dziennik pesymistyczny

Wolność słowa dla kibola

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Obudziły mnie kilka dni temu, głośne nocne okrzyki wychwalające potęgę i niezwyciężoność lokalnego klubu piłki nożnej.    Eeee!, ooooooleeeee! Eeeeejjjjjjaaaaa! Mistrzem jest…. Eeeeejjjjjjjaaaaa, ooooooleeeeee! Mistrzem jest… w miejscu kropek należałoby wstawić nazwę drużyny, ale nie chciałbym promować. Darły się wniebogłosy męskie głosy.  Potem wyśpiewali jeszcze kilka zwrotek o tym, jak to bardzo nienawidzą jakiejś tam drużyny, której nazwy nie zapamiętałem.  Bo bardziej wnerwiło mnie to wycie przechodzące w zawodzenie. Oczywiście jak to miłośnicy piłki nożnej mają w zwyczaju, poinformowali oni też przy okazji wszystkich wokół głośnym krzykiem z użyciem słów ogólnie uważanych za obelżywe o swoim stosunku do służb mundurowych. W prostych słowach wyrazili miłośnicy piłki kopanej nadzieję, że panowie w mundurach „zawsze i wszędzie” będą narażeni na wielkie niebezpieczeństwo, gdy nie będą pilnować swoich tyłów, że się tak wyrażę. Przerwali mi sen. Ale i tak miałem wrażenie, że jawa jest przedłużeniem nocnego koszmaru, w którym uciekałem przed kibicami, którzy chcieli mi ręcznie zaszczepić miłość do swojej ukochanej drużyny. – Trzecia trzydzieści jeden – wymamrotałem do siebie. A za ciemnym oknem echo niosło radosny śpiew wychwalający drużynę piłki kopanej. – Czy im się zawsze musi to uwielbienie objawiać w nocy, jak ludzie śpią – gadałem sam do siebie?  Choć w zasadzie powinienem być im wdzięczny za to przebudzenie, bo wyrwali mnie z łap tych, którzy właśnie zabierali się do przekonywania mnie o wyższości drużyny „R” nad drużyną „B”. Zwlekłem się z łóżka i stojąc w oknie obserwowałem jak środkiem jezdni szło, choć to zdecydowanie na wyrost określenie, kilku młodzieńców w szalikach. Maszerowali wytrwale, choć niepewnie, wzajemnie się podtrzymując i widać było, że śpiew ich męczył, bo jak tylko zaczynali swoje wycie natychmiast rozkładali ręce na boki, jakby udawali samolot, czynili to pewnie by zachować równowagę zachwianą przez popisy wokalne. – Oj, zmęczeni – powiedziałem, bo widać było, że kroczenie sprawia im wyraźną trudność, choć nie hamuje ich zapędów wokalnych. – Nie, no zadzwonię – postanowiłem. Wzbierała we mnie chęć poinformowania służb mundurowych. – Przy okazji zobaczę, jak oni spełniają swoje seksualne groźby wobec policjantów – pomyślałem, choć bez większej nadziei na odwagę ze strony nocnych śpiewaków, co to ukochali tak bardzo lokalny klub piłki kopanej, że zapragnęli o tym poinformować wszystkich w okolicy. Tymczasem kibice w jakiś chyba nadprzyrodzony sposób przedefilowawszy pod moimi oknami, skręcili za róg ulicy i przez to ich skowyt przestał być tak dotkliwy. Zrezygnowałem z obywatelskiego donosu do służb i poszedłem spać. I pewnie bym zapomniał o tym nocnym incydencie, gdybym dziś rano nie zobaczył w telewizji relacji ze spotkania premiera z kibicami. – Chcemy wolności słowa – wrzeszczeli kibice w stronę szefa rządu.  – Ole, to my kibole! Dosyć kłamstw! Zdrajca! Zdrajca!– było słychać, jeśli dobrze zrozumiałem, bo jak zwykle uznali, że czym głośniej tym lepiej. Od razu przypomniał mi się nocny przemarsz lokalnych kiboli pod moimi oknami. – Oj, jak to dobrze, że nie zadzwoniłem…, że nie powiadomiłem organów – pomyślałem. Przecież jak nic okazałbym się zdrajcą, co czyha na prawo do wolności słowa kiboli. Jak nic dokonałbym zamachu na demokrację. Dobrze, że się powstrzymałem.

 

dziennik pesymistyczny

Bez kozery powiem pińćset!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ach ta niepewność, Boże jedyny… Jak tu żyć, nasuwa się pytanie, które moim zdaniem stało się już kultowe. Fascynuje mnie ta walka na obietnice. Tak, wiem, przy wyborach kandydaci puszczają wodze fantazji, to taki standard. Ale ostatnio ubawiła mnie licytacja między prawymi i sprawiedliwymi, a tymi bardziej obywatelskimi, kto więcej wyrwie kasiorki od unii. Oczywiście nie teraz, ale w przyszłości, po wyborach. Pamiętacie taki dialog? – A dla kogo ten wywiad? – To jest dla telewidzów dziennika wieczornego. – O, to bez kozery powiem pińćset! Dziesięć tysięcy! Pięćdziesiąt! Milion! Teraz znów to słyszę, choć trochę zmienione. – Drodzy wyborcy! My to dla was wynegocjujemy 300 miliardów złotych! – Mówią jedni. – Ależ nie, to my jesteśmy zdolni do negocjacji nie tamci, my wyrwiemy więcej… bo Polacy zasługują na więcej – zdaję się słyszeć od tych drugich. Moja babcia zawsze powtarzała żeby nie dzielić skóry na niedźwiedziu i ja to zapamiętałem. A teraz z rozbawieniem oglądam jak politycy licytują się, kto da więcej, nam Polakom. Pieniędzy, których jeszcze nawet nie ma.  Ach te emocje, kto da więcej… Niektórzy europosłowie, tak się zagubili w walce o pieniądze dla Polaków, tak zatracili się w negocjacjach o zwiększenie środków, które miały popłynąć z unijnej kasy, że pewnie, dlatego głosowali przeciwko zwiększeniu unijnego budżetu i w rezultacie środków dla Polski. Tak przynajmniej przekonywali wczoraj politycy z partii rządzącej. Oczywiście politycy z opozycji przekonują, że była to jedynie pomyłka i już ją sprostowali. Problem jednak w tym, że w oficjalnych protokołach ich sprostowania nie zostały uwzględnione – jak donoszą media. Wiem, że to może i ważne… ale mnie to bawi…  no i bez kozery powiem pińćset!

 

dziennik pesymistyczny

Władza pieniądza

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Włochy, Portugalia oraz Irlandia zostały ostro zaatakowane przez instytucje finansowe – tak mniej więcej brzmiała wypowiedź pewnego urzędnika europejskiego, którą usłyszałem dziś z telewizji. Nie zapamiętałem dokładnie, dlatego zastrzegam, że to nie cytat, ale sens wypowiedzi na pewno zachowałem. Może, dlatego nie zapamiętałem dokładnie wypowiedzi pana urzędnika, bo mnie trafiło nagłe wnerwienie. W zasadzie powinienem się cieszyć, bo chyba po raz pierwszy ktoś ze szczytów władzy wyznał, że jest ktoś odpowiedzialny za kryzys i nie jest to tylko „ogólna sytuacja na rynkach finansowych”. W zasadzie bardzo się cieszę, że został wskazany jeden wróg, że ktoś przyznał, że istnieją na świecie siły, pozostające po za wszelką kontrolą, które są zdolne do ataków na państwa europejskie i doprowadzanie ich gospodarek do upadku. Miałem do tej pory wrażenie, że jest to jakaś nadludzka siła, która jest a jakoby jej nie było. A tu taka niespodzianka z samego rana. Ktoś, i to nie byle, kto w końcu przyznał, że istnieje grupa graczy tak bogatych, że jest zdolna do wpływania na losy narodów. Dobrze, że już wiem, ale to jednak przerażające. Przeraża mnie jak politycy mówią, że to nie oni są winni kryzysom, że to nie oni odpowiadają za biedę swoich obywateli oraz za stan naszych domowych finansów. Tak jakby ci, których wybieramy nie byli odpowiedzialni za pieniądze, bo za to odpowiada coś, co w skrócie można nazwać ekonomią. Odnosi się wrażenie, że tak po prostu jest z bardzo ogólnych przyczyn. Słyszę od polityków, że za permanentny stan kryzysu odpowiadają banki. To dla mnie nowość. Pamiętam wypowiedzi o tym, że ceny rosną przez spekulantów. Ale z tego, że wiemy już, kto za kryzys odpowiada nic nie wynika. Banki to nie instytucje charytatywne. Nie dziwię się, że te nadnarodowe korporacje finansowe chcą jak najwięcej zarobić.  Ale dziwi mnie to, że nie podlegają jakiejkolwiek kontroli społecznej. Teraz jest sytuacja, w której politycy informują mnie, że choć nie są niczemu winni, to jednak postarają się mi pomóc. Słyszę, że choć wiedzą, że winna sytuacji jest pogoń za zyskiem oraz spekulacja banków, to przecież nic nie mogą z tym zrobić, bo tak po prostu musi być. Pieniądz to teraz prawdziwa władza. I ten, kto kontroluje pieniądze naprawdę rządzi. Od pieniędzy zależne są nasze wybory w sensie przenośnym i dosłownym. Jeśli bankierzy nie podlegają żadnej kontroli, a w zasadzie sterują losami całych państw i narodów, to, po co wybierać kolejnych polityków na stanowiska, na których i tak niewiele mogą poza wydawaniem pieniędzy. Myślę, że dla obu stron taka sytuacja jest wygodna. Bo jedni i drudzy zarabiają, a nikt za kryzys nie odpowie. Czy mamy niekontrolowaną władzę pieniądza? Obawiam się, że tak.

 

dziennik pesymistyczny

Płeć za kierownicą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Gdzie się pcha, nie widzi, że samochód jedzie – stwierdziła moja koleżanka przejeżdżając tuż przed przechodniem, znajdującym się na przejściu przez jezdnię. Ja w zasadzie jak mam z nią jechać, zawsze staram się usiąść na tylnym fotelu.  Zajmuję strategiczną pozycję. Mój kolega, nie był jeszcze świadom sposobu jazdy naszej wspólnej znajomej, więc nieopatrznie usiadł z przodu. Już po dwóch zakrętach, dwie ulice dalej od początku naszej podróży widziałam, jak jego mięśnie się raptownie napinają, a ręce i nogi przed każdym skrzyżowaniem lub wykonywanym przez kierującą manewrem, szukają punktu oparcia. Ja też odczuwam taki instynktowny strach, gdy tylko sytuacja zmusi mnie do wspólnej podróży z koleżank jako kierowcą. Nie, nie jestem żadnym męskim szowinistą. Nie mam nic przeciwko paniom za kierownicą. Jest mi to w zasadzie obojętne. Ale do czasu.  – Kobiety są lepszymi kierowcami – zaczyna zawsze wykład, ta nasza koleżanka, jak tylko zwróci się jej uwagę, że jedzie tak jakby była królową szos. Po tym stwierdzeniu, powtarzającym się u niej jak mantra, następuje szereg przykładów przemawiających na niekorzyść panów kierowców. Słyszymy najczęściej, że mężczyźni są bardziej agresywni za kierownicą, no i oczywiście, że częściej prowadzą pod wpływem alkoholu. Padają argumenty, poparte autorytetem policyjnych statystyk, o większej liczbie wypadków popełnionych przez mężczyzn. Zawsze musimy, my panowie współpasażerowie, co nieopatrznie zwróciliśmy jej uwagę, wysłuchać oracji na temat tego, że facet kierowca na drodze odreagowuje swoje kompleksy, że skupiony jest głównie na rywalizacji oraz o tym, że podczas prowadzenia samochodu częściej wpada w furię. – Policyjne statystyki to potwierdzają – zawsze na koniec każdej jej wypowiedzi przytaczany jest ten koronny argument.  Po czym pada nieskończona ilość słów na temat wzorowego zachowania się pań za kierownicą. Ja naprawdę już dawno nie ulegam powtarzanemu przez niektórych mężczyzn stereotypowi „baby za kierownicą”. Ale czasem mam takie wrażenie, że kobiety mają na punkcie swych umiejętności za kierownicą jakiś kompleks. Że często starają się na siłę udowodnić męskiej części populacji, że to one są prawdziwymi mistrzami, o przepraszam mistrzyniami kierownicy.  Bardzo często nie przyjmują do wiadomości, że popełniają błędy, a każde wytknięcie im takowego prowadzi do tego, że jest mi przypinana łatka męskiego szowinisty.  – Zwróć uwagę na kierujących. Zobacz, jakiej płci będzie kierowca, i ile pań nie zatrzyma się przed przejściem dla pieszych – powiedział do mnie kiedyś kolega, który dla własnej przyjemności prowadzi badania nad tym zjawiskiem. Faktycznie! Coś w tym jest. Stałem dziś na krawężniku, przed przejściem dla pieszych z wyraźnym zamiarem przedostania się na druga stronę jezdni. Towarzyszyła mi spora grupa przechodniów z podobnym zamiarem. Przede mną defilowały samochody. Tak się złożyło, że wśród tych czternastu samochodów dziewięć aut prowadziły panie. I dopiero piętnasty się zatrzymał a kierował nim mężczyzna. Powiecie, przypadek. Może i przypadek, ale zwróćcie na to uwagę. Tak jak zwraca na to uwagę mój znajomy, tak i ja zacząłem obserwować to zjawisko. To jakaś dziwna prawidłowość. Co dnia widzę panie za kierownicą, które są tak skupione na jeździe na, wprost, że chyba nie zauważają, co dzieje się wokół nich?! Nie wiem, jak to wytłumaczyć, aby nie usłyszeć, że znów się czepiam. Drogie panie, mam taki apel. Zwracajcie uwagę na przechodniów, bo takie zachowanie pogłębia stereotyp „baby za kierownicą”.

 

dziennik pesymistyczny

Czeski mail

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Wydaje mi się, że za to odpowiada rząd. Tej sprawy bym nie bagatelizował – powtórzyłem za moją ulubioną posłanką z partii tych, co się uważają za prawych i sprawiedliwych. Okazją to zacytowania tych klasycznych już chyba słów było moje potknięcie się o wystającą kostkę brukową. Zaczepiłem butem o kamień i wykonałem przepiękny, taniec ozdobiony machaniem rękoma, usiłując złapać równowagę. – Fakt, to jak nic sprawka nieodpowiedzialnych rządów platformy – potwierdził mój kolega, który przed chwilą uratował mnie przed wyrżnięciem nosem w chodnik, łapiąc mnie za rękaw kurtki.

Nie wiem, czy to, że o mały włos nie doszło do bliskiego spotkania mojej twarzy z brukiem było wynikiem knucia premiera, ale co mi szkodzi tak twierdzić. Jeśli posłanka może wywnioskować,że rząd odpowiada za ochronę jej skrzynki mailowej, to ja mogę z taka samą stanowczością twierdzić, że za nierówne chodniki w moim mieście odpowiada rząd.– Zauważyłem, że kampania wyborcza w naszej pięknej Rzeczypospolitej nabrała rumieńców – wyznał kolega, gdy już zasiedliśmy przy kawiarnianym stoliku. – Zgadzam się, rzeczywiście. Po wielkiej dyskusji o tym czy rozmawiać i gdzie mają się odbyć debaty między przywódcami partyjnymi, teraz mamy nową aferę,która zdominuje kampanię wyborczą – orzekłem. – Tak, to wielki problem godny dyskusji przez najbliższy tydzień, taka afera – zgodził się ze mną kolega.  – Międzynarodowa, bo podobno te maile wysłane zostały z czeskiego serwera – dodał.

Dyskutowaliśmy w tym lekko ironicznym tonie jeszcze przez chwilę. Bo, o czym tu można dyskutować podczas trwania tej wielce zajmującej kampanii wyborczej? O programach poszczególnych kandydatów, z których jasno wynika, jakie mają sposoby na poprawę bytu Polaków? Nie, o tym trudno dyskutować, bo jak omawiać coś, o czym nic nie wiadomo. Ja znam polityków z telewizji. Widzę ich twarze na tysiącach plakatów „zdobiących” latarnie w moim mieście. –To wielce ciekawe, że ci politycy trafili na latarnie – powiedział kiedyś mój znajomy w przypływie czarnego humoru.

Ale prawdą jest to, że to kampania czysto wizerunkowa.Uśmiechnięte lub zadumane twarze patrzą na mnie z okien autobusów, spoglądają z tysięcy plakatów, są wszędzie. Ale kim są ci ludzie? Jakie mają poglądy? Tego nie wiem i pewnie się nie dowiem. Bo ważniejsza jest dyskusja o tym, czy i gdzie debatować oraz o mailach wysłanych lub niewysłanych.  Ta kapania coraz bardziej przypomina czeski film… no właśnie mamy już nawet czeski mail.

 

dziennik pesymistyczny

Co z tą nazwą?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– No nie, trafi mnie… zaraz odwiozą mnie do Tworek… jak nic mnie za chwilę szlag trafi… co za ludzie, gdzie oni mają rozum – usłyszeliśmy głos kolegi. Słowa dobiegały zza parawanu, który stanowiła gazeta, którą właśnie czytał. – Błagam, tylko nie o polityce, bo przysięgam zwymiotuję – wykrzyknął drugi ze znajomych. Ale było zdecydowanie za późno. Wiadomo, nie da się uniknąć tego tematu nawet jak się bardzo tego chce. I tym razem, ku mojej i nie tylko mojej rozpaczy znów się zaczęła dyskusja o uczestnikach kampanii wyborczej.  – Adam, czy ty z racji swych sympatii politycznych możesz mi wytłumaczyć, co oznaczają słowa: prawo i sprawiedliwość? – Zapytał kolega składając gazetę z podejrzaną gorliwością i starannością. – O co ci znów chodzi – zapytał nasz przyjaciel, zwolennik prezesa. – Zaraz wyjaśnię, ale na początku chciałbym poznać twoją wykładnię nazwy tej partii – nalegał kolega. – Proszę, bardzo – rzekł Adam i uprzejmie nam wyjaśnił, że sama nazwa wskazuje, to, co według niego jest najwyższą wartością dla jej działaczy partyjnych. Wspomniał, zastrzegając, że to jego interpretacja, że nazwa jest jak sztandar, który mam wskazywać, że partia przywiązuje wielką wagę do poszanowania zasad prawnych i do sprawiedliwości. Wyjaśnianie trwało kilka minut i reszty nie będę tu przytaczał, bo wszystko było w podobnym tonie i miało mniej więcej podobny sens. – Czyli zasadniczo, to ma tam znaczenie poszanowanie dla prawa? – Dociekał kolega, którego wnerwiła notka w gazecie. Adam potwierdził, dodając kilka zdań o oczywistej oczywistości tego, że dla pis-u prawo jest ważne. – To, dlaczego, rzecznik partii zapowiedział, że przedstawiciel prawych i sprawiedliwych, nie pojawi się w czwartek w sądzie, który o godzinie trzynastej rozpatrzy pozew ludowców – zawołał kolega z taką miną, jakby przyłapał Adama na jakimś straszliwym kłamstwie. – Ale o co ci chodzi? – Zdziwił się Adam. – A o to, że z nimi tak zawsze… tak to prawo jest najważniejsze! A jak przyjdzie, co do czego, to nawet im się nie chce do sądu wybrać – gorączkował się kolega uderzając złożoną gazetą w biurko. Padło tam wiele jeszcze słów, ale w jednym się zgadzam. Jeśli przedstawiciel partii mówi, że „wytaczanie (…) procesów jest przedsięwzięciem o charakterze kabaretowym” to nie wiem jak to się ma do słów „ prawo” w ich nazwie. Bo mnie się zawsze wydawało, że po sprawiedliwość, to raczej trzeba się udawać do sądu i z szacunku do prawa trzeba w sądach bywać. Ale widać mnie się tylko znów coś tylko wydaje. A gdy sąd nakazał sprostowanie wypowiedzi o posłach PSL, prezes zauważył, że warto zastanowić się „nad sytuacją polskiego wymiaru sprawiedliwości”. Ludwik XIV, król Francji zwykł mówić „ państwo to ja” odnoszę wrażenie, że teraz niektórzy politycy uważają że prawo i sprawiedliwość to oni.  

 

dziennik pesymistyczny

Białe flagi

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Jestem przekonany,  że politycy coraz częściej używają metafor,bo po prostu tak jest im łatwiej. Każdy może sobie dowolnie zinterpretowaćwypowiedz, więc nie mam potem problemów z dotrzymaniem obietnic. Mam wrażenie,że w wypowiedziach naszych polityków jest coraz mniej konkretów a coraz więcejtakiego zwykłego lania wody. Czasem jeszcze trudniej jest zrozumieć co polityk miałna myśli niż jest to w przypadku poety. – Co poeta miał na myśli – zadawano miw szkole takie pytania. Teraz gdy słyszę wypowiedzi niektórych polityków, samsobie zadaje takie pytanie i znów mam kłopot z interpretacją. – Jeżeli DonaldTusk w tych warunkach będzie gotów dyskutować, to spełni jeden mój warunek. Alejest także drugi – zwinięcie białej flagi, zarówno w stosunkach wewnętrznych,wobec możnych w Polsce, ale i wobec możnych poza Polską. To jest warunekmerytorycznej dyskusji – mówił pan prezes prawych i sprawiedliwych nakonferencji prasowej. No dobra, powiedział… Ale o co mu chodziło? Pytałem moichznajomych takich co nie obca jest im ideologii tej partii to też mogło oznaczaćta biała flaga. – Przestać prowokować – wydarł się na mnie znajomy gdy spytałemczy mógłby mi łaskawie wyjaśnić o co kamam z tymi flagami. Czy to przenościeczy też może faktycznie jakieś białe sztandary powiewają nad kancelariąpremiera? Jeśli to metafora to bardzo mglista. Za nic nie wiem i nie tylko ja oco w tym chodziło. Co za flagi? Jakie zwiniecie? – Donald Tusk powiewa białąflagą, wymyśla coraz to nowe preteksty, żeby go nie krytykowano. Ostatnioogłosił, że nie można go krytykować z tego względu, że mamy prezydencję,przedtem wszystkiemu winien był prezydent, później PiS był wszystkiemu winien –rzekł onegdaj  prezes prawych isprawiedliwych. – Mhhh… może to jakaś obsesja na punkcie flag w kolorze białym?– dociekał mój znajomy. Fakt co w tym musi być?

 

dziennik pesymistyczny

Nie bluzgajcie tak! Motyla noga!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Ja to bym ich od razu na ciężkie roboty wysłała, bez sądu – wyznała stojąca obok mnie pani przyglądając się napisowi, który jakiś utajniony artysta wykonał sprayem na nowo wyremontowanej elewacji zabytkowej kamienicy. Starałem się przecisnąć przez tłumek, który stał na chodniku i żywo komentował sztukę ulicy, która pojawiła się jak widać bardzo dla nich niespodziewanie. Oczywiście to, co wandal namazał na ścianie nie było w żaden sposób artystyczne, ot zwykłe bazgroły, jakich wiele na naszych ulicach, wykonane w niewiadomym celu. – Ja to bym ich (tu padło kilka słów zdecydowanie niecenzuralnych) i porywałbym nogi z dupy – wtórował przedmówczyni pan, który sądząc po zdecydowanie fizjonomii był w stanie spełnić swoje groźby. – Ja to bym tym skur… tak wpier… żeby im (tu znów padły niecenzuralne słowa) – emocjonował się kolejny sąsiad zbulwersowany zeszpeceniem kamienicy. Przez ten czas, w którym starałem się przedostać przez tłumek tamujący ruch na chodniku przypominałem sobie, utrwalałem i uzupełniłem słownik przekleństw używanych przez nasz bogobojny naród. – Ja rozumiem, że państwem targają emocje, ale, po co tak bluzgać na ulicy – zauważyła nieśmiało pani, która podobnie jak była tylko przechodniem. – Aż uszy puchną, gdy się tego słucha – powiedziała do mnie, widocznie szukając poparcia i zrozumienia. Ja to bym ją może i zrozumiał, bo faktycznie sąsiedzi, choć słusznie zdenerwowani niemiłosiernie rzucali mięsem, ale okazało się, że tłumek nie był tak tolerancyjny. Kilka osób w krótkich żołnierskich słowach poradziło pani urażonej bluzgami, aby ta … że użyję tłumaczenia: szybko się oddaliła. Co też szybko, ja i tak pani uczyniliśmy. –  Powinno się karać za takie wulgaryzmy – orzekła pani, gdy już skręciliśmy za róg ulicy. – Fakt – zgodziłem się odruchowo i tak się rozstaliśmy. Gdy kilka dni później opowiadałem o tym zdarzeniu znajomym ich opinie o tym czy karać czy nie karać za bluzgi na ulicy były podzielone.  Tak też, od przyjaciół, dowiedziałem się, że ministerstwo sprawiedliwości zamierza skuteczniej walczyć z wulgarnymi odzywkami w miejscach publicznych. Urzędnicy w projekcie znowelizowanego kodeksu wykroczeń za przeklinanie przewidują kary sięgające nawet trzech tysięcy złotych. Czyli dwa razy więcej niż obecnie. – Nieźle – pomyślałem. Choć od razu wyobraziłem sobie tajnego agenta, który w tym moim przykładowym tłumie próbuje wymierzyć bluzgającym sprawiedliwość i egzekwować prawo wręczając mandaty za przekleństwa.  Zdecydowanie taki strażnik obyczajności musiałby posiadać super moce. Bardzo, ale to bardzo chciałbym, choć raz w życiu zobaczyć jak strażnik miejski lub policjant wręcza mandat osobie używającej wulgarnych słów w miejscu publicznym. Bo jak na razie to mi się nie zdarzyło. A widziałem ostatnio grupkę kinoli, którzy maszerowali środkiem ulicy bluzgając tak, że aż matki dzieciom zatykały uszy.  Policja, strażnicy miejscy byli na miejscu w znacznej sile, i co? I nic. Miałem wręcz wrażenie, że oni tam byli po to, żeby ochraniać tych bluzgających. A z samych mandatów nasze miasto mogłoby uzyskać kilkanaście tysięcy złotych, a po nowelizacji ustawy dwa razy więcej.  Bo przecież ustawa o karaniu za przeklinanie w miejscu publicznym jak najbardziej obowiązuje. A może nie trzeba zwiększać kar, tylko wychowywać od małego? Tak, żeby skorupka za młodu bluzgami nie nasiąkała? Sam nie wiem, choć jak wyczytałem w Internecie, nie tylko mnie na sercu leży ten problem. Biskup częstochowski, Antoni Długosz onegdaj na łamach Super Expressu radził, jak wolno przeklinać katolikowi i które sformułowania dla wiernych kościoła rzymsko – katolickiego są zabronione. Jak wynika z przekonania kleru, ponad dziewięćdziesiąt procent Polaków to katolicy. Pokładam, więc głęboką nadzieję, że już niedługo posłuchają rady swego biskupa i zaczną mówić w gniewie: Motyla noga!, Kurza stopa!, Kurza melodia!, Kurczę blade!, Kurtka na wacie!, Kuchnia felek!, Psiakość!, Do kroćset fur beczek!, Na krowie kopytko!, Kurcze pióro! Lub Kurczę pieczone! Liczę na autorytet kościoła, bo na to, że Polak przestanie bluzgać, bo przestraszy się kodeksu karnego… nie mam nadziei. 

 

dziennik pesymistyczny

Jazda na rezerwie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Mam do ciebie prośbę – usłyszałem w słuchawce głos kolegi. – Czy możesz mi pomóc, zabrakło mi paliwa – dodał z rozpaczą w głosie. Pewnie, że mu pomogę pomyślałem. Kierowcy muszą sobie pomagać a już szczególnie, jeśli pomocy potrzebuje kolega i do tego kierowca. – Tylko jak ja mu mam pomóc- pomyślałem. To oczywiste, że potrzebował dostawy paliwa na miejsce agonii jego samochodu i w tym głównie miała się wyrażać moja pomoc. Ale lata ogólnej dostępności paliwa przyczyniły się to tego, że byłem do tego zupełnie nieprzygotowany.  – Czy ja mam kanister na benzynę? – Zapytałem sam siebie. No to było oczywiste, nie miałem. Bo już dawno uznałem, że stacji benzynowych jest tak dużo, że pojemnik na paliwo jest bezużyteczny. – Zawsze zdążę dojechać do stacji paliw jak tylko zapali się rezerwa w samochodzie – przekonywałem sam siebie od lat, i co też w tej chwili sobie uświadomiłem, przekonywałem o tym kolegę, który potrzebował teraz mojej pomocy. Ja nie miałem, ale przypomniałem sobie, że jest ktoś, kto ma. Szczęśliwie osoba, o której pomyślałem większość swych lat przeżyła w czasach realnego socjalizmu gdzie trzeba było wszystko chomikować. – Nie, kto, jak kto, ale on to na pewno będzie miał kanister – pomyślałam. Wykonany telefon przekonał mnie, że miałem rację. Miałem, więc już pojemnik na paliwo. Teraz wystarczyło odwiedzić stację benzynową.  I tam naszła mnie kolejna refleksja. – Boże, kiedy to ja ostatnio lałem paliwo do baniaka? Przypomniałem sobie zamierzchłe czasy, gdy szczytem moich motoryzacyjnych możliwości był fiat i to do tego mały. A teraz, no całkiem inaczej. Nie dość, że samoobsługa, to jeszcze zapłaciłem kartą. Inny świat.  Wyrwałem się z rozmyślań, bo przypomniałem sobie o tym, kto tam na mnie oczekuje z pustym bakiem. Gdy już dotarłem na miejsce zobaczyłem znajomego stojącego przy samochodzie na poboczu drogi. Wyglądał tak smutno.  – No dobra, nalewamy… mam paliwo – oznajmiłem mu wesoło. Kolega otworzył wlew … i nas zamurowało. Lejek. Jak ja mogłem zapomnieć o lejku?! Przecież nie da się tak po prostu wlać paliwa do zbiornika. Trzeba mieć lejek. Po dziesięciu minutach byłem z powrotem tym razem przygotowany do awaryjnego tankowania. – Uratowałeś mnie, teraz to już tak jest, że jeździ się zawsze z zapaloną kontrolką, bo paliwo takie drogie – dziękował mi kolega. Gdy wracałem do domu pomyślałem, że w zasadzie niewiele się zmieniło, choć minęło tle lat. Pamiętam dużego fiata mojego kolegi, w którym przepaliła się żaróweczka kontrolki rezerwy paliwa, bo w zasadzie z braku funduszy świeciła się tam stale. Spojrzałem przed siebie. No tak, u mnie też się właśnie zaświeciła lampka rezerwy. Czyli znów nadchodzą czasy, gdy trzeba będzie wozić ze sobą zapas paliwa na wszelki wypadek, bo przecież nie zawsze jestem na tyle bogaty ,żeby zatankować bak do pełna.  

 

dziennik pesymistyczny

Gry i zabawy wyborcze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

– Będziesz głosował? – co pewien czas słyszę od znajomych to pytanie.  To widomy znak, że trwa w kraju kampania wyborcza. Z programów historycznych, z własnych doświadczeń z wczesnego dzieciństwa oraz z opowieści rodziców wiem, że drzewiej, za dawnego systemu politycznego, w którym było pełno błędów i wypaczeń też bywały kampanie… na przykład buraczana. Teraz za sprawą pewnego pana ta wyborcza kampania w nowej Polsce skojarzyła mi się z tą właśnie starą kampanią buraczaną.    Z PSL-em to jest tak, że te chłopy wyjechały ze swoich miasteczek, wsi, trafili do Warszawy – zdziczeli, zbaranieli: tańczą, śpiewają, głosują za ustawami np. (…) za związkami partnerskimi; chłopy wyjechały ze wsi i kompletnie im odbiło – powiedział do ludu polskiego pan rzecznik partii prawych i sprawiedliwych. I chyba nie ma w tym nic dziwnego, że „ chłopy” ze „ wsi, miasteczek” – używając nomenklatury pana posła – poczuli się tymi słowami dotknięci. I ci „w Warszawie, zdziczeli i zgłupieli” wręczyli posłowi klanu prawych i sprawiedliwych buraka. No jak nic zaczęła się w Polsce kampania, ale czy na pewno wyborcza? A może jednak buraczana, jak za dawnych czasów? – Na kogo będziesz głosował? – pytają mnie znajomi, tak jakby zapomnieli, że ja już dawno powiedziałam, że się w to nie bawię. Bo to tylko taka zabawa. Nic więcej. Za pieniądze podatnika przekonuje się podatnika żeby wybrał jednego z polityków.  Na reklamach polityków zarabiają media, które cała tę zabawę podtrzymują w stanie wrzenia. I tak, co kilka lat trwa walka o atrakcyjne posady wśród kilku partii politycznych opłacanych z naszych podatków. I wmawia nam się, że jest jakiś wolny wybór. I to jest właśnie zabawa, w której nie mogę uczestniczyć. – Kogo poprzesz w wyborach? – pada czasem pytanie podczas politycznych dyskusji. – Nikogo, bo ja nie wiem nawet, kto jest, kim i jaki mam program. Dla mnie wszyscy są tacy sami – odpowiadam, gdy mi się chce kogoś przekonywać. Jak ja mam czegokolwiek się dowiedzieć o nich, jako o ludziach, lub o ich poglądach, gdy gracz polityczny jest dla mnie jedynie postacią ze świata mediów, figurą kłócącą się na ekranie telewizora z inna polityczną figurą. A o co się spierają? O przyszłość Polski? O programy? Nie, ich głównie zajmuje sprzeczka o to, gdzie ma dojść do debaty. Jedni chcą u siebie w partyjnej siedzibie i jak dzieci obrażają się na tych, co tam nie chcą. Inni pragną dyskusji, ale nie ze wszystkimi. Ci, co pragną debat w każdej chwili też mają swoje warunki. I tak od kilku tygodni. Jak dzieci. Widzę tylko spór o pietruszkę, a w tym sporze nie chcę być kibicem i arbitrem. I jak trwa to od lat oni, znajomi, dręczą mnie pytaniami, a ja staram się im wyjaśnić, że dopóki nic się nie zmieni, to ta polityczna zabawa jest nie dla mnie.