Yearly Archives

170 Articles

dziennik pesymistyczny

Pozamykać stadiony

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Podsumowano straty po niedzielnym spektaklu teatralnym. Pseudowidzowie uszkodzili osiemnaście miejskich autobusów i trzy tramwaje. Wyrywali młotki awaryjne, cięli siedzenia, zrywali plomby, wyrywali głośniki. W jednym autobusie został przecięty przegub, w jeszcze innym zbito szybę. W niektórych pojazdach pojawiło się graffiti. Ogólnie straty wyceniono na dwanaście tysięcy złotych. Taka notka prasowa to oczywiście fikcja. Wymyśliłem to, aby pokazać absurd sytuacji. Agresywni miłośnicy opery? – To niemożliwe – każdy to przyzna.  Ale co by się stało jakby to naprawdę się wydarzyło? Co by się stało gdyby co tydzień dochodziło w teatrze, w operze, czy w kinie do burd i zadym? Co by się stało jakby regularnie gazety pisały o tym, że widzowie teatralni podczas spektaklu rzucali racami i petardami, i wyzywani się od Żydów?  Nikt w zasadzie nie wyobraża sobie, aby podczas seansu w kinie dochodziło do regularnych bijatyk czy odpalania robiących ogromny huk petard. Tak by nie mogło się stać, bo to przecież nie jest możliwe. Nikt by na to nie pozwolił.  Przecież już następnego dnia teatr czy kino byłoby zamknięte do odwołania w ramach represji za awantury. Sprawę by załatwiono szybko i sprawnie.  No tak, ale to nie sport. Tam nie ma takich pieniędzy. Na stadionach też jest teatr i też są burdy, ale tam gra toczy się o wielkie pieniądze, więc nikt nie będzie stadionów zamykał na stałe. Bo to się nie opłaca. Stadiony to święte krowy. Nie wolno…. Bo euro 2012. Bo to gra narodowa. Bo kiedyś to byliśmy prawie mistrzami Europy, o czym pamiętają już tylko najstarsi kibice. Jak już, to zamknąć prewencyjnie na jeden mecz. Żeby strat nie było za dużych i żeby tym, co już mają dość walki wręcz na trybunach pokazać, że coś zostało zrobione. Zademonstrować, że władza nad problemem panuje.  Pokazówka jest… i znów można grać w stadionowe walki z mundurowymi od nowa. Potem znów policja wypowie wojnę chuliganom i za kilka dni prawie wszystkie jej działania w tym temacie się zakończą. – Zamykanie stadionów to skandal! To nic nie zmieni. To odpowiedzialność zbiorowa! – gorączkował się mój znajomy – kibic sportowy – z gorliwością godną lepszej sprawy. Tak głośno i namiętnie zareagował na zamknięcie przez wojewodów dwóch stadionów w Polsce: Legii w Warszawie i Lecha w Poznaniu. Jeden, słownie jeden, najbliższy mecz piłki możnej ma się tam odbyć bez udziału publiczności. Tylko jeden. A on prawie palpitacji serca dostał z emocji. Zamknięty stadion to taka kara za burdy kiboli w Bydgoszczy. To całkiem nowa taktyka rządu w wojnie z pseudokibicami. Pewnie równie skuteczna, co zawsze. Bo ci, co na stadionach głównie zajmują się walką wręcz i niszczeniem, mogą sobie spokojnie ten jeden mecz odpuścić. Poczekają na następny. Zgadzam się z moim oburzonym na działania administracji kolegą, że to nie pomoże w walce z kibolami. Pewnie, że nie pomoże. Wróćmy do moich fikcyjnych rozważań. Jakby tak w pewnym mieście przychodziło kilkaset osób w jedno miejsce i z nieznanego powodu lało się po pyskach, to, co by się stało? Pewnie zrobiono by wszystko żeby to miejsce stało się niedostępne dla amatorów fizycznej przemocy. I to nie na chwilę, nie na kilka godzin.. Ja mam taką stałą już od lat radę na przemoc na stadionach. Zamknijmy je na rok. Na dwa lata. Każdy zadyma na stadionie niech skutkuje jego zamknięciem na rok. I co wtedy? Wtedy nic by nie było – jak mawiał klasyk. I dobrze. Bo byłby spokój podczas meczów na stadionach.

 

dziennik pesymistyczny

Czy to trzeźwy poranek?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Piłeś nie jedź – każdy zna tohasło, choć nie każdy się do niego stosuje. Prawie każdy, każdy pijący oczywiście, miał, choć raz w życiu taką sytuację,gdy po nocnej popijawie z udziałem trunków wyskokowych zastanawiał się czy ranomoże prowadzić czy może jeszcze nie.  –Czy ja jestem pijany? – zastanawiał się mój znajomy prosząc mnie o wąchaniejego oddechu. – A skąd ja mogę wiedzieć odparłem, – choć po objawach, któretargały moim własnym organizmem udzieliłem mu jednak rady, aby dla dobra ogółui swojego własnego zdrowia zrezygnował jednak z prowadzenia pojazdumechanicznego. – Ale ja się dobrze czuję, wydaje mi się, że jestem trzeźwy –przekonywał siebie i mnie współuczestnik imprezy. – Ale alkomatem się niezbadałeś – rzuciłem argument nie do zbicia. – Pewnie że nie, przecież nie jestemz policji… nie mam takiego sprzętu – odparł kolega od wczorajszego kieliszka.Oczywiście, że nie ma. Nikt go nie ma. Bo te alkomaty i alkotesty, co to możnaje kupić na wolnym rynku są, mówiąc łagodnie, nie najdokładniejsze. Policja masuper sprzęt, który potrafi wyniuchać z powietrza, czy w samochodzieprzejeżdżającym obok mundurowych jest osoba pod wpływałem. Oni dokładnie wiedzą- jak tylko przyłożą ci do ust tester – czy jesteś po wpływem czy nie. A nawetnie musisz dmuchać w balonik. Mundurowi mają taki super sprzęt, że wykrywają nawetzawartości alkoholu w powietrzu. Po długim weekendzie policjanci drogówkisprawdzali trzeźwość kierowców w moim mieście. Na „wczorajszych” i skacowanychkierowców policjanci zaczaili się na wiadukcie. Mundurowy mieli akcję „Trzeźwyporanek”. Używane przez policję urządzenia do kontroli stanu trzeźwościkierujących pojazdem, potocznie zwane są alkomatami. Dokonują one pomiaruzawartości alkoholu w wydychanym powietrzu. Tym razem funkcjonariusze dokontroli zatrzymali samochód „nauki jazdy”, nissana micrę. W trakcie kontroli policjancizatrzymali nietrzeźwego kandydata na kierowcę. W samochodzie siedziałinstruktor i dwoje kursantów. Tester wykazał w powietrzu obecność alkoholu. Wpierwszej kolejności policjanci sprawdzili trzeźwość instruktora, który byłcałkowicie trzeźwy. Sprawdzili, więc kursanta siedzącego za kierownicą. Okazałosię, że 17-latek, uczący się jeździć miał 0,22 promila alkoholu w organizmie.Czyli miał 0,11 miligrama alkoholu w wydychanym powietrzu. – Instruktor byłzszokowany – jak podały lokalne media. No ja też. Ale ja o czymś innymchciałem. Chciałbym zapytać całkiem poważnie, jak przeciętny Kowalski ma sprawdzićczy nadal ma stan wskazujący na użycie alkoholu. Tak po domowemu. Rano, gdypodejmuje decyzje: jechać czy nie jechać. Tak żeby nie złamać przepisu. – Nie pić – stwierdziła moja znajoma.Pewnie tak najlepiej. Ale zastanówcie się jak ja mam to sprawdzić, gdy wypiłemdnia poprzedniego? Jak mam wywnioskować czy dwanaście a może dwadzieścia czterygodziny to już jest dość czasu, aby ze mnie alkohol wyparował?  Czy może jeszcze poczekać z dwie godziny?Policja uzbrojona jest w dokładne i precyzyjne testy. A ja tylko w zdrowyrozsądek nadszarpnięty przez alkohol. Może jakby tak była możliwość dokładnegosamodzielnego sporządzenia przed jazdą samochodem czy zawartość wczorajspożytego alkoholu w organizmie wynosi mniej niż 0,1 do 0,25 mg/dm3 wydychanegopowietrza lub 0,2 do 0,5 promila we krwi. Wtedy pewnie mniej by byłonietrzeźwych na drogach. A tak to sami bez przyrządów i testów dedukujemy czyjesteśmy trzeźwi czy nie.  I czasem jesttak, że się pomylimy. A jakby tak można było sprawdzić niedrogim i powszechniedostępnym alkotestem swój stan? Byłoby bezpieczniej i mniej mandatów też bybyło.

 

dziennik pesymistyczny

Rachunek na śniadanie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 7

Postanowiłem zachowaćsię odpowiedzialnie. Właściwie to nie tyle odpowiedzialnie w stosunku do samegosiebie, ile do wymagań społecznych. Bo przecież jak twierdzi pewna pani zpewnej firmy  – regularnie do mniewydzwaniająca – rachunki trzeba płacić. Dlatego też w ramach społecznejuczciwości postanowiłem zapłacić. Dostałem pieniądze które teoretycznie mają mistarczyć na miesiąc więc postanowiłem zapłacić podatki i rachunki. Bo przecieżwszystko musi być zapłacone na czas. Bezzwłocznie.  Bo jak nie… to w ramach zaległości wyłącząmi, odetną, wysiedlą, ukarzą, przywalą grzywnę i tak dalej. Też w imięsprawiedliwości społecznej. Bo za wodę, prąd, czynsz, kredyt na mieszkanie,Internet, telefon trzeba zapłacić w terminie. Dlatego w tym miesiącu zgodnie zsugestią pani z banku, co to dzwoni do mnie następnego dnia po terminie mojej raty tym razem postanowiłem zapłacić.Przelałem jak leci po kolei moim dobrodziejom co to wodę dostarczają w pocieczoła i tym biedakom co to prąd do mnie dostarczają. Tym to nawet zapłaciłem zato czego jeszcze nie dostarczyli, ale to podobno tak ma być zgodnie zesprawiedliwością społeczną i wymogami tych firm, bo mam zapłacić w terminie toco oni prognozowali, że wykorzystam w przyszłości.  Za kredyt za który kupiłem kąt do mieszkania.Zapłaciłem! Bo straszą, że jak nie to na bruk. Za telefon, za Internet teżzapłaciłem… wiem to już zbytek – żyć bez tego można, ale co to za życie.Zapłaciłem jeszcze kilka pomniejszych rachunków i rachuneczków… i nie starczyłona wszystkie. Nawet się specjalnie nie zdziwiłem. Wiem ile mam i na co mniestać. To znaczy nie stać. Ale zawsze ulegam jakimś dziwnym podszeptom i czasamikupię sobie tak jak w tym miesiącu buty dla przykładu. A przecież mogłem sobiewystrugać z drewna, czy wypleść z łyka. A ja zbytnik kupiłem . I teraz mam zaswoje. Nie opłaciłem rachunku. W tym podatku od tego, że kiedyś zapomniałemzapłacić podatku. I mam teraz to na co zasłużyłem. Nie dość, że dług winstytucji, która przecież na moją korzyść działa (choć ja tego nie widzę) tojeszcze wyrzuty sumienia że nie zapłaciłem właśnie.  Pewnym wytłumaczeniem może być to, że na mojebankowe konto mam wpływy zdecydowanie przeciętne. Takie raczej utrzymujące sięw dolnych partiach stanów średnich i przeciętnych. Nie stać mnie na wiele,  ale raz przynajmniej chciałem zapłacićwszystkie rachunki w terminie. I to też mi się nie udało w całości. Alewiększość opłaciłem. No i teraz siedzę w domu przy świetle elektrycznym, przedkomputerem z dostępem do Internetu i przeliczam to co mi zostało. Jedenaściezłotych dwadzieścia trzy grosze. A następne pieniądze w czerwcu wpłyną. – Alewszystko opłaciłem, czy prawie wszystko – pocieszam się. Jeśli ktoś tam kiedyśustalił, że z tego co dostaję na konto mam przeżyć miesiąc, to pewnie myślał  też o rachunkach. Zrobiłem tak jak sugerowałata pani – co to do mnie dzwoni jak tylko spóźniam się z ratą – zapłaciłem. No ipieniądze się skończyły. Co teraz? Nie wiem. Może nie jeść. – Jedzenie jestprzereklamowane – twierdzi moja wiecznie odchudzająca się  koleżanka. O, to nawet dobrze, spadnie mi kilka kilogramów – pocieszam sam siebie.I rachunki opłaciłem na czas. A to, że jestem głodny? To dedykuję tym, którzyustalili, że za te pieniądze które dostaję mogę przeżyć. To dla ciebie mojarzeczpospolito pogłoduję sobie. Ale rachunki i podatki mam opłacone. Czylispołecznie to ja jestem czysty, choć głodny.

 

dziennik pesymistyczny

Piętnaście minut spóźnienia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 11

– Oj przestań, wcale się przecież nie spóźniłam – powiedziała słodko moja znajoma. Żeby przynajmniej była to jakaś dziwaczna forma wytłumaczenia się z notorycznego w jej przypadku spóźnialstwa, ale nie, ona naprawdę głęboko jest przekonana, że nic takiego się nie stało. Umówiłem się z nią na ósmą rano. I jak zawsze ilekroć się z nią umawiam zawsze jest tak samo. – Umawiamy się na ósmą rano. Przyjdź punktualnie – proszę grzecznie. – Jasne, przecież zawsze jestem o tej godzinie w pracy – odpowiada. A ja rano siedzę na schodach mojej firmy i czekam piętnaście czy dwadzieścia minut.  Niby nic, bo kilka minut to przecież nie jest godzina czy dwie. Ale jednak nie trzy minuty. Nie po to wstałem wcześniej żeby teraz czekać na kogoś, komu nie chce się przyjść punktualnie. A z tą kobietą jest tak zawsze.  Mam wrażenie, że godzina, na którą się z nią umawiam jest zawsze dla niej czymś, co ma tylko wartość w przybliżeniu. Zawsze jak tak czekam na tych kamiennych, przez co i zimnych schodach, zastanawiam się, dlaczego tak jest, że ona nigdy nie przyjdzie wcześniej. Tak z trzydzieści minut przed czasem. Zawsze się spóźni. I nigdy nie widzi w tym nic niestosownego. – Przecież to tylko piętnaście minut, nic się wielkiego nie stało – słyszę od niej.  Ale ja przecież te minuty – które dla niej były tylko nic nieznaczącą chwileczką -spędziłem bezczynnie w bezsensownym oczekiwaniu. Funkcjonuje u nas taka instytucja spóźnienia, która tak naprawdę spóźnieniem nie jest.  Wszystko zależy od czasu. Jeśli tylko poślizg nie jest dłuższy niż kwadrans, to wszystko niektórym wydaje się niewinne. Czyli w zasadzie to nie powinienem być zły, bo przecież moja znajoma pojawiła się na umówione spotkanie tylko kilka minut po tym kwadransie, który przecież i tak się nie liczy jak już wspominała znajoma. – Piętnaście minut spóźnienia jest ogólnie przyjęte, jako dopuszczalne – przekonywała mnie.  W zasadzie bym się tym zgodził jakby u niej nie było to notoryczne. Jak tak te wszystkie kwadranse zliczyć, to czekałem w sumie na nią w tym miesiącu kilka godzin.  Nieważne jest, na którą się umówię, na pełną godzinę, czy na taką z minutami ona i tak przyjdzie po wyznaczonym czasie. – Wiesz, ile ja mam rano spraw na głowie – uzasadnia tradycyjnie swoją niepunktualność.  Chyba ona wychodzi z założenia, że ja to tylko wstaję, otrzepię się i wychodzę tak jak spałem. A ona, jako kobieta, musi tak wiele czynności wykonać, że to zawsze jest dobrym uzasadnieniem jej kolejnego spóźnienia. Jakoś nie przyjdzie jej do głowy żeby wstać z pościeli kilka minut wcześniej. – A co by było, jakby tak każdy przychodził, kiedy by chciał, na którą by chciał? – usłyszałem dziś takie pytanie. Pewnie nigdy byśmy się nie spotykali. A może wtedy byłoby prościej? I ja bym się nie denerwował niepunktualnością pewnej pani?  Jest temat do rozważań na schodach, bo ona pewnie jutro też się spóźni.

 

dziennik pesymistyczny

Milcząca siła w precyzji

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Rzeczniczka prezydentapoinformowała nas, że na odpowiedź na nasze pytania prezydent ma miesiąc – przeczytałemo tym w gazecie.  W tej, co to sama jejnazwa wskazuje żeby to ją właśnie wybrać na poranną lekturę. Tam byłyzamieszczone te precyzyjne słowa.  Były tosłowa pani rzecznik, która tłumaczyła niezrozumiałe dla wielu, a już dlażurnalistów to z pewnością, milczenie włodarza miasta. Te ważne odpowiedzi, naktóre tak oczekują zniecierpliwieni dziennikarze, dotyczą sprawy usunięcia zmiejskiego budynku geja, który był elementem projektu Żywa Biblioteka.  Stało się to przez sugestie pewnych lokalnychpolityków, na które mało odporna okazała się pani dyrektor miejskiej placówkikultury. Nie będę się tu znów pastwił nad pewnym radnym, który obecność geja wmiejskiej placówce określił, jako „promocję homoseksualizmu „.  Bo i ja nie chcę być posądzony o„propagowanie dewiacji” – używając słów tego lokalnego polityka. Obawiam się,że sprawa prezydenckiego milczenia jest bardzo prosta. Tylko dlaczego? Niepotrafi, czy nie chce tego dostrzec? To jest właściwe pytanie. Wiele osób piszelisty do pana prezydenta a on milczy. I słusznie!  Nic nie mówi. Nic nie pisze.  Znów słusznie! Czyni tak nie bez powodu. – Milczy.Od początku zamieszania z Żywą Biblioteką nie pojawił się żaden jego oficjalnykomentarz, wpis na stronie internetowej czy na blogu. (…) nie odpowiedziałrównież na żaden z listów. Dlaczego? – zastanawia się gazeta. Ta taktyka magłębokie podstawy. I nie ma to nic wspólnego z tym, że On po prostu nie chcesię wypowiadać. Pierwszy obywatel mojego miasta wcale się nie boi, że mu ktoś przykleietykietę homofoba. Prezydent musi milczeć. Musi zachować ciszę. Nawet jak niezgadza się z tym, że „środowiska homoseksualne, które w innych miastachzasłynęły agresywną kampanią promocyjną homoseksualizmu” zostały zmiejskiego budynku wyproszone – zgodnie z sugestią wiceprezydenta – prezydentnic nie może na to poradzić. Musi nadal milczeć. Wszyscy się zastanawiajądlaczego? On nic nie mówi, nic nie pisze. Czyni tak, bo wszystko musi byćzgodne z miejską strategią promocyjną. A może ci wszyscy, którzy zarzucająbezprawnie i niesprawiedliwie, że prezydent specjalnie milczy, nie rozumieją,że on to robi, bo… tak po prostu nie ma innego wyjścia. Ja chyba rozwiązałem tęwielką medialną zagadkę milczenia na wysokościach magistrackiej władzy.  Hasłem promocyjnym mojego miasta są przecieżsłowa – siła w precyzji. No i od tego zasadniczo trzeba by zacząć wyjaśnieniasprawy prezydenckiego bezgłosu.  Jakwiadomo człowiek stojący na szczytach lokalnej władzy nie może tak po prostustanąć w sprzeczności z miejskim hasłem promocyjnym.  Kto, jak kto, ale włodarz miasta musi, co dniai przy każdej okazji pokazywać swą siłę w precyzji. Dziwię się, że dziennikarzetego nie zauważyli, lub nie chcą zauważyć. A przecież On nawet jakby nie chciałto musi. Nie zachowuje ciszy tak z własnego widzi mi się, czy z powodów chęcizlekceważenia tych, którzy w sprawie się obficie wypowiadają. Nic z tychrzeczy. On nie może! Taka jest prawda! Zabrania mu tego miejskie hasłopromocyjne. Przecież jego rzeczniczka już kilka razy tłumaczyła, że naodpowiedź na pytania prezydent ma miesiąc. I nic nie powie wcześniej, boprzecież jak miesiąc to miesiąc. Ani dnia krócej. Botrzeba być w tym przestrzeganiu kalendarza precyzyjnym.  Bo przecież siła w precyzji!

 

dziennik pesymistyczny

Chce świętować po swojemu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 36

Chciałbym po swojemuobchodzić każde święta, te nadchodzące też. W zasadzie nic nie stoi naprzeszkodzie. Mogę robić teoretycznie co tylko chcę. W świąteczne dni, czyli wte wolne od pracy, to już zupełnie mogę zagospodarować czas po swojemu. Ale czyna pewno? Co innego rozważania hipotetyczne, a co innego proza życia. W dniświąteczne szczególnie łatwo jest zaobserwować jak  bardzo jestem uwikłany w układy i zależności.Nikt nie krępuje mnie w moich wyborach, ale… no właśnie zawsze jest to „ ale”.–Nie chce, ale musze – mógłbym powiedzieć za  naszym prezydentem. Ale tak w zasadzie to janie tyle „ musze” co bardziej sam się do tego przymuszam. A może jeszczeinaczej. Mam wrażenie, że  walczą we mnie,w te dni okazjonalne, bardzo ambiwalentne uczucia. Czasem zwycięża mojarodzinność  i uszanowanie tradycji. Aczasami moje anarchistyczne podejście do życia. Lub jak kto woli zwykły egoizmi zwyczajne lenistwo . Z jednej strony czuję obowiązek uszanowania wiekowej tradycjiprzodków,  którzy spotykali się przywielkanocnym stole. Jest we mnie głęboko zakorzeniona potrzeba kontaktu zrodziną. A z drugiej strony nie mam chęci uczestniczyć w tym, co mnie tak naprawdę dawno przestało wzruszać. Nie wiem, jak to się stało, że przestałem w towszystko wierzyć. Nie wiem, w którym momencie mojego życia zatraciłem wiarę wmagię świąt w wymiarze sacrum i profanum. Mam wrażenie, że na temat wyznania ,którewedług wszystkich badań jest w Polsce więcej niż bardzo powszechne, wiem dużo aw zasadzie to wiem zdecydowania więcej niż moi głęboko „wierzący” koledzy czyznajomi . A jednak nie ma we mnie potrzeby odgrywania scenek. Jeśli inniodczuwają potrzebę uczestniczenia w obrzędach, niech im tam idzie na zdrowie.Ale ja nie muszę, nie mam potrzeby takiej. I nie chcę mieć poczucia że robię coś źle, jeśli czegoś robić właśnienie chcę. A czasami  czuję, że jestemnakłaniany do uczestniczenia w czymś co na własne potrzeby nazwałbym „teatrzykiemspołecznym”.  Nie mam potrzeby składaniażyczeń, bo ci wszyscy którzy są mi bliscy i tak wiedzą, że im dobrze życzę. Zawszedenerwowało mnie składanie życzeń współpracownikom w pracy. Mogę im tak ogólnieżyczyć wszystkiego dobrego… ale czy muszę indywidualnie każdemu w twarzwyklepać osobiście formułkę:  zdrowych iszczęśliwych… Przecież zawsze znajdzie się ktoś taki, kogo się tak po prostunie lubi. Dlatego zrozumiałe powinno być że nie chcesz się z nim serdecznieściskać jak on dla ciebie jest co najwyżej obojętny. W zasadzie nie masz teżnic bardzo przeciw niemu. Ale nie powinienem się zmuszać do tego, żeby się znim bratać i ściskać. Trudno wchodzę w relacje międzyludzkie i dlatego takniechętnie składam życzenia świąteczne. Poza tym życzeniowym obrzędem denerwująmnie całodniowe pielgrzymki po rodzinie. Dobrze się spotkać z rodziną, ale dlamnie święta to też spokój we własnym domu. Nie zawsze chcę siedzieć godzinamiprzy stole… Chcę do mojego domu! A jednak nie mam w sobie tyle siły żebypowiedzieć: – Cześć, wpadliśmy tylko na dwie godzinki i wracamy do domu, bo chcemyz moją dziewczyną we dwoje odpocząć i po prostu nic nie robić. Nie chce alemusze. Siedzę godzinami za stołem i jem choć nie jestem głodny, bo naszatradycja czasami sprowadza się tylko do tego. Trudno jest przekonać bliskich,że to iż nie chcę z nimi spędzić dwunastu godzin przy stole wcale nie oznaczaże ich nie kocham. Zazdroszczę osobom,  które potrafiły tak po prostu powiedzieć: nieobchodzę świąt. We mnie jednak jest za dużo sprzeczności, aby wykrzesać zsiebie stanowczość. Może przy następnych świętach będzie inaczej, bardziej takjak ja chcę, a nie tak jak chcą inni. Może następne święta będą bardziejmoje.  Zobaczymy.

 

dziennik pesymistyczny

Płeć biznesu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Kto rokuje największeszanse na to, żeby zostać biznesmenem w moim mieście? Kto ma największe szanse skorzystaćz unijnego dofinasowanie na rozpoczęcie własnej działalności gospodarczej?Pewnie wielu pomyśli ,że ten kto ma większe predyspozycje, powiedzmy mentalne, bypodołać temu zadaniu?  A może szanse ma  ten, kto napisze dobry wniosek o dofinasowaniew ramach unijnego programu?  Może godzienbędzie ten, którego komisja rekrutacyjna dobrze oceni? Czy może wreszcie tenkto napisał dobrze test przygotowany przez doradcę zawodowego i dostał za niegowysoką ocenę? Nic bardziej mylnego. Nic z tych rzeczy. Ponad to wszystko, trzebajeszcze należeć do grupy społecznej której ramy są wyraźnie określone. Przedewszystkim dobrze jest być w takich razach kobietą. Bo płeć jest bardzo ważna. Będąckobietą jesteś przecież dyskryminowany, przepraszam dyskryminowana,  i właśnie żebyś nie była dyskryminowana oni,urzędnicy, dodadzą ci dodatkowe punkty za bycie kobietą. I już przestajewszystko zależeć od ciebie. Teraz ważne są punkty za pochodzenie. Przez latawmawiano mi że wszyscy są równi. Potem przekonywano mnie, że to kim będę,zależy od moich starań. A teraz się okazało, że punkty za płeć są ważne i toone decydują o moim losie. Możesz mieć świetnie napisany biznes plan, jednak gdynie jesteś mój drogi kobietą, to nic z tego. Dobrze jest też gdzieś pracować,bo to kolejne kryterium doboru i selekcji. Wiem, tak był napisany regulamin,ale ja, naiwnie przyznaję, myślałem, że może będę miał więcej szczęścia jeślisam sobie pomogę i wszystko przygotuję jak najlepiej. Przekonywałem sam siebie,że jak będę dobry to moja płeć będzie miała mniejsze znaczenie. Lub może niebędzie miała żadnego? Ale okazało się, że wbrew przysłowiu: więcej szczęścia nużrozumu, trzeba mieć jednak szczęście urodzenia się kobietą. Przynajmniej w tymprzypadku. Tak, wiem, to nie jedyne kryterium selekcji kandydatów. Ale to mnienajbardziej boli, więc o nim piszę.   – Przeciw komu jest ten tekst – zapyta mnie zapewnemój kolega, gdy to przeczyta. Bo zawsze mnie tak pyta. Ale pomyli się. To niejest przeciwko komuś.  Napisałem te słowai jeszcze napiszę ich kilka, ale nie jest  to przeciwko komuś konkretnemu, a już szczególnienie przeciwko kobietom. Jest to wyraz buntu przeciwko głupim parytetomustalającym, że płeć ma znaczenie w obronie zasady że tak właśnie nie jest. Żeona nie ma znaczenia. To jest paradoks naszych czasów.  Jeśli o dofinasowanie mogłyby się starać tylkokobiety, trudno zrozumiałbym to. Poczekałbym na możliwość składania wnioskówtylko przez mężczyzn.  Choć w zasadzienie spodziewam się żebym kiedyś taki projekt o dofinasowanie zobaczył. Bo toprzecież byłaby dyskryminacja.  Ale w sytuacji,w której pewna pani i pewien pan mają tyle samo punktów, a o przyznaniu pomocyfinansowej decyduje głównie płeć  jest czymśnajzupełniej normalnym i nazywanym wyrównywaniem szans.  Z tym, że ja tracę swoją szansę, bo jestemprzecież mężczyzną. Takie mam odczucia. Czyli jesteśmy równi czy nie jesteśmyrówni? A może jesteśmy równi, ale nie zawsze, bo kiedyś ktoś był mniej równy,to teraz żeby to wyrównać, ktoś musi być dyskryminowany żeby nie byłodyskryminacji w przyszłości właśnie. Tak, zdecydowanie poczułem się gorszy, bonie jestem kobietą. Nie mam pretensji. Wiedziałem, że regulamin faworyzowałkobiety (choć nie tylko). Mogłem się tego spodziewać. Jednak jak na własnejskórze poczułem czym jest parytet, to jakoś tak bardziej boli.  A może ktoś mi chciał pokazać, że tak właśnieczują się dyskryminowane ze względu na płeć kobiety? Jeśli tak no to japrzepraszam. Naukę zrozumiałem. Teraz już wiem, że płeć ma znaczenie.  A chyba nie o to w tym wszystkim chodziło.

 

dziennik pesymistyczny

Przypadkowy strażnik z tragarzami

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

 – Co … No ale … A ty skąd wiedziałaś, żemnie zastaniesz … przecież wiedziałaś, że wyjeżdżam – pytał Miś w komediiStanisława Barei. – Przechodziliśmy, po prostu i wpadliśmy! – opowiedziała mujego eksżona Irena. – Jak to przechodziłaś , z tragarzami? – dociekał filmowy Miś.  – Taa! Przechodziliśmy. Z tragarzami. BardzoCię polubiłem chłopie – usłyszał w odpowiedzi od pana ministra, nowego partnerażyciowego pani Ireny. Ten dialog napłynął w obrazach do głowy podczas lekturylokalnej gazety, którą wybrałem z oczywistych względów w związku z jej nazwą.Przeczytałem w tym dzienniku informację o tym, że w czasie, gdy trwała imprezapod nazwą „Żywa Biblioteka”, strażnicy miejscy sprawdzali, czy właściciele kawiarniw której ta akcja się odbywała, nie sprzedają tam przypadkiem alkoholunieletnim. Tak przypadkiem przechodzili dzielni strażnicy i przypadkiemsprawdzili. Jakoś tak nie mogę uwierzyć w przypadki. Jak ten Miś, ja też niepojmuję jak można przechodzić przypadkiem z tragarzami. Teraz dziwna jest dlamnie przypadkowość kontroli. Zawsze ważny jest kontekst i w tym przypadku teżjest ważny, lub najważniejszy. Kilka dni temu pewnemu radnemu w moim mieście,nie spodobało się to, że gej będzie przebywał w należącym do miasta budynku. Dewiant– używając nomenklatury stosowanej przez pana radnego – miał się tam znaleźćjako „ żywa książka” . Tylko czujność i wzorowa postawa moralna ocaliło tysiącedziateczek  przed zgubnym wpływemhomoseksualizmu. Pan radny wspierany przez wiceprezydenta miasta  postawił tamę zgubnym sugestiom homo. Boprzecież projekt „ Żywej Biblioteki” w ramiach którego miał się tamznaleźć  gej to „promocjahomoseksualizmu” i „pretekst do propagowania dewiacji”. A tak  „środowiska homoseksualne, które w innychmiastach zasłynęły agresywną kampanią promocyjną homoseksualizmu” zostałyz miejskiego budynku wyproszone. I naród się homoseksualizmem nie zaraził. Jarównież jak i organizatorzy „ Żywej Biblioteki” czy właściciele kawiarni, niemam wątpliwości, że kontrola strażników to nie przypadek.  Skąd takie przypuszczenie, że w lokalunieletni mogą kupować alkohol? – Na telefon alarmowy zadzwoniła osoba, którapoinformowała, że takie zdarzenie mogło mieć miejsce – mówi rzecznik strażymiejskiej, o czym donosi lokalny dodatek do gazety, też wybranej przeze mnie zewzględu na jej nazwę.  – W takiejsytuacji obowiązkiem straży jest zbadać zgłoszenie. Patrol, który pojechał namiejsce, żadnych nieprawidłowości nie stwierdził – dodał rzecznik strażników.Czyli wszystko było przypadkowe. Przypadkowo gość zadzwonił z przypadkowymdonosem z przypadkowego telefonu, z donosem na całkiem przypadkową imprezę.Przypadkowo przechodził patrol i całkiem przypadkowo przeprowadził kontrolę. Wkomedii Barei, w scenie którą przypomniałem na wstępie, występuje też panminister. Mam takie przepuszczenie graniczące z pewnością, że właścicielekawiarni która przygarnęła „Żywą bibliotekę” po jej eksmisji z miejskiej placówki , jeszcze nie raz usłyszą odmiejskiej administracji – Bardzo Cię polubiłem chłopie.

 

dziennik pesymistyczny

List polecony

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Osobiście nie przepadamza otrzymywaniem listów poleconych. Zawsze wzbudzają we mnie lęk. Dobrze, możezazwyczaj jest to strach nieuzasadniony, ale jednak coś w tym jest.  Z tej całej poleconej korespondencji któramnie denerwuje, szczególnie nie lubię dostawać listów, w których wymaga się odemnie pisemnego potwierdzenia ich odbioru. Tak jak dla moich dziadków czyrodziców otrzymanie niespodziewanego telegramu stanowiło powód do wielkich stresów,tak dla mnie polecony jest czymś co przyprawia mnie o palpitację serca.Otwieram skrzynkę na listy, a tam leży i łypie na mnie swym białawym oczkiem kartkazwana awizo. Na niej listonosz zapisał wezwanie do stawienia się mojej osoby na poczcie, w terminie określonym,abym tam potwierdził własnym podpisem że list otrzymałem.  – Wrzuciłeś Grzesiu list do skrzynki, jakprosiłam?  – List, proszę cioci? List?Wrzuciłem, ciociu miła!  – Nie kłamiesz,Grzesiu? Lepiej przyznaj się kochanie!  -Jak ciocię kocham, proszę cioci, że nie kłamię! – z dzieciństwa pamiętam wierszJuliana Tuwima o Grzesiu kłamczuchu i jego cioci. Teraz bez mojego podpisu tenco do mnie ten list wysyła za nic nie uwierzy, że go poczta dostarczyła a japrzeczytałem. Widać poczta państwowa dla niektórych jest jak Grześ kłamczuszek– jak nie ma na zwrotce mojego podpisu to jej nikt nie uwierzy, że list domojej skrzynki  został dostarczony. Bojęsię listów poleconych, bo one najczęściej przynoszą złe wieści. Jak wiadomosztukę epistolarną kultywują u nas głównie instytucje, banki oraz wszyscy, którzy z jakichś powodów coś odemnie chcą. Nikt kto chciałby przekazać mi najszczersze życzenia nie wyśle domnie listu poleconego. Do mnie piszą tylko banki oraz urzędnicy państwowi i niesą to najczęściej miłe dla mnie listy. Uległem kiedyś namowom pani na poczcie ipodpisałem umowę, że listonosz listy polecone będzie zostawiał dla mnie w mojejskrzynce pocztowej, ale oczywiście nie dotyczy to tej korespondencji,  w której wymaga się ode mnie potwierdzeniaodbioru. Przed weekendem zajrzałem do przegródki oznaczonej numerem mojegomieszkania, a tam już był ten złośliwiec czyli awizo. Było za późno abynatychmiast pobiec na pocztę i zobaczyć co tam nowego i złego jest w tymliście. Godzina -znacznie po osiemnastej -więc mój trud byłby daremny. W sobotęteż nie miałem co próbować, bo poczta zamknięta. Pozostało mi więc rozmyślanieprzez weekend o tym, co też ode mnie chcą instytucje które do mnie piszą listy.W poniedziałek o ósmej rano stawiłem się karnie na poczcie i już po piętnastuminutach oczekiwania w kolejce przed okienkiem dostałem list polecony.Oczywiście pani urzędniczka spisała moje dane z dowodu osobistego a ja to, żeto pismo dostałem, potwierdziłem w dwóch miejscach własnoręcznym podpisem. Drżącymirękoma rozerwałem kopertę i wydobyłem kartkę papieru.  Rozłożyłem i przeczytałem…  że urzędnicy magistratu zapraszają mnie dosiebie na spotkanie które odbyło się sześć dni temu. Faktycznie trzeba było todo mnie wysłać poleconym, za zwrotnym potwierdzeniem odbioru. Inaczej przecież zanic bym nie zdążył.

 

dziennik pesymistyczny

Nie wypożyczysz już geja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Z nami Polakami często takbywa , że dyskutujemy o książkach których nawet nie mieliśmy w rękach niemówiąc już o tym że ich nie czytaliśmy. To, że nie zapoznaliśmy się z treścią,  w najmniejszym nawet stopniu nie przeszkadza niektórymz nas  o nich debatować . Autor jeszczenawet nie zasiadł do pisania, albo napisał ze swego dzieła niewiele, a już ma tłumyzwolenników i przeciwników. Dla marketingu to nawet dobre zjawisko. Łatwiejtaką książkę potem  sprzedać.  Ale dla tych, co to by chcieli porozmawiać  o zawartych w dziele tezach  -tak mniej ogólnie – to już zła wiadomość. Unas można wyrobić sobie pogląd o książce nawet jej nie widząc na oczy, niewspominając o jej przeczytaniu.  Nawet jakdzieło pisarza ukaże się drukiem i jest dostępne na księgarskich półkach  to i tak jest wielu, co to nigdy po nie nie sięgną,ale oczywiście w niczym to im nie przeszkodzi wyrażać publicznie o książceswoje zdanie. Potępiać czy wychwalać obojętnie. – Nie znam, nie czytałem, ale i tak wiem, że to złe i nie dla młodzieży  – ile razy ja to już słyszałem. Niektórzy znas tak już mają.  Są niereformowalni. Niezobaczę filmu, bo wiem że nie będzie mi się podobał. Nie przeczytam książki, bo mi się i tak nie spodoba.

W moim mieścierealizowany jest obecnie projekt   „ŻywaBiblioteka” w ramach którego mają się odbywać spotkania m.in. z gejem, ateistą,pastorem ewangelickim czy Żydem. Każdy zainteresowany będzie mógł przyjść i„wypożyczyć” żywą książkę, czyli  spotkaćsię z człowiekiem który go interesuje. Przeczytać go. Porozmawiać z nim.Założenie jest jak najbardziej słuszne. Ale na straży miejskiej moralnościstanęli ci, którzy nie chcą czytać złych książek. Jak pisałem na wstępie, nieprzeczytali jeszcze, ale już wiedzą, że obcowanie z taką „literaturą” czy w tymprzypadku żywą książką to zło najgorsze. Nie czytali, ale pogląd na temat „książki”już mają. Pewien prawy i sprawiedliwy radny wypożyczenie geja w ramach „ŻywejBiblioteki” uznał za „promocję homoseksualizmu” i „pretekst dopropagowania dewiacji”. Sam nie wypożyczył i innym zabronił.  Znów pojawiło się to nasze: nie czytałem, alejuż treść krytykować mi wolno. Ta żywa biblioteka musiała się wynieść z budynkuResursy Obywatelskiej.  Bo to przecieżnie może tak być, żeby gej w miejskiej instytucji przebywał, a do tego coś tammówił, a inni go słuchali.  Zastępcaprezydent miasta nie ukrywał nawet, że wywarł presję na dyrektorce Resursy. -Przeprowadziłem rano rozmowę z panią dyrektor, aby nie było w „Żywej Bibliotece”geja i – jak widać – podjęła skuteczne działania – mówi zadowolonydziennikarzom.

Była rozmowa iposkutkowało. Jakie to wspaniałe. Uchronił naszą społeczność przed dewiacją. Czyteraz zadzwoni do wszystkich bibliotek i zażąda usunięcia z nich książektraktujących o homoseksualizmie? Obym mu tylko pomysłu nie podsunął. Bo o to,że byłby do tego zdolny, jestem całkowicie przekonany.  – Jako rodzic byłbym nieszczęśliwy, gdybymoje dziecko było uczone przez homoseksualistę. Na pewno wysłałbym do wychowawcyczy dyrektora pismo, że nie wyrażam na to zgody, albo posłał dziecko do innejklasy lub szkoły – mówił dziennikarzom ten sam  wiceprezydent, odpowiedzialny za oświatę wmoim mieście, niespełna dwa lata temu. Wypowiadał się publicznie zaraz po zakończeniuwykładu Paula Camerona amerykańskiego psychologa wzywającego do karaniahomoseksualistów. – A jeśli wykład dla nauczycieli chciałby w miejskiej saliwygłosić na przykład Robert Biedroń współzałożyciel i prezes Kampanii przeciwHomofobii? – pytali go wtedy dziennikarze. Wiceprezydent powiedział, że raczejnie wydałby na to zgody. I jak widać dotrzymał słowa. Nie dość, że mamy wmieście rządy prawe i sprawiedliwe, to jeszcze konsekwentnie trwające w homofobii.