dziennik pesymistyczny

Ostateczna instancja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– I to się nadaje doprasy! A nie tylko kelnerzy i kelnerzy – zwykł mawiać pewien bohater serialuCzterdziestolatek.  Człowiek ten byłstałym korespondentem działów interwencji ówczesnej gazet. Czyli dostarczał informacji, które wymagały tego, żebyzainteresowała się nimi czwarta władza czyli media. Tak było dawniej. Terazjest zdecydowanie lepiej, bo i mediów nam się porobiło znacznie więcej izdecydowanie więcej tematów nadaje się do prasy i nie tylko, bo i do radia i dointernetu – do mediów –jak mawia mój kolega . A i telewizja stała się taką ostateczną instancją do której naródodwołuje się gdy już wszystko zawiedzie. Jeśli już  znikąd nie ma nadziei na pomoc czy ratunek i wszystkozawiodło, to zawsze zostaje telewizja. Wydawało mi się (tak, to jak najbardziejtrafne określenie), że państwo ze swym biurokratycznym aparatem istnieje tylkopo to, aby obywatelom żyło się lepiej i coraz dostatniej. Ale jak zawsze, gdypo jednej stronie występuje szarak – człowiek zwyczajny – a po drugiej wielkiei dumne państwo urzędnicze, to w wojnie na przepisy i prawo wygrywa zazwyczaj państwo.Tak to już jest, że jak my dla niego płacimy podatki to dobrze,  ale jak ono dla nas to… no jakoś tak mu nieidzie z pomocą gdy jesteśmy w trudnej sytuacji. A jeśli już nas wspiera to dajeci państwowy aparat, coś, co raczej można nazwać jałmużną a nie pomocą . Ale zato zgodną z przepisami. Pewna pani rozwiesiła na ulicach Słupska ogłoszenie znumerem telefonu.  – „Oddamdziewięciomiesięcznego Oliwiera w dobre ręce – napisała w tym specyficznym anonsie kobieta. Pani ta tłumaczy dziennikarzowi,że nie chce stracić kontaktu z dzieckiem, ale nie jest w stanie zapewnićdziecku choćby wyżywienia. Jak dodaje, już nie dostaje alimentów na dziecko.Dostaje jedynie dodatek rodzinny na dziecko w wysokości sześćdziesięciu ośmiu złotych.No właśnie, o to mi chodzi. Dowiedzieliśmy się o złym losie  tej pani gdy zainteresowały się nią media. Nikto niej nie pamiętał i nikt się nią nie interesował wcześniej w dostatecznymstopniu. Czyli właśnie ta ostateczna instytucja odwoławcza. Państwo swojerobiło. Ale wszystko się zmieniło gdy panią i jej dziecko pokazała telewizja. Ażstrach myśleć co by się stało, gdyby sprawą nie zainteresowali siędziennikarze. Chciałbym abyśmy się dobrze zrozumieli. To dobrze, że tak się stało,że media zainteresowały się sprawą. Ale wnerwia mnie to, że w Polsce przeważnienic się nie zmieni w urzędniczej wrażliwości na los zwykłego obywatela do czasu,gdy przyjdzie redaktor z kamerą. Taka wizyta daje zazwyczaj urzędnikom niesamowitegokopa na rozpęd i zmusza ich do szybkiego i skutecznego działania. Media to takiwspółczesny dopalacz dla urzędników. Bez niego są dziwnie bierni w swoichdziałaniach, ale jak już zobaczą się w telewizji czy przeczytają w prasie oswojej pracy, czy raczej jej braku, to od razu przystępują do działania. To czegoz powodu zawiłości przepisów przez miesiące czy lata nie dało się załatwić,nagle staje się sprawą załatwioną od ręki. Taka jest siła telewizji czy prasy.Może więc czas na hasło: cała władza w ręce mediów.

 

dziennik pesymistyczny

Ambicja to twoja szalona religia…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Od najmłodszych lat uczą nas rywalizacji. Kto pierwszy, ten lepszy. Musisz stawać do zawodów.  Za wszelką cenę musisz wygrać.  Najlepiej powiedzieć wierszyk w przedszkolu. Najładniej zaśpiewać. Zawsze i wszędzie jesteś poddać się ocenie. Nie uczyć się, w sensie przyswajasz wiedzę,  nauczysz się jak wygrać. W szkole musisz mieć najlepsze oceny. Musisz mówić i pisać w trzech językach.  Grać na fortepianie. Pływać, tańczyć, podskakiwać. I to wszystko na najlepszą  ocenę. Bo umiejętności które nabywasz i wiedza którą przyswajasz nie są tak ważne jak ocena za nie. Podlegasz weryfikacji. Musisz być najlepszy. Doskonały. Ten kto nie nadąża jest gorszy. Nieprzystosowany. Ty masz dobre oceny, nieważne jakim kosztem, ważne że je masz. Jesteś najlepszy. Doskonały.

Staraj się! Niech Cię  inni doceniają. Bądź ambitny!  Zasłuż na najwyższą ocenę. To najważniejsze. Na studiach musisz zaliczać. To magiczne słowo. Nie uczyć się. Nie kształtować umysł, czy kształcić się, ale zaliczać. Zdawaj egzaminy. Zdobywaj wpisy do indeksu. Być najlepszym. Zaliczyć z dobrą lokatą. Zdać egzamin, mieć najwięcej punktów. Musisz być kimś. Najlepszym. Doskonałym.

– Zdałam egzamin! –oznajmiła moja koleżanka radośnie. – Pewnie się dużo nauczyłaś, masz teraz obszerną wiedzę z tej dziedziny  –pochwaliłem, bo obszar wiedzy z której poddała się sprawdzianowi na studiach i mnie bardzo interesował. Myślałem, że teraz, jak zweryfikowano pozytywnie jej mądrości będę mógł z nią podyskutować na wyższym poziomie. – Nauczyłam się tego co było na egzaminie i zaliczyłam – zapiszczała zachwycona. – Dostałam jedną z najlepszych ocen – kontynuowała rozentuzjazmowana.

No tak, przecież nie wiedza się tu liczyła, ale dobra ocena. Zaliczenie. Nauczyła się tylko tego co musiała i pewnie teraz i tak nic i tego nie pamięta. Bo i po co? Najważniejsze, że zwycięstwo postawiło ja w odpowiednim miejscu w rankingu studentów. A wiedza? No cóż. To zbyteczne obciążenie. Ona studiuje – jak to często podkreśla w rozmowach –  aby mieć papier, dyplom ukończenia uczelni. Bo jak go będzie miała to dostanie lepszą pracę. W sensie dostanie się na szczyt.

Tam nie liczy się wiedza ale osiągnięcia. – Twoja ambicja zabija ciebie, ambicja to twój wróg – śpiewał przed ponad dwudziestu laty zespół Kryzys. Co najdziwniejsze ten tekst sprzed lat, idealnie pasuje do dzisiejszych czasów kultu sukcesu za wszelką cenę popartego pieniądzem. – Ja nie gram, ja nie przegram, bo nie mam żadnej ambicji,  ambicja to twoja szalona religia… – znów powracają do mnie te słowa. A może właśnie tak? Nie grać. Nie uczestniczyć w wyścigu szczurów. Stanąć z boku. Nie grać, bo wtedy się nie przegra. Nie mieć żadnej ambicji, bo czasami to faktycznie szalona religia.

dziennik pesymistyczny

Zestresowany lider

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Coś taki wnerwiony –zapytałem znajomego. – Do roboty idę – usłyszałem w odpowiedzi. Chciałem dociecdlaczegóż to ten mój znajomy taki zdenerwowany z rana. Przecież raczej powiniensię cieszyć że ma pracę- a on zestresowany. Tak przed ósmą jeszcze  było, a ten biedak z miną taką przykrą,  krok za krokiem do biura podążał, jakby go naroboty przymusowe mieli wywieść. Nie dowiedziałem się dlaczego on z takącierpiętniczą miną do tej roboty zmierzał. – Szkoda gadać, robotę mam stresującą – powiedział tylko. Po czymmachnął ręką i powlókł się do swojego biura. Zawsze mi się wydawało, że praca którą wykonuje mój znajomy nie jest ażtak stresująca. A tu proszę taka niespodzianka. Człowiek wyglądał jakby go zkrzyża zdjęli – że użyję ulubionego porównania mojej babci. Cały dzień stał miprzed oczami obraz tego mojego znajomego. Rozmawiałem z innymi naszymiwspólnymi znajomymi co też tak go mogło zdołować z rana. I okazało się, że nickonkretnego, po prostu praca jest tak stresująca. Ja staram się z tym walczyć ,ale nie raz okazywało się, że od stresu nie mogę uciec. Dopadał mnie i siedziałmi na karku.  A wszystko przez pracę lubjej brak.  Wpadł mi w ręce artykuł zgazety, z którego wynikało, że Polacy są najbardziej zestresowanymipracownikami na świecie. A więc wszystko jasne. Poziom stresu w pracy pokazujetzw. Narodowy Wskaźnik Stresu (NSI – National Stress Indicator). Im wyższywskaźnik NSI, tym miejsce pracy i środowisko, w którym żyjemy, odbieramy jakomniej stabilne, spokojne i bezpieczne. No i wszystko jasne.  Mój znajomy ma wysoki współczynnik NSI usiebie w robocie – jak się sam wyraził o swojej pracy.  W dzienniku napisano, że wskaźnik stresu wPolsce wynosi 2,22. Za nami jest Korea Płd. ze wskaźnikiem 1,98. Trzeciemiejsce zajmuje Dania (1,81), a dalej: Finlandia (1,74), Chiny (1,68),Tajlandia (1,53), Niemcy (1,53), Kanada (1,53), USA (1,51), Wielka Brytania(1,47), Hiszpania (1,41). Na luzie pracują Brazylijczycy (1,19). Nie ma co siędziwić, że mój znajomy tak wyglądał. Jego samopoczucie potwierdzono badaniami.Stres był więc przyczyną jego samopoczucia oraz wyglądu. – No i jesteśmyświatową potęgą – stwierdził kolega. – Tak, i to w dwadzieścia lat – dodałem ibardzo mnie to zestresowało.

 

dziennik pesymistyczny

Pozamykać stadiony

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Podsumowano straty po niedzielnym spektaklu teatralnym. Pseudowidzowie uszkodzili osiemnaście miejskich autobusów i trzy tramwaje. Wyrywali młotki awaryjne, cięli siedzenia, zrywali plomby, wyrywali głośniki. W jednym autobusie został przecięty przegub, w jeszcze innym zbito szybę. W niektórych pojazdach pojawiło się graffiti. Ogólnie straty wyceniono na dwanaście tysięcy złotych. Taka notka prasowa to oczywiście fikcja. Wymyśliłem to, aby pokazać absurd sytuacji. Agresywni miłośnicy opery? – To niemożliwe – każdy to przyzna.  Ale co by się stało jakby to naprawdę się wydarzyło? Co by się stało gdyby co tydzień dochodziło w teatrze, w operze, czy w kinie do burd i zadym? Co by się stało jakby regularnie gazety pisały o tym, że widzowie teatralni podczas spektaklu rzucali racami i petardami, i wyzywani się od Żydów?  Nikt w zasadzie nie wyobraża sobie, aby podczas seansu w kinie dochodziło do regularnych bijatyk czy odpalania robiących ogromny huk petard. Tak by nie mogło się stać, bo to przecież nie jest możliwe. Nikt by na to nie pozwolił.  Przecież już następnego dnia teatr czy kino byłoby zamknięte do odwołania w ramach represji za awantury. Sprawę by załatwiono szybko i sprawnie.  No tak, ale to nie sport. Tam nie ma takich pieniędzy. Na stadionach też jest teatr i też są burdy, ale tam gra toczy się o wielkie pieniądze, więc nikt nie będzie stadionów zamykał na stałe. Bo to się nie opłaca. Stadiony to święte krowy. Nie wolno…. Bo euro 2012. Bo to gra narodowa. Bo kiedyś to byliśmy prawie mistrzami Europy, o czym pamiętają już tylko najstarsi kibice. Jak już, to zamknąć prewencyjnie na jeden mecz. Żeby strat nie było za dużych i żeby tym, co już mają dość walki wręcz na trybunach pokazać, że coś zostało zrobione. Zademonstrować, że władza nad problemem panuje.  Pokazówka jest… i znów można grać w stadionowe walki z mundurowymi od nowa. Potem znów policja wypowie wojnę chuliganom i za kilka dni prawie wszystkie jej działania w tym temacie się zakończą. – Zamykanie stadionów to skandal! To nic nie zmieni. To odpowiedzialność zbiorowa! – gorączkował się mój znajomy – kibic sportowy – z gorliwością godną lepszej sprawy. Tak głośno i namiętnie zareagował na zamknięcie przez wojewodów dwóch stadionów w Polsce: Legii w Warszawie i Lecha w Poznaniu. Jeden, słownie jeden, najbliższy mecz piłki możnej ma się tam odbyć bez udziału publiczności. Tylko jeden. A on prawie palpitacji serca dostał z emocji. Zamknięty stadion to taka kara za burdy kiboli w Bydgoszczy. To całkiem nowa taktyka rządu w wojnie z pseudokibicami. Pewnie równie skuteczna, co zawsze. Bo ci, co na stadionach głównie zajmują się walką wręcz i niszczeniem, mogą sobie spokojnie ten jeden mecz odpuścić. Poczekają na następny. Zgadzam się z moim oburzonym na działania administracji kolegą, że to nie pomoże w walce z kibolami. Pewnie, że nie pomoże. Wróćmy do moich fikcyjnych rozważań. Jakby tak w pewnym mieście przychodziło kilkaset osób w jedno miejsce i z nieznanego powodu lało się po pyskach, to, co by się stało? Pewnie zrobiono by wszystko żeby to miejsce stało się niedostępne dla amatorów fizycznej przemocy. I to nie na chwilę, nie na kilka godzin.. Ja mam taką stałą już od lat radę na przemoc na stadionach. Zamknijmy je na rok. Na dwa lata. Każdy zadyma na stadionie niech skutkuje jego zamknięciem na rok. I co wtedy? Wtedy nic by nie było – jak mawiał klasyk. I dobrze. Bo byłby spokój podczas meczów na stadionach.

 

dziennik pesymistyczny

Czy to trzeźwy poranek?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

– Piłeś nie jedź – każdy zna tohasło, choć nie każdy się do niego stosuje. Prawie każdy, każdy pijący oczywiście, miał, choć raz w życiu taką sytuację,gdy po nocnej popijawie z udziałem trunków wyskokowych zastanawiał się czy ranomoże prowadzić czy może jeszcze nie.  –Czy ja jestem pijany? – zastanawiał się mój znajomy prosząc mnie o wąchaniejego oddechu. – A skąd ja mogę wiedzieć odparłem, – choć po objawach, któretargały moim własnym organizmem udzieliłem mu jednak rady, aby dla dobra ogółui swojego własnego zdrowia zrezygnował jednak z prowadzenia pojazdumechanicznego. – Ale ja się dobrze czuję, wydaje mi się, że jestem trzeźwy –przekonywał siebie i mnie współuczestnik imprezy. – Ale alkomatem się niezbadałeś – rzuciłem argument nie do zbicia. – Pewnie że nie, przecież nie jestemz policji… nie mam takiego sprzętu – odparł kolega od wczorajszego kieliszka.Oczywiście, że nie ma. Nikt go nie ma. Bo te alkomaty i alkotesty, co to możnaje kupić na wolnym rynku są, mówiąc łagodnie, nie najdokładniejsze. Policja masuper sprzęt, który potrafi wyniuchać z powietrza, czy w samochodzieprzejeżdżającym obok mundurowych jest osoba pod wpływałem. Oni dokładnie wiedzą- jak tylko przyłożą ci do ust tester – czy jesteś po wpływem czy nie. A nawetnie musisz dmuchać w balonik. Mundurowi mają taki super sprzęt, że wykrywają nawetzawartości alkoholu w powietrzu. Po długim weekendzie policjanci drogówkisprawdzali trzeźwość kierowców w moim mieście. Na „wczorajszych” i skacowanychkierowców policjanci zaczaili się na wiadukcie. Mundurowy mieli akcję „Trzeźwyporanek”. Używane przez policję urządzenia do kontroli stanu trzeźwościkierujących pojazdem, potocznie zwane są alkomatami. Dokonują one pomiaruzawartości alkoholu w wydychanym powietrzu. Tym razem funkcjonariusze dokontroli zatrzymali samochód „nauki jazdy”, nissana micrę. W trakcie kontroli policjancizatrzymali nietrzeźwego kandydata na kierowcę. W samochodzie siedziałinstruktor i dwoje kursantów. Tester wykazał w powietrzu obecność alkoholu. Wpierwszej kolejności policjanci sprawdzili trzeźwość instruktora, który byłcałkowicie trzeźwy. Sprawdzili, więc kursanta siedzącego za kierownicą. Okazałosię, że 17-latek, uczący się jeździć miał 0,22 promila alkoholu w organizmie.Czyli miał 0,11 miligrama alkoholu w wydychanym powietrzu. – Instruktor byłzszokowany – jak podały lokalne media. No ja też. Ale ja o czymś innymchciałem. Chciałbym zapytać całkiem poważnie, jak przeciętny Kowalski ma sprawdzićczy nadal ma stan wskazujący na użycie alkoholu. Tak po domowemu. Rano, gdypodejmuje decyzje: jechać czy nie jechać. Tak żeby nie złamać przepisu. – Nie pić – stwierdziła moja znajoma.Pewnie tak najlepiej. Ale zastanówcie się jak ja mam to sprawdzić, gdy wypiłemdnia poprzedniego? Jak mam wywnioskować czy dwanaście a może dwadzieścia czterygodziny to już jest dość czasu, aby ze mnie alkohol wyparował?  Czy może jeszcze poczekać z dwie godziny?Policja uzbrojona jest w dokładne i precyzyjne testy. A ja tylko w zdrowyrozsądek nadszarpnięty przez alkohol. Może jakby tak była możliwość dokładnegosamodzielnego sporządzenia przed jazdą samochodem czy zawartość wczorajspożytego alkoholu w organizmie wynosi mniej niż 0,1 do 0,25 mg/dm3 wydychanegopowietrza lub 0,2 do 0,5 promila we krwi. Wtedy pewnie mniej by byłonietrzeźwych na drogach. A tak to sami bez przyrządów i testów dedukujemy czyjesteśmy trzeźwi czy nie.  I czasem jesttak, że się pomylimy. A jakby tak można było sprawdzić niedrogim i powszechniedostępnym alkotestem swój stan? Byłoby bezpieczniej i mniej mandatów też bybyło.

 

dziennik pesymistyczny

Rachunek na śniadanie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 7

Postanowiłem zachowaćsię odpowiedzialnie. Właściwie to nie tyle odpowiedzialnie w stosunku do samegosiebie, ile do wymagań społecznych. Bo przecież jak twierdzi pewna pani zpewnej firmy  – regularnie do mniewydzwaniająca – rachunki trzeba płacić. Dlatego też w ramach społecznejuczciwości postanowiłem zapłacić. Dostałem pieniądze które teoretycznie mają mistarczyć na miesiąc więc postanowiłem zapłacić podatki i rachunki. Bo przecieżwszystko musi być zapłacone na czas. Bezzwłocznie.  Bo jak nie… to w ramach zaległości wyłącząmi, odetną, wysiedlą, ukarzą, przywalą grzywnę i tak dalej. Też w imięsprawiedliwości społecznej. Bo za wodę, prąd, czynsz, kredyt na mieszkanie,Internet, telefon trzeba zapłacić w terminie. Dlatego w tym miesiącu zgodnie zsugestią pani z banku, co to dzwoni do mnie następnego dnia po terminie mojej raty tym razem postanowiłem zapłacić.Przelałem jak leci po kolei moim dobrodziejom co to wodę dostarczają w pocieczoła i tym biedakom co to prąd do mnie dostarczają. Tym to nawet zapłaciłem zato czego jeszcze nie dostarczyli, ale to podobno tak ma być zgodnie zesprawiedliwością społeczną i wymogami tych firm, bo mam zapłacić w terminie toco oni prognozowali, że wykorzystam w przyszłości.  Za kredyt za który kupiłem kąt do mieszkania.Zapłaciłem! Bo straszą, że jak nie to na bruk. Za telefon, za Internet teżzapłaciłem… wiem to już zbytek – żyć bez tego można, ale co to za życie.Zapłaciłem jeszcze kilka pomniejszych rachunków i rachuneczków… i nie starczyłona wszystkie. Nawet się specjalnie nie zdziwiłem. Wiem ile mam i na co mniestać. To znaczy nie stać. Ale zawsze ulegam jakimś dziwnym podszeptom i czasamikupię sobie tak jak w tym miesiącu buty dla przykładu. A przecież mogłem sobiewystrugać z drewna, czy wypleść z łyka. A ja zbytnik kupiłem . I teraz mam zaswoje. Nie opłaciłem rachunku. W tym podatku od tego, że kiedyś zapomniałemzapłacić podatku. I mam teraz to na co zasłużyłem. Nie dość, że dług winstytucji, która przecież na moją korzyść działa (choć ja tego nie widzę) tojeszcze wyrzuty sumienia że nie zapłaciłem właśnie.  Pewnym wytłumaczeniem może być to, że na mojebankowe konto mam wpływy zdecydowanie przeciętne. Takie raczej utrzymujące sięw dolnych partiach stanów średnich i przeciętnych. Nie stać mnie na wiele,  ale raz przynajmniej chciałem zapłacićwszystkie rachunki w terminie. I to też mi się nie udało w całości. Alewiększość opłaciłem. No i teraz siedzę w domu przy świetle elektrycznym, przedkomputerem z dostępem do Internetu i przeliczam to co mi zostało. Jedenaściezłotych dwadzieścia trzy grosze. A następne pieniądze w czerwcu wpłyną. – Alewszystko opłaciłem, czy prawie wszystko – pocieszam się. Jeśli ktoś tam kiedyśustalił, że z tego co dostaję na konto mam przeżyć miesiąc, to pewnie myślał  też o rachunkach. Zrobiłem tak jak sugerowałata pani – co to do mnie dzwoni jak tylko spóźniam się z ratą – zapłaciłem. No ipieniądze się skończyły. Co teraz? Nie wiem. Może nie jeść. – Jedzenie jestprzereklamowane – twierdzi moja wiecznie odchudzająca się  koleżanka. O, to nawet dobrze, spadnie mi kilka kilogramów – pocieszam sam siebie.I rachunki opłaciłem na czas. A to, że jestem głodny? To dedykuję tym, którzyustalili, że za te pieniądze które dostaję mogę przeżyć. To dla ciebie mojarzeczpospolito pogłoduję sobie. Ale rachunki i podatki mam opłacone. Czylispołecznie to ja jestem czysty, choć głodny.

 

dziennik pesymistyczny

Piętnaście minut spóźnienia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 11

– Oj przestań, wcale się przecież nie spóźniłam – powiedziała słodko moja znajoma. Żeby przynajmniej była to jakaś dziwaczna forma wytłumaczenia się z notorycznego w jej przypadku spóźnialstwa, ale nie, ona naprawdę głęboko jest przekonana, że nic takiego się nie stało. Umówiłem się z nią na ósmą rano. I jak zawsze ilekroć się z nią umawiam zawsze jest tak samo. – Umawiamy się na ósmą rano. Przyjdź punktualnie – proszę grzecznie. – Jasne, przecież zawsze jestem o tej godzinie w pracy – odpowiada. A ja rano siedzę na schodach mojej firmy i czekam piętnaście czy dwadzieścia minut.  Niby nic, bo kilka minut to przecież nie jest godzina czy dwie. Ale jednak nie trzy minuty. Nie po to wstałem wcześniej żeby teraz czekać na kogoś, komu nie chce się przyjść punktualnie. A z tą kobietą jest tak zawsze.  Mam wrażenie, że godzina, na którą się z nią umawiam jest zawsze dla niej czymś, co ma tylko wartość w przybliżeniu. Zawsze jak tak czekam na tych kamiennych, przez co i zimnych schodach, zastanawiam się, dlaczego tak jest, że ona nigdy nie przyjdzie wcześniej. Tak z trzydzieści minut przed czasem. Zawsze się spóźni. I nigdy nie widzi w tym nic niestosownego. – Przecież to tylko piętnaście minut, nic się wielkiego nie stało – słyszę od niej.  Ale ja przecież te minuty – które dla niej były tylko nic nieznaczącą chwileczką -spędziłem bezczynnie w bezsensownym oczekiwaniu. Funkcjonuje u nas taka instytucja spóźnienia, która tak naprawdę spóźnieniem nie jest.  Wszystko zależy od czasu. Jeśli tylko poślizg nie jest dłuższy niż kwadrans, to wszystko niektórym wydaje się niewinne. Czyli w zasadzie to nie powinienem być zły, bo przecież moja znajoma pojawiła się na umówione spotkanie tylko kilka minut po tym kwadransie, który przecież i tak się nie liczy jak już wspominała znajoma. – Piętnaście minut spóźnienia jest ogólnie przyjęte, jako dopuszczalne – przekonywała mnie.  W zasadzie bym się tym zgodził jakby u niej nie było to notoryczne. Jak tak te wszystkie kwadranse zliczyć, to czekałem w sumie na nią w tym miesiącu kilka godzin.  Nieważne jest, na którą się umówię, na pełną godzinę, czy na taką z minutami ona i tak przyjdzie po wyznaczonym czasie. – Wiesz, ile ja mam rano spraw na głowie – uzasadnia tradycyjnie swoją niepunktualność.  Chyba ona wychodzi z założenia, że ja to tylko wstaję, otrzepię się i wychodzę tak jak spałem. A ona, jako kobieta, musi tak wiele czynności wykonać, że to zawsze jest dobrym uzasadnieniem jej kolejnego spóźnienia. Jakoś nie przyjdzie jej do głowy żeby wstać z pościeli kilka minut wcześniej. – A co by było, jakby tak każdy przychodził, kiedy by chciał, na którą by chciał? – usłyszałem dziś takie pytanie. Pewnie nigdy byśmy się nie spotykali. A może wtedy byłoby prościej? I ja bym się nie denerwował niepunktualnością pewnej pani?  Jest temat do rozważań na schodach, bo ona pewnie jutro też się spóźni.

 

dziennik pesymistyczny

Milcząca siła w precyzji

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Rzeczniczka prezydentapoinformowała nas, że na odpowiedź na nasze pytania prezydent ma miesiąc – przeczytałemo tym w gazecie.  W tej, co to sama jejnazwa wskazuje żeby to ją właśnie wybrać na poranną lekturę. Tam byłyzamieszczone te precyzyjne słowa.  Były tosłowa pani rzecznik, która tłumaczyła niezrozumiałe dla wielu, a już dlażurnalistów to z pewnością, milczenie włodarza miasta. Te ważne odpowiedzi, naktóre tak oczekują zniecierpliwieni dziennikarze, dotyczą sprawy usunięcia zmiejskiego budynku geja, który był elementem projektu Żywa Biblioteka.  Stało się to przez sugestie pewnych lokalnychpolityków, na które mało odporna okazała się pani dyrektor miejskiej placówkikultury. Nie będę się tu znów pastwił nad pewnym radnym, który obecność geja wmiejskiej placówce określił, jako „promocję homoseksualizmu „.  Bo i ja nie chcę być posądzony o„propagowanie dewiacji” – używając słów tego lokalnego polityka. Obawiam się,że sprawa prezydenckiego milczenia jest bardzo prosta. Tylko dlaczego? Niepotrafi, czy nie chce tego dostrzec? To jest właściwe pytanie. Wiele osób piszelisty do pana prezydenta a on milczy. I słusznie!  Nic nie mówi. Nic nie pisze.  Znów słusznie! Czyni tak nie bez powodu. – Milczy.Od początku zamieszania z Żywą Biblioteką nie pojawił się żaden jego oficjalnykomentarz, wpis na stronie internetowej czy na blogu. (…) nie odpowiedziałrównież na żaden z listów. Dlaczego? – zastanawia się gazeta. Ta taktyka magłębokie podstawy. I nie ma to nic wspólnego z tym, że On po prostu nie chcesię wypowiadać. Pierwszy obywatel mojego miasta wcale się nie boi, że mu ktoś przykleietykietę homofoba. Prezydent musi milczeć. Musi zachować ciszę. Nawet jak niezgadza się z tym, że „środowiska homoseksualne, które w innych miastachzasłynęły agresywną kampanią promocyjną homoseksualizmu” zostały zmiejskiego budynku wyproszone – zgodnie z sugestią wiceprezydenta – prezydentnic nie może na to poradzić. Musi nadal milczeć. Wszyscy się zastanawiajądlaczego? On nic nie mówi, nic nie pisze. Czyni tak, bo wszystko musi byćzgodne z miejską strategią promocyjną. A może ci wszyscy, którzy zarzucająbezprawnie i niesprawiedliwie, że prezydent specjalnie milczy, nie rozumieją,że on to robi, bo… tak po prostu nie ma innego wyjścia. Ja chyba rozwiązałem tęwielką medialną zagadkę milczenia na wysokościach magistrackiej władzy.  Hasłem promocyjnym mojego miasta są przecieżsłowa – siła w precyzji. No i od tego zasadniczo trzeba by zacząć wyjaśnieniasprawy prezydenckiego bezgłosu.  Jakwiadomo człowiek stojący na szczytach lokalnej władzy nie może tak po prostustanąć w sprzeczności z miejskim hasłem promocyjnym.  Kto, jak kto, ale włodarz miasta musi, co dniai przy każdej okazji pokazywać swą siłę w precyzji. Dziwię się, że dziennikarzetego nie zauważyli, lub nie chcą zauważyć. A przecież On nawet jakby nie chciałto musi. Nie zachowuje ciszy tak z własnego widzi mi się, czy z powodów chęcizlekceważenia tych, którzy w sprawie się obficie wypowiadają. Nic z tychrzeczy. On nie może! Taka jest prawda! Zabrania mu tego miejskie hasłopromocyjne. Przecież jego rzeczniczka już kilka razy tłumaczyła, że naodpowiedź na pytania prezydent ma miesiąc. I nic nie powie wcześniej, boprzecież jak miesiąc to miesiąc. Ani dnia krócej. Botrzeba być w tym przestrzeganiu kalendarza precyzyjnym.  Bo przecież siła w precyzji!

 

dziennik pesymistyczny

Chce świętować po swojemu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 36

Chciałbym po swojemuobchodzić każde święta, te nadchodzące też. W zasadzie nic nie stoi naprzeszkodzie. Mogę robić teoretycznie co tylko chcę. W świąteczne dni, czyli wte wolne od pracy, to już zupełnie mogę zagospodarować czas po swojemu. Ale czyna pewno? Co innego rozważania hipotetyczne, a co innego proza życia. W dniświąteczne szczególnie łatwo jest zaobserwować jak  bardzo jestem uwikłany w układy i zależności.Nikt nie krępuje mnie w moich wyborach, ale… no właśnie zawsze jest to „ ale”.–Nie chce, ale musze – mógłbym powiedzieć za  naszym prezydentem. Ale tak w zasadzie to janie tyle „ musze” co bardziej sam się do tego przymuszam. A może jeszczeinaczej. Mam wrażenie, że  walczą we mnie,w te dni okazjonalne, bardzo ambiwalentne uczucia. Czasem zwycięża mojarodzinność  i uszanowanie tradycji. Aczasami moje anarchistyczne podejście do życia. Lub jak kto woli zwykły egoizmi zwyczajne lenistwo . Z jednej strony czuję obowiązek uszanowania wiekowej tradycjiprzodków,  którzy spotykali się przywielkanocnym stole. Jest we mnie głęboko zakorzeniona potrzeba kontaktu zrodziną. A z drugiej strony nie mam chęci uczestniczyć w tym, co mnie tak naprawdę dawno przestało wzruszać. Nie wiem, jak to się stało, że przestałem w towszystko wierzyć. Nie wiem, w którym momencie mojego życia zatraciłem wiarę wmagię świąt w wymiarze sacrum i profanum. Mam wrażenie, że na temat wyznania ,którewedług wszystkich badań jest w Polsce więcej niż bardzo powszechne, wiem dużo aw zasadzie to wiem zdecydowania więcej niż moi głęboko „wierzący” koledzy czyznajomi . A jednak nie ma we mnie potrzeby odgrywania scenek. Jeśli inniodczuwają potrzebę uczestniczenia w obrzędach, niech im tam idzie na zdrowie.Ale ja nie muszę, nie mam potrzeby takiej. I nie chcę mieć poczucia że robię coś źle, jeśli czegoś robić właśnienie chcę. A czasami  czuję, że jestemnakłaniany do uczestniczenia w czymś co na własne potrzeby nazwałbym „teatrzykiemspołecznym”.  Nie mam potrzeby składaniażyczeń, bo ci wszyscy którzy są mi bliscy i tak wiedzą, że im dobrze życzę. Zawszedenerwowało mnie składanie życzeń współpracownikom w pracy. Mogę im tak ogólnieżyczyć wszystkiego dobrego… ale czy muszę indywidualnie każdemu w twarzwyklepać osobiście formułkę:  zdrowych iszczęśliwych… Przecież zawsze znajdzie się ktoś taki, kogo się tak po prostunie lubi. Dlatego zrozumiałe powinno być że nie chcesz się z nim serdecznieściskać jak on dla ciebie jest co najwyżej obojętny. W zasadzie nie masz teżnic bardzo przeciw niemu. Ale nie powinienem się zmuszać do tego, żeby się znim bratać i ściskać. Trudno wchodzę w relacje międzyludzkie i dlatego takniechętnie składam życzenia świąteczne. Poza tym życzeniowym obrzędem denerwująmnie całodniowe pielgrzymki po rodzinie. Dobrze się spotkać z rodziną, ale dlamnie święta to też spokój we własnym domu. Nie zawsze chcę siedzieć godzinamiprzy stole… Chcę do mojego domu! A jednak nie mam w sobie tyle siły żebypowiedzieć: – Cześć, wpadliśmy tylko na dwie godzinki i wracamy do domu, bo chcemyz moją dziewczyną we dwoje odpocząć i po prostu nic nie robić. Nie chce alemusze. Siedzę godzinami za stołem i jem choć nie jestem głodny, bo naszatradycja czasami sprowadza się tylko do tego. Trudno jest przekonać bliskich,że to iż nie chcę z nimi spędzić dwunastu godzin przy stole wcale nie oznaczaże ich nie kocham. Zazdroszczę osobom,  które potrafiły tak po prostu powiedzieć: nieobchodzę świąt. We mnie jednak jest za dużo sprzeczności, aby wykrzesać zsiebie stanowczość. Może przy następnych świętach będzie inaczej, bardziej takjak ja chcę, a nie tak jak chcą inni. Może następne święta będą bardziejmoje.  Zobaczymy.

 

dziennik pesymistyczny

Płeć biznesu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Kto rokuje największeszanse na to, żeby zostać biznesmenem w moim mieście? Kto ma największe szanse skorzystaćz unijnego dofinasowanie na rozpoczęcie własnej działalności gospodarczej?Pewnie wielu pomyśli ,że ten kto ma większe predyspozycje, powiedzmy mentalne, bypodołać temu zadaniu?  A może szanse ma  ten, kto napisze dobry wniosek o dofinasowaniew ramach unijnego programu?  Może godzienbędzie ten, którego komisja rekrutacyjna dobrze oceni? Czy może wreszcie tenkto napisał dobrze test przygotowany przez doradcę zawodowego i dostał za niegowysoką ocenę? Nic bardziej mylnego. Nic z tych rzeczy. Ponad to wszystko, trzebajeszcze należeć do grupy społecznej której ramy są wyraźnie określone. Przedewszystkim dobrze jest być w takich razach kobietą. Bo płeć jest bardzo ważna. Będąckobietą jesteś przecież dyskryminowany, przepraszam dyskryminowana,  i właśnie żebyś nie była dyskryminowana oni,urzędnicy, dodadzą ci dodatkowe punkty za bycie kobietą. I już przestajewszystko zależeć od ciebie. Teraz ważne są punkty za pochodzenie. Przez latawmawiano mi że wszyscy są równi. Potem przekonywano mnie, że to kim będę,zależy od moich starań. A teraz się okazało, że punkty za płeć są ważne i toone decydują o moim losie. Możesz mieć świetnie napisany biznes plan, jednak gdynie jesteś mój drogi kobietą, to nic z tego. Dobrze jest też gdzieś pracować,bo to kolejne kryterium doboru i selekcji. Wiem, tak był napisany regulamin,ale ja, naiwnie przyznaję, myślałem, że może będę miał więcej szczęścia jeślisam sobie pomogę i wszystko przygotuję jak najlepiej. Przekonywałem sam siebie,że jak będę dobry to moja płeć będzie miała mniejsze znaczenie. Lub może niebędzie miała żadnego? Ale okazało się, że wbrew przysłowiu: więcej szczęścia nużrozumu, trzeba mieć jednak szczęście urodzenia się kobietą. Przynajmniej w tymprzypadku. Tak, wiem, to nie jedyne kryterium selekcji kandydatów. Ale to mnienajbardziej boli, więc o nim piszę.   – Przeciw komu jest ten tekst – zapyta mnie zapewnemój kolega, gdy to przeczyta. Bo zawsze mnie tak pyta. Ale pomyli się. To niejest przeciwko komuś.  Napisałem te słowai jeszcze napiszę ich kilka, ale nie jest  to przeciwko komuś konkretnemu, a już szczególnienie przeciwko kobietom. Jest to wyraz buntu przeciwko głupim parytetomustalającym, że płeć ma znaczenie w obronie zasady że tak właśnie nie jest. Żeona nie ma znaczenia. To jest paradoks naszych czasów.  Jeśli o dofinasowanie mogłyby się starać tylkokobiety, trudno zrozumiałbym to. Poczekałbym na możliwość składania wnioskówtylko przez mężczyzn.  Choć w zasadzienie spodziewam się żebym kiedyś taki projekt o dofinasowanie zobaczył. Bo toprzecież byłaby dyskryminacja.  Ale w sytuacji,w której pewna pani i pewien pan mają tyle samo punktów, a o przyznaniu pomocyfinansowej decyduje głównie płeć  jest czymśnajzupełniej normalnym i nazywanym wyrównywaniem szans.  Z tym, że ja tracę swoją szansę, bo jestemprzecież mężczyzną. Takie mam odczucia. Czyli jesteśmy równi czy nie jesteśmyrówni? A może jesteśmy równi, ale nie zawsze, bo kiedyś ktoś był mniej równy,to teraz żeby to wyrównać, ktoś musi być dyskryminowany żeby nie byłodyskryminacji w przyszłości właśnie. Tak, zdecydowanie poczułem się gorszy, bonie jestem kobietą. Nie mam pretensji. Wiedziałem, że regulamin faworyzowałkobiety (choć nie tylko). Mogłem się tego spodziewać. Jednak jak na własnejskórze poczułem czym jest parytet, to jakoś tak bardziej boli.  A może ktoś mi chciał pokazać, że tak właśnieczują się dyskryminowane ze względu na płeć kobiety? Jeśli tak no to japrzepraszam. Naukę zrozumiałem. Teraz już wiem, że płeć ma znaczenie.  A chyba nie o to w tym wszystkim chodziło.