dziennik pesymistyczny

Przypadkowy strażnik z tragarzami

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

 – Co … No ale … A ty skąd wiedziałaś, żemnie zastaniesz … przecież wiedziałaś, że wyjeżdżam – pytał Miś w komediiStanisława Barei. – Przechodziliśmy, po prostu i wpadliśmy! – opowiedziała mujego eksżona Irena. – Jak to przechodziłaś , z tragarzami? – dociekał filmowy Miś.  – Taa! Przechodziliśmy. Z tragarzami. BardzoCię polubiłem chłopie – usłyszał w odpowiedzi od pana ministra, nowego partnerażyciowego pani Ireny. Ten dialog napłynął w obrazach do głowy podczas lekturylokalnej gazety, którą wybrałem z oczywistych względów w związku z jej nazwą.Przeczytałem w tym dzienniku informację o tym, że w czasie, gdy trwała imprezapod nazwą „Żywa Biblioteka”, strażnicy miejscy sprawdzali, czy właściciele kawiarniw której ta akcja się odbywała, nie sprzedają tam przypadkiem alkoholunieletnim. Tak przypadkiem przechodzili dzielni strażnicy i przypadkiemsprawdzili. Jakoś tak nie mogę uwierzyć w przypadki. Jak ten Miś, ja też niepojmuję jak można przechodzić przypadkiem z tragarzami. Teraz dziwna jest dlamnie przypadkowość kontroli. Zawsze ważny jest kontekst i w tym przypadku teżjest ważny, lub najważniejszy. Kilka dni temu pewnemu radnemu w moim mieście,nie spodobało się to, że gej będzie przebywał w należącym do miasta budynku. Dewiant– używając nomenklatury stosowanej przez pana radnego – miał się tam znaleźćjako „ żywa książka” . Tylko czujność i wzorowa postawa moralna ocaliło tysiącedziateczek  przed zgubnym wpływemhomoseksualizmu. Pan radny wspierany przez wiceprezydenta miasta  postawił tamę zgubnym sugestiom homo. Boprzecież projekt „ Żywej Biblioteki” w ramiach którego miał się tamznaleźć  gej to „promocjahomoseksualizmu” i „pretekst do propagowania dewiacji”. A tak  „środowiska homoseksualne, które w innychmiastach zasłynęły agresywną kampanią promocyjną homoseksualizmu” zostałyz miejskiego budynku wyproszone. I naród się homoseksualizmem nie zaraził. Jarównież jak i organizatorzy „ Żywej Biblioteki” czy właściciele kawiarni, niemam wątpliwości, że kontrola strażników to nie przypadek.  Skąd takie przypuszczenie, że w lokalunieletni mogą kupować alkohol? – Na telefon alarmowy zadzwoniła osoba, którapoinformowała, że takie zdarzenie mogło mieć miejsce – mówi rzecznik strażymiejskiej, o czym donosi lokalny dodatek do gazety, też wybranej przeze mnie zewzględu na jej nazwę.  – W takiejsytuacji obowiązkiem straży jest zbadać zgłoszenie. Patrol, który pojechał namiejsce, żadnych nieprawidłowości nie stwierdził – dodał rzecznik strażników.Czyli wszystko było przypadkowe. Przypadkowo gość zadzwonił z przypadkowymdonosem z przypadkowego telefonu, z donosem na całkiem przypadkową imprezę.Przypadkowo przechodził patrol i całkiem przypadkowo przeprowadził kontrolę. Wkomedii Barei, w scenie którą przypomniałem na wstępie, występuje też panminister. Mam takie przepuszczenie graniczące z pewnością, że właścicielekawiarni która przygarnęła „Żywą bibliotekę” po jej eksmisji z miejskiej placówki , jeszcze nie raz usłyszą odmiejskiej administracji – Bardzo Cię polubiłem chłopie.

 

dziennik pesymistyczny

List polecony

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Osobiście nie przepadamza otrzymywaniem listów poleconych. Zawsze wzbudzają we mnie lęk. Dobrze, możezazwyczaj jest to strach nieuzasadniony, ale jednak coś w tym jest.  Z tej całej poleconej korespondencji któramnie denerwuje, szczególnie nie lubię dostawać listów, w których wymaga się odemnie pisemnego potwierdzenia ich odbioru. Tak jak dla moich dziadków czyrodziców otrzymanie niespodziewanego telegramu stanowiło powód do wielkich stresów,tak dla mnie polecony jest czymś co przyprawia mnie o palpitację serca.Otwieram skrzynkę na listy, a tam leży i łypie na mnie swym białawym oczkiem kartkazwana awizo. Na niej listonosz zapisał wezwanie do stawienia się mojej osoby na poczcie, w terminie określonym,abym tam potwierdził własnym podpisem że list otrzymałem.  – Wrzuciłeś Grzesiu list do skrzynki, jakprosiłam?  – List, proszę cioci? List?Wrzuciłem, ciociu miła!  – Nie kłamiesz,Grzesiu? Lepiej przyznaj się kochanie!  -Jak ciocię kocham, proszę cioci, że nie kłamię! – z dzieciństwa pamiętam wierszJuliana Tuwima o Grzesiu kłamczuchu i jego cioci. Teraz bez mojego podpisu tenco do mnie ten list wysyła za nic nie uwierzy, że go poczta dostarczyła a japrzeczytałem. Widać poczta państwowa dla niektórych jest jak Grześ kłamczuszek– jak nie ma na zwrotce mojego podpisu to jej nikt nie uwierzy, że list domojej skrzynki  został dostarczony. Bojęsię listów poleconych, bo one najczęściej przynoszą złe wieści. Jak wiadomosztukę epistolarną kultywują u nas głównie instytucje, banki oraz wszyscy, którzy z jakichś powodów coś odemnie chcą. Nikt kto chciałby przekazać mi najszczersze życzenia nie wyśle domnie listu poleconego. Do mnie piszą tylko banki oraz urzędnicy państwowi i niesą to najczęściej miłe dla mnie listy. Uległem kiedyś namowom pani na poczcie ipodpisałem umowę, że listonosz listy polecone będzie zostawiał dla mnie w mojejskrzynce pocztowej, ale oczywiście nie dotyczy to tej korespondencji,  w której wymaga się ode mnie potwierdzeniaodbioru. Przed weekendem zajrzałem do przegródki oznaczonej numerem mojegomieszkania, a tam już był ten złośliwiec czyli awizo. Było za późno abynatychmiast pobiec na pocztę i zobaczyć co tam nowego i złego jest w tymliście. Godzina -znacznie po osiemnastej -więc mój trud byłby daremny. W sobotęteż nie miałem co próbować, bo poczta zamknięta. Pozostało mi więc rozmyślanieprzez weekend o tym, co też ode mnie chcą instytucje które do mnie piszą listy.W poniedziałek o ósmej rano stawiłem się karnie na poczcie i już po piętnastuminutach oczekiwania w kolejce przed okienkiem dostałem list polecony.Oczywiście pani urzędniczka spisała moje dane z dowodu osobistego a ja to, żeto pismo dostałem, potwierdziłem w dwóch miejscach własnoręcznym podpisem. Drżącymirękoma rozerwałem kopertę i wydobyłem kartkę papieru.  Rozłożyłem i przeczytałem…  że urzędnicy magistratu zapraszają mnie dosiebie na spotkanie które odbyło się sześć dni temu. Faktycznie trzeba było todo mnie wysłać poleconym, za zwrotnym potwierdzeniem odbioru. Inaczej przecież zanic bym nie zdążył.

 

dziennik pesymistyczny

Nie wypożyczysz już geja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Z nami Polakami często takbywa , że dyskutujemy o książkach których nawet nie mieliśmy w rękach niemówiąc już o tym że ich nie czytaliśmy. To, że nie zapoznaliśmy się z treścią,  w najmniejszym nawet stopniu nie przeszkadza niektórymz nas  o nich debatować . Autor jeszczenawet nie zasiadł do pisania, albo napisał ze swego dzieła niewiele, a już ma tłumyzwolenników i przeciwników. Dla marketingu to nawet dobre zjawisko. Łatwiejtaką książkę potem  sprzedać.  Ale dla tych, co to by chcieli porozmawiać  o zawartych w dziele tezach  -tak mniej ogólnie – to już zła wiadomość. Unas można wyrobić sobie pogląd o książce nawet jej nie widząc na oczy, niewspominając o jej przeczytaniu.  Nawet jakdzieło pisarza ukaże się drukiem i jest dostępne na księgarskich półkach  to i tak jest wielu, co to nigdy po nie nie sięgną,ale oczywiście w niczym to im nie przeszkodzi wyrażać publicznie o książceswoje zdanie. Potępiać czy wychwalać obojętnie. – Nie znam, nie czytałem, ale i tak wiem, że to złe i nie dla młodzieży  – ile razy ja to już słyszałem. Niektórzy znas tak już mają.  Są niereformowalni. Niezobaczę filmu, bo wiem że nie będzie mi się podobał. Nie przeczytam książki, bo mi się i tak nie spodoba.

W moim mieścierealizowany jest obecnie projekt   „ŻywaBiblioteka” w ramach którego mają się odbywać spotkania m.in. z gejem, ateistą,pastorem ewangelickim czy Żydem. Każdy zainteresowany będzie mógł przyjść i„wypożyczyć” żywą książkę, czyli  spotkaćsię z człowiekiem który go interesuje. Przeczytać go. Porozmawiać z nim.Założenie jest jak najbardziej słuszne. Ale na straży miejskiej moralnościstanęli ci, którzy nie chcą czytać złych książek. Jak pisałem na wstępie, nieprzeczytali jeszcze, ale już wiedzą, że obcowanie z taką „literaturą” czy w tymprzypadku żywą książką to zło najgorsze. Nie czytali, ale pogląd na temat „książki”już mają. Pewien prawy i sprawiedliwy radny wypożyczenie geja w ramach „ŻywejBiblioteki” uznał za „promocję homoseksualizmu” i „pretekst dopropagowania dewiacji”. Sam nie wypożyczył i innym zabronił.  Znów pojawiło się to nasze: nie czytałem, alejuż treść krytykować mi wolno. Ta żywa biblioteka musiała się wynieść z budynkuResursy Obywatelskiej.  Bo to przecieżnie może tak być, żeby gej w miejskiej instytucji przebywał, a do tego coś tammówił, a inni go słuchali.  Zastępcaprezydent miasta nie ukrywał nawet, że wywarł presję na dyrektorce Resursy. -Przeprowadziłem rano rozmowę z panią dyrektor, aby nie było w „Żywej Bibliotece”geja i – jak widać – podjęła skuteczne działania – mówi zadowolonydziennikarzom.

Była rozmowa iposkutkowało. Jakie to wspaniałe. Uchronił naszą społeczność przed dewiacją. Czyteraz zadzwoni do wszystkich bibliotek i zażąda usunięcia z nich książektraktujących o homoseksualizmie? Obym mu tylko pomysłu nie podsunął. Bo o to,że byłby do tego zdolny, jestem całkowicie przekonany.  – Jako rodzic byłbym nieszczęśliwy, gdybymoje dziecko było uczone przez homoseksualistę. Na pewno wysłałbym do wychowawcyczy dyrektora pismo, że nie wyrażam na to zgody, albo posłał dziecko do innejklasy lub szkoły – mówił dziennikarzom ten sam  wiceprezydent, odpowiedzialny za oświatę wmoim mieście, niespełna dwa lata temu. Wypowiadał się publicznie zaraz po zakończeniuwykładu Paula Camerona amerykańskiego psychologa wzywającego do karaniahomoseksualistów. – A jeśli wykład dla nauczycieli chciałby w miejskiej saliwygłosić na przykład Robert Biedroń współzałożyciel i prezes Kampanii przeciwHomofobii? – pytali go wtedy dziennikarze. Wiceprezydent powiedział, że raczejnie wydałby na to zgody. I jak widać dotrzymał słowa. Nie dość, że mamy wmieście rządy prawe i sprawiedliwe, to jeszcze konsekwentnie trwające w homofobii.  

 

dziennik pesymistyczny

Czarno-biały świat testów

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Nie lubię testów sprawdzającychmoje kwalifikacje czy osobowość, bo jak sprawdzić na podstawie suchychodpowiedzi „ tak” lub „nie”, jakim jestem człowiekiem. Czasem nie można napytanie odpowiedzieć jednym słowem. Bo wszystko zależy od okoliczności, dojakich się to pytanie odnosi. Kiedyś wyczytałem w teście pytanie: Czy zdarzyłoci się w pracy przekroczyć swoje uprawnienia? No i jak tu odpowiedzieć? Jeśliopowiem „tak” to od razu staje mi przed oczyma urzędnik, którego ściga prokuraturaza przekroczenie uprawnień. Czyli chyba źle, jeśli potwierdzę, że przekroczyłemswoje uprawnienia. Ale jeśli przyjmiemy założenie, że dopuściłem sięprzekroczenia w dobrej wierze to, co w tedy? Jeśli zauważam, że mój kolega zpracy sobie z czymś nie radzi a ja mam chwilę wolnego czasu to mu pomogę,choćby nie leżało to w zakresie moich służbowych obowiązków. Inne pytaniebrzmiało mniej więcej tak: satysfakcję z życia mogą dać tylko duże pieniądze,które wydajesz na własne potrzeby. No, w zasadzie to jest w tym dużo racji.Pieniądze szczęścia nie dają, ale zdecydowanie ułatwiają życie. No, więc powinienempowiedzieć, że ważniejsze są dla mnie sprawy powiedzmy natury duchowej czyraczej potwierdzić, że uwielbiam pieniądze wydawać i to jest dla mnie satysfakcjonujące.No nie da się tak po prostu wybrać. Nie cierpię tej naszej kultury pieniądza,którą zaszczepiono nam dwadzieścia lat temu. Wolę zdecydowanie być, niż mieć.Ale znów staję przed pytaniem czy tak zupełnie da się dziś zapomnieć opieniądzach. Przecież, jeśli ważne jest dla mnie czytanie książek czy regularnewizyty w teatrze to i tak na to muszę posiadać pieniądze. Czyli jeśli odpowiemtwierdząco na pytanie, że „satysfakcję z życia mogą dać tylko duże pieniądze”to wyjdę na osobę, która świata nie widzi poza kasą. Jeśli nie dodam, że przedewszystkim zarabiam, aby wydawać na sprawy duchowe to zupełnie zmienia to sens.Czyli uważam, że na tak zadane pytanie nie można odpowiedzieć tylko „ tak” lub„ nie”. – Uważam, że nie mam kłopotów z nawiązywaniem kontaktów z ludźmi – tokolejne pytanie z testu. Znów nasuwają mi się ambiwalentne odpowiedzi. Sąprzecież ludzie, z którymi nawiązuję kontakt tak od razu.  Ale są tacy, z którymi nie udało mi się nawiązaćkontaktu z wielu powodów i czasami kompletnie nie ode mnie zależnych. Ogólniełatwo nawiązuję kontakt z ludźmi, ale przeważnie z tymi, z którymi chcę takiegowejścia w relacje międzyludzkie.  Czylipowinienem odpowiedzieć zdecydowanie twierdząco na tak zadane pytanie. Ale wypadałobyteż zrobić zastrzeżenie. Zapytano mnie w teście czy: ludzie, którzy kierują sięw swym życiu głównie uczuciami, mają mniejszą szansę na wybicie się. Czy jawiem? Jak powiem „tak” to wyjdę na bezdusznego i wypranego z uczuć, co to „ potrupach” do celu. A jeśli odpowiem, że „ nie” to może się okazać, że uczuciaprzeszkodzą mi w biznesie, bo będę się rozczulał nad losem pracowników wwiększym stopniu niż rzetelnie oceniał ich przydatność w firmie. I tak źle itak niedobrze. Pewnie wielu psychologów i doradców zawodowych się ze mną nie zgodzi,ale ja naprawdę uważam, że świat nie jest czarno-biały. I nie da się poznaćczłowieka na podstawnie jego odpowiedzi w testach.

 

dziennik pesymistyczny

A jakby przestać jeść?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Na pewnym forum internetowymwyczytałem, że człowiek w zależności od masy ciała może przeżyć bez jedzenianawet miesiąc. To zdecydowanie dobra wiadomość dla mnie – osoby, od kilkumiesięcy cierpiącej na chroniczny brak gotówki. Niby ja mam jakieś pieniądze.Ale zawsze w ilości niewystarczającej. Czyli tak naprawdę to ich nie mam.Ciągle zliczam te moje złotówki i jakbym nie liczył, to i tak wychodzi, że wzasadzie powinienem zaprzestać jedzenia. Tak, zdaję sobie sprawę, że to wersjaradykalna. Ale post w moim religijnym kraju jest czymś normalnym, więc pewnienikt się nie zdziwi, że właśnie forma oszczędności mnie zainteresowała. Jestemna tyle duży, w sensie masy ciała, że spokojnie mogę się go trochę pozbyć. Mamtaki pomysł, aby nie jeść. Ale uzbrojony w wiedzę z Internetu postanowiłem, żenie zrezygnuję z picia.  Pić mogę i muszę,bo jeśli chcę gdzieś mieszkać, to warto zapłacić czynsz i przy okazji zapłacić zawodę. Dlatego będę mieć wodę w kranie. Bo jak dowiedziałem się z internetowejdyskusji specjalistów od głodzenia, to bez wody nie dam rady przeżyć nawettrzech czy czterech dni. Warto też opłacić prąd. Bo tak po ciemku i nagłodniaka to chyba nie da się tego miesiąca przeżyć. Co prawda wyczytałem, żejak nie będę jadł to będę dużo spał. Ale przecież ja ten post planuję zoszczędności, aby mieć na inne wydatki, dlatego prąd mieć warto. Taki miesięczny okres odstawienia przydałby się dlaopanowania kryzysu w moich domowych finansach. Na jedzenie wydaję najwięcej,więc jak okiełznam potrzebę jedzenia to mogę tyle zaoszczędzić, że spokojnie zabezpieczęwszelkie opłaty i podatki. – Przytyłeś – stwierdził bardziej niż zapytał pewienmój znajomy. Czy ja wiem? Jestem taki jak zawsze. Od lat utrzymuję mniej więcejtaką samą wagę. Ale ja jestem nieobiektywny. Może faktycznie za dużo wydaję najedzenie. A teraz będę mógł żyć na wyższej stopie życiowej z opłaconą na czastelewizją i z nieprzerwanym dostępem do Internetu. Co prawda bez jedzenia, alejak mówiłem z czegoś muszę zrezygnować. Myślę, że w końcu do mnie dotarło to,co nasi politycy powtarzają mi od lat. Zrozumiałem, że jak oni mówią ozaciskaniu pasa z powodu kolejnego kryzysu, to nie chodzi im o zaciskanie wprzenośni a pewnie o to, że w wyniku głodzenia się będę mógł zaciskać bardziejpasek u spodni. Mam nadzieję, że o to chodzi, bo miałem jeszcze jednoskojarzenie z paskiem, tym razem na szyi, ale pewnie nikt z naszych rządzącychnie chciałby abym odszedł za wcześnie, bo przecież jakieś tam podatki płacę,więc moje państwo straciłoby źródło finansowania.  Dobra skromne, ale zawsze. Jakby tak wszyscypatriotycznie nastawieni obywatele wstrzymali się na pewien czas od spożywaniapokarmów jak wielkie korzyści by z tego wynikły. Zdrowy, bo chudy naród. Faktycznietrochę senny i wycieńczony. Ale przez to niezdolny do żadnych ekscesów. Kto nagłodniaka chciałby protestować? Taki miesięczny post, co kilka miesięcy to jestprawdziwe ocalenie dla moich finansów. Nikogo nie namawiam. Ale coś w tym jest.

 

dziennik pesymistyczny

Piękne są nasze barwy ojczyste

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Na fladze czyjegopaństwa widnieje czerwień i biel? No, to jest zdecydowanie łatwe pytanie chyba dlakażdego kto czuje się Polakiem. Każdy przecież wie, kto choć raz w życiu widziałnaszą flagę jakie są nasze barwy ojczyste. Ja pamiętam z lat dziecięcychwierszyk zaczynający się od słów:  „Powiewaflaga gdy wiatr się zerwie, a na tej fladze biel jest i czerwień”. Alepołączenie bieli i czerwieni widnieje też na fladze innego państwa. I dlatego chybaważna jest kolejności umieszczenia kolorów. Na górze biel na dole czerwień –tak być powinno – jeśli wywiesić chcemy polską flagę. Nie odwrotnie – bo wtedyto barwy obcego państwa. Wczoraj zatrzymałem samochód na skrzyżowaniu przedsygnalizacją świetlną. Czekają na zmianę świateł dostrzegłem na przeciwnympasie ruchu samochód udekorowany chorągiewkami przybranymi czarnymiwstążkami.  Niby nic nadzwyczajnego. Wten weekend spotkałem już kilka samochodów, których kierowcy chcieli w tensposób zamanifestować swoje uczycie względem tragedii sprzed roku.  Ale ten pojazd był inny. To znaczy flagi nanim były inne. – Nie wiesz co złego spotkało Księstwie Monako? Doszło tamostatnio do jakiejś narodowej tragedii? – zapytałem moją współtowarzyszkę podróży.–  A tak dokładniej to o co ci chodzi? –odpowiedziała pytaniem na pytanie. Wskazałem jej samochód  stojący na przeciwnym pasie ruchu. Na dachumiał dwie chorągiewki przybrane czarnymi wstęgami. Na flagach była czerwień nagórze i biel na  dole.  – Ciekawe co tam się stało  w tym dalekim kraju, że mieszkańcy mojegoprowincjonalnego miasta postanowili okazać solidarność z tym narodem poprzezudekorowanie samochodu barwami narodowymi Księstwa Monako, dodatkowo przybranymiczarnym kirem – zastanawiałem się głośno. Tymczasem światła na skrzyżowaniu  się zmieniły i auto udekorowane chorągiewkamiodjechało. Biel i czerwień. Czerwień i biel. Niby to samo a jednak jestzasadnicza różnica. Może to tylko pomyłka kierowcy. Ale może jego niewiedza? Niewiem. Ta głośna mniejszość , co tak dużo mówi o patriotyzmie, lub o jego braku,czasem po prostu zapomina co oznaczają kolory na naszej fladze oraz o tym, żekolejność ich umieszczenia ma spore znaczenie. Wiem, że przykład idzie z góry. Przykładypoprawnych postaw patriotycznych powinien iść ze szczytów władzy. Boniewątpliwie lud naśladuje tych co byli lub są u władzy.  Rodzi się całkiem uzasadnione pytanie, czy wprzypadku który opisałem  właśnie takbyło? Pamiętam, że prezydent profesor Lech Kaczyński też pojawił się kiedyś publiczniez flagą Monako. I to dwukrotnie. Ja wiem, że on pewnie sam tych flag niewieszał. Ale pewnie ktoś z jego ekipy to nadzorował. A i on też mógł poprawność  barw sprawdzić. W dwa tysiące szóstym rokuflaga Monako (czerwień u góry, biel u dołu) zamiast polskiej powiewała na limuzynieówczesnego prezydenta najjaśniejszej Rzeczpospolitej . Dwa lata później wisiałaza jego plecami, gdy wygłaszał orędzie do narodu w publicznej telewizji.  Czyli przykład przyszedł jednak z góry.Dlatego pewnie nie powinienem się dziwić, że niektórzy kontynuują tę właśnietradycję. Wszystko widać jest zgodne z nową tradycją.  Jeśli  dla tych swoistych patriotów kolejność kolorówna fladze nie ma większego znaczenia, to może będzie mieć znaczenie ichsymbolika. „Czerwień to miłość, biel serce czyste – piękne są nasze barwyojczyste” – że pozwolę sobie na kolejny cytat z wiersza, który poznałem wdzieciństwie. A  kolejność ichumieszczenia na fladze ma zdecydowanie ogromne znaczenie.

 

dziennik pesymistyczny

Nie wykluczam, nie potwierdzam

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Mam wielki kłopot zmedialnymi wypowiedziami prezesa prawych i sprawiedliwych. Przeważnie jest tak,że wódz wypowiada się do narodu, a ja choć nie chcę to jednak muszę czasamitego słuchać i z tego powodu cierpieć. Bo zdarza się coraz częściej, żeodczuwam fizyczny ból gdy słucham wywodów prezesa. Wielokrotnie sobieprzyrzekałem, że już koniec, że wzorem działaczy prawych i sprawiedliwychogłoszę bojkot i nie będę komentował słów prezesa. Ale co ja mam zrobić, jakczasami odnoszę wrażenie, że on to robi specjalnie. – Przeciwko komu to byłonapisane lub powiedziane – pyta mnie często mój kolega. No, właśnie! Corazczęściej ulegam wrażeniu ,że prezes tak specjalnie do mnie mówi. Żeby mniewnerwić.  A że każda akcja wywołujereakcję, to nic dziwnego że ja czasem  idącza radą klasyka polskiej myśli politycznej, nie chcem ale muszem. Dlatego niechcę komentować słów, ale czasem po prostu muszę.  Wódz prawych i sprawiedliwych  odwiedził studio pewnej telewizji czym  mnie wielce zaskoczył. Nie spodziewałem sięgo tam zobaczyć.  – Mamy przykładynierzetelności w pokazywaniu nas przez TVN. Nie chodzi nam o krytykę, tylkoskrajną nierzetelność i nieprawdę. Jak tak będzie dalej, to my poradzimy sobiebez tej stacji. Pytanie, czy telewizja informacyjna poradzi sobie bez politykównajwiększej partii opozycyjnej, którą popiera co trzeci Polak –  takie słowa prezesa wyczytałem, nie tak dawnow Internecie, na pewnym portalu politycznym. Czyli jak widać mogłem sięspodziewać, że w tej stacji telewizyjnej prezesa nie zobaczę. A tu proszę, był,wystąpił i powiedział znów kilka słów, które aż się proszą o mójkomentarz.  – Nie twierdzę, że byłzamach, tylko że jest grubo za mało materiału, żeby powiedzieć coś ostatecznie.Nie mogę tego wykluczyć, nie mogę potwierdzić – stwierdził prezes „ największejpartii opozycyjnej, którą popiera co trzeci Polak” w telewizji . Czyli jeślimnie coś chorego natchnie i zacznę nagle twierdzić, że za wiadomą katastrofęlotniczą pod Smoleńskiem odpowiadają Marsjanie, to spokojnie mogę argumentowaćto jak prezes: – Nie twierdzę, że był atak z kosmosu, tylko że jest grubo zamało materiału, żeby powiedzieć coś ostatecznie. Nie mogę tego wykluczyć, niemogę potwierdzić. Pod wypowiedź prezesa,  że niczego nie da się ostateczniewykluczyć,  można podstawiać wszystko.Nawet najbardziej absurdalną teorię spiskową. Na przykład:  nie twierdzę, że był ostrzał rosyjskiejartylerii przeciwlotniczej, tylko że jest grubo za mało materiału, żebypowiedzieć coś ostatecznie. Ja nikogo nie chcę obrażać ani szargać niczyjejpamięci.  Ja tylko chcę zareagować nasłowa, które dla mnie, są tak po prostu pozbawione sensu. Gdy słyszę, że  nie można niczego wykluczyć, nie możnapotwierdzić, to boję się, że dyskusja o tej tragedii nigdy się nie skończy. Żemoże trwać w nieskończoność. Bo przecież chyba nigdy nie będzie dość materiałówżeby o którejkolwiek, nawet o tej najbardziej nieprawdopodobnej teorii, powiedzieć coś ostatecznie. Niewykluczyć jej, i  nie potwierdzić.

 

dziennik pesymistyczny

Płaca bez pracy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ciekawe jak długo bympracował gdybym regularnie spóźniał się do pracy? Zastanawiam jak długopracodawca tolerowałby to , że wpadam do firmy by tylko podpisać listęobecności. Pewnie nikt nie byłby dla mnie wyrozumiały w takiej sytuacji. Ipewnie niewiele by pomogły moje tłumaczenia, że nawet jak jestem poza biurem toi tak ciężko pracuję, tyle, że koncepcyjnie. Gdybym miał być, na ważnym spotkaniu,dajmy na to na czternastą, to zdecydowanie być bym musiał. Dlatego też bardzozazdroszczę tym, którzy mają tak dobrą pracę, w której pracować już nietrzeba.  Przyznam, że zawsze fantazjowałemo takiej formie zatrudnienia.  Wpadałbymna siedem minut do biura, podpisywał listę, na podstawie której mi potem zapłacąi już miałbym wolne. A nawet, jeśli nie wolne, to mógłbym ten czaszaoszczędzony, a już sowicie opłacony, wykorzystać inaczej.  Idealna dla mnie byłaby taka praca bez pracy,ale za to z płacą. Tak, ale to tylko marzenia. W realnym świecie takiej nie ma.A żeby taką pracę mieć trzeba zostać politykiem, bo tam standardy zatrudnieniasą zdecydowanie inne.  Jak ja bymzaoferował pracodawcy, że wpadałbym na kilka minut do biura głównie w celupodpisania listy, to pewnie nie popracowałbym dla niego zbyt długo. Aleprzecież ja jestem zwykłym szarakiem, a nie europosłem, bo on jak najbardziejmoże wpaść na chwilę, podpisać się na liście (nie)obecności i po kilku minutachwyjść. Czyli w zasadzie jego praca ograniczyła się do podpisania listy…nieobecności. Taki poseł to ma boskie życie. Tak, zadecydowanie zazdroszczę. Toidealna reklama polityki i europejskich standardów pracy przynajmniej w unijnejbiurokracji. Jak tu nie kandydować, jeśli można dorwać pracę, w której płacąponad trzysta euro za kilka minut pobytu w biurze. Taki europoseł to jest gość.Nie dość, że i tak dobrze zarabia to jeszcze może dorobić do pensji.  Zawsze może wpaść na chwilę na obrady komisjiw polskim sejmie. Posłowie z Parlamentu Europejskiego pojawiają się tam, jakozaproszeni goście na posiedzenia odpowiedniego zespołu, na przykład takiego dospraw Unii Europejskiej. Za udział w obradach Unia wypłaca europosłom trzystacztery euro dziennie. Przypomniało mi się wyśmiewane przez obecnych politykówpowiedzonko z czasów PRL-u, że nieważne czy się stoi czy się leży, bo dwatysiące się należy. Teraz wystarczy być posłem, jeden podpis na liścieobecności… i nieważne, co się robi potem, bo trzysta cztery euro się należy.Dziennikarze z TVN24 przyłapali polityków, którzy pojawiają się tylko nachwilę, byle podpisać listę, a potem, czym prędzej się ulatniają.  Może to jest jakiś trend odgórny? Może napoczątku tak pracować będą europosłowie, potem posłowie w kraju… a na końcu wkońcu my wszyscy, lud szary wsi, miast i miasteczek. Może to jest właśnie tenszczyt kapitalizmu i dobrobytu, o którym mi opowiadają politycy od dwudziestulat? Jest już taki dobrobyt, że pracować nie trzeba. Wystarczy tylko przyjść,podpisać listę i wolne…, Ale pewnie tak nie będzie. Taka płaca bez pracy, toprzywilej tych na górze społecznego świecznika. Bo jak wiadomo od dawna: wszystkiezwierzęta są równe, ale niektóre są równiejsze.


dziennik pesymistyczny

Tłumaczenie z polskiego na nasze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Człowiek uczy się przezcałe życie. To prawda. A gdybym nawet o tym zapomniał, to uczynny politykzawsze mi o tym przypomni. Choć już od dawna nie zasiadałem w szkolnej ławie tojednak znów poczułem się jak uczniak w jakiejś tradycjonalnej szkole, któregostrofuje wszechwiedzący nauczyciel. Oczami wyobraźni widziałem tablicę zwypisanym na niej pytaniem będącym jednocześnie tematem lekcji: -Co poeta miałma myśli? Tamto to tylko koszmarne wspomnienie pewnego nauczyciela, któryzawsze chciał mieć rację. A każde odstępstwo od jego norm myślenia traktował,jako osobistą zniewagę.  Tak długo,belfer ten, wmawiał mi, że jest tylko jedna prawda, oczywiście ta jego, żeczasami dla świętego spokoju i dobrej oceny, przyznawałem mu rację. I terazczuję się podobnie. Co kilka dni prezes tych polityków, co to uważają się zanajbardziej prawych i sprawiedliwych coś powie lub napisze a potem jest z tymtaki kłopot, że trzeba to wyjaśniać tym, którzy go opacznie zrozumieli. Odnoszęwrażenie, że istnieje specjalna armia działaczy, która światłą myśl wodza przekładana prawdę obowiązującą. W swoisty sposób tłumaczy z polskiego na nasze.Interpretuje prawdę objawioną w ten sposób, aby lud ciemny nie zrozumiał jejopacznie. Bo to niedopuszczalne przecież, że ktoś może słowa prezesaniewłaściwie zrozumieć. I co ciekawe wina zawsze leży nie po stronie tego cosłowa wypowiedział czy napisał, lecz po stronie tych, którzy właściwie niepojęli prawdy w nich zawartej.  Narodowitrzeba tłumaczyć , aby nikt nie mógł opacznie zrozumieć tego, że przecież gdy nauczycielecoś mówią, to jest to oczywiste i jasne. Ma to swoisty urok takie tłumaczenieczegoś , co się samemu uznaje za proste i zrozumiałe. A jak to nie wystarczy, tozawsze można dopisać do oryginału kilka zdań. Powyższe przyda się przecież,ponieważ „wielu dziennikarzy i polityków interpretowało zawarte w tekście jasnetezy w fałszywy sposób”. A to przecież niedopuszczalne. Znów jak przed latysłyszę nauczycieli, tylko teraz w ich roli  występują prawi i sprawiedliwi politycy,którzy tłumaczą mi, co poeta, czyli prezes miał na myśli. Pan prezes napisałksiążeczkę, a partia mu ją wydała. Każdy mógł ją przeczytać.  Jednak jak widać nie każdy czyta ze zrozumieniem,co często podkreślają politycy prawi i sprawiedliwi. Bo jeśli ktoś poczuł sięoburzony słowami prezesa, na przykład tymi o narodowości śląskiej, to właśniesłów prezesa nie pojął odpowiednio. Ale to nic nie szkodzi, bo działaczepolityczni mu to odpowiednio zinterpretują. Aby od tej chwili białe byłowłaściwie białe, czarne odpowiednio czarne. Zawarte w książce prawdy niewszyscy, jak to widać, zrozumieli właściwie. Zaistniała konieczność wytłumaczenianarodowi, co też prezes miał na myśli. I znów jak w szkole ,mam wrażenie, że jainterpretuję zadany tekst po swojemu, a mój nauczyciel chce mi wmówić, że sięmylę i tłumaczy mi, że tylko on ma monopol naprawdę. Bo jak odczytam słowa prezesapo swojemu to zawsze można mnie nazwać wtórnym analfabetą.

 

dziennik pesymistyczny

Od rocznicy do rocznicy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Mam wrażenie, że w Polsce odmierzamy upływający czas kolejnymi rocznicami. A już w tym miesiącu mamy ich prawdziwą kumulację. Można by powiedzieć, że kwiecień jest miesiącem rozpamiętywania wielkich narodowych tragedii i zagadki śmierci tak ogólnie. Czy tak już będzie, co roku? Chyba nie, bo wielki pęd do rozpamiętywania narodowych tragedii jest w części naszego społeczeństwa tak silny, że ujawnia się, co miesiąc, a nie raz w roku. Ja rozumiem, że o zmarłych należy pamiętać, a już o tych, którzy odeszli z naszego świata w sposób tragiczny i nagły, warto pamiętać w szczególności. Ale czym innym dla mnie jest zachowanie kogoś w pamięci, a czymś zupełnie innym jest nachalne nakłanianie mnie do obchodzenia kolejnych rocznic i miesięcznic. Każdy z nas jest inny i nie można zakładać, że wszyscy jak monolit na jeden dzień w roku pochylimy się nad nawet tą największą tragedią. Nikomu nie odmawiam prawa do przeżywania rocznic, ale też nie chcę, aby ktoś mi wmawiał, że powinienem robić to, czego nie chcę lub nie umiem. A jeśli nawet nie nakazywał to nie życzę sobie nawet aluzji do tego, że jak nie pojawiam się z pochodnią przed pałacem w odpowiednim dniu miesiąca to nie jestem prawdziwym Polakiem. Że nikt o mnie czegoś takiego nie powie, gdy nie będę chciał obchodzić kolejnej rocznicy tragedii? Ależ powie. Już powiedział, a raczej napisał: – Wartości – oto, czego brakuje, a ludzie są ich spragnieni, o czym świadczy ich stała obecność na Krakowskim Przedmieściu. Gromadzą się tam ludzie z krwi i kości, a nie postaci dziurawe w środku, jak z rzeźb Archipenki – niby ludzie, a w środku wydrążeni, pozostaje pustka. Tacy ludzie, bez serc, bez ducha, bez pamięci, bez gniewu, złożeni tylko z żołądka i z mięśni… – przeczytałem w felietonie prezesa partii prawych i sprawiedliwych zamieszczonym w tygodniku Polityka. I tak stałem się człowiekiem pozbawianym „krwi i kości”, wydmuszką prawie, dziurawym w środku, „bez serc, bez ducha, bez pamięci, bez gniewu”, złożonym „ tylko z żołądka i z mięśni”. A winą moją stało się niestawienie się w kolejne miesięcznice na Krakowskim Przedmieściu. Winny jestem, bo czuję i myślę inaczej niż prezes. Nikt nie ma prawa negować mojego patriotyzmu lub nazywać postaci dziurawym w środku, gdy nie chcę uczestniczyć w uroczystościach, które nie są moim zdaniem dniami pamięci, ale dniami manifestacji politycznych. Nie jesteśmy jednością, choć jesteśmy jednym Narodem. Wolę o sobie myśleć w kategoriach jednostki, a nie masy ludzkiej. A mam wrażenie, że wielu polityków, i nie tylko tych prawych i sprawiedliwych, zwraca się do mnie jakby mówiło do tłumu. Jestem dla nich kartą do głosowania, nie człowiekiem. I gdy pozwolę sobie na herezje własnych poglądów jestem przez nich napiętnowany, na przykład, brakiem odpowiednio poprawnej patriotycznej postawy. Mam być za lub przeciw, ale jakoś tak nikt z polityków nie chce przyjąć do wiadomości, że mogę nie chcieć nikogo popierać i nie chcę być przeciw nikomu. Chcę tylko być i stać z boku.  Mieć własne zdanie. I tak jest z rocznicami. Nie chcę żeby ktoś mnie przymuszał, nawet, jeśli nie jest to zbyt nachalne, to nie chcę też czuć się winny, że rocznic nie obchodzę. Kiedy w końcu różnej maści naprawiacze naszej rzeczywistości pojmą prostą prawdę, że nikomu nic nie można nakazać? Że choć łączy nas bardzo wiele, to jednak też bardzo wiele różni. W wielu Polakach jest wielka potrzeba uroczystego rozpamiętywania rocznic tragicznych dla naszego narodu. Stosunkowo rzadko urządzamy uroczystości z okazji sukcesów czy zwycięstwa, a za to wprost uwielbiamy się umartwiać w kolejne rocznice i miesięcznice tragedii. Wolałbym świętować zwycięstwa nie tragedie, a mam wrażenie, że wciąż ktoś mi wmawia, że tylko tragedia jest godna mej pamięci. I tylko to można prawdziwie i patriotycznie rozpamiętywać, co miesiąc, czy co rok.