Category Archives

914 Articles

dziennik pesymistyczny

Strach przed zbawieniem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Zawsze przerażali mnieludzie, którzy są bezrefleksyjnie przekonani o tym, że mają na tym naszym „łezpadole” specjalną misję do spełnienia. Tacy, co żyją w przekonaniu, że ich tuna tej umęczonej ziemi nad Wisłą, opatrzność postawiła całkowicie nieprzypadkowo,jak nas maluczkich i nikczemnych. Oni żyją w przekonaniu, że znaleźli się tu bypoprowadzić nasz naród ku wyższym i światłym celom. Denerwują mnie tacy, co tomyślą, że zdecydowanie wiedzą lepiej jak mam żyć, co kochać, czego nienawidzić,co szanować a czym mam pogardzać. Co mam myśleć i w co wierzyć? I nikt, i nicich nie przekona, że się mylą, bo oni mają misje od tego, co: „ Polskę przeztak liczne wieki otaczał blaskiem potęgi i chwały”. Straszni są tacy ludzie, coto zawsze chcą mieć rację… nie, źle się wyraziłem, oni są przekonani, żeposiedli monopol na prawdę. Oni jedni mają wizję i dla naszego wspólnego dobrazrobią wszystko abym był szczęśliwy w ich pojęciu szczęścia.  Nie wiem skąd się bierze u takich „ojcównarodu” przekonanie o swej wyjątkowości? Dlaczego oni zawsze mają to denerwujące przekonanie, że to onibezwzględnie zawsze i wszędzie mają monopol na prawdę?  Taki przewodnik stada ma zawsze wokół siebiestadko wyznawców przekonanych, że wódz ich zbawi od wszelkiego złego ipoprowadzi ku świetlanej przyszłości. Ba, oni uważają, że to zbawienie od zła wszelkiego jest potrzebne nietylko wyznawcom wodza, ale też tym, co jeszcze nie dojrzeli by przyjąć prawdęobjawioną z ust wielkiego nauczyciela. Boję się takich, co to wszystko wiedząlepiej i do tego mają pragnienie władzy. Nie wiem, może jestem niesprawiedliwy,może oni władzy nie pragną a jedynie ona jest im pisana. Może ich źle oceniam,ale ja to piszę, dlatego, że tak czuję, a czuję tak, dlatego, że polityka jestwszechobecna w moim życiu i takich, co wiedzą lepiej jak ja mam żyć jest wśródpolityków bardzo wielu i włażą w moje życie z butami, z miną surowegoprofesora. A czy was nie przyprawiają o lęk ci, których nie przekonuje „wolanarodu”, na którą się tak często powołują, tacy, co nawet jak przegrywająwybory to są przekonani, że jednak w pewnym znanym tylko dla nich sensiezwyciężyli. Tacy, co uważają, że Polacy nie dorośli do światłych idei, jakieoni wyznają.  – W historii różnych państwzdarzają się momenty trudne, zdarzają się błędy, to był wielki błąd częścinaszego społeczeństwa – mówi klasyk w telewizji a ja zaczynam się bać, żekiedyś, gdy dla nich „przyjdzie dzień zwycięstwa”, oni mnie już przekonająjak bardzo się myliłem i zrobią wszystko, żebym już nigdy nie popełnił błędu.Czasem wydaje mi się, i mam wielką nadzieje, że tylko mi się wydaje, że sąwśród naszych polityków tacy, co to nie tylko uważają Polskę za Chrystusanarodów, ale sami zaczęli się już uważać za mesjaszów.  – Mnie witają okrzykami: „Jarosław,Polskę zbaw”. Można to oczywiście różnie oceniać, ale to jest fakt i zcałą pewnością nie ma sensu tego marnować – powiedział przywódca prawych isprawiedliwych a ja znów zaczynam się bać, że będą mnie na siłę zbawiać. – Jawiem, że polococktowcy nas nie kochają, ale my ich tak długo będziemy kochać,aż oni nas w końcu pokochają – przypomniały mi się słowa  Szyszkownika  Kilkujadka. Mam wrażenie, że przynajmniejjedna osoba w naszej polityce wie, że jest sporo Polaków, którzy go niekochają, ale on jest chyba przekonany, że jak będzie ich dostatecznie długokochał to w końcu ich wszystkich zbawi. Tych, co tego chcieli i tych, którzytego nie chcieli. I oni go wtedy na pewno pokochają.

 

dziennik pesymistyczny

Z woli wyborców… tak, ale ilu?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W tabloidach jest takizwyczaj, że przy imieniu i nazwisku bohatera tekstu prawie zawsze podawany jestjego wiek. – Genowefa  Pipszycka,  lat 35 – tak to mniej więcej wygląda. Wczorajprzeglądając wyniki wyborów wpadłem na taki, może i dziwny, ale dla mniecałkowicie racjonalny pomysł. Zastanawiałem się ile głosów wyborców potrzeba dozdobycia mandatu posła na sejm? A może tak, dobrze by było podawać przynazwiskach posłów liczbę głosów wyborców, którzy udzielili im poparcia? Tak dlajasności. Sprawdziłem. Taki pan Zbigniew z prawych i sprawiedliwychpotrzebował, żeby dostać się do parlamentu dwadzieścia dziewięć tysięcydwieście dwadzieścia trzy głosy. Wydaje się dużo i zapewne nie jest to mało,ale jeśli popatrzymy na ogólną liczbę uprawnionych do głosowania, to nie jestto już takie imponujące.   Pan poseł MarekSuski, z tego samego ugrupowania, aby znów zasiąść w sejmie potrzebowałpoparcia siedemnastu tysięcy dwustu pięćdziesięciu jeden osób.  Czyli można przyjąć, że reprezentuje on tylkoich, bo tylko ich zdołał przekonać do siebie a jest przecież posłem z tegomiasta. Ja wiem, że pewnie jest jeszcze jakaś bliżej nieznana liczba osób,którym podoba się ten czy drugi poseł, ale co zrobić, nie wiem ile to jestludzi, tak naprawdę to ja tylko wiem, że głosowało na niego siedemnaścietysięcy dwieście pięćdziesiąt jeden osób. Czy nie dobrze by było wiedzieć, tak, na co dzień, że pani Marzena zprawych i sprawiedliwych zdołała przekonać do siebie 11 738 wyborców, auprawnionych do głosowania można liczyć w setkach tysięcy. Pani Ewa z platformyzdobyła czterdziestu jeden tysięcy pięciuset pięćdziesięciu czterech wyborców.Dobra liczna grupa, ale to nadal lekko ponad czterdzieści tysięcy. A z pewnegoruchu poparcia wystarczyło poparcie siedmiu tysięcy ośmiuset dwunastu wyborców.I już jest się posłem. Żebyśmy się dobrze zrozumieli, serdecznie gratuluję tym,co zdołali do siebie przekonać mieszkańców mojego miasta do poparcia ich wwyborach. Mnie tylko chodzi o to żeby stale im przypominać, że to nie naród wswej milionowej liczbie ich wybrał, ale raczej tysiące i to z jednego miasta naprowincji. Tak dla pokory. Według nieoficjalnych danych z państwowej komisjiwyborczej w Warszawie na premiera głosowało ponad trzysta sześćdziesiąt tysięcyosób. Sporo? A na szefa największej partii opozycyjnej głos oddało około studziewięćdziesięciu sześciu tysięcy wyborców. Też dużo. Ale na przykład ministerfinansów zdobył jedynie nieco ponad dziesięć tysięcy. U nas jest taki zwyczaj,że polityk często utożsamia się z narodem. – My Polacy, chcemy … – słyszę, copewien czas. – W imieniu moich wyborców – mówi to jeden to drugi poseł. Częstotak bywa, że politycy powołują się na wolę ludu, na wyborców. Dlatego chybadobrze by było wiedzieć ilu to wyborców tak naprawdę na nich głosowało. Z ilukonkretnie ludzi składa się ta „wola ludu” czy „ my naród”, na który się takczęsto powołują.

 

dziennik pesymistyczny

Polska drugą Polską

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jest w Polakach dośćpowszechna tęsknota za tym, co zagranicą. Polskie, nasze, przez nassamodzielnie i oryginalnie wykonane już nas tak nie cieszy. Zagraniczne zawszelepsze, bo… zagraniczne. Nie podoba nam się to, co mamy.  Polskie, to takie jakieś byle jakie. A jakjuż coś nam się uda zrobić porządnie lub planujemy jakieś zmiany w naszymkraju, to zawsze musimy to porównać do zagranicznego wzorca. Istniejeprzekonanie, że bez takiego porównania, to, czego dokonamy będzie mniejdoskonałe. Nic nie może być tak po prostu, polskie i nieporównywalne doniczego, oryginalne. Zawsze musi być dobry, bo zagraniczny pierwowzór i dopieronasze dzieło porównane do zagranicznego wzorca zyskuje w oczach Polaków. -Jestem głęboko przekonany, że przyjdzie taki dzień, kiedy nam się uda, żebędziemy mieli w Warszawie Budapeszt – powiedział chwilę po ogłoszeniu sondażywyborczych prezes prawych i sprawiedliwych. No proszę, Warszawa to już niebardzo się teraz podoba. Bo to przecież polskie miasto, a bardziej pasujeprezesowi Budapeszt. Wiem, że trochę nadinterpretuję słowa prezesa. Wiem, żezdanie „w Warszawie będzie Budapeszt”, odwołuje się do przypadku węgierskiegopremiera Viktora Orbána. Ten polityk po ośmiu latach w opozycji wrócił nastanowisko, zdobywając większość w parlamencie. Ale mnie to wnerwia, że znówktoś chce mi coś wymieniać na zagraniczne, czyli jego zdaniem pewnie znacznielepsze. Nie tak dawno słyszałem prawie, co dnia, że Polska to będzie drugaIrlandia. No tak, bez tego porównania to jak nic nie doszedłbym do wniosku, żebędzie lepiej. Irlandia to wspaniały wzorzec i teraz będziemy ją tu nad Wisłąbudować. Jeśli o to chodzi to rozglądając się po szyldach, po napisach nawystawach sklepów oraz po jego wnętrzach, można dojść do wniosku, żeprzynajmniej językiem angielskim dopasowaliśmy się idealnie do zagranicznegowzorca. Tam też język angielski jest powszechny oprócz irlandzkiego.  Ale Polska nie tylko Irlandią miała się stać.Pewien polityk z platformy, szef ministerstwa spraw zagranicznych ocenił kiedyś,że eksploatacja gazu łupkowego w Polsce daje szansę, aby za dziesięć dopiętnastu lat nasz kraj stał się drugą Norwegią. – Musimy pamiętać o nowejszansie. To jest wielka szansa dla Polski, że Polska stanie się drugą Norwegią- mówił prezes prawych i sprawiedliwych podczas debaty kandydatów na prezydentarok temu. Czyli pragnienie abyśmy stali się nie Polską, a drugą Norwegią jesttak w partii rządzącej, jak i w opozycyjnej. A nasz premier rzekł kiedyś – Polska nie zamieni się w Grecję, (…)uchronimy Polskę przed wywrotką.   Czyli nie zawsze dążymy do niedoścignionegowzorca, czasem przed nim uciekamy. Przerabiać Polskę na Japonię chciał prezydent Lech Wałęsa. A wzamierzchłych czasach błędów i wypaczeń, Edward Gierek chciał zbudować drugąPolskę i może słusznie, że nie kolejną republikę. Ale wtedy byliśmy „czwartąpotęgą na świecie”. A prawda… zapomniałbym o budowaniu u nas IVRzeczpospolitej, ale do tego może też nie wracajmy i próbujmy dalej. A może takzbudować coś naszego, takiego bez porównania? A nie ciągle wskazywać wzorzec.Wygląda na to, że u nas często występuje pragnienie opcji. Jak nie niemieckiejto irlandzkiej, norweskiej, węgierskiej czy japońskiej. Fakt, dobrze, że nieGreckiej. A może znów czas powiedzieć: Patrzcie – mówimy – to jest nasze, przeznas wykonane, i to nie jest nasze ostatnie słowo!


dziennik pesymistyczny

Denerwuje mnie awizo

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 15

Osobiście nie przepadam za otrzymywaniem listów poleconych. Zawsze wzbudzają we mnie lęk. Dobrze, może zazwyczaj jest to strach nieuzasadniony, ale jednak coś w tym jest.  Z tej całej poleconej korespondencji która mnie denerwuje, szczególnie nie lubię dostawać listów, w których wymaga się ode mnie pisemnego potwierdzenia ich odbioru. Tak jak dla moich dziadków czy rodziców otrzymanie niespodziewanego telegramu stanowiło powód do wielkich stresów, tak dla mnie polecony jest czymś co przyprawia mnie o palpitację serca. Otwieram skrzynkę na listy, a tam leży i łypie na mnie swym białawym oczkiem kartka zwana awizo. Na niej listonosz zapisał wezwanie do stawienia się mojej osoby na poczcie, w terminie określonym, abym tam potwierdził własnym podpisem że list otrzymałem.

– Wrzuciłeś Grzesiu list do skrzynki, jak prosiłam?  – List, proszę cioci? List? Wrzuciłem, ciociu miła!  – Nie kłamiesz, Grzesiu? Lepiej przyznaj się kochanie!  -Jak ciocię kocham, proszę cioci, że nie kłamię! – z dzieciństwa pamiętam wiersz Juliana Tuwima o Grzesiu kłamczuchu i jego cioci. Teraz bez mojego podpisu ten co do mnie ten list wysyła za nic nie uwierzy, że go poczta dostarczyła a ja przeczytałem. Widać poczta państwowa dla niektórych jest jak Grześ kłamczuszek– jak nie ma na zwrotce mojego podpisu to jej nikt nie uwierzy, że list do mojej skrzynki  został dostarczony.

Boję się listów poleconych, bo one najczęściej przynoszą złe wieści. Jak wiadomo sztukę epistolarną kultywują u nas głównie instytucje, banki oraz wszyscy, którzy z jakichś powodów coś ode mnie chcą. Nikt kto chciałby przekazać mi najszczersze życzenia nie wyśle do mnie listu poleconego. Do mnie piszą tylko banki oraz urzędnicy państwowi i nie są to najczęściej miłe dla mnie listy. Uległem kiedyś namowom pani na poczcie i podpisałem umowę, że listonosz listy polecone będzie zostawiał dla mnie w mojej skrzynce pocztowej, ale oczywiście nie dotyczy to tej korespondencji,  w której wymaga się ode mnie potwierdzenia odbioru.

Przed weekendem zajrzałem do przegródki oznaczonej numerem mojego mieszkania, a tam już był ten złośliwiec czyli awizo. Było za późno aby natychmiast pobiec na pocztę i zobaczyć co tam nowego i złego jest w tym liście. Godzina -znacznie po osiemnastej -więc mój trud byłby daremny. W sobotę też nie miałem co próbować, bo poczta zamknięta. Pozostało mi więc rozmyślanie przez weekend o tym, co też ode mnie chcą instytucje które do mnie piszą listy.

W poniedziałek o ósmej rano stawiłem się karnie na poczcie i już po piętnastu minutach oczekiwania w kolejce przed okienkiem dostałem list polecony. Oczywiście pani urzędniczka spisała moje dane z dowodu osobistego a ja to, że to pismo dostałem, potwierdziłem w dwóch miejscach własnoręcznym podpisem. Drżącymi rękoma rozerwałem kopertę i wydobyłem kartkę papieru.  Rozłożyłem i przeczytałem…  że urzędnicy magistratu zapraszają mnie do siebie na spotkanie które odbyło się sześć dni temu. Faktycznie trzeba było to do mnie wysłać poleconym, za zwrotnym potwierdzeniem odbioru. Inaczej przecież za nic bym nie zdążył.

dziennik pesymistyczny

Rządy mniejszości?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

  – Aleśmy panie wybrali – tymi słowamiprzywitał mnie mój sąsiad pan Wiesio i są to dla niego tradycyjne słowa powitania,jakim raczy sąsiadów po każdych wyborach. Ale tym razem słowa pana Wiesławabrzmiały tak jakoś smutno, bo to niby w moim mieście, bastionie prawych isprawiedliwych zwyciężyli powyżsi, czyli ulubieńcy pana sąsiada, ale w całymkraju już nie było tak różowo. Widziałem w oczach pana Wiesia niezadowolenie,bo choć w naszym okręgu wygrała partia, którą on popierał całym sercem, tonajwięcej głosów zyskała w wyborach pani z platformy.  I to go smuciło. – No zależy, kto co wybierałi czy w ogóle głosował – Usłyszałem za plecami głos innego sąsiada znanego mitylko z widzenia i to tylko, dlatego, że zwróciłem na niego uwagę, boprzystroił on balkon wielkim plakatem partii rządzącej. Wzasadzie miałem już odejść, ale zbliżyły się jeszcze dwie panie przywitaneprzez pana Wiesia, tym samym zawołaniem sugerującym ich udział w wyborach.Czyli miałem na podwórku, tuż przy bramie wielką dyskusję powyborczą. – Ja topanie się cieszę, że pan poseł S… i posłanka W… znów są posłami – rzuciła jednaz nowoprzybyłych pań.  – Ja też, ja też –potwierdziła jej koleżanka. – A słyszeli sąsiedzi, że posłem został też ktoś zruchu Palikota? – zapytałem. Nastała cisza. – Widocznie nie trafiłem na zwolenników pana Janusza! – pomyślałem.  Wyglądało, że wszyscy u mnie w mieście, aprzynajmniej w mojej kamienicy są zadowoleni z wyników wyborów – sądzę pogrupie reprezentacyjnej złożonej z moich sąsiadów. Bo to sprawiedliwi i prawiwygrali u nas, a i sąsiad od platformy zadowolony, bo w kraju jego ulubieńcyzwyciężyli.  Czyli nadal zapowiadają sięcztery lata uśmiechu w lekkiej opcji wnerwienia… – A jak państwo uważają, czyprzy takiej frekwencji gdzie więcej Polaków nie głosuje niż głosuje, rząd, jakiby nie powstał nie ma legitymacji do rządzenia? W zasadzie to wygrali ci, conie głosowali. Czyż nie – zapytałem licząc na dyskusję. Wszyscy popatrzyli namnie tak jakoś dziwnie. – Eeee, panie…. pan to zawsze coś śmiesznego wymyśli – rzekł pan Wiesio rozbawiony. I natym się skończyło. A jakby przyjąć, że te ponad pięćdziesiąt procent Polakównie głosowało ze świadomego wyboru? Co to oznacza? Może warto zadać sobie topytanie. Mamy na to czas, do następnych wyborów, a do tego czasu rządzić będąci co ich poparło 39 procent obywateli z tej głosującej mniejszości.

 

dziennik pesymistyczny

Zmuszony do pytań

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Panie redaktorze, ja jestemzmuszony zapytać pana, z jakiej pan jest redakcji: polskiej czy niemieckiej? – zapytałemkolegę pracującego dla pewnej lokalnej gazety. W mych dociekaniach, co dopochodzenia pisma inspiracją były słowa klasyka polskiej myśli politycznej,naszego wielkiego prawego i sprawiedliwego, specjalisty od wszelkich podziałówi ustawiania ludzi tam, gdzie powinni stać, czyli… nasz ukochany prezes. Tytułczasopisma, w którym pracuje mój znajomy, brzmi tak z angielska, co możesugerować, że mamy tu przypadek całkowicie niepolskiej redakcji, dlategoprzecież uzasadnione było moje pytanie. Bo przecież zawsze trzeba wiedzieć, zkim się przebywa. Co prawda w piśmie większość tekstów jest w języku polskim iz tego, co wiem, właściciele, dziennikarze, współpracownicy, specjaliści odreklamy wszyscy są Polakami, ale co ja tam wiem, trzeba to ustalić, bo przecieżjakby się okazało, że oni są z „opcji niemieckiej”, to pewnie by mi to czytanietekstów taką wodę z mózgu zrobiło, że… no sam nie wiem, pewnie tak bym zgłupiał,przestałbym wierzyć w świętą wizję prezesa. Dlatego ważne jest wiedzieć, gdzie,kto pracuje. Ten w polskiej redakcji, a ten w niemieckiej. A co z moją koleżanką,która już od kilku lat pracuje w firmie, gdzie całe kierownictwo to Amerykanie,ba, cała firma jest amerykańska. Do tej pory mi to nie przeszkadzało, aleteraz? No, nie wiem… zapytam ją może czy ona jest z firmy: polskiej czyamerykańskiej. To może być przecież bardzo ważne. A może zacznę od siebie… Mojababcia urodziła się w Rostocku, przed wojną, a pamiętajmy, kto tam wtedyrządził. Co prawda urodziła się w rodzinie polskich emigrantów, za młodu lepiejznała niemiecki niż polski, to pewnie w oczach tych, którzy uważają się za prawychi sprawiedliwych, to pewnie więcej z niż „dziadek z wermachtu”.  A właśnie, dziadek… przecież dziadek podczaswojny pracował w niemieckich fabrykach zbrojeniowych!, Co prawda nie z własnejwoli a przymuszony, ale zawsze!  Pracowałnie w polskiej, a w niemieckiej fabryce. Niedobrze. A tu jeszcze dziadkowie odstrony ojca mieli w rodzinie Ukraińców z racji ówczesnego zamieszkania. Ja tomam pecha. Nie dość, że niemiecka to jeszcze ukraińska opcja. A jak wiadomo wPolsce Ukrainiec to już prawie Rosjanin, więc nie mam szans w nowejRzeczypospolitej. A do tego przez wiele lat związany byłem w firmą, którejwłaścicielami są Węgrzy… sam obawiam się tego, czym się mogłem zarazić.Przecież ja pracowałem w węgierskiej a nie w polskiej firmie! Przez te słowaprezesa teraz czuję się zmuszony zapytać samego siebie i wszystkich wokół mnie,z jakiej są redakcji czy firmy: polskiej czy niemieckiej? Amerykańskiej,węgierskiej, francuskiej czy, mój Boże, rosyjskiej. I odkryłem wiele ciekawychspraw: okazało się, że Ewa od dawna tkwi w opcji amerykańskiej, Monika wizraelskiej chyba, ale tu sprawa jest skomplikowana, bo to raczej pomówienia,co do pochodzenia, sugerują kraj pochodzenia właścicieli, Krzysiek jak nic wrosyjskiej, ja w węgierskiej… jakby tak się rozejrzeć to każdy tu ryje i knujei nikt nie pracuje w narodowo, czysto polskiej firmie. Zdanie, któredoprowadziło do tych moich narodowych rozważań usłyszał od prezesa prawych isprawiedliwych dziennikarz TVN. Wcześniej redaktor spytał prezesa, jakie ciemnesiły stoją za wyborem Angeli Merkel na kanclerza Niemiec. O tych tajemnych iniedopowiedzianych siłach wspominał jeszcze wcześniej „Lider” w swojejnajnowszej książce. Swoją drogą ten to ma wiedzę na każdy temat, pozazdrościć.- Dobrze być polskim dziennikarzem. Polskim dziennikarzem, panie redaktorze -rzekł też prezes do dziennikarza. I teraz to ja już naprawdę nie wiem, wydawałomi się, że jestem polskim pracownikiem, ale teraz to ja już przez te słowaprezesa nie wiem, polskim jestem czy węgierskim pracownikiem? Rosyjskim czyniemieckim? Amerykańskim? Francuskim? Ukraińskim… Znów prezes skomplikowałmoją egzystencję… 

 

dziennik pesymistyczny

Tu się tyle nie zarabia…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Mój kolega pracujący od kilku lat w stolicy naszego pięknego kraju postanowił w nagłym przypływie lokalnego patriotyzmu powrócić na rynek pracy rodzinnego miasta na prowincji. Przeglądał oferty pracy, wysyłał CV i już po kilku miesiącach znalazł w tych ogłoszeniach prasowych coś, co mu przypasowało. Było zgodne z jego wykształceniem oraz dotychczasowym przebiegiem jego kariery zawodowej. No, był w zasadzie idealnym kandydatem na to stanowisko. Wysłał list motywacyjny, curriculum vitae oraz fotografię. Czekał dwa tygodnie i… miał szczęście, bo został zawezwany na rozmowę kwalifikacyjną. Stawił się mój znajomy w siedzibie wielkiej firmy o amerykańskim rodowodzie z siedzibą w moim mieście. Został miło przejęty przez komisję rekrutacyjną, a rozmowa upływała w miłej i przyjemnej atmosferze wzajemnego zrozumienia. – To ile by pan chciał zarabiać? – zapytała w pewnej chwili pani z komisji, bo przecież jest to klasyczne pytanie, jakie takie komisje zadają kandydatowi do pracy. I w zasadzie nie wiadomo jak się w tedy zachować, bo przecież ja dla przykładu to chciałbym zarabiać kilka milionów, ale czy moje chęci są tu najważniejsze? W takich chwilach najczęściej staram się wpasować w ich oczekiwania, ale to też przecież nie jest takie łatwe, bo skąd ja mam wiedzieć ile to oni przeznaczali na pensję dla nowego pracownika. Nie jestem jasnowidzem. A oni pewnie jak powiem za dużo, to mnie nie przyjmą, a jak powiem za mało to uznają, że jestem mało ambitny i też zostanę skreślony. Ciężka sprawa z takim pytaniem. Wracając do sprawy mojego kolegi, który usłyszał pytanie: – To ile by pan chciał zarabiać? On w przeciwieństwie do mnie, dokładnie wiedział. Kolega uważał, że z jego doświadczeniem zawodowym nie może zarabiać mniej niż dotychczas. Dodał, więc kilka procent i wyszła mu odpowiednia jego zdaniem liczba. – Siedem tysięcy miesięcznie brutto – odparł mój znajomy. Po tej informacji atmosfera na spotkaniu rekrutacyjnym jakby trochę siadła… pani jakoś tak mniej była zainteresowania dokonaniami zawodowymi mojego kolegi. – To proszę pana nie Warszawa, to jest R…, tu się tyle nie zarabia – stwierdziła pani z komisji, gdy rozmowa powróciła znów do wysokości spodziewanej pensji mojego znajomego. Spotkanie trwało jeszcze chwilę, ale już bez obopólnych emocji. – Mieli się odezwać do mnie, ale się już nie odezwali – wyznał mi kolega nadal mieszkający i pracujący w warszawskiej korporacji. – Dowiedziałem się też, ze przyjęli innego kandydata i płacą mu dwa tysiące miesięcznie brutto – dodał. No tak, to miasto na prowincji, tu ludzie mniej jedzą, mniej piją, mniej płacą za rachunki, mniej za ubranie, za buty, mniej wydają w restauracjach… ogólnie nie potrzebują zarabiać… nie to, co w stolicy.  Ale jedno jest dziwne, że pracować mają tak jakby te siedem tysięcy zarabiali, a przecież zarabiają tylko dwa. Kilka tysięcy mniej za tę samą pracę… przypomniał mi się billboard pewnej sieci handlowej, napis na nim głosił: trochej dalej – dużo taniej… faktycznie coś w tym jest.

 

dziennik pesymistyczny

Nie jestem cyferką w bankowym rejestrze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

W zasadzie, w Europie nie maodpowiedzialności zbiorowej, ale za błędy urzędników czy polityków oraz zapazerność finansowych korporacji odpowiadają wszyscy obywatele oczywiście zwyłączeniem tych za to odpowiedzialnych. Taka sprawiedliwość jest kontestowanaw wielu stolicach europejskich gdzie odpowiedzialność za fatalny stangospodarki zrzucona została na zwykłych szarych obywateli. Nie wiem, dlaczego nibyja osobiście, oraz miliony mi podobnych mamy odpowiadać za to, że ktoś tam naszczytach korporacyjnej i urzędniczej władzy podjął błędną decyzję, co zaskutkowałoogromną stratą finansową państwowego budżetu. Dlaczego ja mam odrobić straty, które powstały w skarbcu źlezarządzanego banku? Czy ja naprawdę jestem winien temu, że ktoś postanowiłprowadzić kosztowną wojnę zamiast wydać pieniądze na coś, co mogłobystabilizować gospodarkę? – System jest doskonały, tylko społeczeństwo do niegonie dorosło – usłyszałem kiedyś takie stwierdzenie i było to bardzo dawno,jeszcze w latach PRL-owskiech błędów i wypaczeń. Odnoszę wrażenie, że mimoupływu lat nadal to stwierdzenie jest aktualne. Z rozbawieniem oglądam iwysłuchuję w telewizji ekspertów przekonujących mnie, że w zasadzie systemrządów jest słuszny, że to, co się dzieje w Grecji czy w innych państwachzagrożonych upadkiem finansowym, to nie wynik oddania władzy korporacjomfinansowym, nie jest to też wynik niesprawności i nieefektywności systemu, towynik tego, że obywatele się tak rozbestwili, że chcądobrze zarabiać. System jest jak najbardziej poprawny, tylko tak jakoś wyszło,że ci wredni obywatele za dużo chcą. Tak się rozbestwili, że chcą emerytur,opieki zdrowotnej, darmowego szkolnictwa, dodatków do pensji i to właśnie przezto, jak nic musiało dojść do upadku, bo w żadnym razie nie zawiniło tu to, żektoś tam popełnił błąd i kupił obligacje, które okazały się śmieciami. Żadenurzędnik, minister czy polityk nie jest winien. To wina tychnieodpowiedzialnych tłumów, które protestują na ulicach żądając chleba i pracy.Pewnie jak to przeczyta ekonomista, to od razu narażę się na zarzut, że co jatam wiem…, że przesadzam i usłyszę zapewne, że „są pewne prawa ekonomii”… Alemnie nie chodzi o to, żeby szukać winnych, mnie chodzi o to, żeby mnie nikt jużnie okłamywał. Jeśli prywatny bank, u którego siedzą w kieszeni rządy połowyświata źle zainwestował, to nie mogę być za to odpowiedzialny, nie można pokryćstraty finansowej banku kosztem cierpienia całych narodów. Nie rozumiemtłumaczenia, że ktoś ma bez pracy i domu przymierać głodem tylko, dlatego, żebyw jakiejś korporacji finansowej wzrosły słupki przychodów. Nie ja odpowiadam zakryzys tylko nadnarodowe korporacje, które są prawdziwym rządem naświecie.  To system oparty na wyzyskujest zły, a nie przerost potrzeb obywateli. Wszystko tak bardzo uzależniliśmyod pieniądza, że już dawno straciliśmy kontrolę nad państwem. Dlatego nie dziwimnie to, że tak wielu nie uważa je za swoje. Nie chcę być tylko cyferką, częścią wykresu… nie chcę, żeby celemistnienia państwa było zadowolenie banków. Chcę demokracji i powrotu do tego, żeto człowiek jest tu najważniejszy.

 

dziennik pesymistyczny

Kandydat z plakatu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Kto to jest? – zapytał pannumer jeden wskazując palcem plakat wyborczy z podobizną pana wielcezatroskanego, pewnie o losy naszej ojczyzny. – A skąd, ja mam wiedzieć?Pierwszy raz go widzę, nie mam najmniejszego pojęcia? – Odpowiedział pytaniamipan numer dwa. – Kandyduje z… – Dodał pan pierwszy. Oczywiście pan tenpowiedział z poparciem, jakiej partii startował pan z fotografii, której nazwabyła wyraźnie uwidoczniona na plakacie wiszącym na latarni ulicznej, ale ja niechcę tu prowadzić agitacji.  – I co ztego… i tak go nie znam – odparł pan numer dwa. – Tak jak i ja – przyznał pan numer jeden. Do wyborów pozostało mniejniż dwa tygodnie. A jak usłyszałem nie tylko ja nie znam kandydatów na posłów isenatorów. No może nie wszystkich, bo przecież sporą grupę stanowią zawodowijuż politycy, których twarz opatrzyła mi się w telewizji. No tak, tych znam aprzynajmniej mi się tak wydaje, bo jak można powiedzieć, że się kogoś zna jakgo się tylko i wyłącznie widuje na ekranie telewizora czy o nim czyta wgazetach.  Na takiej zasadzie to japrzecież znam prawie pół świata. Gwiazdy filmowe, przywódców innych krajów,pisarzy, piłkarzy, piękne aktorki i znanych filozofów. Wszystkich w pewnymsensie, bo o nich słyszałem.  Ale jakbysię tak zastanowić, kogo znam osobiście to już by było gorzej. Nie poznałemosobiście zbyt wielu ludzi, a już polityków to znam naprawdę niewielu. A tu mikażą wybierać na podstawie podobizny na plakacie i hasła wyborczego. Mamwrażenie, nie, źle napisałem… ja jestem tego pewien, że – znamy się tylko zwidzenia a jedno o drugim nic nie wie, – że zacytuję klasykę. Ja oczywiścierozumiem, że przywódca partii jest osobą bardzo zajętą, nie oczekuję, abyprzybył do mnie z wizytą do domu. Bardzo by mnie ucieszyły odwiedziny tuzówpartyjnych, kandydujących z mojego regionu, ale mogę zrozumieć, że oni tam wtej Warszawie bardzo zajęci. Że te wywiady, odwiedziny w studiach radiowych itelewizyjnych bardzo pochłaniają czas. Mogę to wybaczyć, bo i tak, choć znamich tylko z telewizji i tylko z widzenia to jednak ich znam przynajmniejpobieżnie.  Znam ich poglądy i wiem,czego się mogę spodziewać. Ale dlaczego Wiesław, Jolanta, Robert, Krystyna,Andrzej, Romuald, Jan, Waldemar, Michał, Jarosław czy też Tomasz, Adam, Renata…można tak długo… Ci ludzie są dla mnie obcy, choć kandydują z mojego miasta tonie przypominam sobie, aby się chcieli z potencjalnym wyborcą, czyli ze mnąspotkać. Ja ich nie znam. No dobrze, widzę ich podobizny wiszące prawiewszędzie, ale są to dla mnie twarze podobne zupełnie do nikogo – jak mawiałklasyk. To, że poznam ich podobizny i dowiem się z plakatu, z jakiej partiikandydują, przeczytam hasło wyborcze to nadal nie mam najmniejszego pojęcia czysię nadają na moich reprezentantów. Co stoi na przeszkodzie, oprócz lenistwa,do prowadzenia przez lokalnych działaczy kampanii, w której będą bliżej ludu, –że tak się wyrażę? Nie oczekuję wieców na stadionach, ale może stolik przygłównej ulicy? Może tak odwiedziny w domu? Tak, może by mnie to przekonało.Może takie odwiedziny by coś dały. A tak, jak obserwuję tę kampanię wyborczą toprzypomina mi się przysłowie: gadał dziad do obrazu, a obraz do niego ani razu.


dziennik pesymistyczny

Darmowa nauka przez całe życie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 42

– Uczymy się całe życie – zwykłmawiać mój przyjaciel przy zbyt wielu okazjach. I w zasadzie jest w tym wieleprawdy, ale on zdecydowanie nadużywa tego swojego powiedzonka. Na każde to jegostwierdzenie, dotyczące nauki przez całe życie przytakuję odruchowo, jakzresztą każdy z naszego towarzystwa. Bo czym częściej to słyszę, tym mniejzwracam na to uwagę. Ot, taka złota myśl, która jest dla niego komentarzem nakażdy temat. Ale parę dni temu po tym jego tradycyjnym „uczymy się całe życie”przyszło mi na myśl, że jeśli naprawdę uczymy się przez całe życie to, czegoja, literalnie, nauczyłem się w ostatnich latach? Jaką to naukę pobierałem natym, że znów posłużę się cytatem z wypowiedzi przyjaciela, uniwersytecie życia?Odpowiedź okazała się nie być taka prosta, bo dziedzin, z których co dniapobieram naukę jest wiele. Ale postanowiłem nie podchodzić do tego naukowo, aletak raczej niesystematycznie, no po prostu przypomnieć sobie, czego ostatnio nauczyłomnie życie. I pierwsze, co mi się przypomniało, to to, że nauczyłem się żyć bezgazet. Bez dzienników dokładniej. Kilka lat temu wydawało mi się, że jak niekupię w kiosku rano gazety to moje życie będzie jakieś takie niepełne a tuproszę… żyję. Eeee, co to za nauka – powie wielu. Może to nic, ale jednak dlamnie to ważne, bo nauczyłem się, że nie wydając na gazety mogę wydaćzaoszczędzone pieniądze na coś innego plus to, że bez dzienników można żyć. A wdziedzinie pracy?  Jakie nowe naukipobrałem? Między innymi dotarło do mnie, po samodoświadczalnym sprawdzeniuzagadnienia, że pieniądze za pracę nie zawsze przychodzą na czas i nie zawszejest to tyle ile się spodziewam. Nauczyłem się też, że nikomu nie można ufać,że nic nie jest na zawsze, że nic nie jest takie, jakim się wydaje oraz, żetermin, czyli data, której nie można przekroczyć jest zdecydowanieprzekraczalna. Ze smutkiem skonstatowałem, że mogę przeżyć za kilkaset złotychmiesiąc, może i w nerwach i w ciągłym strachu, ale mogę. Nauczyłem się też, żedo wszystkiego, w każdej dziedzinie życia potrzebne są znajomości lubpieniądze. A najlepiej jedno i drugie. Bo bez tego nic nie można. Próbowałemsię leczyć, ale jak się leczyć bez pieniędzy, gdy na darmową wizytę u lekarza (no,nie za darmo, bo opłaconą z podatków) mam czekać kilka miesięcy. Dlatego doleczenia się, niezbędne są pieniądze lub znajomości, bo to też się przydaje. Tosamo dotyczy urzędów. Tam bez znajomości dobre chęci nie zdadzą się na nic. Ajeśli urząd to władza, a jeśli władza to polityka. Kiedyś nawet ją studiowałemi pamiętam, że głównie pochłaniały mnie i znajomych idee, a teraz… terazpolityka to głównie pieniądze, bo bez nich to można tylko politykować przykawiarnianym stoliku a nie być politykiem. Taka nauka. A kościół? Mój kolegawyznał mi kiedyś, że on pozostaje nadal w konkubinacie, bo go nie stać na ślubkościelny. I jest mu z tym źle. Bo on, i jego partnerka, to tacy katolicystojący na rozdrożu, i choć chętnie podążyliby we właściwym kierunku, to cóż… znowupieniądze. Przeleciałem jeszcze w pamięci kilka dziedzin mojego życia, zawsze iwszędzie i o czym bym tylko nie pomyślał, napotykałem na pieniądze. A więc możeto jest najważniejsza nauka. Nie da się już żyć bez nowego boga, bez pieniądza.Bo on określa nasz byt i naszą świadomość i to chyba najbardziej bolesna nauka.