tymi, z którymi chcę takiegowejścia w relacje międzyludzkie.  Czylipowinienem odpowiedzieć zdecydowanie twierdząco na tak zadane pytanie. Ale wypadałobyteż zrobić zastrzeżenie. Zapytano mnie w teście czy: ludzie, którzy kierują sięw swym życiu głównie uczuciami, mają mniejszą szansę na wybicie się. Czy jawiem? Jak powiem „tak” to wyjdę na bezdusznego i wypranego z uczuć, co to „ potrupach” do celu. A jeśli odpowiem, że „ nie” to może się okazać, że uczuciaprzeszkodzą mi w biznesie, bo będę się rozczulał nad losem pracowników wwiększym stopniu niż rzetelnie oceniał ich przydatność w firmie. I tak źle itak niedobrze. Pewnie wielu psychologów i doradców zawodowych się ze mną nie zgodzi,ale ja naprawdę uważam, że świat nie jest czarno-biały. I nie da się poznaćczłowieka na podstawnie jego odpowiedzi w testach.

 

dziennik pesymistyczny

A jakby przestać jeść?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Na pewnym forum internetowymwyczytałem, że człowiek w zależności od masy ciała może przeżyć bez jedzenianawet miesiąc. To zdecydowanie dobra wiadomość dla mnie – osoby, od kilkumiesięcy cierpiącej na chroniczny brak gotówki. Niby ja mam jakieś pieniądze.Ale zawsze w ilości niewystarczającej. Czyli tak naprawdę to ich nie mam.Ciągle zliczam te moje złotówki i jakbym nie liczył, to i tak wychodzi, że wzasadzie powinienem zaprzestać jedzenia. Tak, zdaję sobie sprawę, że to wersjaradykalna. Ale post w moim religijnym kraju jest czymś normalnym, więc pewnienikt się nie zdziwi, że właśnie forma oszczędności mnie zainteresowała. Jestemna tyle duży, w sensie masy ciała, że spokojnie mogę się go trochę pozbyć. Mamtaki pomysł, aby nie jeść. Ale uzbrojony w wiedzę z Internetu postanowiłem, żenie zrezygnuję z picia.  Pić mogę i muszę,bo jeśli chcę gdzieś mieszkać, to warto zapłacić czynsz i przy okazji zapłacić zawodę. Dlatego będę mieć wodę w kranie. Bo jak dowiedziałem się z internetowejdyskusji specjalistów od głodzenia, to bez wody nie dam rady przeżyć nawettrzech czy czterech dni. Warto też opłacić prąd. Bo tak po ciemku i nagłodniaka to chyba nie da się tego miesiąca przeżyć. Co prawda wyczytałem, żejak nie będę jadł to będę dużo spał. Ale przecież ja ten post planuję zoszczędności, aby mieć na inne wydatki, dlatego prąd mieć warto. Taki miesięczny okres odstawienia przydałby się dlaopanowania kryzysu w moich domowych finansach. Na jedzenie wydaję najwięcej,więc jak okiełznam potrzebę jedzenia to mogę tyle zaoszczędzić, że spokojnie zabezpieczęwszelkie opłaty i podatki. – Przytyłeś – stwierdził bardziej niż zapytał pewienmój znajomy. Czy ja wiem? Jestem taki jak zawsze. Od lat utrzymuję mniej więcejtaką samą wagę. Ale ja jestem nieobiektywny. Może faktycznie za dużo wydaję najedzenie. A teraz będę mógł żyć na wyższej stopie życiowej z opłaconą na czastelewizją i z nieprzerwanym dostępem do Internetu. Co prawda bez jedzenia, alejak mówiłem z czegoś muszę zrezygnować. Myślę, że w końcu do mnie dotarło to,co nasi politycy powtarzają mi od lat. Zrozumiałem, że jak oni mówią ozaciskaniu pasa z powodu kolejnego kryzysu, to nie chodzi im o zaciskanie wprzenośni a pewnie o to, że w wyniku głodzenia się będę mógł zaciskać bardziejpasek u spodni. Mam nadzieję, że o to chodzi, bo miałem jeszcze jednoskojarzenie z paskiem, tym razem na szyi, ale pewnie nikt z naszych rządzącychnie chciałby abym odszedł za wcześnie, bo przecież jakieś tam podatki płacę,więc moje państwo straciłoby źródło finansowania.  Dobra skromne, ale zawsze. Jakby tak wszyscypatriotycznie nastawieni obywatele wstrzymali się na pewien czas od spożywaniapokarmów jak wielkie korzyści by z tego wynikły. Zdrowy, bo chudy naród. Faktycznietrochę senny i wycieńczony. Ale przez to niezdolny do żadnych ekscesów. Kto nagłodniaka chciałby protestować? Taki miesięczny post, co kilka miesięcy to jestprawdziwe ocalenie dla moich finansów. Nikogo nie namawiam. Ale coś w tym jest.

 

dziennik pesymistyczny

Piękne są nasze barwy ojczyste

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Na fladze czyjegopaństwa widnieje czerwień i biel? No, to jest zdecydowanie łatwe pytanie chyba dlakażdego kto czuje się Polakiem. Każdy przecież wie, kto choć raz w życiu widziałnaszą flagę jakie są nasze barwy ojczyste. Ja pamiętam z lat dziecięcychwierszyk zaczynający się od słów:  „Powiewaflaga gdy wiatr się zerwie, a na tej fladze biel jest i czerwień”. Alepołączenie bieli i czerwieni widnieje też na fladze innego państwa. I dlatego chybaważna jest kolejności umieszczenia kolorów. Na górze biel na dole czerwień –tak być powinno – jeśli wywiesić chcemy polską flagę. Nie odwrotnie – bo wtedyto barwy obcego państwa. Wczoraj zatrzymałem samochód na skrzyżowaniu przedsygnalizacją świetlną. Czekają na zmianę świateł dostrzegłem na przeciwnympasie ruchu samochód udekorowany chorągiewkami przybranymi czarnymiwstążkami.  Niby nic nadzwyczajnego. Wten weekend spotkałem już kilka samochodów, których kierowcy chcieli w tensposób zamanifestować swoje uczycie względem tragedii sprzed roku.  Ale ten pojazd był inny. To znaczy flagi nanim były inne. – Nie wiesz co złego spotkało Księstwie Monako? Doszło tamostatnio do jakiejś narodowej tragedii? – zapytałem moją współtowarzyszkę podróży.–  A tak dokładniej to o co ci chodzi? –odpowiedziała pytaniem na pytanie. Wskazałem jej samochód  stojący na przeciwnym pasie ruchu. Na dachumiał dwie chorągiewki przybrane czarnymi wstęgami. Na flagach była czerwień nagórze i biel na  dole.  – Ciekawe co tam się stało  w tym dalekim kraju, że mieszkańcy mojegoprowincjonalnego miasta postanowili okazać solidarność z tym narodem poprzezudekorowanie samochodu barwami narodowymi Księstwa Monako, dodatkowo przybranymiczarnym kirem – zastanawiałem się głośno. Tymczasem światła na skrzyżowaniu  się zmieniły i auto udekorowane chorągiewkamiodjechało. Biel i czerwień. Czerwień i biel. Niby to samo a jednak jestzasadnicza różnica. Może to tylko pomyłka kierowcy. Ale może jego niewiedza? Niewiem. Ta głośna mniejszość , co tak dużo mówi o patriotyzmie, lub o jego braku,czasem po prostu zapomina co oznaczają kolory na naszej fladze oraz o tym, żekolejność ich umieszczenia ma spore znaczenie. Wiem, że przykład idzie z góry. Przykładypoprawnych postaw patriotycznych powinien iść ze szczytów władzy. Boniewątpliwie lud naśladuje tych co byli lub są u władzy.  Rodzi się całkiem uzasadnione pytanie, czy wprzypadku który opisałem  właśnie takbyło? Pamiętam, że prezydent profesor Lech Kaczyński też pojawił się kiedyś publiczniez flagą Monako. I to dwukrotnie. Ja wiem, że on pewnie sam tych flag niewieszał. Ale pewnie ktoś z jego ekipy to nadzorował. A i on też mógł poprawność  barw sprawdzić. W dwa tysiące szóstym rokuflaga Monako (czerwień u góry, biel u dołu) zamiast polskiej powiewała na limuzynieówczesnego prezydenta najjaśniejszej Rzeczpospolitej . Dwa lata później wisiałaza jego plecami, gdy wygłaszał orędzie do narodu w publicznej telewizji.  Czyli przykład przyszedł jednak z góry.Dlatego pewnie nie powinienem się dziwić, że niektórzy kontynuują tę właśnietradycję. Wszystko widać jest zgodne z nową tradycją.  Jeśli  dla tych swoistych patriotów kolejność kolorówna fladze nie ma większego znaczenia, to może będzie mieć znaczenie ichsymbolika. „Czerwień to miłość, biel serce czyste – piękne są nasze barwyojczyste” – że pozwolę sobie na kolejny cytat z wiersza, który poznałem wdzieciństwie. A  kolejność ichumieszczenia na fladze ma zdecydowanie ogromne znaczenie.

 

dziennik pesymistyczny

Nie wykluczam, nie potwierdzam

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Mam wielki kłopot zmedialnymi wypowiedziami prezesa prawych i sprawiedliwych. Przeważnie jest tak,że wódz wypowiada się do narodu, a ja choć nie chcę to jednak muszę czasamitego słuchać i z tego powodu cierpieć. Bo zdarza się coraz częściej, żeodczuwam fizyczny ból gdy słucham wywodów prezesa. Wielokrotnie sobieprzyrzekałem, że już koniec, że wzorem działaczy prawych i sprawiedliwychogłoszę bojkot i nie będę komentował słów prezesa. Ale co ja mam zrobić, jakczasami odnoszę wrażenie, że on to robi specjalnie. – Przeciwko komu to byłonapisane lub powiedziane – pyta mnie często mój kolega. No, właśnie! Corazczęściej ulegam wrażeniu ,że prezes tak specjalnie do mnie mówi. Żeby mniewnerwić.  A że każda akcja wywołujereakcję, to nic dziwnego że ja czasem  idącza radą klasyka polskiej myśli politycznej, nie chcem ale muszem. Dlatego niechcę komentować słów, ale czasem po prostu muszę.  Wódz prawych i sprawiedliwych  odwiedził studio pewnej telewizji czym  mnie wielce zaskoczył. Nie spodziewałem sięgo tam zobaczyć.  – Mamy przykładynierzetelności w pokazywaniu nas przez TVN. Nie chodzi nam o krytykę, tylkoskrajną nierzetelność i nieprawdę. Jak tak będzie dalej, to my poradzimy sobiebez tej stacji. Pytanie, czy telewizja informacyjna poradzi sobie bez politykównajwiększej partii opozycyjnej, którą popiera co trzeci Polak –  takie słowa prezesa wyczytałem, nie tak dawnow Internecie, na pewnym portalu politycznym. Czyli jak widać mogłem sięspodziewać, że w tej stacji telewizyjnej prezesa nie zobaczę. A tu proszę, był,wystąpił i powiedział znów kilka słów, które aż się proszą o mójkomentarz.  – Nie twierdzę, że byłzamach, tylko że jest grubo za mało materiału, żeby powiedzieć coś ostatecznie.Nie mogę tego wykluczyć, nie mogę potwierdzić – stwierdził prezes „ największejpartii opozycyjnej, którą popiera co trzeci Polak” w telewizji . Czyli jeślimnie coś chorego natchnie i zacznę nagle twierdzić, że za wiadomą katastrofęlotniczą pod Smoleńskiem odpowiadają Marsjanie, to spokojnie mogę argumentowaćto jak prezes: – Nie twierdzę, że był atak z kosmosu, tylko że jest grubo zamało materiału, żeby powiedzieć coś ostatecznie. Nie mogę tego wykluczyć, niemogę potwierdzić. Pod wypowiedź prezesa,  że niczego nie da się ostateczniewykluczyć,  można podstawiać wszystko.Nawet najbardziej absurdalną teorię spiskową. Na przykład:  nie twierdzę, że był ostrzał rosyjskiejartylerii przeciwlotniczej, tylko że jest grubo za mało materiału, żebypowiedzieć coś ostatecznie. Ja nikogo nie chcę obrażać ani szargać niczyjejpamięci.  Ja tylko chcę zareagować nasłowa, które dla mnie, są tak po prostu pozbawione sensu. Gdy słyszę, że  nie można niczego wykluczyć, nie możnapotwierdzić, to boję się, że dyskusja o tej tragedii nigdy się nie skończy. Żemoże trwać w nieskończoność. Bo przecież chyba nigdy nie będzie dość materiałówżeby o którejkolwiek, nawet o tej najbardziej nieprawdopodobnej teorii, powiedzieć coś ostatecznie. Niewykluczyć jej, i  nie potwierdzić.

 

dziennik pesymistyczny

Płaca bez pracy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ciekawe jak długo bympracował gdybym regularnie spóźniał się do pracy? Zastanawiam jak długopracodawca tolerowałby to , że wpadam do firmy by tylko podpisać listęobecności. Pewnie nikt nie byłby dla mnie wyrozumiały w takiej sytuacji. Ipewnie niewiele by pomogły moje tłumaczenia, że nawet jak jestem poza biurem toi tak ciężko pracuję, tyle, że koncepcyjnie. Gdybym miał być, na ważnym spotkaniu,dajmy na to na czternastą, to zdecydowanie być bym musiał. Dlatego też bardzozazdroszczę tym, którzy mają tak dobrą pracę, w której pracować już nietrzeba.  Przyznam, że zawsze fantazjowałemo takiej formie zatrudnienia.  Wpadałbymna siedem minut do biura, podpisywał listę, na podstawie której mi potem zapłacąi już miałbym wolne. A nawet, jeśli nie wolne, to mógłbym ten czaszaoszczędzony, a już sowicie opłacony, wykorzystać inaczej.  Idealna dla mnie byłaby taka praca bez pracy,ale za to z płacą. Tak, ale to tylko marzenia. W realnym świecie takiej nie ma.A żeby taką pracę mieć trzeba zostać politykiem, bo tam standardy zatrudnieniasą zdecydowanie inne.  Jak ja bymzaoferował pracodawcy, że wpadałbym na kilka minut do biura głównie w celupodpisania listy, to pewnie nie popracowałbym dla niego zbyt długo. Aleprzecież ja jestem zwykłym szarakiem, a nie europosłem, bo on jak najbardziejmoże wpaść na chwilę, podpisać się na liście (nie)obecności i po kilku minutachwyjść. Czyli w zasadzie jego praca ograniczyła się do podpisania listy…nieobecności. Taki poseł to ma boskie życie. Tak, zadecydowanie zazdroszczę. Toidealna reklama polityki i europejskich standardów pracy przynajmniej w unijnejbiurokracji. Jak tu nie kandydować, jeśli można dorwać pracę, w której płacąponad trzysta euro za kilka minut pobytu w biurze. Taki europoseł to jest gość.Nie dość, że i tak dobrze zarabia to jeszcze może dorobić do pensji.  Zawsze może wpaść na chwilę na obrady komisjiw polskim sejmie. Posłowie z Parlamentu Europejskiego pojawiają się tam, jakozaproszeni goście na posiedzenia odpowiedniego zespołu, na przykład takiego dospraw Unii Europejskiej. Za udział w obradach Unia wypłaca europosłom trzystacztery euro dziennie. Przypomniało mi się wyśmiewane przez obecnych politykówpowiedzonko z czasów PRL-u, że nieważne czy się stoi czy się leży, bo dwatysiące się należy. Teraz wystarczy być posłem, jeden podpis na liścieobecności… i nieważne, co się robi potem, bo trzysta cztery euro się należy.Dziennikarze z TVN24 przyłapali polityków, którzy pojawiają się tylko nachwilę, byle podpisać listę, a potem, czym prędzej się ulatniają.  Może to jest jakiś trend odgórny? Może napoczątku tak pracować będą europosłowie, potem posłowie w kraju… a na końcu wkońcu my wszyscy, lud szary wsi, miast i miasteczek. Może to jest właśnie tenszczyt kapitalizmu i dobrobytu, o którym mi opowiadają politycy od dwudziestulat? Jest już taki dobrobyt, że pracować nie trzeba. Wystarczy tylko przyjść,podpisać listę i wolne…, Ale pewnie tak nie będzie. Taka płaca bez pracy, toprzywilej tych na górze społecznego świecznika. Bo jak wiadomo od dawna: wszystkiezwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze.


dziennik pesymistyczny

Tłumaczenie z polskiego na nasze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Człowiek uczy się przezcałe życie. To prawda. A gdybym nawet o tym zapomniał, to uczynny politykzawsze mi o tym przypomni. Choć już od dawna nie zasiadałem w szkolnej ławie tojednak znów poczułem się jak uczniak w jakiejś tradycjonalnej szkole, któregostrofuje wszechwiedzący nauczyciel. Oczami wyobraźni widziałem tablicę zwypisanym na niej pytaniem będącym jednocześnie tematem lekcji: -Co poeta miałma myśli? Tamto to tylko koszmarne wspomnienie pewnego nauczyciela, któryzawsze chciał mieć rację. A każde odstępstwo od jego norm myślenia traktował,jako osobistą zniewagę.  Tak długo,belfer ten, wmawiał mi, że jest tylko jedna prawda, oczywiście ta jego, żeczasami dla świętego spokoju i dobrej oceny, przyznawałem mu rację. I terazczuję się podobnie. Co kilka dni prezes tych polityków, co to uważają się zanajbardziej prawych i sprawiedliwych coś powie lub napisze a potem jest z tymtaki kłopot, że trzeba to wyjaśniać tym, którzy go opacznie zrozumieli. Odnoszęwrażenie, że istnieje specjalna armia działaczy, która światłą myśl wodza przekładana prawdę obowiązującą. W swoisty sposób tłumaczy z polskiego na nasze.Interpretuje prawdę objawioną w ten sposób, aby lud ciemny nie zrozumiał jejopacznie. Bo to niedopuszczalne przecież, że ktoś może słowa prezesaniewłaściwie zrozumieć. I co ciekawe wina zawsze leży nie po stronie tego cosłowa wypowiedział czy napisał, lecz po stronie tych, którzy właściwie niepojęli prawdy w nich zawartej.  Narodowitrzeba tłumaczyć , aby nikt nie mógł opacznie zrozumieć tego, że przecież gdy nauczycielecoś mówią, to jest to oczywiste i jasne. Ma to swoisty urok takie tłumaczenieczegoś , co się samemu uznaje za proste i zrozumiałe. A jak to nie wystarczy, tozawsze można dopisać do oryginału kilka zdań. Powyższe przyda się przecież,ponieważ „wielu dziennikarzy i polityków interpretowało zawarte w tekście jasnetezy w fałszywy sposób”. A to przecież niedopuszczalne. Znów jak przed latysłyszę nauczycieli, tylko teraz w ich roli  występują prawi i sprawiedliwi politycy,którzy tłumaczą mi, co poeta, czyli prezes miał na myśli. Pan prezes napisałksiążeczkę, a partia mu ją wydała. Każdy mógł ją przeczytać.  Jednak jak widać nie każdy czyta ze zrozumieniem,co często podkreślają politycy prawi i sprawiedliwi. Bo jeśli ktoś poczuł sięoburzony słowami prezesa, na przykład tymi o narodowości śląskiej, to właśniesłów prezesa nie pojął odpowiednio. Ale to nic nie szkodzi, bo działaczepolityczni mu to odpowiednio zinterpretują. Aby od tej chwili białe byłowłaściwie białe, czarne odpowiednio czarne. Zawarte w książce prawdy niewszyscy, jak to widać, zrozumieli właściwie. Zaistniała konieczność wytłumaczenianarodowi, co też prezes miał na myśli. I znów jak w szkole ,mam wrażenie, że jainterpretuję zadany tekst po swojemu, a mój nauczyciel chce mi wmówić, że sięmylę i tłumaczy mi, że tylko on ma monopol naprawdę. Bo jak odczytam słowa prezesapo swojemu to zawsze można mnie nazwać wtórnym analfabetą.

 

dziennik pesymistyczny

Od rocznicy do rocznicy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Mam wrażenie, że w Polsce odmierzamy upływający czas kolejnymi rocznicami. A już w tym miesiącu mamy ich prawdziwą kumulację. Można by powiedzieć, że kwiecień jest miesiącem rozpamiętywania wielkich narodowych tragedii i zagadki śmierci tak ogólnie. Czy tak już będzie, co roku? Chyba nie, bo wielki pęd do rozpamiętywania narodowych tragedii jest w części naszego społeczeństwa tak silny, że ujawnia się, co miesiąc, a nie raz w roku. Ja rozumiem, że o zmarłych należy pamiętać, a już o tych, którzy odeszli z naszego świata w sposób tragiczny i nagły, warto pamiętać w szczególności. Ale czym innym dla mnie jest zachowanie kogoś w pamięci, a czymś zupełnie innym jest nachalne nakłanianie mnie do obchodzenia kolejnych rocznic i miesięcznic. Każdy z nas jest inny i nie można zakładać, że wszyscy jak monolit na jeden dzień w roku pochylimy się nad nawet tą największą tragedią. Nikomu nie odmawiam prawa do przeżywania rocznic, ale też nie chcę, aby ktoś mi wmawiał, że powinienem robić to, czego nie chcę lub nie umiem. A jeśli nawet nie nakazywał to nie życzę sobie nawet aluzji do tego, że jak nie pojawiam się z pochodnią przed pałacem w odpowiednim dniu miesiąca to nie jestem prawdziwym Polakiem. Że nikt o mnie czegoś takiego nie powie, gdy nie będę chciał obchodzić kolejnej rocznicy tragedii? Ależ powie. Już powiedział, a raczej napisał: – Wartości – oto, czego brakuje, a ludzie są ich spragnieni, o czym świadczy ich stała obecność na Krakowskim Przedmieściu. Gromadzą się tam ludzie z krwi i kości, a nie postaci dziurawe w środku, jak z rzeźb Archipenki – niby ludzie, a w środku wydrążeni, pozostaje pustka. Tacy ludzie, bez serc, bez ducha, bez pamięci, bez gniewu, złożeni tylko z żołądka i z mięśni… – przeczytałem w felietonie prezesa partii prawych i sprawiedliwych zamieszczonym w tygodniku Polityka. I tak stałem się człowiekiem pozbawianym „krwi i kości”, wydmuszką prawie, dziurawym w środku, „bez serc, bez ducha, bez pamięci, bez gniewu”, złożonym „ tylko z żołądka i z mięśni”. A winą moją stało się niestawienie się w kolejne miesięcznice na Krakowskim Przedmieściu. Winny jestem, bo czuję i myślę inaczej niż prezes. Nikt nie ma prawa negować mojego patriotyzmu lub nazywać postaci dziurawym w środku, gdy nie chcę uczestniczyć w uroczystościach, które nie są moim zdaniem dniami pamięci, ale dniami manifestacji politycznych. Nie jesteśmy jednością, choć jesteśmy jednym Narodem. Wolę o sobie myśleć w kategoriach jednostki, a nie masy ludzkiej. A mam wrażenie, że wielu polityków, i nie tylko tych prawych i sprawiedliwych, zwraca się do mnie jakby mówiło do tłumu. Jestem dla nich kartą do głosowania, nie człowiekiem. I gdy pozwolę sobie na herezje własnych poglądów jestem przez nich napiętnowany, na przykład, brakiem odpowiednio poprawnej patriotycznej postawy. Mam być za lub przeciw, ale jakoś tak nikt z polityków nie chce przyjąć do wiadomości, że mogę nie chcieć nikogo popierać i nie chcę być przeciw nikomu. Chcę tylko być i stać z boku.  Mieć własne zdanie. I tak jest z rocznicami. Nie chcę żeby ktoś mnie przymuszał, nawet, jeśli nie jest to zbyt nachalne, to nie chcę też czuć się winny, że rocznic nie obchodzę. Kiedy w końcu różnej maści naprawiacze naszej rzeczywistości pojmą prostą prawdę, że nikomu nic nie można nakazać? Że choć łączy nas bardzo wiele, to jednak też bardzo wiele różni. W wielu Polakach jest wielka potrzeba uroczystego rozpamiętywania rocznic tragicznych dla naszego narodu. Stosunkowo rzadko urządzamy uroczystości z okazji sukcesów czy zwycięstwa, a za to wprost uwielbiamy się umartwiać w kolejne rocznice i miesięcznice tragedii. Wolałbym świętować zwycięstwa nie tragedie, a mam wrażenie, że wciąż ktoś mi wmawia, że tylko tragedia jest godna mej pamięci. I tylko to można prawdziwie i patriotycznie rozpamiętywać, co miesiąc, czy co rok.

 

dziennik pesymistyczny

Jeden okręg – jeden poseł

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jak już miałbym głosować wwyborach to chyba najbardziej odpowiadałby mi taki system: jeden okręg wyborczy– jeden poseł – jedna tura wyborów. W swych przemyśleniach nie jestemodosobniony. Pamiętam to hasło, które zacytowałem powyżej z manifestacjiurządzanych przez Stowarzyszenie Na Rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.Ja też uważam, podobnie jak ludzie skupieni wokół tej organizacji, że najwięcejdemokracji jest w jednomandatowej ordynacji. Z tym, że ja nie ograniczyłbym siętylko to takich zmian w obowiązującym teraz systemie wyborczym. Tak czyinaczej, jest i było mi z tą ideą po drodze. – Słyszałeś, że urzędnicy sejmowizniszczyli mój podpis pod obywatelskim wnioskiem o referendum w sprawiejednomandatowych okręgów wyborczych? – zapytał mnie kolega. Tak, słyszałem.Urzędnicy kancelarii sejmu unicestwili listy z siedemset pięćdziesięciomatysiącami podpisów pod wnioskiem o referendum. Czyli nie tylko podpis mojego kolegi,ale i wielu innych osób.  Jak to często wsystemach państwowych bywa, głos ludu nie został wysłuchany. Urzędnicypostanowili listy poparcia umieścić w okrągłym segregatorze, czyli w koszu naśmieci, bo kto by się głosem ludu przejmował. Naród wybrał posłów przy pomocyordynacji wyborczej tak skomplikowanej, że w zasadzie pojedynczemu człowiekowitrudno jest pojąć, na kogo to w zasadzie oddaje swój nader ważny głos. Terazspołeczeństwo ma już swych partyjnych przedstawicieli i sprawa załatwiona. Izmian żadnych jak widać państwu nie trzeba. Prokuratura odmówiła wszczęciaśledztwa w sprawie zniszczenia list z podpisami. Teraz sprawą zajmuje sięwarszawski sąd. No i będziemy mogli się przekonać jak zadziała prawo w stosunkudo organu państwa, w państwie prawa właśnie. Okręgi jednomandatowe obiecywali nam przed wyborami politycy zplatformy.  Potem im się na tyleodwidziało, że nawet pewien pan domagał się od PO symbolicznej złotówki zadoznane straty moralne w związku z tym, że partia ta nie wprowadziła – aprzecież to obiecywała – jednomandatowych okręgów wyborczych do Sejmu.  Sąd uznał, że pozew nie ma oparcia w żadnychprzepisach prawnych.  Faktycznie,przecież jak mówi mój znajomy: – nikt Ci tyle nie da, co polityki obieca. A zaniedotrzymanie obietnic nie ma żadnej kary. Bo co to za weryfikowanie niesłownychpolityków poprzez wybory, gdy obowiązuje ordynacja, która faworyzuje partiesponsorowane z budżetu państwa?  Tak trwaw najlepsze powszechna gra polityczna w obiecanki, która jak mi się wydaje jestpodstawą naszej państwowości. I tak oto znów się okazało, że państwowy teatrzykpolityczny, gdzie partyjne centrale nadal będą rządzić parlamentem, będzietrwał w najlepsze. Bo jak społeczeństwo będzie chciało jakichś zmian, to niebezczelnie poprzez zbieranie podpisów pod wnioskiem o zwołanie referendów – bo,te i tak pewnie zostaną zniszczone – tylko poprzez posła czy senatora.  Czyli tak bardziej tradycyjnie.  – Partyjne centrale rządzą parlamentem, a nieposłowie, którzy czują się bardziej odpowiedzialni przed partią, a nie przedspołeczeństwem za realizację programu – powiedział pewien polityk zwolennikjednomandatowych okręgów. Trudno się z tym nie zgodzić, ale widać niektórymzależy na tym żeby nic się nie zmieniło.

 

dziennik pesymistyczny

Chcę jutra już dziś!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Zastanawiam się jak długomożemy wytrzymać w sytuacji gdzie wszystko, co powinno być już od dawna, niejest tu i teraz, a będzie dopiero w przyszłości. W tej bliżej nieokreślonejprzyszłości oczywiście. Nie wiem, jak długo jeszcze będę musiał znosić tociągłe obiecywanie, że coś wydarzy się za kilka lat. Jak długo jeszcze będęmusiał wysłuchiwać, że powody natury ogólnej spowodowały odsuwanie inwestycji wczasie? Fenomenem naszych czasów jest planowanie w przyszłości. Bo plan zawszejest bezpieczny i można go skorygować. Trudności pojawiają się jak trzeba cośwykonać. Wtedy okazuje się, że coś jest zrealizowane w wersji minimalistyczneja resztę zrobi się potem, czyli znów w przyszłości. Kiedy będzie rozwiązanyproblem bezrobocia? – zapytamy polityka czy państwowego urzędnika. – Wprzyszłości, za kilka lat lub po wygranych przez nas wyborach, ale i to też nieod razu – odpowie. Bo przecież on rządzić pragnie tu i teraz, a problem to onmoże rozwiązać w przyszłości. Bo może do tego czasu cośsię zmieni i znów będzie można coś obiecać. Wiem, że jak jest nas wszystkich –nominalnych Polaków i katolików znaczy – z osiemdziesiąt procent wspołeczeństwie (wersja optymistyczna) to jesteśmy przyzwyczajeni, że nagrody zadobre sprawowanie na ziemi możemy się spodziewać dopiero po śmierci. Ale możewarto dla tych mniej wierzących zbudować przynajmniej zalążek państwa, gdziedobrobyt będzie teraz, a nie w bliżej nieokreślonej przyszłości. I to tylkoprzy założeniu, że wszystko pójdzie zgodnie z planami oczywiście.  I tak trwamy w sytuacji, w której sytypolityk opowiada mnie głodnemu, że jeśli poczekam jeszcze z dziesięć lat to sięw końcu doczekam wyjścia z kryzysu i będę mógł się przekonać tym, że będę takzamożny jak on teraz.  – Jutro to dziś, tyle,że jutro – powiedział Sławomir Mrożek. Jeśli tak, to ja bym bardzo prosił żeby, choć raz to, co ma być jutrobyło właśnie już dziś. Albo niech stanie się to w czasie, który będę mógłogarnąć moim świadomym życiem. U nas w kraju jest swoisty kult planowania.Planujemy, że w przyszłości w tym miejscu powstanie na przykład most. A czypowstanie to się dopiero zobaczy… w tej przyszłości właśnie.

U nas wszystko jest w sferzemarzeń. Do roku dwa tysiące dwunastego miały powstać nowoczesne i bezpiecznedrogi i autostrady. Coś tam się wybudowało, ale bardzo wiele inwestycji jestnadal w planach i zapewne w roku mistrzostw Europy w piłce kopanej, nadal nie będziefizycznie istnieć, ale powstanie właśnie w przyszłości. Od dwudziestu ponad latsłyszę o tym, że trwa rządowa reforma w służbie zdrowia a jak tylko potrzebujęporady lekarza to mówią mi w przychodni, że oczywiście będzie to możliwe…, alew przyszłości. Jak swoje odczekam w kolejce to za pół roku będę mógł sięleczyć.  Czekam na drogi, nowoczesnedworce kolejowe, obiecane miliony tanich mieszkań, pracę za godziwą płacę,sprawiedliwość w sądach, tańsze państwo, zmniejszenie armii urzędników,zmniejszenie obciążeń podatkowych i jeszcze czekam na wiele, wiele rzeczy,które wciąż mi obiecują a ich realizacja coraz bardziej się oddala. W systemiewiecznego planowania wspięliśmy się już na takie wyżyny absurdu, że nawetmożemy zaplanować coś mimo tego, że z góry zakładamy, że to „coś” niepowstanie. Kilka dni temu pisałem o tym, że urzędnicy i inwestorzy spotkali sięby ustalić, że za niespełna trzy tygodnie, powinien zakończyć się ostatni etapprzebudowy pewnej ulicy w moim mieście. A tuż po spotkaniu dyrektor miejskiegozarządu dróg i komunikacji wyznał dziennikarzom z rozbrajającą szczerością, że:- Ten termin jest właściwie nierealny. Czyli spotkali się i uradzili, że zrobiącoś w trzy tygodnie, choć z góry – przynajmniej niektórzy z nich – wiedzieli,że w zaplanowanym przez nich samych terminie tego zrobić się nie da. To jeden zprzykładów takiego urzędniczego planowania dla samego planowania.  To ciekawe, że mimo dwudziestu lat rządówwciąż zmieniających się ekip, ja wciąż słyszę, że coś osiągniemy w przyszłości.  Dwa dziesięciolecia wstecz słyszałem to samo,co teraz, że jak poczekam to doczekam się lepszych dni. Wiem, ze łatwiej jestobiecywać i planować, ale ja już nie mam czasu czekać. Niech w końcu coś będzietu i teraz i od razu.

 

dziennik pesymistyczny

Euro wstyd 2012

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Może już czas najwyższy przyznać,że niestety w piłce nożnej nasi chłopcy nie są najlepsi. A może inaczej. Należyw końcu powiedzieć to wprost, ogłosić to Urbi et Orbi, że nic z tej naszej grypiłkę nie będzie. Czas się przyznać do totalnej porażki. Pogodzić się z prawdą.Może należy na dziesięć lat zawiesić ligę, nie brać udziału w rozgrywkachmiędzynarodowych i zacząć wszystko od początku, czyli od szkolenia przyszłychpiłkarzy. I dopiero po latach znów powoli wracać z nowymi siłami. Może już czasprzerobić stadiony, aby służyły innym celom sportowym i nie budować nowych, bo,po co? Od stadionów za miliony, talentu nam nie przybędzie. Fakt, ja się na tymnie znam, więc pozwolę sobie na krytykę tak z punktu widzenia zupełnegolaika.  No, bo przecież jak ktoś wydajena budowę aren piłkarskich kilkanaście milionów złotych z naszej wspólnejpaństwowej kasy to ja, choć się na tym jak już pisałem nie znam, to i tak mamprawo zabrać głos w sprawie. Mam wrażenie, że nawet jakby ogłoszono rok modłóww intencji naszej reprezentacji, to i tak nic by nie wymodlono. Może należy przyznaćsię, że zdecydowanie lepsze wyniki osiąga nasza „reprezentacja”, gdy walczy międzysobą ( i z kim się tylko da) lub z policją na trybunach, niż ta zwyczajna reprezentacja,która gra na murawie. Może powinniśmy zbiorowo i narodowo przyznać się, że to sportnie dla nas.  Śmieszą mnie niezmiernie teciągle od nowa ogłaszane ostateczne rozwiązania kwestii burd kiboli nastadionach. I tym razem to jest tak, jak walka z kryzysem. W naszym krajuzmieniają się rządy a nawet systemy polityczne, a on, ten kryzys, jest z nami,choć ciągle z nim walczą nasi politycy i urzędnicy. Teraz znów kolejną bezwzględnąwalkę z pseudokibicami zapowiedział komendant główny policji. Stwierdził, żewszyscy, którzy brali udział w burdach podczas meczu reprezentacji Polski wKownie będą ukarani. – Te osoby mogą żegnać się z wejściem na stadiony -zapowiedział. I jak pewnie do tej pory z tym bywało, na zapowiedziachsię skończy. Bo w zapowiadaniu i planowaniu jesteśmy prawdziwymi mistrzamiświata. Nasza reprezentacja została rozgromiona podczas meczu z Litwą. Naporażkę mogła wpłynąć wizyta pań do towarzystwa u kilku piłkarzy – donosiinternetowe wydanie tabloidu Fakt. – Jestem święcie przekonana, że takiezajścia nie miały miejsca – odpowiadała na te zarzutu rzeczniczka Polskiego ZwiązkuPiłki Nożnej na antenie TVN24. To pierwsze, o tej walce z chuligaństwemstadionowym, plus to drugie o paniach do towarzystwa ma dla mnie taki samwydźwięk. Że pozwolę sobie na wulgaryzm, to tylko takie pieprzenie.  Pamiętam jak w dniu ogłoszenia tego, żejesteśmy organizatorem euro 2012 wyraziłem swoje wielkie wątpliwości czy nas nato stać. Pamiętam jak napadło na mnie kilku moich kolegów, wmawiając mi dosadnie,że nie mam racji, bo to nasze największe zwycięstwo. – Wiecie jak bardzo kochampiłkę nożną. Ale gdybym miał coś do powiedzenia, powiedziałbym: -Nieorganizujmy Mistrzostw Europy, nie stać nas na to – stwierdził nasz premier. Iokazało się, że po kilku latach to ja miałem rację. Nie dość, że nie potrafimygrać w piłkę to jeszcze, aby pokazać jak jesteśmy w tym kiepscy, zbudowaliśmy wtym celu stadiony za miliony, żeby wszyscy dokładnie zobaczyli jak nas gromią.