Category Archives

914 Articles

dziennik pesymistyczny

Jak Bambi

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 101

Zaparkowałem samochód na parkingu przy firmie. Gdy wysiadałem usłyszałem za sobą znajomy głos: Proszę pana, przepraszam… Mogę podejść na chwilę? Chciałam o coś zapytać. Odwróciłem się i zobaczyłem młodą kobietę, dziewczynę właściwie, która wpatrywała się we mnie z nadzieją. I strachem. – Proszę bardzo – odpowiedziałem i jak zawsze, gdy to do niej mówiłem, gdy ją tak zapraszałem do podejścia do mnie, miałem dziwne uczucie zmieszania. Bo jakoś tak dziwnie jest udzielać zezwolenia na zbliżenie się do siebie. Co ja jestem jakiś władca, udzielny książę? A dziewczyna w tym czasie zbliżyła się do mnie na odległość wyciągniętej ręki. I po raz kolejny zobaczyłem ten jej wyraz twarzy. Te jej ostrożne ruchy. Każdy, kto choć raz starał się pogłaskać dzikie i nieufnie zwierzę wie jak to wygląda. Ona podchodziła do mnie w taki specyficzny sposób, że miałem wrażenie, że od razu ucieknie gdyby, choć przez chwilę wyczuła zagrożenie. Nie wiem, dlaczego ale przypomina mi ta kobieta…no nie wiem płochliwą sarenkę, która skuszona czymś smacznym chciałaby podejść i jednocześnie śmiertelnie się boi czyhającego na nią niewidocznego jeszcze zagrożenia.  Już wiem gdzie widziałem taką minę. Taką napięta do granic możliwości sylwetkę. Taką wielką czujność. Takie oczy. To Bambi z tej starej wzruszającej kreskówki o jelonku, któremu myśliwi zabili mamę.

 

– Ja pamiętam… Pan mi już pomógł kilka razy. Ale wie pan ja mam taką trudną sytuację…Czy może mi pan jeszcze raz pomóc – zapytała, gdy już stanęła w bliżej, ale nadal w bezpiecznej odległości. Spoglądała na mnie wielkimi oczami spod spuszczonej, w jakimś dziwnym przestrachu, głowy. Mogłem i pomogłem. Wyszukałem w kieszeni trochę pieniędzy i podałem na wyciągniętej dłoni. Złapała monety tak jak to robią nieufne pieski z podawanym im smakołykiem. Zabrała i lekko odskoczyła. Potem bardzo grzeczne podziękowała. Dodała kilka słów o swoim ciężkim losie. I poszła do następnej osoby. Taka scena rozgrywa się na parkingu, co pewien czas. Nie tylko do mnie podchodzi dziewczyna prosząc o wsparcie. Różnie też ludzie na nią reagują. Ale jej skuteczność jest zadziwiająco dobra. Czy to wynik techniki proszenia o wsparcie? Może. Ale jest coś w tej dziewczynie takiego, co nie pozwala przejść obok niej obojętnie. Ma w sobie coś takiego, co mają też zwierzęta. To, co sprawia, że nie możemy przejść obojętnie obok rannego pieska, sprawia też, że nie możemy odmówić tej proszącej o wsparcie dziewczynie. I jeszcze jedno. Mam nieodparte wrażenie, że ona się przez cały czas boi. To tak jakby strach był widoczny. Jakby ją otaczał i stanowił z nią integralną całość. Z góry przepraszam za porównanie, ale jej zachowanie przypomina mi psa, który był bity przez ludzi. On już nigdy nie obdarzy człowieka zaufaniem. Zawsze, choć nawet będziemy go kochać coś w jego zachowaniu sprawi, że będziemy czuć wielką nieufność ukrytą gdzieś na dnie. I tak właśnie się czuję w obecności tej dziewczyny.

 

Wiem, że jest wiele technik żebrania. I że z pewnością bardzo dużo osób zajmuje się tym zawodowo. Ale wolę o tym nie myśleć. Za każdym razem jak udzielam wsparcia, mam nadzieje, że ten, kto prosi mnie na ulicy o finansowe wsparcie to nie jest właśnie ten ktoś, kto zawodowo zajmuje się tym procederem. Że ten, komu daję pieniądze naprawdę potrzebuje mojej i innych pomocy. Że to bieda zmusiła tych ludzi do takich zachowań. Bo jakże wielką trzeba mieć siłę charakteru. Ile samozaparcia i ile odwagi, aby w taki sposób szukać pomocy w nieczułym przecież w swej przerażającej większości społeczeństwie. Trzeba dużej wytrwałości, aby szukać wsparcia wśród ludzkiej obojętności i szyderstwa. Nie jest łatwo żebrać. Nie jest łatwo prosić o wsparcie na ulicy. Każdy, kto próbował coś w życiu sprzedać wie, że najtrudniej jest sprzedawać coś, co nie ma dla drugiej osoby wartości. A w naszym egoistycznym społeczeństwie krzywda i bieda innych nie ma za dużej wartości.

 

Jeśli to tylko technika wyłudzenia ode mnie pieniędzy to też warto to nagrodzić. Bo naprawdę wśród wielu żebraków w moim mieście ta dziewczyna wyróżnia się zdecydowanie. Nie epatuje swoim kalectwem. Nie jest nachalna. Nie wykorzystuje dzieci. Nie narzuca się, ale też nie jest bierna. Jeśli to tylko aktorstwo to naprawdę wielkie. Choć mam prawie pewność, że tak nie jest. Jest taki mój osobisty test na prawdomówność tych, którzy proszą mnie o wsparcie. Proponuję, że kupię im jedzenie. Wielu odmawia. Ta dziewczyna z ochotą przyjęła propozycję.  Więc jednak potrzebuje naprawdę pomocy. Chciałem się dowiedzieć, dlaczego tak się boi. Ale ona tylko opowiada, że boi się, że nie będzie miała nic do jedzenia. I szybko ucieka. Jak zwierzę. I to jest właśnie w niej najbardziej przerażające. 

 

dziennik pesymistyczny

Czarna chmura nad Europą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

Chmura pyłów wulkanicznych znad Islandii sparaliżowała Europę tak skutecznie, że miliony ludzi utknęło na lotniskach czy w swoich domach. Nie odlecieli maluczcy, ale też i najważniejsi politycy. Okazało się, że chmura pyłu w pewnym sensie zdemokratyzowała tak skutecznie Europę, że nie tylko przeciętniacy, ale nawet najwyżsi dostojnicy kościoła czy państwa zostali uziemieni w swoich rezydencjach. Niby człowiek potrafi latać dopiero od niedawna, ale jak się okazało, bez tej umiejętności, bez maszyn w powietrzu, nie potrafimy sobie w żaden sposób poradzić z podróżowaniem. Jak widać, bez połączeń lotniczych nasza planeta nie tylko nie jest już globalną wioską. Nawet nasz kontynent stał się tak wielki i nieprzebyty, że podróż z jednego końca Europy na drugi okazała się dla wielu niemożliwa. Ostatni raz chmury pyłu wulkanicznego zasnuły niebo nad Europą prawie sto lat temu. Wtedy niewielu, a w zasadzie prawie nikt nie podróżował samolotami.  Ale jakoś się ci ludzie przemieszczali z miejsca na miejsce. A teraz bez samolotów prawie nikt nie może podróżować. Rozumiem, że jak nie ma połączeń lotniczych to trudniej jest też dostać się na pociąg, czy podróżować po Europie samochodem. Ale dla wielu okazało się to tak bardzo niemożliwe i niewyobrażalne, że nawet udział w pogrzebie naszej Pary Prezydenckiej nie zmusił ich do wybrania innego środka transportu niż samolot.

 

Dziś przy innej okazji słyszałem opinie, że: do dobrego łatwo się przyzwyczaić. Racja. Zdecydowanie się z tym zgadzam. Jeśli mamy do dyspozycji samochód to po pewnym czasie wydaje nam się, że nie możemy bez niego żyć. Jeśli codziennie i bez problemu mamy dostęp do telewizji to kilkudniowy jej brak doprowadza wielu do rozpaczy. Podobnie jest z internetem. Dziś przez kilka godzin nie mogłem się połączyć z siecią. Nawet nie przepuszczałem jak wielką to u mnie wywoła frustrację. Ale przecież jeszcze kilkadziesiąt lat temu nie było telefonów komórkowych i powszechnego dostępu do Internetu, mimo to jakoś ludziom udawało się komunikować ze sobą i ze światem. Teraz, gdy na kilka dni zamknięto w Europie lotniska okazało się, że część z nas w żaden sposób nie może się wydostać ze swojego kraju. Ja rozumiem przypadek, w którym przeciętny pan Smith nie może się wydostać z Londynu do Paryża, bo oprócz nie możliwości podroży samolotem nie może też skorzystać z połączeń kolejowych z powodu braku miejsc w pociągach.  Mogę zrozumieć, że Pan Smith nie pojedzie samochodem, bo i tak nie dostanie się na przeładowane promy. Ale jeśli już Pan przeciętniak Smith znajduje się w Paryżu a chciałby się dostać do Krakowa to zdecydowanie może skorzystać z możliwości podroży samochodem.

 

Dobrze, Pan Smith nie ruszy się z miejsca w Paryżu czy Rzymie, bo jest przeciętniakiem i nie chce mu się jechać, a może stać właściwie w korkach na autostradach. Ale gdy nie może podróżować z powodu odwołania lotów ktoś ważny – z racji pełnionych funkcji państwowych – to już mniej to mogę zrozumieć. Chmura pyłów wulkanicznych znad Islandii dokonała tego, co wydawało nam się niemożliwe. Wydłużyła w Europie odległości tak bardzo, że dla niektórych stały się one wręcz dystansem nie do przebycia. I jak to czasami bywa w takich przypadkach to, co dla jednych stało się przeszkodą dla innych już taką przeszkodą nie było. Jedni mogli pokonać dystans z Rzymu do Krakowa a inni, choć mieli za sobą duchowe wsparcie jakoś tak nie bardzo mogli. Ta sama odległość dla jednych okazała się niemożliwa do przebycia a dla innych już nie. Tym bardziej należy docenić tych, co przesiedli się z samolotów do samochodów i pociągów, aby w dniach tragicznych dla naszego narodu być z nami. Nikogo nie oceniam, ale trudno mi zrozumieć, dlaczego mimo zapowiedzi przyjazdu, dla niektórych to, że nie mogą podróżować samolotem okazało się tak wielką przeszkodą, że nie mogli w żaden sposób spełnić swoich poprzednich obietnic. Należy mieć tylko nadzieję, że chmury wulkanicznego pyłu nie utrzymają się nad naszym kontynentem tak długo jak poprzednim razem. Bo mogłoby dojść do całkowitego zatrzymania życia politycznego w Europie. Czy wyobrażacie sobie brak możliwości podróżowania polityków przez rok? Bo bez samolotów jak widać było ostatnio, część z nich nie dałaby rady.

 

dziennik pesymistyczny

Nie jesteśmy monolitem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 206

Niezmiernie mnie męczy i denerwuje maniera niektórych dziennikarzy, komentatorów życia społecznego i oczywiście polityków, którzy przy okazji wielkich narodowych tragedii doszukują się jakichś objawów narodowego odrodzenia. Tak jakby w obliczu śmierci ci, co przeżyli automatycznie powinni się zmienić i to na lepsze. Tak było po śmierci polskiego papieża i tak jest teraz po katastrofie rządowego samolotu w Smoleńsku. Śmierć i tragiczne wydarzenia mają stanowić katalizator dla narodu, który natychmiast miałby się przerodzić w jeden monolityczny organizm. W społeczeństwo idealne. Społeczeństwo pozbawione zawiści, sporów, zgodne i zjednoczone w walce o szczęśliwe jutro ojczyzny. Idea piękna, ale wielce utopijna. Dziwi mnie to niezwykłe poszukiwanie zmian w mentalności Polaków. Wielokrotnie słyszę głosy, że już nigdy nie będzie tak samo. Że coś się w Polakach zmieniło. Że naród się zjednoczy i tragedia wstrząśnie na tyle społeczeństwem, że to stanie się ideałem demokracji i poszanowania wszelkich praw. I tak się dziwię, że jeszcze nikt nie szuka jakiegoś specjalnego pokolenia, co to miałoby się narodzić po tej tragedii wzorem pokolenia JPII, które medialne stworzone, pojawiło się i jeszcze szybciej zaniknęło. Bardzo bym chciał żeby ofiara ludzi, którzy zginęli w katastrofie w Smoleńsku nie poszła na marne, ale nie doszukiwałbym się w niej jakiegoś początku niesamowitej zmiany w naszym narodzie. Mam wręcz wrażenie, że nie zmieni się nic. Wiem, to smutne, ale chyba prawdziwe.


Wiadomość o śmierci Prezydenckiej pary dotarła do mnie w czasie podroży na targi odbywające się w pewnym jeszcze bardziej prowincjonalnym mieście niż moje. Gdy usłyszałem, co się stało zatrzymałem się na poboczu drogi nie wiedząc, co dalej mam począć w obliczu tak wielkiej tragedii. Po chwili pojechałem dalej, bo nie przyszło mi nic rozsądniejszego do głowy. Jechałem na targi, aby zamknąć stoisko mojej firmy i wrócić do domu. Byłem pewien, że impreza handlowa ze względu na tragedię została odwołana. Jakież było moje zdziwienie, gdy zobaczyłem, że w zasadzie nie ma wielkich zmian. Targi odbywały się w najlepsze. Życie toczy się dalej jakby nigdy nic się nie wydarzyło. Jak widać nikt nie uznał za stosowne zamykać targów? Przyciszono muzykę. Odwołano imprezy towarzyszące, ale handel trwał w dalej. A co ze mną? Co miałem zrobić? Zostawić wszystko samemu sobie? Zostałem na targach i odpowiadałem na tysiące pytań zadawanych przez potencjalnych klientów mojej firmy tak, jak to zawsze czynię podczas takich okazji. I miałem poczucie, że nie powinienem tam być. Ale byłem. Więc może nie zaklinajmy rzeczywistości, która i tak nie podda się naszych pragnieniom. Przyjmijmy do wiadomości to, że nie jesteśmy jednością. Że każdy z nas reaguje inaczej. Inaczej przeżywa. Każdy jest innym człowiekiem i ma prawo do własnych emocji.


Faktycznie Polacy mają dziwną słabość do jednoczenia się w obliczu tragedii. Wielu z nas nigdy nie wywiesiło flagi narodowej w żadne państwowe święto. A teraz i owszem wieszamy. Stajemy się jednością prawie wyłącznie w rozpaczy. Poza nią nie mamy takich zapędów do bratania się i jednoczenia. Może dlatego, że ze śmiercią trudno dyskutować. Ona łączy i zrównuje wszystkich. Nie da się przed nią uciec ani jej oszukać. Wobec śmierci jesteśmy tacy sami. Jest taka wielce demokratyczna. Ale jak szybko się jednoczymy, tak równie szybko nam to przechodzi. I następuje wzajemne oskarżanie się o to, że ten i ów nie przeżywa dostatecznie smoleńskiej tragedii. Widziałem wczoraj polityka, który komentując protesty w prawie pochówku pary Prezydenckiej na Wawelu nazwał tych, co ośmielili się mieć inne zdanie, ludźmi nie godnymi miana patriotów. Tak jakby patriotyzm był jakoś specjalnie zapisany w sposobie przeżywania narodowych dramatów. Jakby był uzależniony od poglądów na Wawel.


To, co się zdarzyło w Smoleńsku jest straszne, tragiczne i smutne. Ale każdy ma prawo do własnego przeżywania tego, co się stało. Nie można też zapomnieć, że Prezydent miał za życia prawie siedemdziesięcioprocentowy negatywny elektorat. Był przedmiotem niewybrednej krytyki mediów i nie tylko ich. A teraz dochodzi do tego, że po śmierci stara się Go prawie całkowicie wpasować w ramy herosa z narodowego panteonu. Po co tworzone są takie mity? Komu to jest potrzebne? Czy w ten sposób media nie leczą swojego poczucia winy? Wczoraj widziałem w telewizji demonstracje przeciwników pochowania pary Prezydenckiej na Wawelu. Wśród wielu transparentów wyrażających sprzeciw wobec takiej decyzji, był jeden, chyba najdokładniej i jednoznacznie najbrutalniej opisujący to, co teraz w Polsce się dzieje wśród przeciwników pochówku na Wawelu. Napis na transparencie głosił: Santo subito.

dziennik pesymistyczny

Czy na pewno godzien królów?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 16

Czasem lepiej przemyśleć czyn, który tylko nam wydaje się właściwy, ale dla innych już taki być nie musi. Czasem lepiej jest nie składać propozycji, które mogą przyczynić się do podziałów w społeczeństwie w chwili, gdy tych podziałów nie powinno być wcale. Nie wiem, od kogo wyszła propozycja pochowania pary Prezydenckiej na Wawelu. Nie chcę wiedzieć. I wcale nie jest to najważniejsze. Ale wydaje mi się ta decyzja co najmniej niewłaściwa. Wielka tragedia jest momentem, w którym zrozumiałe są propozycje czy działania, które podyktowane są emocjami. Ale trzeba pamiętać, że w obliczu tej tragedii nie staliśmy się monolitem. Jednym umysłem pogrążonym w smutku. Każdy z nas przeżywa to, co się stało inaczej i nadal każdy ma prawo do własnego zdania. Do własnych poglądów. Nie rozumiem jak można było dopuścić do dyskusji nad miejscem wiecznego spoczynku Prezydenckiej pary w chwili narodowej żałoby. Takiej propozycji po prostu nie powinno być. Ale jeśli już jest, to należy zrobić wszystko, aby ograniczyć skutki podziałów, których dokonała. Może, więc dla dobra wszystkich, dla spokoju tych, co umarli i tych, co żyją, pochowajmy jednak prezydenta na Wawelu, jeśli taka jest wola rodziny i kleru. I choć wydaje mi się to niewłaściwe to już lepiej nic nie robić, niż narazić się na wstyd przed tymi z zagranicznych żałobników, którzy naszych argumentów przeciw pochowaniu głowy państwa w tym właśnie miejscu nie zrozumieją.


Jeśli, jak mówi wielu komentatorów, w obliczu tej tragedii nasze społeczeństwo w jakiś niewyobrażalny sposób się zjednoczyło, to jak mam odczytać głosy osób, które w ostatni wtorek wieczorem w Krakowie protestowały przeciwko pochówkowi Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. To przykład tego, jak jedna nieodpowiedzialna decyzja może doprowadzić do wielkich podziałów w społeczeństwie. I nic już nie pomogą wypowiedzi ludzi zaklinających rzeczywistość, którzy widzą w tych protestujących tylko garstkę frustratów na tle monolitycznej rzeszy zwolenników pochówku Prezydenta w Krakowie. Ale ja widzę Tych, co stali i stać pewnie będą na ulicach Krakowa z transparentami: Czy na pewno godzien królów? Oraz – Kraków mówi nie – zadają tylko pytania, które chce zadać wielu, ale nie wszyscy mają tyle odwagi. Bo wielką trzeba wykazać się odwagą, aby stanąć w tych dniach przeciw zbiorowej żałobie i zadać uzasadnione przecież pytanie.

Nie na Wawel, na Powązki – skandowali demonstranci. O decyzji o pochowaniu pary Prezydenckiej na Wawelu, w krypcie obok Józefa Piłsudskiego, poinformował kardynał Stanisław Dziwisz. I odnoszę wrażenie, że niepotrzebnie wydał na to zgodę. Można się było spodziewać, że kto sieje wiatr ten zbiera burze. I właśnie tak się stało. Wiem, że rodzina (?) Prezydenta oraz Jego bliscy współpracownicy w taki sposób chcieli go zapisać wśród wybitnych bohaterów, zaliczając go do grona najbardziej zasłużonych ludzi – używając słów kardynała. I wcale im się nie dziwię. Ale co innego wola rodziny pogrążonej w smutku, a co innego wola strażników tego świętego i bardzo znaczącego dla narodu polskiego miejsca. Czy nie można było po cichu, bez rozgłosu odmówić, aby właśnie nie siać ziarna sporów, które teraz rozlały się na cały kraj? I nie wolno odmawiać teraz możliwości wypowiedzi tym, którzy w demonstracjach chcą pokazać swój sprzeciw wobec decyzji, która została mimo wszystko podjęta wbrew woli przynajmniej część narodu. Nie wolno się też dziwić, że ktoś ma inne zdanie, bo Wawel to nie przypadkowe miejsce, to symbol. Miejsce spoczynku naszych królów i wieszczów. Tragedia nie może być powodem do gestów wobec tych, którzy za życia nie dostąpili tak wielkich zaszczytów. Śmierć nie może stać się powodem, dla którego ktoś staje się godniejszy po śmierci niż był za życia.


Może właśnie tym zaszczytem pochowania Prezydenta na Wawelu robimy temu człowiekowi wielką krzywdę. Bo na jego pamięci, na jego dokonaniach, już zawsze będzie rysa posądzenia Go o to, że nie był godzien spoczywać na Wawelu. Zgadzam się z jednym z protestujących w Krakowie, że: zaszczyt, który jest przesadny, i w tak kuriozalny sposób niezasłużony, obróci się w tej chwili w śmieszność. Choć jeśli już doszło to tego, że o takiej propozycji dyskutujemy, to może jednak dla dobra wszystkich, dla spokoju zmarłych, dla godności narodu pochowajmy Prezydenta na Wawelu. Po prostu ciszej nad ta trumną.

dziennik pesymistyczny

Memento mori

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Nie lubiłem Pana Prezydenta. Nie zgadzałem się z Nim w prawie żadnej kwestii. Nie podzielałem Jego poglądów na państwo. Wielokrotnie Go krytykowałem. A jednak, kiedy usłyszałem w radio krótką wiadomość o katastrofie samolotu, w której zginęła para prezydencka oraz liczni przedstawiciele kierownictwa naszego państwa poczułem ogromną pustkę. Poczułem dojmującą stratę. Z politykami już tak jest, że choć nie znamy ich osobiście to stają się nam w pewien sposób bardzo bliscy. Możliwe, że dzieje się tak przez ich ciągłą obecność w naszym życiu. Każdego dnia poprzez telewizję czy internet goszczą w naszych domach. Są praktycznie wszechobecni. Poprzez to, co mówią, poprzez swoje działania wywołują u nas określone emocje, więc trudno o nich powiedzieć, że są nam kompletnie obojętni.  W końcu niechęć to też uczucie. Gdy jednocześnie odchodzi z naszej rzeczywistości tyle wyrazistych postaci to nic dziwnego, że wytwarza się pustka, którą bardzo trudno zrozumieć.  I ja tej pustki nie pojmuję, nie rozumiem i nie akceptuję. Dla mnie nie zginęli w Smoleńsku politycy, lecz po prostu ludzie. Zabrakło wśród nas istnień ludzkich, które wnosiły wiele do naszego życia. Do mojego życia. I teraz już nie jest ważne czy były to emocje pozytywne czy negatywne, bo ich już nie ma i nie będzie. Już nigdy nie będzie tak samo.

 

Śmierć wszystko równa. Przychodzi do wszystkich tak samo.  Tak samo umiera Prezydent i tak samo umiera pilot samolotu. Tak samo ich brakuje rodzinom. I choć to, że politycy są nam bliżsi, bo ich przecież sami wybraliśmy i to właśnie im zaufaliśmy, to jednak pamięć należy się wszystkim jednakowa. Połączył ich ten sam tragiczny los. Zrównała tragedia. W obliczu, której nie ma wielkich i mniejszych, bo wszyscy odchodzą tak samo. Dziewięćdziesiąt sześć istnień zostało wyrwanych brutalnie z naszej rzeczywistości i wszystkim im należy się wielki szacunek. Lecieli do Katynia też dla nas.  Aby tam reprezentować nas, mieszkańców tego skrawka naszego globu. Jesteśmy jednym narodem czy nam się to podoba czy nie. Każdy z nas ma inne poglądy polityczne. Inaczej myśli i inaczej pragnie przejść swoją ziemska drogę, ale los połączył nas w jeden organizm i nic już na to nie poradzimy. Dał nam jeden język, jedną historię. Możemy nie wierzyć instytucjom państwa. Możemy żyć poza jego strukturami, albo dotkliwie je krytykować. Ale państwo to państwo, a naród to naród. Bo zawiłości naszej polityki, spory, błędy, zwycięstwa i sukcesy tych osób, co odeszły wpisywały się w los naszego narodu. I dla naszego narodu jest to strata.

 

Wielokrotnie słyszałem przez ostatnie dni głosy polityków i komentatorów o tym, że państwo sobie poradzi. Że państwo przetrwa. Że państwo jest bezpieczne i stabilne. Tak, zdecydowanie państwo sobie poradzi. Ale czy poradzimy sobie my. Czy poradzimy sobie, jako naród? Jako jednostki, którym zabrano przewodników i przedstawicieli. A jeśli nawet tak ich nie postrzegaliśmy, to przecież każde ich słowo kształtowało nasze poglądy, więc w pewnym sensie kształtowało też naszą rzeczywistość. Prawie z każdym z tych polityków, którzy zginęli w Smoleńsku politycznie nie było mi po drodze. Ale doceniam to, że mogłem się z nimi nie zgadzać. I teraz mi tego będzie bardzo brakować. Gdzieś przeczytałem, że z człowiekiem umierają też jego idee. Nie zgadzam się. I nie chcę tego. Niech to, w co wierzyli ci ludzie przetrwa. I choć nie podzielam tych idei, wolę się z nimi spierać nadal, bo może przynajmniej w ten sposób będę miał świadomość, że ci ludzie nie umarli cali. Że coś z nich w nas będzie trwało wiecznie. Bo tak naprawdę prawdziwa śmierć przychodzi na człowieka wtedy, gdy o nim zapominamy.

 

Żegnam Pana, Panie Prezydencie. Żegnam Pana Małżonkę. Żegnam wszystkich Polityków, Senatorów, Posłów, Wojskowych i Duchownych. Żegnam załogę samolotu. Żegnam Was tak po ludzku. Będzie mi Was brakować. I choć nie znałem Was osobiście, nie spotkaliśmy się nigdy, to jednak mam wrażenie, że codziennie byliście przy mnie. Bo jak inaczej mam zrozumieć mój ból i poczucie pustki po Waszej stracie. Ta tragedia przypomniała mi, że każdy w końcu umrze bez względu na to, kim był. I nie można tego w żaden sposób zmienić, ponieważ człowiek nie ma na śmierć żadnego wpływu. Może za dużo czasu poświęcamy na nic nieznaczące w obliczu śmierci spory i waśnie? Więc memento mori.

 

dziennik pesymistyczny

Za nowoczesne żeby poprawnie zadziałało

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Jest takie prowincjonalne miasto, które zamierza promować się hasłem: siła w precyzji. I zapewne właśnie ta mityczna siła pchnęła władze miejskie do specyficznie precyzyjnej przebudowy pewnego ronda. Zamontowano tam nowoczesną sygnalizację świetlną, którą po kilku tygodniach wyłączono. Była tak nowoczesna, że się na skrzyżowaniu korkował ruch, prawie całkowicie uniemożliwiając przejazd samochodów przez skrzyżowanie.  Więc jakiś geniusz urzędniczy wymyślił, że światła należy wyłączyć. I po sprawie. O dziwo zadziałało. Teraz można w miarę płynnie pokonać to ruchliwe rondo.  Ale przecież nie można zostawić w spokoju świateł sygnalizacyjnych za kilkaset tysięcy złotych, które tylko dla ozdoby skrzyżowania, mrugają sobie zalotnie na pomarańczowo. Drogowcy muszą je włączyć by nie dopuścić do oddania pieniędzy, które miasto dostało na przebudowę ronda. Więc żeby nie marnować pieniędzy podatników zadziałają światła, co spowoduje znowu gigantyczne korki. Tak, zdecydowanie takie działanie miejskich władz zasługuje na miano siły precyzji.

 

Magistrat zdobył na przebudowę skrzyżowania pieniądze z funduszu, którymi dysponuje krajowa rada bezpieczeństwa drogowego. Modernizacja ronda i zainstalowanie tam nowoczesnej sygnalizacji akomodacyjnej kosztowało mieszkańców milion trzysta tysięcy złotych. Drogowcy opuścili skrzyżowanie w ubiegłym roku. Natychmiast na nowo oddanym do użytku rondzie pojawiły się problemy z płynnością ruchu. Samochody skręcające w prawo musiały stać, nie mogąc włączyć się do ruchu, mimo że miały zielone światło. Rondo było stale zakorkowane. Po głębokiej analizie problemu urzędnicy miejscy postanowili dokonać planowanej awarii. Czyli zaplanować i dokonać czegoś, co z założenia jest sytuacją nagłą. W tym czasie w jednym z lokalnych tygodników można było przeczytać jak jeden z urzędników chyba w przypływie skruchy pisał w liście do redakcji: „to jest zwykłe wyłączenie świateł pod pretekstem awarii, żeby nie przyznać się do błędu, czyli fatalnego projektu i wydanych setek tysięcy na coś bzdurnego”. Nie można tym słowom odmówić siły precyzji.

 

Nowoczesna sygnalizacja na rondzie kosztowała kilkaset tysięcy złotych. Od maja ubiegłego roku światła są wyłączone. Czy to znaczy, że pieniądze mieszkańców po prostu zmarnowano? Przecież mamy tak nowoczesne i bezpieczne światła i skrzyżowanie. Jak dowiedziałem się z dobrze poinformowanych źródeł, okazało się, że światła są tak bardzo nowoczesne, że nijak nie przystają do zdecydowanie zbyt nowocześnie przebudowanego ronda. Czyli plany były ambitne a wyszło jak zawsze. Jak to bywa u nas najczęściej, na początku zbierano pieniądze na drogi i skrzyżowanie i zaprojektowano je tak żeby było jak najbardziej bezpieczne i umożliwiające płynny ruch aut. Wykonawca wykonał rondo tak jak w stało w planach. Potem okazało się, że można dodatkowo zdobyć pieniądze na nowoczesną sygnalizację akomodacyjną. Nikt jednak nie sprawdził czy skrzyżowanie jest dostosowane do świateł. Okazało się, że nie. Ale jak przekonuje mój rozmówca nikt nie ma ochoty się teraz do tego przyznać do błędów. Czyli jeśli połączymy doskonałe skrzyżowanie, ale nieprzystosowane to sygnalizacji świetnej, z doskonałą i bardzo nowoczesną sygnalizacją świetlną to jedynym efektem takiej symbiozy będą zakorkowane drogi dojazdowe do ronda.   

 

Teraz przy wyłączonych światłach sygnalizacyjnych nie trzeba stać w długim sznurze aut. Ruch przebiega płynnie. Jednak jak już wspominałem magistrat dostał pieniądze na światła od krajowej rady bezpieczeństwa ruchu drogowego. I teraz, gdy urzędnicy z Warszawy dowiedzieli się, że sygnalizacja na rodzie nie działa zażądali jej włączenia lub zwrotu pieniędzy. Czyli teraz na pewno światła zostaną włączone. A że pojawią się znów korki na drogach dojazdowych do ronda? Trudno. Przecież nikt w tym moim prowincjonalnym mieście nie przyzna się do błędnych decyzji z tak marnego powodu jak nerwy kierowców i pieszych.  

dziennik pesymistyczny

Klub mamusi i tatusia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Poranki w biurze są zawsze takie same. Smutne i zaspane postacie powłócząc nogami i ziewając zmierzają do jednego pomieszczenia gdzie czeka na nich dawka energii. Tym pomieszczeniem jest zaplecze socjalnie zwane po prostu kuchnią. Tam ludzie pracy zażywają w znacznych ilościach dozwolony prawem środek pobudzający, jakim jest kawa. Bo jak tu przeżyć biurowy poranek bez kubka kawy. Trzeba zebrać siły do wytężonej pracy przez najbliższe osiem godzin. Oczywiście są w kuchni też tacy, co bardziej preferują herbatę, ale są to najczęściej odludki, co to nie należą do wielkiego kręgu przyjaciół kofeiny. Jak już po całym pomieszczeniu rozniesie się zapach kawy to oczywiście nie może się obyć bez porannych rozmów. I tak towarzystwo kawoszy zacieśnia się do wewnętrznego kręgu, jakim jest klub mamusi i tatusia. Panie, i co ciekawe naprawdę nieliczni panowie, z wielką pasją opowiadają sobie historie z życia rodzinnego, okraszone opowieściami o nadzwyczajnych osiągnięciami własnych dzieci.

 

– Mój Wojtuś to dziś zrobił piękna kupkę – oświadczyła przyjaciółkom koleżanka z księgowości, chwaląc się tym niesłychanym wyczynem własnej pociechy.  A mnie, gdy to usłyszałem wypadł z rąk czekoladowy batonik. Pewnie nie muszę opisywać, dlaczego tak się stało i gdzie powędrowały moje skojarzenia. – A co? Miał jakieś kłopoty z kupką? – dopytywały wyraźnie zaintrygowane koleżanki. I oczywiście dostały w odpowiedzi szczegółowy opis tego, co Wojtuś wydalił. – Dziewczyny! Na Jezusa Nazaretańskiego! Czy wy nie macie litości? Ja tu batonik chciałem… a wy o kupie – wyraziłem swoje wątpliwości, co do tematu porannych rozważań w biurowej kuchni. – A co? Przeszkadza ci? Przecież nawet w reklamie występuje teraz kupa – usłyszałem w odpowiedzi od jednej z mamuś. – To takie ludzkie – dodały chóralnie.  I przeszły płynnie do rozważań na temat wyżynania się ząbków u maluchów oraz tego, co też Krysia, Jasio oraz Gabrysia powiedziały albo zrobiły. Ileż to można się dowiedzieć z takich opowieści. Że Krzysio to już czyta w wieku kilku lat. Że mała Moniczka to już jest taka dorosła, że potrafi samodzielnie siusiać do sedesu i nie korzysta już z nocniczka. Że Michałek to nie chce nic jeść, ale za to Jasio wszystko zjada z talerzyka. Siedzą sobie przy stoliczku każda z kawusią i rozprawiają z wielka pasją o swych milusińskich. I tak trwa w najlepsze poranne spotkanie w klubie mamusi i tatusia.

 

Przynależność do klubu jest oczywiście ściśle selekcjonowana. Na początku jest okres kandydacki. W nim są panie i panowie, co to starają się mieć dzieci. Im udziela się wielu szczegółowych rad. Otacza opieką w trudnych chwilach. Wspiera i zachęca do dalszych prób. Drugim stopniem wtajemniczenia jest ciąża. A jak wiadomo w ciąży są już nie tylko kobiety, ale pary. Więc to nie tylko paniom się radzi jak przejść przez kolejne trymestry. Można się dowiedzieć z tych porannych opowieści jak rozpoznać stan błogosławiony. Jak para przyszłych rodziców ma przejść przez okres pierwszych porannych mdłości oraz zmiennych nastrojów przyszłej mamy. Ileż to się można nasłuchać porad wszelkiej maści. Ile to opowieści snują panie o urokach stanu zaciążenia. Tylu szczegółów nie poznałem nawet w szkole na biologii. Takich ciekawych rzeczy mogę dowiedzieć się o poranku w biurowej kuchni.  I w końcu pani lub pan zostaje pełnoprawnym członkiem klubu. Gdy na świat przyjdzie niemowlak. Już od powrotu do pracy po urlopie macierzyńskim można opowiadać i opowiadać jak to pięknie być tatusiem lub mamusią.

 

Szczególnie o tym, że nie można spać. O tym, że dziecko płacze po całych dniach. O tym, że maleństwo jest po prostu cudowne. Ja wiem, że niektórzy mają wielką chęć podzielenia się swoją radością z faktu przedłużenia gatunku. Ale czy ja muszę wysłuchiwać tych szczegółów? Czy ja muszę wiedzieć o tym, że Kasia oraz Jasio, a także Michałek, robią już kupkę o właściwej konsystencji i w przewidzianym wszelkimi normami kolorze? Wiem, że dla wielu najważniejsza jest prokreacja, że to niemal całkowity sens ich życia. Ale może watro by zauważyć, że istnieje jeszcze maleńka grupa tych, co nie chcą mieć i nie mają dzieci. I że te wieczne opowieści o wyczynach milusińskich doprowadzają ich do stanu furii. W końcu biuro nie jest najlepszym miejscem do rozważań na temat laktacji, a kuchnia nie jest najodpowiedniejszym miejscem do opowieści o wyżynaniu się ząbków i konsystencji kupy. Zwracam się do was członkowie i członkinie klubu mamusi i tatusia – miejcie umiar w tych opowieściach z życia własnych pociech.  Tylko o to was pokornie proszę.

 

dziennik pesymistyczny

Katolickie akty odwagi wśród katolików

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Odwróćcie się rodzice chrzestni do wiernych w tym kościele! – grzmiał ksiądz z ambony –  Popatrzcie na nich, moi mili… To naprawdę odważni ludzi – zwrócił się do zgromadzonych w kościele kapłan. Tak jakoś się złożyło, że trochę z potrzeby serca, ale bardziej niesiony na fali tradycji, znalazłem się w świątyni rzymsko – katolickiej w to największe chrześcijańskie święto. I do tego jeszcze trafiłem akurat na mszę połączoną z sakramentem chrztu nowo narodzonej dzieciny. Stałem sobie skromniutko za ostatnim rzędem ławek jak zawsze w takich razach związanych z wizytą w domu bożym. Starałem się być niewidzialny i nikogo nie widzieć. Pogrążyłem się w rozmyślaniach o wieczności, z których wyrwały mnie słowa: – Jak wielką trzeba mieć odwagę, aby zanieść tę dziecinę do kościoła! Bo taka deklaracja wiary jest w naszym kraju czymś wyjątkowym, odosobnionym i szczególnym! – Mówił ksiądz nawiedzonym głosem, co w tym miejscu zdecydowanie można było zrozumieć. Wychyliłem się ze swego oddalonego od ołtarza miejsca w kościele, aby zobaczyć tych, co tak wielką wykazali się odwagą. Zobaczyłem całkiem zwyczajną parę młodych ludzi, może tylko trochę zmieszanych tym wyróżnieniem ich odwagi przez księdza.

 

– Nasze nadmiernie zlaicyzowane społeczeństwo potrzebuje takich postaw, jakie prezentują ci odważni młodzi ludzie! Bo dziś przyznanie się do wiary, manifestowanie jej, jest wyjątkowym bohaterstwem – mówił ksiądz w uniesieniu.  A ci stojący przed ołtarzem tak jakby coraz bardziej zapadali się w sobie. Widocznie speszeni tym nadmiernym wyróżnieniem ich przed zgromadzonym w kościele tłumem wiernych. – Katolicy są w naszej ojczyźnie prześladowali! Więc wielkie trzeba mieć i waleczne serce, aby trwać niezłomnie przy wierze ojców naszych! – grzmiały wielkie słowa z ambony odbijając się echem od sklepienia ogromnej świątyni. Stałem w nieprzebranym tłumie w ogromnym kościele. Jednej z kilkudziesięciu takich budowli w najbliższej okolicy. Był dzień wolny od pracy, bo przecież tak stanowi prawo boże poparte prawami ludzkimi, czyli państwowymi. Jadąc do kościoła widziałem przy prawie każdym skrzyżowaniu kapliczki oraz krzyże, jako symbole wiary tego ludu. W samochodzie jedyną stacją radiową, która miała najsilniejszy sygnał była rozgłośnia z Torunia, która, jak przecież każde dziecko wie, jest katolickim głosem w naszych domach. W telewizji była o poranku transmisja mszy świętej. Potem jeszcze katolicki program dla milusińskich. I to wszystko w kraju, gdzie szczególnym i wyjątkowym aktem odwagi jest uczestnictwo w życiu katolickiej wspólnoty poprzez deklarację chęci zostania rodzicami chrzestnymi? Ależ odważnych ludzi mam zaszczyt oglądać! Warto było odwiedzić świątynię.

 

– Przyznawanie się to wiary katolickiej jest prawdziwym aktem odwagi! – prawie wykrzyczał ksiądz z ambony. A mnie się przypomniało, że ten duchowny oraz ja żyjemy w tym samym kraju, gdzie badania instytutu statystyki kościoła pokazują, iż ponad dziewięćdziesiąt dwa procent badanych deklaruje się, jako katolicy. Gdzieś czytałem, że nawet dziewięćdziesiąt osiem procent naszych rodaków to katolicy. Więc jak to jest, że te marne dwa procent społeczeństwa prześladuje tą przytłaczającą większość. I to w ten sposób, że nawet katolicki ksiądz w katolickim kościele wśród tłumu wyznawców rzymsko – katolickiej wiary musi pokazywać przed wiernymi tych, co to mieli odwagę przyznać się do wiary. Jak wielką moc mają ci nieliczni, że tak paskudnie prześladują te miliony?! Tak ich gnębią ci niegodziwcy ateistyczni, że prawdziwym i niebywałym aktem odwagi – według księdza proboszcza – jest przyznanie się do wiary w Boga. Tak prawdziwie odważani są ci, co manifestują swą wiarę wśród nieprzebranego tłumu wiernych.

Choć jeśli według instytutu statystyki kościoła, na dziewięćdziesiąt dwa procent deklarujących wiarę Polaków, tylko jeden procent mniej z nich wierzy w istnienie Boga, a tylko sześćdziesiąt dziewięć procent uznaje życie wieczne, to możliwe, że sami siebie prześladują. Faktycznie, ma ksiądz rację. Niełatwo jest być tym prawdziwym katolikiem w tłumie tych, co tylko deklarują katolicyzm. Ale czy Ci pseudo katolicy zwalczają tych prawdziwie i szczerze wierzących? Nie wiem, możliwe. Na pewno jest o tym przekonany ten kapłan, którego cytowałem.

 

dziennik pesymistyczny

Antybocian

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

W ten piękny kwietniowy poranek do biura wpadł jak wiosenna burza nasz pryncypał i już od progu zawołał gromkim i władczym głosem: – Jest Malinowski!? No jasne, że go nie ma. Głupie pytanie. Jakby nie widział, że go nie ma. Bo przecież pokój, w którym pracuję wraz z kolegami i koleżankami oraz nieobecnym Malinowskim, to nie żadna hala fabryczna o powierzchni kilkuset tysięcy metrów kwadratowych. To pokoik maciupci, na którym nic ani nie da się ukryć ani nikogo schować. Faktycznie dziewiąta godzina, a Malinowskiego nadal nie było. Co prawda nikt z nas jeszcze nie wpadł w wir morderczej pracy. Choć zasadniczo to od ósmej dane nam jest pracować dla dobra firmy. A jego, Malinowskiego jak nie było, tak nie było. Szef wyszedł zawiedziony i zły najwyraźniej, na tę lekceważącą go, poranną nieobecność naszego współpracownika. A my jak to każdy pracownik z rana oddaliśmy się porannej ciężkiej i wytężonej pracy. Czyli przeglądaniu gazet i serwisów internetowych przy przyjemnym aromacie porannej kawy. A Malinowskiego nadal nie było.

 

Po porannym herbaciano – kawowym rytuale biurowym zabraliśmy się do pracy, która miała naszej ukochanej firmie przynieść krociowe zyski. Nagle wpadł do biura ten, na którego wszyscy czekaliśmy obstawiając zakłady, co do długości jego spóźnienia do pracy. Padł na fotel przy biurku zdyszany i wysapał tylko do nas: – Był? Widział, że mnie nie ma? Mówił coś? Trzykrotnie przytaknęliśmy, co wzbudziło w nim prawdziwą rozpacz. Zaczął się zwyczajny dzień w pracy. Zapomnieliśmy szybko o rozterkach Malinowskiego, bo rozdzwoniły się telefony. Znów zaczęło się codzienne życie biurowe w firmie średniej wielkości z wielkimi ambicjami biznesowymi. I tak dzień płynął sobie swoim zwykłym pracowitym rytmem aż tu nagle… – Malinowski! Natychmiast do mnie! – to nasz boss przywoływał do swojego gabinetu, naszego szanownego kolegę. Nieszczęśnik zerwał się na równe nogi i blady jak ściana pobiegł na dywanik do szefa. A my jak nas było w pokoju kilkoro cichuteńko pobiegliśmy jego śladem, aby zająć dogodne miejsce do podsłuchiwania. W biurze panuje zwyczaj otwartych drzwi, więc nie musieliśmy zbytnio wsłuchiwać się w słowa płynące z gabinetu pryncypała.  – Malinowski, do nagłej i nieprzymuszonej…O której to się przychodzi do pracy?! – Ryknął nasz przełożony – to już trzeci raz w tym tygodniu. Masz coś na swoje usprawiedliwienie! – mam – odparł dziwnie spokojnie Malinowski – To wszystko przez bociany – dodał w drodze wyjaśnienia.

 

Jakie bociany? – Zapytał równie jak my, zaintrygowany pryncypał. A i my też chętnie dowiedzielibyśmy się, co z tymi bocianami. – Ano, panie szefie – rozpoczął opowieść Malinowski – jechałam sobie dziś rano do pracy a tu, co widzę?… Na drodze pełno ludzi. Samochody popakowane gdzie popadnie. Przejechać nie ma jak. Tłumy, ścisk, pisk, człowiek na człowieku. Wysiadłem i zaczynam wypytywać ludzi, co się stało? I okazało się, że na polu przy drodze leży krowa. To znaczy same szczątki krowy. Skóra tylko i kości zostały z biednego zwierzęcia. Krwi nawet nie bardzo dużo było. Ot, same kości. Chłop, pewnie właściciel krowy, rozpacza. Baba jego płacze. Ludziska ich pocieszają. Istna sodoma i gomora.  Starałem się dowiedzieć, co się stało. Ale wszyscy tylko kręcili głowami i mówili: jak to, co, to te cholerne bociany! Bociany? – jakie bociany myślę sobie. Ano bociany mówią mi ludzie. Podobno – kontynuował opowieść Malinowski – bociany zaatakowały krowę na pastwisku. Całe stado ich się zleciało. I tak ją w kilka minut rozdziobały do kości. Żab nie ma. Zimno jeszcze. To i nie dziwota, że takie wygłodniałe. Nadleciały i w kilka minut całą krowinę opędzlowały na miejscu…i odleciały. Takie to krwawe bestie!  I dlatego się spóźniłem – zakończył swą mrożącą krew w żyłach opowieść kolega Malinowski.

 

– I tak całą ją zjadły? – zapytał szef zadając pytanie, które i nas bardzo dręczyło. – Całą, tylko kości i skórę zostawiły – odparł nasz kolega.  – Straszne – odparł boss. I w jego głosie słychać było… czy aby na pewno? Tak, słychać było zrozumienie. – Wracaj do pracy Malinowski – rzekł tylko. A swoją drogą jakie te bociany? Zastanawialiśmy się w biurze. Niby takie ptaki sympatyczne. Pod ochroną. Ogólnie takie wrażenie niewinnych ptaszorów robią. Spacerują sobie po polach. Żabki niby jedzą. Trawki jakieś. Na tych swoich gniazdach stoją. Bestie jedne. Na czerwonych nogach chodzą po polach. A dzioby? Okazało się, że już wiadomo, od czego są takie czerwone. Takie nieszczęście. A krowa może mleczna była. A swoją drogą temu Malinowskiemu to się zawsze coś ciekawego przydarzy w drodze do pracy.  A nam to nigdy…nic.

 

dziennik pesymistyczny

Buttle zamiast Tuttle

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 23

Widziałem w telewizji reportaż o pewnym panu, który za niewinność trafił do więzienia na całe piętnaście dni. Pan Andrzej został zatrzymany w czerwcu ubiegłego roku we własnym domu na podstawie listu gończego wystawionego przez sąd w Toruniu. Policjanci wyprowadzili go skutego z domu na wsi i zawieźli do więzienia.  Pan Andrzej twierdzi, że cały czas starał się przekonać policjantów, że jest niewinny. Że nic a nic nie rozumie z zaistniałej sytuacji.  Że nie wie, o co chodzi z tym jego aresztowaniem. Że faktycznie tak, nosi takie samo imię i nazwisko jak poszukiwany przez sąd listem gończym przestępca, ale to zdecydowanie nie on. Głośno i stanowczo zapewniał o tym, że to straszna pomyłka… Ale nikt go nie słuchał. Zawieźli go do więzienia. Tam znów nikt go nikt nie wysłuchał, i tak sobie odsiedział te piętnaście dni za kogoś innego kto się za pana Andrzeja podawał. U nas nie wystarczy być niewinnym trzeba to dopiero udowodnić. Nie wystarczy zapewnienie niewinnego. Ważniejszy jest papier i wyrok niż opinia. No i wszystko zależy też od tego, kto jest godny zaufania. Złodziej kradnący tożsamość, czy poszkodowany i pomówiony o złodziejstwo, ale niewinny.

 

Wynika z tego, że w państwie prawa, prawna pomyłka może człowieka zaprowadzić do więzienia. I Na nic się zdają tłumaczenia, że się jest nie tym, kto do celi ma trafić zasłużenie, ale kimś zupełnie innym. Jest taki brytyjski film zatytułowany Brazil. Ukazana tam fikcyjna sytuacja bardzo pasuje do realnego przypadku pana Andrzeja. W filmie pewien pan w wyniku banalnej pomyłki wadliwego sprzętu staje się nagle i niespodziewanie wrogiem systemu. Komputer drukując nazwisko Buttle zamiast Tuttle doprowadził do serii nieszczęśliwych i przykrych dla pana Buttla zdarzeń. Niby nic a znaczy wiele. U nas nie komputer zawinił, ale system. Na początku bezsprzecznie był złodziej. I to jego schwytano na gorącym uczynku, w sklepie sieci Biedronka. Mężczyzna usiłował wynieść ze sklepu artykuły spożywcze warte około 16 złotych. Ten zabór mienia na tak wielką skalę udaremnili funkcjonariusze policji. Zatrzymany przestępca nie miał żadnych dokumentów, ale z własnej i nieprzymuszonej woli podał policjantom imię, nazwisko, imiona rodziców, numer PESEL oraz adres zamieszkania. Informacje zgadzały się z bazą danych i to wystarczyło policji do skierowania sprawy do sądu. Nikt jednak nie zadał sobie trudu, aby sprawdzić czy podający dane mężczyzna jest naprawdę tym, za kogo się podaje. Policja okazała się ufna w stosunku do złodzieja.

Sąd skazał zaocznie domniemanego złodzieja na piętnaście dni prac społecznych, ale ponieważ ten nie stawił się do ich odbycia, zamieniono mu to na areszt. Tu nadal nikt nie sprawdził poprawności danych ze stanem faktycznym. Następnie za uchylającym się od kary wystawiono list gończy, z którym po dwóch latach trafili do domu pana Andrzeja policjanci, by zatrzymać domniemanego uciekiniera. I przez cały ten czas nikt nie sprawdził czy ten, wokół którego kręcił się system sprawiedliwości jest tym, o kogo prawu właśnie chodzi. Pan Andrzej nie zdołał przekonać nikogo, że to pomyłka i odsiedział cały wyrok. Po wyjściu na wolność wynajął prawnika, który udowodnił w sądzie, że nie popełnił on zarzucanego mu czynu, a wyrok na niego wydano bezpodstawnie. Przez cały czas nikt nie słuchał głosu osoby niewinnej i nikt mu nie chciał pomóc.

 

No i jest jeszcze jedno, chyba najważniejsze. W całym tym reportażu nikt z urzędników i funkcjonariuszy państwowych nie poczuwał się do winy. Co prawda widzieli ewidentną pomyłkę, ale nie ich, tylko?… No właśnie, kogo? Bo na pewno nie ich. Wymiar sprawiedliwości nie poczuwa się do winy w tej sprawie. Podobno sprawa została rozpatrzona zaocznie zgodnie z procedurą, na podstawie materiałów dowodowych dostarczonych przez policję. Okazało się, że najważniejsze dla systemu są dokumenty nie człowiek. Nikt się żywego nie będzie pytał o jego niewinność. Jeśli na gościa papier jest, to się człowieka skazuje na jego podstawie. A urzędnicy? Im nic się za to nie stanie. Oni niewinni. Oni nie wiedzieli. Oni mają procedury. Nie czują się winni. A że człowiek siedział za niewinność, bo się nikomu nie chciało za przeproszeniem siedzenia ruszyć i sprawdzić poprawności podanych przez złodzieja danych? No cóż, miał gość pecha. A sprawiedliwość? A prawo? A przyzwoitość? A zwykłe przepraszam? Jak to mówił w Misiu pan szatniarz: Cham się uprze i mu daj! No skąd ja wezmę, jak nie mam?!