Category Archives

914 Articles

dziennik pesymistyczny

Tłumaczenie z polskiego na nasze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Człowiek uczy się przezcałe życie. To prawda. A gdybym nawet o tym zapomniał, to uczynny politykzawsze mi o tym przypomni. Choć już od dawna nie zasiadałem w szkolnej ławie tojednak znów poczułem się jak uczniak w jakiejś tradycjonalnej szkole, któregostrofuje wszechwiedzący nauczyciel. Oczami wyobraźni widziałem tablicę zwypisanym na niej pytaniem będącym jednocześnie tematem lekcji: -Co poeta miałma myśli? Tamto to tylko koszmarne wspomnienie pewnego nauczyciela, któryzawsze chciał mieć rację. A każde odstępstwo od jego norm myślenia traktował,jako osobistą zniewagę.  Tak długo,belfer ten, wmawiał mi, że jest tylko jedna prawda, oczywiście ta jego, żeczasami dla świętego spokoju i dobrej oceny, przyznawałem mu rację. I terazczuję się podobnie. Co kilka dni prezes tych polityków, co to uważają się zanajbardziej prawych i sprawiedliwych coś powie lub napisze a potem jest z tymtaki kłopot, że trzeba to wyjaśniać tym, którzy go opacznie zrozumieli. Odnoszęwrażenie, że istnieje specjalna armia działaczy, która światłą myśl wodza przekładana prawdę obowiązującą. W swoisty sposób tłumaczy z polskiego na nasze.Interpretuje prawdę objawioną w ten sposób, aby lud ciemny nie zrozumiał jejopacznie. Bo to niedopuszczalne przecież, że ktoś może słowa prezesaniewłaściwie zrozumieć. I co ciekawe wina zawsze leży nie po stronie tego cosłowa wypowiedział czy napisał, lecz po stronie tych, którzy właściwie niepojęli prawdy w nich zawartej.  Narodowitrzeba tłumaczyć , aby nikt nie mógł opacznie zrozumieć tego, że przecież gdy nauczycielecoś mówią, to jest to oczywiste i jasne. Ma to swoisty urok takie tłumaczenieczegoś , co się samemu uznaje za proste i zrozumiałe. A jak to nie wystarczy, tozawsze można dopisać do oryginału kilka zdań. Powyższe przyda się przecież,ponieważ „wielu dziennikarzy i polityków interpretowało zawarte w tekście jasnetezy w fałszywy sposób”. A to przecież niedopuszczalne. Znów jak przed latysłyszę nauczycieli, tylko teraz w ich roli  występują prawi i sprawiedliwi politycy,którzy tłumaczą mi, co poeta, czyli prezes miał na myśli. Pan prezes napisałksiążeczkę, a partia mu ją wydała. Każdy mógł ją przeczytać.  Jednak jak widać nie każdy czyta ze zrozumieniem,co często podkreślają politycy prawi i sprawiedliwi. Bo jeśli ktoś poczuł sięoburzony słowami prezesa, na przykład tymi o narodowości śląskiej, to właśniesłów prezesa nie pojął odpowiednio. Ale to nic nie szkodzi, bo działaczepolityczni mu to odpowiednio zinterpretują. Aby od tej chwili białe byłowłaściwie białe, czarne odpowiednio czarne. Zawarte w książce prawdy niewszyscy, jak to widać, zrozumieli właściwie. Zaistniała konieczność wytłumaczenianarodowi, co też prezes miał na myśli. I znów jak w szkole ,mam wrażenie, że jainterpretuję zadany tekst po swojemu, a mój nauczyciel chce mi wmówić, że sięmylę i tłumaczy mi, że tylko on ma monopol naprawdę. Bo jak odczytam słowa prezesapo swojemu to zawsze można mnie nazwać wtórnym analfabetą.

 

dziennik pesymistyczny

Od rocznicy do rocznicy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Mam wrażenie, że w Polsce odmierzamy upływający czas kolejnymi rocznicami. A już w tym miesiącu mamy ich prawdziwą kumulację. Można by powiedzieć, że kwiecień jest miesiącem rozpamiętywania wielkich narodowych tragedii i zagadki śmierci tak ogólnie. Czy tak już będzie, co roku? Chyba nie, bo wielki pęd do rozpamiętywania narodowych tragedii jest w części naszego społeczeństwa tak silny, że ujawnia się, co miesiąc, a nie raz w roku. Ja rozumiem, że o zmarłych należy pamiętać, a już o tych, którzy odeszli z naszego świata w sposób tragiczny i nagły, warto pamiętać w szczególności. Ale czym innym dla mnie jest zachowanie kogoś w pamięci, a czymś zupełnie innym jest nachalne nakłanianie mnie do obchodzenia kolejnych rocznic i miesięcznic. Każdy z nas jest inny i nie można zakładać, że wszyscy jak monolit na jeden dzień w roku pochylimy się nad nawet tą największą tragedią. Nikomu nie odmawiam prawa do przeżywania rocznic, ale też nie chcę, aby ktoś mi wmawiał, że powinienem robić to, czego nie chcę lub nie umiem. A jeśli nawet nie nakazywał to nie życzę sobie nawet aluzji do tego, że jak nie pojawiam się z pochodnią przed pałacem w odpowiednim dniu miesiąca to nie jestem prawdziwym Polakiem. Że nikt o mnie czegoś takiego nie powie, gdy nie będę chciał obchodzić kolejnej rocznicy tragedii? Ależ powie. Już powiedział, a raczej napisał: – Wartości – oto, czego brakuje, a ludzie są ich spragnieni, o czym świadczy ich stała obecność na Krakowskim Przedmieściu. Gromadzą się tam ludzie z krwi i kości, a nie postaci dziurawe w środku, jak z rzeźb Archipenki – niby ludzie, a w środku wydrążeni, pozostaje pustka. Tacy ludzie, bez serc, bez ducha, bez pamięci, bez gniewu, złożeni tylko z żołądka i z mięśni… – przeczytałem w felietonie prezesa partii prawych i sprawiedliwych zamieszczonym w tygodniku Polityka. I tak stałem się człowiekiem pozbawianym „krwi i kości”, wydmuszką prawie, dziurawym w środku, „bez serc, bez ducha, bez pamięci, bez gniewu”, złożonym „ tylko z żołądka i z mięśni”. A winą moją stało się niestawienie się w kolejne miesięcznice na Krakowskim Przedmieściu. Winny jestem, bo czuję i myślę inaczej niż prezes. Nikt nie ma prawa negować mojego patriotyzmu lub nazywać postaci dziurawym w środku, gdy nie chcę uczestniczyć w uroczystościach, które nie są moim zdaniem dniami pamięci, ale dniami manifestacji politycznych. Nie jesteśmy jednością, choć jesteśmy jednym Narodem. Wolę o sobie myśleć w kategoriach jednostki, a nie masy ludzkiej. A mam wrażenie, że wielu polityków, i nie tylko tych prawych i sprawiedliwych, zwraca się do mnie jakby mówiło do tłumu. Jestem dla nich kartą do głosowania, nie człowiekiem. I gdy pozwolę sobie na herezje własnych poglądów jestem przez nich napiętnowany, na przykład, brakiem odpowiednio poprawnej patriotycznej postawy. Mam być za lub przeciw, ale jakoś tak nikt z polityków nie chce przyjąć do wiadomości, że mogę nie chcieć nikogo popierać i nie chcę być przeciw nikomu. Chcę tylko być i stać z boku.  Mieć własne zdanie. I tak jest z rocznicami. Nie chcę żeby ktoś mnie przymuszał, nawet, jeśli nie jest to zbyt nachalne, to nie chcę też czuć się winny, że rocznic nie obchodzę. Kiedy w końcu różnej maści naprawiacze naszej rzeczywistości pojmą prostą prawdę, że nikomu nic nie można nakazać? Że choć łączy nas bardzo wiele, to jednak też bardzo wiele różni. W wielu Polakach jest wielka potrzeba uroczystego rozpamiętywania rocznic tragicznych dla naszego narodu. Stosunkowo rzadko urządzamy uroczystości z okazji sukcesów czy zwycięstwa, a za to wprost uwielbiamy się umartwiać w kolejne rocznice i miesięcznice tragedii. Wolałbym świętować zwycięstwa nie tragedie, a mam wrażenie, że wciąż ktoś mi wmawia, że tylko tragedia jest godna mej pamięci. I tylko to można prawdziwie i patriotycznie rozpamiętywać, co miesiąc, czy co rok.

 

dziennik pesymistyczny

Jeden okręg – jeden poseł

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jak już miałbym głosować wwyborach to chyba najbardziej odpowiadałby mi taki system: jeden okręg wyborczy– jeden poseł – jedna tura wyborów. W swych przemyśleniach nie jestemodosobniony. Pamiętam to hasło, które zacytowałem powyżej z manifestacjiurządzanych przez Stowarzyszenie Na Rzecz Jednomandatowych Okręgów Wyborczych.Ja też uważam, podobnie jak ludzie skupieni wokół tej organizacji, że najwięcejdemokracji jest w jednomandatowej ordynacji. Z tym, że ja nie ograniczyłbym siętylko to takich zmian w obowiązującym teraz systemie wyborczym. Tak czyinaczej, jest i było mi z tą ideą po drodze. – Słyszałeś, że urzędnicy sejmowizniszczyli mój podpis pod obywatelskim wnioskiem o referendum w sprawiejednomandatowych okręgów wyborczych? – zapytał mnie kolega. Tak, słyszałem.Urzędnicy kancelarii sejmu unicestwili listy z siedemset pięćdziesięciomatysiącami podpisów pod wnioskiem o referendum. Czyli nie tylko podpis mojego kolegi,ale i wielu innych osób.  Jak to często wsystemach państwowych bywa, głos ludu nie został wysłuchany. Urzędnicypostanowili listy poparcia umieścić w okrągłym segregatorze, czyli w koszu naśmieci, bo kto by się głosem ludu przejmował. Naród wybrał posłów przy pomocyordynacji wyborczej tak skomplikowanej, że w zasadzie pojedynczemu człowiekowitrudno jest pojąć, na kogo to w zasadzie oddaje swój nader ważny głos. Terazspołeczeństwo ma już swych partyjnych przedstawicieli i sprawa załatwiona. Izmian żadnych jak widać państwu nie trzeba. Prokuratura odmówiła wszczęciaśledztwa w sprawie zniszczenia list z podpisami. Teraz sprawą zajmuje sięwarszawski sąd. No i będziemy mogli się przekonać jak zadziała prawo w stosunkudo organu państwa, w państwie prawa właśnie. Okręgi jednomandatowe obiecywali nam przed wyborami politycy zplatformy.  Potem im się na tyleodwidziało, że nawet pewien pan domagał się od PO symbolicznej złotówki zadoznane straty moralne w związku z tym, że partia ta nie wprowadziła – aprzecież to obiecywała – jednomandatowych okręgów wyborczych do Sejmu.  Sąd uznał, że pozew nie ma oparcia w żadnychprzepisach prawnych.  Faktycznie,przecież jak mówi mój znajomy: – nikt Ci tyle nie da, co polityki obieca. A zaniedotrzymanie obietnic nie ma żadnej kary. Bo co to za weryfikowanie niesłownychpolityków poprzez wybory, gdy obowiązuje ordynacja, która faworyzuje partiesponsorowane z budżetu państwa?  Tak trwaw najlepsze powszechna gra polityczna w obiecanki, która jak mi się wydaje jestpodstawą naszej państwowości. I tak oto znów się okazało, że państwowy teatrzykpolityczny, gdzie partyjne centrale nadal będą rządzić parlamentem, będzietrwał w najlepsze. Bo jak społeczeństwo będzie chciało jakichś zmian, to niebezczelnie poprzez zbieranie podpisów pod wnioskiem o zwołanie referendów – bo,te i tak pewnie zostaną zniszczone – tylko poprzez posła czy senatora.  Czyli tak bardziej tradycyjnie.  – Partyjne centrale rządzą parlamentem, a nieposłowie, którzy czują się bardziej odpowiedzialni przed partią, a nie przedspołeczeństwem za realizację programu – powiedział pewien polityk zwolennikjednomandatowych okręgów. Trudno się z tym nie zgodzić, ale widać niektórymzależy na tym żeby nic się nie zmieniło.

 

dziennik pesymistyczny

Chcę jutra już dziś!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Zastanawiam się jak długomożemy wytrzymać w sytuacji gdzie wszystko, co powinno być już od dawna, niejest tu i teraz, a będzie dopiero w przyszłości. W tej bliżej nieokreślonejprzyszłości oczywiście. Nie wiem, jak długo jeszcze będę musiał znosić tociągłe obiecywanie, że coś wydarzy się za kilka lat. Jak długo jeszcze będęmusiał wysłuchiwać, że powody natury ogólnej spowodowały odsuwanie inwestycji wczasie? Fenomenem naszych czasów jest planowanie w przyszłości. Bo plan zawszejest bezpieczny i można go skorygować. Trudności pojawiają się jak trzeba cośwykonać. Wtedy okazuje się, że coś jest zrealizowane w wersji minimalistyczneja resztę zrobi się potem, czyli znów w przyszłości. Kiedy będzie rozwiązanyproblem bezrobocia? – zapytamy polityka czy państwowego urzędnika. – Wprzyszłości, za kilka lat lub po wygranych przez nas wyborach, ale i to też nieod razu – odpowie. Bo przecież on rządzić pragnie tu i teraz, a problem to onmoże rozwiązać w przyszłości. Bo może do tego czasu cośsię zmieni i znów będzie można coś obiecać. Wiem, że jak jest nas wszystkich –nominalnych Polaków i katolików znaczy – z osiemdziesiąt procent wspołeczeństwie (wersja optymistyczna) to jesteśmy przyzwyczajeni, że nagrody zadobre sprawowanie na ziemi możemy się spodziewać dopiero po śmierci. Ale możewarto dla tych mniej wierzących zbudować przynajmniej zalążek państwa, gdziedobrobyt będzie teraz, a nie w bliżej nieokreślonej przyszłości. I to tylkoprzy założeniu, że wszystko pójdzie zgodnie z planami oczywiście.  I tak trwamy w sytuacji, w której sytypolityk opowiada mnie głodnemu, że jeśli poczekam jeszcze z dziesięć lat to sięw końcu doczekam wyjścia z kryzysu i będę mógł się przekonać tym, że będę takzamożny jak on teraz.  – Jutro to dziś, tyle,że jutro – powiedział Sławomir Mrożek. Jeśli tak, to ja bym bardzo prosił żeby, choć raz to, co ma być jutrobyło właśnie już dziś. Albo niech stanie się to w czasie, który będę mógłogarnąć moim świadomym życiem. U nas w kraju jest swoisty kult planowania.Planujemy, że w przyszłości w tym miejscu powstanie na przykład most. A czypowstanie to się dopiero zobaczy… w tej przyszłości właśnie.

U nas wszystko jest w sferzemarzeń. Do roku dwa tysiące dwunastego miały powstać nowoczesne i bezpiecznedrogi i autostrady. Coś tam się wybudowało, ale bardzo wiele inwestycji jestnadal w planach i zapewne w roku mistrzostw Europy w piłce kopanej, nadal nie będziefizycznie istnieć, ale powstanie właśnie w przyszłości. Od dwudziestu ponad latsłyszę o tym, że trwa rządowa reforma w służbie zdrowia a jak tylko potrzebujęporady lekarza to mówią mi w przychodni, że oczywiście będzie to możliwe…, alew przyszłości. Jak swoje odczekam w kolejce to za pół roku będę mógł sięleczyć.  Czekam na drogi, nowoczesnedworce kolejowe, obiecane miliony tanich mieszkań, pracę za godziwą płacę,sprawiedliwość w sądach, tańsze państwo, zmniejszenie armii urzędników,zmniejszenie obciążeń podatkowych i jeszcze czekam na wiele, wiele rzeczy,które wciąż mi obiecują a ich realizacja coraz bardziej się oddala. W systemiewiecznego planowania wspięliśmy się już na takie wyżyny absurdu, że nawetmożemy zaplanować coś mimo tego, że z góry zakładamy, że to „coś” niepowstanie. Kilka dni temu pisałem o tym, że urzędnicy i inwestorzy spotkali sięby ustalić, że za niespełna trzy tygodnie, powinien zakończyć się ostatni etapprzebudowy pewnej ulicy w moim mieście. A tuż po spotkaniu dyrektor miejskiegozarządu dróg i komunikacji wyznał dziennikarzom z rozbrajającą szczerością, że:- Ten termin jest właściwie nierealny. Czyli spotkali się i uradzili, że zrobiącoś w trzy tygodnie, choć z góry – przynajmniej niektórzy z nich – wiedzieli,że w zaplanowanym przez nich samych terminie tego zrobić się nie da. To jeden zprzykładów takiego urzędniczego planowania dla samego planowania.  To ciekawe, że mimo dwudziestu lat rządówwciąż zmieniających się ekip, ja wciąż słyszę, że coś osiągniemy w przyszłości.  Dwa dziesięciolecia wstecz słyszałem to samo,co teraz, że jak poczekam to doczekam się lepszych dni. Wiem, ze łatwiej jestobiecywać i planować, ale ja już nie mam czasu czekać. Niech w końcu coś będzietu i teraz i od razu.

 

dziennik pesymistyczny

Euro wstyd 2012

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Może już czas najwyższy przyznać,że niestety w piłce nożnej nasi chłopcy nie są najlepsi. A może inaczej. Należyw końcu powiedzieć to wprost, ogłosić to Urbi et Orbi, że nic z tej naszej grypiłkę nie będzie. Czas się przyznać do totalnej porażki. Pogodzić się z prawdą.Może należy na dziesięć lat zawiesić ligę, nie brać udziału w rozgrywkachmiędzynarodowych i zacząć wszystko od początku, czyli od szkolenia przyszłychpiłkarzy. I dopiero po latach znów powoli wracać z nowymi siłami. Może już czasprzerobić stadiony, aby służyły innym celom sportowym i nie budować nowych, bo,po co? Od stadionów za miliony, talentu nam nie przybędzie. Fakt, ja się na tymnie znam, więc pozwolę sobie na krytykę tak z punktu widzenia zupełnegolaika.  No, bo przecież jak ktoś wydajena budowę aren piłkarskich kilkanaście milionów złotych z naszej wspólnejpaństwowej kasy to ja, choć się na tym jak już pisałem nie znam, to i tak mamprawo zabrać głos w sprawie. Mam wrażenie, że nawet jakby ogłoszono rok modłóww intencji naszej reprezentacji, to i tak nic by nie wymodlono. Może należy przyznaćsię, że zdecydowanie lepsze wyniki osiąga nasza „reprezentacja”, gdy walczy międzysobą ( i z kim się tylko da) lub z policją na trybunach, niż ta zwyczajna reprezentacja,która gra na murawie. Może powinniśmy zbiorowo i narodowo przyznać się, że to sportnie dla nas.  Śmieszą mnie niezmiernie teciągle od nowa ogłaszane ostateczne rozwiązania kwestii burd kiboli nastadionach. I tym razem to jest tak, jak walka z kryzysem. W naszym krajuzmieniają się rządy a nawet systemy polityczne, a on, ten kryzys, jest z nami,choć ciągle z nim walczą nasi politycy i urzędnicy. Teraz znów kolejną bezwzględnąwalkę z pseudokibicami zapowiedział komendant główny policji. Stwierdził, żewszyscy, którzy brali udział w burdach podczas meczu reprezentacji Polski wKownie będą ukarani. – Te osoby mogą żegnać się z wejściem na stadiony -zapowiedział. I jak pewnie do tej pory z tym bywało, na zapowiedziachsię skończy. Bo w zapowiadaniu i planowaniu jesteśmy prawdziwymi mistrzamiświata. Nasza reprezentacja została rozgromiona podczas meczu z Litwą. Naporażkę mogła wpłynąć wizyta pań do towarzystwa u kilku piłkarzy – donosiinternetowe wydanie tabloidu Fakt. – Jestem święcie przekonana, że takiezajścia nie miały miejsca – odpowiadała na te zarzutu rzeczniczka Polskiego ZwiązkuPiłki Nożnej na antenie TVN24. To pierwsze, o tej walce z chuligaństwemstadionowym, plus to drugie o paniach do towarzystwa ma dla mnie taki samwydźwięk. Że pozwolę sobie na wulgaryzm, to tylko takie pieprzenie.  Pamiętam jak w dniu ogłoszenia tego, żejesteśmy organizatorem euro 2012 wyraziłem swoje wielkie wątpliwości czy nas nato stać. Pamiętam jak napadło na mnie kilku moich kolegów, wmawiając mi dosadnie,że nie mam racji, bo to nasze największe zwycięstwo. – Wiecie jak bardzo kochampiłkę nożną. Ale gdybym miał coś do powiedzenia, powiedziałbym: -Nieorganizujmy Mistrzostw Europy, nie stać nas na to – stwierdził nasz premier. Iokazało się, że po kilku latach to ja miałem rację. Nie dość, że nie potrafimygrać w piłkę to jeszcze, aby pokazać jak jesteśmy w tym kiepscy, zbudowaliśmy wtym celu stadiony za miliony, żeby wszyscy dokładnie zobaczyli jak nas gromią.

 

dziennik pesymistyczny

Polityczny product plaecement

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Każdy właściciel jakiegokolwiek interesu marzy zapewne o skutecznej reklamie. Ale nie każdego stać na emisję reklamówki, w której politycy z pierwszych stron gazet, odmieniają przezwszystkie przypadki nazwy prywatnej firmy lub oceniają prywatną sieć handlową. To, co z angielska nazywa się productplaecement jest jedną z najszybciej rozwijających się form promocji. Przyczynąjest zapewne zniechęcenie społeczeństwa tradycyjną reklamą. Dlatego też productplaecement trafi do świata polityki. Ileż to razy widziałem w telewizji jakzamazywany był znak handlowy lub logo znanej firmy odzieżowej na ubraniachwystępujących w programach gości. Ile to razy prowadzący zaznaczał, że niemożna używać nazwy jakiejś marki, bo to będzie reklama. Wszystko jest jasne, bojak dana firma nie zapłaciła to nie będzie mieć reklamy. Po to dział marketinguw pocie czoła tworzy cenniki spotów telewizyjnych, żeby za reklamę trzeba byłosporo zapłacić. A tu niespodzianka. Przychodzi taki polityk do sklepu, robi wnim zakupy a towarzyszący mu tłumek dziennikarzy przekazuje to w świat. To cidopiero reklama. Do wizyty premiera w osiedlowym sklepiku, byłby on zapewne nadaltylko sklepikiem osiedlowym. A jak zrobił w nim zakupy przywódca partii prawychi sprawiedliwych od razu stał się symbolem. Myślę, że to naprawdę niewykorzystany kanał reklamy, ci politycy.Przecież prezes mógł dokładniej zaprezentować kurczaka, którego nabył. Mógłdokładniej wskazać, kto jest producentem mąki lub cukru. Choć w tych ostatnichprzypadkach i tak było dobrze zareklamowane, bo opakowania było dość dobrzewidoczne w telewizji. Anonimowo na ich tle wypadł wspomniany kurczak orazjabłko, nie wspomnę już o ziemniakach. A można by zebrać pieniądze za reklamęod producentów i w ten sposób wspomóc kampanię wyborczą? Mam nadzieję, żeprzynajmniej właściciel sieci dyskontów spożywczych, tej z owadem w nazwie,poczuje się w obowiązku i przekaże pewną okrągłą sumkę na konto komitetuwyborczego obydwu kandydatów, bo przecież obaj przyczynili się swym spotem dopromocji sklepów. Jakie wielkie pieniądze trzeba by wyłożyć, aby zaangażowaćszefa największej partii opozycyjnej do reklamówki promującej zakupy.  Nie wspomnę już o tym, że prawie niemożliwebyłoby zaangażowanie do występu w reklamie urzędującego premiera. Każdy, ktoprowadzi warzywniak czy na przykład piekarnię śni zapewne każdej nocy, aby towłaśnie jego sklepik osiedlowy odwiedził prezes otoczony wianuszkiemdziennikarzy. I właśnie tam a nie gdzie indziej zrobił zakupy. Pewnie niejeden właściciel dużej sieci handlowej przeklina dzień, wktórym prezes, sklep z owadem w nazwie, nazwał tym dla najbiedniejszych.Przecież każdy by chciał żeby to właśnie jego firmę pokazali w telewizji iniejeden by chciał żeby wokół jego marketów toczył się spór o to czy jest ondla ubogich czy tez może dla tych z zasobniejszym portfelem.  Prezes woli osiedlowy sklepik, bo – jakoznajmił dziennikarzom – w Biedronce kupują tylko najbiedniejsi. Z koleiobecnie nam urzędujący premier zarzekał się, że zarówno on sam, jak i jegorodzina chętnie ze sklepów sieci z owadem w nazwie korzystają. Taka kampaniapromocyjna kosztowałaby majątek, a tu proszę za darmo i to w najlepszym czasieantenowym. W reklamówkach dyskontu spożywczego wystąpił obecny premier orazprzywódca największej partii opozycyjnej. No dobrze, to małe nadużycie, że wystąpili. Ale nazwa sklepu pada w ichwypowiedziach wielokrotnie. Dlatego też wydaje mi się uzasadnione, że to jednakjakaś tam reklama dla tej sieci handlowej była. Ten, kto jeszcze nie był wsklepach z owadem w nazwie, teraz pewnie tylko dla sprawdzenia, który zpolityków z pierwszych stron gazet ma rację i odwiedzi market.  Trzeba by jakoś wykorzystać ten potencjał.  Może teraz prezes skrytykuje jeden z napójgazowanych o ciemnej barwie a premier go pochwali? Można na tym nieźlezarobić. 

  

 

 

dziennik pesymistyczny

Chciwość jest dobra

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Spekulacja, czyli skupowanietowarów i odsprzedawanie ich z nadmiernym zyskiem, gdy brakuje ich na rynkujest postrzegane, jako proceder nieuczciwy. Tak jest w teorii. Tak było wPolsce w latach dwudziestych ubiegłego wieku, gdy działał u nas urząd do walkiz lichwą i spekulacją.  Definicjęspekulacji można znaleźć w słowniku i dla tych, którzy zajmują się tymprocederem jest ona niepochlebna. Ale w życiu jest inaczej.  Spekulacja w małej skali jest zła.  Jest szemranym interesem godnym potępienia.  Ale gdy to samo zrobi ktoś większy, bogatszy,działający w międzynarodowej skali to jest jakby mniej nieuczciwy. Bo wiadomo,co innego spekulować tak lokalnie – wtedy jest to nieuczciwość – a co innegotak międzynarodowo to już jest biznes. I to ten najlepszy, bo wielki biznes. Taki,co to każdy chce prowadzić w myśl naszej nowej narodowej ideologii: bogać sięza wszelką cenę nawet kosztem innych. – Chciwość jest dobra – twierdzi bohaterfilmu Wall Street 2 Gordon Gekko.  Niktnie powinien być chyba zdziwiony, że z tygodnia na tydzień paliwowa drożyznacoraz mocniej bije nas po kieszeni.  Średniacena litra najpopularniejszej benzyny przekroczyła psychologiczną granicępięciu złotych. Przecież to zwykła spekulacja, a ona jest wpisana w mechanizmyrynkowe. I choć zła i nieuczciwa – tak w potocznym rozumieniu – to w nowymmodelu naszego społeczeństwa jest dopuszczalna. Przecież odkąd naszym kolejnym bogiemstał się pieniądz, to standardy uczciwości się nieco zmieniły. Teraz już chyba niktz rządu nie wpadłby na pomysł, żeby utworzyć urząd do walki ze spekulacją. – Wysokipoziom cen ropy wynika z presji spekulacyjnej i z tych samych powodów niedługonastąpi spadek cen ropy – powiedział w poniedziałek w Brukseli wicepremierWaldemar Pawlak. Zgodnie z zasadą bóg dał, bóg wziął. To w wyniku działańwyższych sił płacimy coraz więcej za paliwo. Nic się nie da zrobić. Pawlakprzypomniał, że w dwa tysiące ósmym roku ceny ropy ostro spadły po osiągnięciurekordowego pułapu stu czterdziestu dolarów za baryłkę. Zdaniem wicepremieranaszego rządu, był to wynik spekulacji. W jego wypowiedziach nie ma winnych,nie mam nic o przeciwdziałaniu. Jest tylko stwierdzenie faktu zaistniałejspekulacji. – Co pan zrobisz, nic pan nie zrobisz – należałoby powtórzyć zaklasykiem. I choć nawet wicepremier polskiego rządu wie, że „dzisiaj też nie mażadnych obiektywnych czynników, które by uzasadniały utrzymywanie tak wysokiegopoziomu cen” to, co może zrobić? Nic, bo rządy w spółkach sprawują politycy iszefowie wielkich korporacji. A spekulacja jest jak deszcz, upał czy śnieżyca –dopustem bożym.  A że ktoś na tymzarabia? Cóż, widocznie tak ma być i już. Nic nie można poradzić. – To jestpompowanie ceny przez instytucje, które handlują derywatami – mówił Pawlak pospotkaniu ministrów ds. energii krajów Unii Europejskiej. Mam wrażeniegraniczące z pewnością, że ceny paliw, które poszybowały w górę są wynikiemzmowy cenowej i spekulacyjnej gry. Wiem o tym, ja i chyba zdaje sobie z tegofaktu sprawę wicepremier mojego rządu. I nic z tej wiedzy nie wynika, bo wdzisiejszych czasach spekulacja jest dobra. Mogę też sobie pospekulować – czyliwnioskować na podstawie domysłów i niepewnych wiadomości – że to jeszcze niekoniec złych wiadomości w sprawie podwyżek. Bo jak mówił Gordon Gekko – Chciwośćjest dobra.  Spekulacja – choć nieuczciwa- to przecież niekaralna i jak widać w świecie biznesu i polityki jaknajbardziej dopuszczalna.

 

dziennik pesymistyczny

Sklepy dla ubogich

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Pewien starszy pan, ten co to jest we własnym przekonaniu najbardziej wśród Polaków prawy i sprawiedliwy wybrał się do sklepu na zakupy, o czym szeroko informowały media wnaszym kraju. Zapytałem mojego kolegę który w wyniku światłych rządów naszych polityków przebywa obecnie zza granicą, gdzie musiał emigrować za chlebem, czy i u nich ta informacja też odbiła się szerokim echem w prasie i telewizji.  Zasmuciłem się wielce, jak dowiedziałem się że jednak nie. A szkoda, bo to wydarzenie na skale międzynarodową. Przecież nie co dnia ktoś jak pan prezes  taki robi zakupy w sklepie. Tak, przyznaje od razu, zdecydowanie pisze te słowa zzazdrości o rozgłos jaki spotyka prezesa partii prawych i sprawiedliwych.  Gdy tylko przyjdzie mu ochota jechać gdzieś pociągiem to od razu są przy nim dziennikarze. Jak wybierze się do sklepu by zrobić w nim zakupy to od razu jest o tym głośno w prasie i telewizji. Dlatego chyba nie ma w tym nic dziwnego, że mu zazdroszczę. Jak ja idę do spożywczego to nikt o tym nie rozpisuje się w gazetach. Nie ma ze mną ekip telewizyjnych. A to przecież jest nie lada wyczyn tak za pensje którą zarabiam utrzymać się przez miesiąc.To się zdecydowanie nadaje do prasy, nie tylko prezes i prezes! Przecież ja też kupując pewne towary a innych nie kupując dokonuje nie lada wyborów  w tym politycznych.  Gdzie tu sprawiedliwość! Pan starszy udał się na zakupy i od razu zrobiło się o tym głośno. A jak ja co dnia kombinuje jak za przypadająca na dany dzień kwotę pieniędzy nabyć odpowiednio kaloryczną porcje żywności aby mieć siły do pracy następnego dnia, to nikogo poza mną to nie interesuje. Pan prezes wybrał się na zakup. Towarzyszyła mu świta działaczy partyjnych. Po ich zrobieniu skrytykował obecnego premiera rządu. Prezes prawych i sprawiedliwych przeszedł się po sklepie z koszykiem. Następnie podszedł do kasy gdzie zapewne zapłacił gotówką, bo jak wiadomo powszechnienie ma konta w banku czyli pewnie karty płatniczej też nie ma. W koszyku miał miedzy innymi  chleb, cukier, jabłko, mąkę, siatkę ziemniakówi kurczaka.  – Donald Tusk przeszło trzy lata temu pytał mnie o te rzeczy. Tu są te rzeczy, poza gazem, bo trudno go kupić – powiedział do dziennikarz. Rachunek prezesa wyniósł ponad pięćdziesiąt pięć  złoty. – Bogaty pan – stwierdziła moja koleżanka, gdy jest opowiedziałem o niesamowitym wyczynie prezesa. – Ale jak wiadomo, politycy dobrze zarabiają – dodała.  Odpowiadając na sugestię, że sklep, w którym zrobił zakupy był drogi, prezes prawy i sprawiedliwy oznajmił,  że „oczywiście moglibyśmy pójść do Biedronki”. – Ale Biedronka to jest sklep dla tych najbiedniejszych – dodał. Kiedyś można się było dowiedzieć z reklamy że „ pół polski kupuje w biedronce”.  Nasze społeczeństwo na ten spot odpowiedziała żartem, że tylko połowa, bo drugiej na to nawet nie stać. I tak prezes wskazałnam na istnienie trzech warstw społecznych. Ci co kupują tam gdzie prezes. Potem ci co zaopatrują się w sklepach dla najbiedniejszych. I na końcu tacy, co nic już nie mogą kupić, bo nawet na Biedronkę ich nie stać. Nie wiem czy opokazanie takich podziałów społecznych  prawym i sprawiedliwym politykom  chodziło.Jeśli tak to gratuluje.  Mam wrażenie, że nie ważne kto jest, lub będzie premierem, bo ten system z założenia produkuje przede wszyskim biedę.

 

dziennik pesymistyczny

Walczą o pokój aż leje się krew

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Moja ojczyzna walczy o pokój, mój rząd walczy o pokój, nasza armia walczy o pokój, więc ja też walczę o pokój- słowa piosenki Dezertera przypomniały mi się jak słuchałem doniesień o nowej wojnie w obronie światowego pokoju, jaka zaczęła się w Libii. Pamiętam jak wiele lat temu pewien polityk przekonywał mnie oraz moich znajomych, że jednym z największych przykładów obłudy PRL-u było wieczne podkreślanie, że władza ludowa walczy o pokój. Że tu z jednej strony były za komuny niebieskie flagi na każdej latarni, białe gołąbki w witrynach sklepów a z drugiej, bezwzględna walka z opozycją i ogólnie angażowanie się bloku sowieckiego w wojny na całym świecie. Przekonywał nas ten pan, że ten zły system rządów, który odszedł w Polsce do historii, ustami swoich przywódców mówił społeczeństwu, co innego, a robił zupełnie coś przeciwnego. Tłumaczył też nam, że teraz w naszej ojczyźnie, która dołączyła do wolnego świata będzie zupełnie inaczej. Wielu z moich znajomych ten pan polityk przekonał. Ja też bardzo chciałem żeby było inaczej niż kiedyś. I faktycznie wiele się zmieniło. Można dyskutować czy zawsze te zmiany, które nastąpiły po zmianie systemu są zmianami na lepsze czy na gorsze. To całkiem inna historia. Ale jednego jestem zupełnie pewien. Jeśli chodzi o walkę rządów o pokój nic się nie zmieniło. Światowe mocarstwa znów rozpoczęły wojnę, aby zapewnić pokój ludzkości. Zaczęła się kolejna wojna w obronie ludności cywilnej,na której zapewne najwięcej zginie cywili właśnie. Przecież nie można było stać spokojne i przyglądać się biernie jak reżim pułkownika Kadafiego morduje własnych obywateli. Tak,zapewne nie można, ale też nie wiem, co takiego wyjątkowego stało się w Libii.Jakoś nie było interwencji w Tunezji czy Egipcie. No, ale tam nie chodziło o ropę. Teraz, gdy wewnętrzny konflikt zagraża interesom, wojna jest uzasadniona.Nie dało się przekonać do siebie Kadafiego całowaniem go po rękach jak to czynił prezydent Włoch, więc teraz można go zmienić na bardziej pokornego przywódcę przy pomocy bomb. Walczymy o pokój w Afganistanie. Walki trwały w Iraku. Teraz walczymy o pokój w Libii. Obama walczy o pokój, Sarkozy walczy o pokój, Berlusconi walczy o pokój…wszyscy walczą o pokój… aż się leje krew, – że tak sparafrazuję słowa piosenki Dezertera.

dziennik pesymistyczny

Dokument uprawnia do życia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Dowód proszę – pewnie każdy,kto chciał cokolwiek załatwić w jakiejkolwiek instytucji usłyszał taką prośbę.Nieważne jest przecież to, że staję dla przykładu przed urzędnikiem w swojejfizycznie istniejącej ziemskiej powłoce, ważniejsze jest to, że na własneistnienie mogę przedstawić stosowny dowód w postaci małego kawałka plastiku. Takispecjalny akt rządowy zatwierdzający lub może bardziej potwierdzający mojeistnienie. Czasem zastanawiam się czy ci, którzy stają u nieba bram też słysząod świętego Piotra: – dowód proszę. Ja wiem, że jest mnóstwo oszustów i jakośtrzeba weryfikować naszą tożsamość, ale co ja mam poradzić, jakoś nie mogę sięprzyzwyczaić do myśli, że to ten plastik z moim zdjęciem jest ważniejszy odmojego słowa zapewniającego, że ja to jednak ja a nie kto inny. Tylko ten dowódz plastiku określa mój byt w państwie i społeczeństwie. Choć nie należy zapominać,że jeszcze ważne są cyferki, które są nami. To znaczy reprezentują nas wsystemie.  Już nieważne tak bardzo jestmoje nazwisko czy imię. Równie ważne lub ważniejsze są cyferki. Zakodowane daneo mnie. – Pana PESEL i NiP poproszę – usłyszałem ostatnio w urzędzie. Czylidowód oraz cyferki. Dobrze, że nie muszę mieć przy sobie dowodu szczepienia. Aledobrze wiemy, że są miejsca, gdzie nie tylko dowód osobisty, ale jeszczedodatkowy materiał dowodowy jest konieczny, aby udowodnić, że istniejesz wsystemie i dla sytemu. – Poproszę jeszcze eremua – powiedziała pani wrejestracji, gdy w swojej naiwności próbowałem się dostać do lekarza.Niewątpliwie to właśnie dokument określa człowieka. A jakby tak jakiś urzędnikskasował moją tożsamość i system uznał mnie za nieistniejącego?Niemożliwe?  Pewna pani przez osiemmiesięcy walczyła o przywrócenie jej do życia jak dowiedziałem się z mediów. Niechodziło o to, że miała być wskrzeszona niczym Łazarz. To urzędnik się pomyliłi w dokumentacji oraz w systemie pani ta uznana została za martwą, choć żyłafizycznie jak najbardziej.  I choć błądurzędnika udało się naprawić, to teraz okazało się, że kobieta nadal nie możekorzystać ze służby zdrowia. Mimo tego, że jest się żywym to trzeba to jeszczeudowodnić odpowiednim zapisem w dokumentach. Kiedyś wystarczyło stwierdzić:myślę, więc jestem, teraz trzeba na to przedstawić odpowiednie dokumenty iliczyć na to, że urzędnik przez przypadek nie uczyni nas martwym dla systemu.