dziennik pesymistyczny

Wakacje pierwszej potrzeby

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 7

Wyjechałem na wakacje. To, że mogę się na kilka dni wyrwać z tego kieratu pracy zarobkowej jest dla mnie najważniejsze. Bo naprawdę byłem już bliski załamania. Więc po prostu rzuciłem wszystkie ważne sprawy w kąt i postanowiłem wyjechać nad morze. Oczywiście nad polskie morze, bo na tyle starczyło mi pieniędzy. Przestało się dla mnie liczyć to, że wiecznie jestem bez grosza,chociaż ciężko pracuję. Przecież mój sublokator – bank który udzielił mi kredytu na mieszkanie – może poczekać na swoją comiesięczna ratę. Niech wykaże trochę zrozumienia. Przecież jak bym nie pojechał to i tak pewnie bym mu nie zapłacił bo bym zwariował w tym biurowym niewolnictwie. A tak jak wypocznę, to może i pracować będę mógł więcej,i bank – mój dobrodziej ukochany – dostanie nie jedna ratę kredytu a dwie? Zobaczymy. Teraz mnie nie ma w domu i choć gdzieś tam z tyłu głowy są sprawy codzienności które mnie gnębią ,to resztę umysłu staram się przestawić na tryb nie myślenia o kłopotach. Bo i po co? Jestem daleko i wszystko co mnie przyciska do ziemi też powinno zostać daleko. Nie ma co z sobą ciągnąć na wakacje kłopotów z pracy i myśli o tym moim wiecznym zadłużeniu. Wyłamałem się tymi moimi wakacjami z tej liczącej ponad sześćdziesiąt procent naszego społeczeństwa masy ludzkiej, która z powodów swych kłopotów finansowych nie wyjedzie na urlop. Że jeszcze bardziej się zadłużam przez to moje pragnienie zrzucenia chomąta choćby na pewien czas? Trudno. Widocznie musiałem pojechać skoro pojechałem.


A teraz nastąpi kilka próśb. Szanowny prezesie banku. Tu, z tej wydmy, pisząc te słowa zwracam się z uprzejmą prośba do szanownego pana o prolongatę mojego zadłużenia. Bo jak pan szanowny widzi,musiałem wyjechać w ważnych sprawach psychicznych. Jak zapewne prezesie wiesz, będziesz moim współlokatorem jeszcze przez najbliższe dwadzieścia trzy lata,więc będziemy mogli się lepiej poznać. Więc wybacz, szanowny prezesie, że ci w tym miesiącu nie zapłacę haraczu z odsetkami ale musiałem wyjechać,naładować baterie. Wyjechałem nad morze aby mieć siłę pracować przez następne wiele tygodni w tym roku. I dzięki temu będę mógł ci płacić co miesiąc. Przynajmniej teoretycznie. Następnie, z tego miejsca tuż przy plaży, zwracam się z gorącym apelem do pana dyrektora od prądu. Niech pan jeszcze trochę poczeka z tym wyłączenie zasilania u mnie w domu. Ja zapłacę. Potem zapłacę – jak wrócę z wakacji. Niech pan zrozumie.Musiałem. Ja wiem, że szanownemu panu dyrektorowi się wydaje, że ja powinienem najpierw zapłacić za ten pański prąd a potem, z tego co zostanie, opłacić wakacje. Jednak nie zawsze można zachować się z taką poprawnością. Szczególniej jak się zarabia przeciętnie,i do tego krajowo. Czasem trzeba dokonać wyborów a ja wybrałem wakacje. Bo jak powszechnie wiadomo, oprócz Polski oczywiście, to właśnie wakacje są najważniejsze. Zwracam się też z prośbą do szanownej administracji mojej kamienicy by też ona wybaczyła mi czyn tak nieodpowiedzialny jakim jest nieopłacenie w terminie czynszu. Szanowni kamienicznicy niech mi wybaczą ale jak już pisałem,musiałem wybierać. I mam nadzieje, że ta moja decyzja nie wpłynie na nasze, dość poprawne przecież do tej pory, stosunki.


Na koniec tego tekstu dodatkowy komunikat dla mojego własnego ciała. Po pierwsze informuje mój żołądek oraz zmysły, że z powodów oszczędnościowych mogą liczyć na jednorazowe zapoznanie się ze smakiem smażonej świeżej morskiej rybki. Większość funduszy przeznaczam na dodatkowe,poza pogodą i widokami,zgłuszenie mojego umysły legalnymi środkami odurzającymi. Bo czasem mam jednak napady poprawności politycznej oraz sumienia,które nakazuje mi myśleć, że może jednak powinienem był opłacić te rachunki i zostać w domu. Ale wystarczy, że pomyślę co mógłbym stracić i już jest mi lepiej. Jest bardzo wiele rzeczy bez których współczesny człowiek żyć już nie może. To takie środki pierwszej potrzeby. Tydzień bez kłopotów współczesności jest człowiekowi uwikłanemu w naszą siermiężną wersje kapitalizmu bardzo potrzebny. Ciesze się bardzo, wręcz jestem szczęśliwy, że tu, na te nadmorskie wakacje przyjechałem, bo dopiero z pewnego oddalenia widać jak mało ważne jest życie bez wakacji.

dziennik pesymistyczny

Oszczędnością i pracą…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Wszyscy musimy oszczędzać. Fakt musimy. Już w szkole przymusowo zbierałem na książeczce oszczędnościowej, bo miało mnie to nauczyć właściwego gospodarowania pieniędzmi.  I nawet coś tam uzbierałem, ale nie zobaczyłem tych pieniędzy, bo jeśli dobrze pamiętam, moją szkolną oszczędność zakończyła wielka afera finansowa, w którą zamieszana była jakaś nauczycielka(?). Tyle lat minęło. Nie bardzo pamiętam. Ale pamiętam, że tego, co tam skrupulatnie za namową dorosłych odkładałem z kieszonkowego i tak nie zobaczyłem i nie wydałem, bo gdzieś, w niewyjaśnionych okolicznościach przepadła moja fortuna. Miałem domową świnkę skarbonkę, ale też jakoś się na niej nie wzbogaciłem po jej unicestwieniu. Miałem książeczkę mieszkaniową, którą założyli mi dziadkowie zaraz po moim urodzeniu. Odkładali na niej bardzo skrupulatnie, co miesiąc nawet sporą sumkę pieniędzy. Mijały lata. Zmieniały się rządy. Następowały kolejne kryzysy gospodarcze tak charakterystyczne dla kraju nad Wisłą. Nawet zmienił się ustrój na taki, co to osobnikom gospodarnym i oszczędnym przynajmniej teoretycznie dawał możliwość spełnienia swoich marzeń o dobrobycie. I ja dostałem, z okazji osiągnięcia pełnoletniości książeczkę oszczędnościową. A na niej sumę, która stanowiła efekt wielu lat systematycznego ciułania grosza do grosza. Okazało się, że to, co tam moja rodzina uzbierała, zdewaluowało się tak znacznie, że nie tylko nie mogę sobie za to kupić mieszkania czy nawet samochodu małolitrażowego, ale nawet roweru. W końcu całą sumę pieniędzy przeznaczyłem na… buty. Nawet nie tak źle, jak na osiemnaście lat oszczędności.

Wyczytałem dziś w prasie, że nasz rząd zaczyna sprzedawać ośrodki szkoleniowo – wypoczynkowe. To działanie ma dać od jednego do dwóch miliardów złotych oszczędności rocznie. Pierwsze pod młotek pójdą warte cztery oraz ponad czternaście milionów złotych, nieruchomości w Karpaczu i pod Olsztynem. Czyli jak to mówią: oszczędzają bogaci i nam się też opłaci. I zapewne tak właśnie jest – w założeniu teoretycznym oczywiście. Może i ja bym tak zaoszczędził i przymierzył się do kupna tego, co stanowiło kiedyś własność narodu – znów teoretycznie – a teraz, jest tylko państwowe, a stanie się prywatne. Mam złe doświadczenia ze zbieraniem pieniędzy, ale może jednak? Kto nie chciałby zamieszkać zameczku z tysiąc osiemset dziewięćdziesiątego siódmego roku? Kto by nie chciał budzić się, co rano, w nieruchomości w stylu alpejskim, położonej w Karpaczu na Księżej Górze, na wysokości siedmiuset dwudziestu ośmiu metrów n.p.m.? Kto by nie chciał rozkoszować się świadomością, że poprzednim właścicielem willi byli ponad sto lat temu niemieccy baronowie Kurt i Agnes Pergler von Perglas? Kolejnym właścicielem nieruchomości w latach drugiej wojny światowej Hermann Göring. To też coś znaczy. Że nie wspomnę już o ziemi wokół rezydencji. Pięknie prawda? I to wszystko tylko, choć w moim przypadku, aż cztery miliony.

A jakby tak się spiąć. Jakby zacząć oszczędzać to może w przyszłości – oczywiście – byłoby mnie stać na takie zakupy? Obliczmy więc. Zarabiam przeciętnie, więc nie mogę dużo odłożyć na zakup nieruchomości.  Ale gdybym zrezygnował z opłacania części comiesięcznych rachunków, stosując zasadę, że płacę tylko tym, którzy się najskuteczniej upominają, to może udałoby mi się coś wpłacić na konto. Jakby zrezygnował z jedzenia. Może ograniczyłbym też picie, oczywiście wody z kranu, bo na nic innego by mi nie starczyło. To może, powtarzam, może udałoby się nie wydać i odłożyć na poczet zakupu zameczka pięćset złotych miesięcznie. – To niebywała okazja – zachwala rzecznik resortu skarbu, który organizuje przetarg to wille. – Niecodziennie można kupić (…) byłą rezydencję Hermanna Göringa. Zgadzam się. Więc zakładając, że będę oszczędzał te pięć stów narażając się na głodowanie i życie w biedzie, to już za sześćset sześćdziesiąt sześć lat i dodatkowo jeszcze pół roku stanę się właścicielem posiadłości. To znaczy stałbym się właścicielem willi gdybym był biblijnym prorokiem, bo tylko oni byli tak długowieczni. Cieszyłbym się górską posiadłością w stylu alpejskim, gdybym zawarł ze skarbem państwa jakieś porozumienie, że sprzeda mi to za sześćset lat po dzisiejszej cenie. To i tak dobrze, bo przy takim oszczędzaniu na Aston Martina DB 9 zbierałbym znacznie dłużej. No nie, właśnie doczytałem, że termin przetargu na upływa na początku września. Czyli nic z mojego planu oszczędzania. Szkoda, tak na to liczyłem.

dziennik pesymistyczny

3 000 000 000 000

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 25

Po drodze z parkingu, gdzie zostawiam samochód, do biura mijam niewielki zadrzewiony placyk. To taka namiastka parku, którą miejscy urzędnicy szumnie nazywają skwerem. Kiedyś ta zieleń otaczała plac, na którym stał wielki pomnik wyzwolicieli naszej ojczyzny. Ale ponad dwadzieścia lat temu okazało się, że ci, którzy wyzwalali moją ojczyznę, tak naprawdę ją okupowali, więc pomnik został zburzony. Został po nim plac, który ostatnio z woli ludu został zamieniony na parking. Na skwerku pod drzewami stoją ławeczki. Na jednej z tych ławeczek przesiaduje prawie, co rano mój kolega, który tak skutecznie przeciwstawia się babilońskiemu systemowi, że wszystko, co zarobi przeznacza na przelew. Ja nie byłem aż tak odważny. Więc on siedzi na ławce, a ja idę do pracy. Taki podział obowiązków w społeczeństwie. Nie jest jak ja wiecznym niewolnikiem pieniędzy. Nie musi, co dnia stawiać się o ósmej w biurze. Choć czy ma lepiej? Jego pytanie, które następuje zaraz po naszym zwyczajowym powitaniu uświadamia mi, że może i jestem niewolnikiem, ale za to stać mnie na środki poprawiające, jakość życia. – Masz może kilka złotych pożyczyć – słyszę przy prawie każdym spotkaniu. A ja wiecznie odpowiadam tak samo, że nie mam pożyczyć… Ale chętnie dam mu kilka złotówek. Bo i ja, i on wiemy, że to jest taka moja dobrowolna danina za stracone ideały wolności. Za to, w co wierzę, ale nie mogę realizować z powodów tchórzliwego wygodnictwa. Bo choć czuję się niewolnikiem pieniędzy, to dają mi one przynajmniej iluzję szczęścia. Nie mogę żyć bez komputera, prądu, wody, jedzenia, domu, książek, samochodu, ubrań. A on może i jak widać żyje. Jest odważny. Ale pewnie jak i ja nie do końca szczęśliwy.

 

I daję te kilka złotych pozwalające na chemiczne oderwanie się od jego trosk. On jest niewolnikiem idei, która zakazuje mu kontaktu z systemem wyzysku, a ja jestem niewolnikiem spętanym rachunkami. Ale obaj pragnęliśmy innego świata. Więc nadal dzielimy się tym, co mamy. – Dziękuje – powiedział i schował do kieszeni pieniądze. – I dziękuje, że nie dopisujesz mi tego do długów państwowych, bo by mnie to załamało.  Wyciągnął z torby gazetę zajmującą się biznesem, rozłożył jej papierową płachtę z gracją godną prezesa korporacji, i przeczytał mi informację, że oficjalnie zadłużenie skarbu państwa wynosiło w kwietniu ponad sześćset czterdzieści cztery miliardy złotych, co daje około siedemnastu tysięcy złotych na przeciętnego Polaka. – Jak się czujesz tak zadłużony? – Zapytał. Czułem się całkiem zwyczajnie. Przecież prawie wszystko, co mam w domu jest lub było na kredyt. Czyli zjawisko zadłużenia jest mi dobrze znane. Ale w tym przypadku poczułem pewien dyskomfort, bo przecież jakoś tak nie zauważyłem żebym wydał te siedemnaście tysięcy. Nawet jakbym to przepił, to za tę górę pieniędzy byłoby tyle alkoholu, że pewnie miałbym tak wielkiego kacorka, że bym to na długo zapamiętał. – Zobacz jak to jest. Płacisz coraz większe podatki, a jednocześnie coraz bardziej się zadłużasz – zauważył mój kolega. – Prawdziwy paradoks.

 

Usiadłem z wrażenia na ławce obok kolegi. Delikatnie wyjąłem mu z rąk gazetę i przeczytałem, że pewien ważny urzędnik z banku uważa nawet, że to ponad sześćset czterdzieści cztery miliardy złotych, to bardzo optymistyczna wersja naszego narodowego zadłużenia. Okazuje się, że trzy biliony złotych są bardziej realnym scenariuszem naszego długu. No robi to wrażenie.  Trójka z przodu, a potem dwanaście zer, czyli 3 000 000 000 000 złotych. Dżizusie Nazareńczyku, Królu Żydowski. No tak to dopiero pieniądze. Chociaż ja szarak, nie za bardzo mogę sobie takiej kasy wyobrazić. Jeśli to zadłużenie to pewnie na coś to wydano. No to pewnie nasze państwo wydało to na mnie czy na mojego kolegę, przynajmniej w przypadającej mi statystycznie części. Więc dlaczego ja tego w żaden choćby najmniejszy sposób nie zauważyłem. – Kiedyś mojemu kumplowi ukradli dowód osobisty i na jego konto złodzieje nabrali pożyczek w bankach – rzekł mój kolega. – A ty masz przy sobie dowód? Może i tobie zabrali? – dodał z uśmiechem. – Sprawdziłem. Miałem przy sobie dowód osobisty, a w głowie świadomość zadłużenia.  – Wiesz, masz pożyczę ci jeszcze dychę. Jak widać nie ma to już znaczenia – powiedziałem wstając z ławki. Bo przecież trzeba do pracy. Ci, co mają długi, muszą pracować żeby je spłacić.  

dziennik pesymistyczny

Nierówności w wieczności

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Jest taka ogólnie znana zasada przyjęta przez prawie wszystkich, że o zmarłych mówi się dobrze, albo wcale się nie mówi.  A jeśli ten, który odszedł w zaświaty był kimś ważnym, w sensie państwowym, to już absolutnie nie wolno o nim powiedzieć nic złego. Jeśli mamy jakieś podejrzenia czy wątpliwości, to i tak lepiej zachować je dla siebie. Trzeba siedzieć cicho, bo przecież nie wolno szargać pamięci osoby trzymającej kiedyś władzę. Nie wolno się zastanawiać nad przyczynami tragicznej śmierci możnowładcy, bo przecież on przez tę nagłą utratę życia natychmiast osiąga stan męczeństwa. Nie ma to znaczenia, że nie oddał życia za ojczyznę na polu bitwy. Nie ma znaczenia, że nie stawał bohatersko w jej obronie. On, jako ważny dla państwa, nawet, jeśli zginął w wypadku komunikacyjnym, to jednak natychmiast staje się nietykalnym symbolem. Takim, co to mówić można o nim dobrze tylko, albo wcale.  Na konferencji prasowej w Lublinie, poseł Janusz Palikot powiedział, że „trzeba wyraźnie przypomnieć, że najbardziej prawdopodobną hipotezą dotyczącą tragedii smoleńskiej jest hipoteza współwiny Lecha Kaczyńskiego za tę tragedię”. No i się zaczęło. Bo jakżeż można tak o kimś, kto spoczywa na Wawelu. Taki wstyd. Taka hańba. Ta kolejna hipoteza dotycząca tej katastrofy lotniczej nie jest przecież bardziej abstrakcyjna, niż ta, o której kiedyś czytałem w całkiem poważnej gazecie, dotycząca ściągnięcia rządowego samolotu przez wielkie rosyjskie magnesy.  Ale różnica jest taka, że w swej teorii poseł pozwolił sobie na szukanie personalnej winy u kogoś, kto powinien być nietykalny, jako nowy, narodowy symbol wszelkich cnót.  I to wywołało tak wielkie oburzenie posła prawego i sprawiedliwego, że zaczął się on zastanawiać, co jeszcze jego kolega poseł musi powiedzieć, żeby można się go było pozbyć z polityki.

 

Kilka lat temu zginął w wypadku samochodowym pewien biskup.  Zaraz potem zaczął się w moim mieście prawdziwy festiwal nadawania imienia wszystkiemu, co by tylko mogło nosić imię tragicznie zmarłego duchownego. A może ulica? Proszę bardzo. Może most? Ależ oczywiście? I nikt nie powiedział nawet słowa o tym, co prawie wszyscy wiedzieli. Kiedyś zupełnie przypadkowo usłyszałem od mojego dobrze poinformowanego kolegi, że ten duchowny podczas wypadku był pod wpływem – jak to pięknie określają mundurowi.  Zapytałem kilku znanych w moim mieście dziennikarzy o to, dlaczego o tym nie przeczytałem w prasie. – A po co? Co to zmieni? Po co szargać pamięć tego człowieka – zawsze padała ta sama odpowiedź. Każdy prawie wie, że tak było, ale oficjalnie wszyscy udają, że jest inaczej. Choć nazwanie wiaduktu imieniem biskupa w tej sytuacji uważam za dość dziwne, to jednak jest to zrozumiałe, bo przecież nikt oficjalnie nie wie jak było naprawdę. Poseł Palikom szukając odpowiedzi dotyczących przyczyn smoleńskiej tragedii zadaje szereg pytań: Czy zostały pobrane próbki krwi z ciała Lecha Kaczyńskiego? Czy w dniu katastrofy prezydent znajdował się pod wpływem alkoholu? Dlaczego Lech Kaczyński spóźnił się o 25 minut na samolot? I to wszystko zdaniem jego partyjnego kolegi łamie statut platformy obywatelskiej i tym samym jej szkodzi. – Ostatnie wypowiedzi posła Palikota są nieetyczne i hańbiące – mówił poseł, zbulwersowany wypowiedziami Palikota.

 

A czy ja, pytając znajomych dziennikarzy o to czy biskup był pod wpływem alkoholu podczas tragicznego wypadku, dokonałem czynów nieetycznych i hańbiących. Czy dociekanie prawdy jest tak bardzo naganne? Czy są u nas osoby, które nie mogą być narażone na zniesławienie, bo zajmują ważne stanowiska państwowe lub duchowne? Co powstrzymuje dziennikarza od powiedzenia prawdy o biskupie? Co wywołuje taką reakcję polityków na pytania dotyczące przyczyn katastrofy lotniczej?   – Brak zdrowego rozsądku oraz prawdopodobnie wypity wcześniej alkohol stały się przyczyną tragedii na zalewie – mówiła dziennikarzowi lokalnej gazety nadkomisarz, rzecznik prasowy komendy miejskiej policji. Czyli zwykły człowiek może być posądzony o „ brak zdrowego rozsądku” i o stan wskazujący w godzinie śmierci, a człowiek ze szczytów władzy już nie?

dziennik pesymistyczny

Brak dobrego czasu na pracę

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 7

Zupełnie nie chciało mi się dziś rano wstać z łóżka i iść do pracy. Każdy ma chyba takie chwile, że prawie natychmiast, tuż po przebudzeniu wie już doskonale, że mu się nic a nic nie chce. A już pracować to w szczególności. Za oknem słoneczko przygrzewa. Ptaszki śpiewają. Wieje łagodny wietrzyk. Na niebie żadnej chmurki – a ja mam wstać i iść do biura? Przecież to jakiś sadyzm! W telewizji już od rana denerwują mnie optymistycznymi prognozami pogody i pięknymi widoczkami znad morza. Uśmiechnięci i radośni prowadzący poranny program informacyjny, co pewien czas uparcie przypominają mi, że są wakacje. No przecież wiem, że są, ale dlaczego nie dla mnie? Pewnie przy ich zarobkach też bym się radował, mając nadzieję, że wyjadę na spokojne wakacje. Poza tym siedzą sobie w klimatyzowanym pomieszczeniu, więc mogą być radośni. A ja wiem, że czeka mnie podróż samochodem bez klimatyzacji i pobyt przez następne kilka godzin w dusznym biurze. Więc nie mam powodów do aż tak wielkiej radości. No może poza tym, że przecież mam pracę. Bo jak powszechnie wiadomo, praca jest – poza Polską oczywiście – najważniejsze.  Więc ta radość z posiadania zajęcia przynoszącego dochód – na moje miesięczne przeżycie – jest tak wielka, że mnie dostatecznie, co rano, motywuje do zwleczenia się z łóżka i udania się do pracy na godzinę ósmą. Choć wolałbym zasiąść na trawie i poczytać książkę.

A tam w pracy niezmiernie mnie drażni panujące w Polsce zjawisko takiej gospodarczej sjesty wakacyjnej. Gdzie bym nie zadzwonił, z kim bym się nie starał umówić w sprawach biznesowych, to wszędzie słyszę, że wybrałem zły czas. Że oni to owszem, jak najbardziej są zainteresowani moją ofertą. Chcą się oczywiście spotkać, ale… po wakacjach. We wrześniu. Bo teraz to przecież nie, bo są wakacje. Tak jakby cała nasza gospodarka popadła w takie zawieszenie na dwa miesiące. Pytam zawsze przy okazji takich rozmów, czy oni, ci moi potencjalni kontrahenci, idą zbiorowo na urlop? Czy ich nie będzie? Czy zamykają firmę na wakacje? I zawsze słyszę w odpowiedzi oburzone: Nie! Pracujemy! Ale są wakacje, więc spotkajmy się po ich zakończeniu. Pytam: czy jak pan Janek jest na urlopie to może spotkam się z jego zastępcą? Odpowiedź jest prawie zawsze taka sama: Nieeee, nie warto… nie teraz… po wakacjach. Teraz bardzo zły czas pan wybrał. Ja wiem, że się wszystkim nie chce pracować, tak jak mnie się nie chce prawie, co rano w te letnie dni. Ale jak już wstanę i się wybiorę do pracy, to niech też inni nie udają, że pracują przez te dwa miesiące. Niech solidarnie jak już są w pracy, to niech naprawę pracują a nie udają. Przecież wakacje to nie jakoś tragedia narodowa. Nie kataklizm. Nie trzeba każdej nawet minimalnej decyzji biznesowej odkładać za dwa miesiące. – Eeeee, panie. Nie ma sensu się spotykać teraz. Przecież są wakacje. Nic się nie dzieje. Żadnych klientów – słyszę, prawie przy okazji każdej rozmowy telefonicznej. – Przecież właśnie teraz powinniśmy się bardziej postarać, bo jak nie, to klient i tak się nie pojawi – argumentuje. Odpowiedź jest zawsze taka samo: – Nieeee, nie ma sensu. Po wakacjach. Bo teraz to taki marazm jest, że nic się nie chce.

 Mnie też się nie chce, ale jak już zmuszę się do pracy, to jednak pracuję, a nie zawieszam się nad komputerem na osiem godzin wypowiadając tylko: Eeeee, nie teraz…. we wrześniu. Czy to jakiś sen letni? Jakiś narodowy letarg? Sam już nie wiem skąd się bierze u nas taka niechęć i niewiara w to, że nie wszyscy klienci wyjechali na wakacje.  Jeśli ponad sześćdziesiąt trzy procent Polaków nie stać na wakacyjny wyjazd, to może przynajmniej dla nich warto się poświęcić i coś zrobić. A nie tylko wszystko odkładać dwa miesiące. Choć właściwie po latach pracy dochodzę do wniosku, że w Polsce nie ma dobrego czasu na pracę. Początek roku jest nie najlepszy, bo nie ustalono jeszcze budżetów. Więc potem. Ale na wiosnę też nie bardzo, bo przed świętami. Po świętach, więc mam zadzwonić. Gdy już kwiecie na drzewach, to też nie jest najlepszy czas, bo przed długim weekendem. Więc po nim może zadzwonię? Po nim już nie bardzo, bo wakacje się zbliżają. W lecie… to już opisywałem. Po wakacjach jeszcze nic się nie ruszyło, więc czas nadal nie najlepszy. Potem jesień, więc też się nie chce.  Potem święta, więc… po świętach. I znów nowy rok. Nigdy nie ma dobrego czasu. Zawsze nam coś przeszkadza. A może ja się męczę bez potrzeby? Może powinienem się udać na wakacje, tak na trzy miesiące i mieć do wszystko w… No tak, ale tu właśnie wracamy do podstawowego pytania: za co mam pojechać na wakacje?

 

dziennik pesymistyczny

To wszystko jest nieważne

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Najważniejszy jest spokój. Nieważne są dla mnie wybory bogatych, którzy bawiąc się w upaństwowioną demokrację, zwyciężają lub przegrywają, co kilka lat swą władzę nad państwem i obywatelami. Nieważne są dla mnie zapewnienia i obietnice polityków składane w kolejnych kampaniach, bo i tak wiem, że nigdy nie będą spełnione. Nieważne jest, kto zasiądzie w pałacu, bo ja i tak nigdy tam nie zostanę zaproszony. Nieważne staje się to wszystko, gdy nie ma się pieniędzy na przeżycie kolejnego miesiąca. Choć codziennie wychodzisz wcześnie rano do pracy, by tam tyrać za grosze, to i tak ma się świadomość, że nic z tego, co oglądasz w reklamach nie będzie nigdy twoje, bo zarabiasz tyle, że starczy ci tylko na rachunki. I to nie na wszystkie. Co zmieni się od dzisiaj, gdy już wiemy, że mamy nowego prezydenta? Zapewne niewiele. Może ktoś z głosujących będzie zawiedziony, a ktoś inny radosny. Może, choć przez chwilę, w telewizji będzie mniej zapewnień o naszej świetlanej przyszłości. Ale tak dla zwykłego, szarego, przeciętnego człowieka nie zmieni się nic. Tak samo będzie trwał ten pospolity, nieważny dla twojego państwa dzień pracy na podatki. Najważniejszy jest dla mnie spokój, a ja go nigdy przez te ostatnie dwadzieścia jeden lat, niby wolności, nie zaznałem. Nauczyłem się tylko jednego, że liczą się tylko i wyłącznie pieniądze. Że wolność to pieniądze. Że zdrowie to pieniądze. Że przede wszystkim władza to pieniądze. A jak nie ma się w sobie kapitalistycznej krwiożerczości, to nie jest łatwo je zdobywać.

 Nie mam spokoju i pewnie nie zaznam go w najbliższym czasie. I naprawdę nie mam już siły wysłuchiwać o „zwycięstwie demokracji”, gdy przy uranach była pięćdziesięcioprocentowa absencja. Nie mam zamiaru cieszyć się ze zwycięstwa Bronka nad Jarkiem, gdy spotkany dziś rano przyjaciel opowiadał mi ze smutkiem w głosie, że pewnie nie dostanie w terminie pensji. Nie ma dla mnie znaczenia, kto zasiada w pałacu – bo ja z góry zakładam – a właściwie to mam pewność, że ci, co u władzy i tak dostrzegą mnie, maluczkiego wtedy tylko, gdy będę im znów potrzebny przy głosowaniach.  Do tej pory muszę sobie radzić sam i płacić podatki nie oczekując niczego w zamian. Co zmienią dla mnie obiecane przez kandydata na prezydenta podwyżki dla nauczycieli? Dla kilku moich znajomych tak, ale dla mnie nic. Co da obietnica przedwyborcza zwycięzcy, że powstrzyma się od reformy emerytur mundurowych? Mnie nic, choć pewnemu mojemu znajomemu zapewni wolność od pracy w dość młodym jeszcze wieku.  To, że studenci dostaną pięćdziesiąt procent zniżki na przejazdy też mnie nie dotyczy, choć to przecież dobra wiadomość. Podobnie sprawa się ma z refundacją zapłodnienia in vitro. Co się zaś tyczy reformy służby zdrowia to jestem przyzwyczajony, że nic się nie zmieni, bo trawa ona, ta reforma, odkąd sięgam pamięcią. A zadowalających rezultatów jakoś nie widać. Nie mam już nawet nadziei, że będzie lepiej, bo wiem, że to tylko obietnice. Że teraz będzie normalnie. Bo obiecany internet dla każdego obywatela raczej się nie ziści, a i nowych dróg też nie przybędzie nawet, gdy dać prezydentowi tysiąc, a nie pięćset dni spokoju, który potrzebny mu jest dla realizacji obietnic. Na pewno wydarzy się coś, co da usprawiedliwienie dla niedotrzymania zobowiązań.

Jak daleko jest z pałacu do tego mojego spotkania z przyjacielem, obawiającym się o swoją przyszłość? Dla niego nieważne było to, kto stanie się głową państwa, które i tak go w żaden sposób nie chroni przed pazernością i wykorzystywaniem kapitalistycznej gospodarki. – Nie, nie jadę na wakacje, bo mnie na nie stać – to mi między innymi powiedział. I zrozumiałem jak mało znaczyłoby pytanie, na kogo głosował, gdybym go o to zapytał. Ja nie mogę już znieść tego ciągłego gadania polityków o przeszłości i przyszłości. Ja żyję tu i teraz. I teraz chce mieć spokój. Nie chce czekać, bo już czekałem. Nie chcę mieć nadziei, na lepszą przyszłość, bo chyba jej jednak nie doczekam. Nie chcę słyszeć, że coś tam ktoś zawinił czterdzieści lat temu, bo dla mnie to już historia. Chcę zmian teraz. W tej chwili. W perspektywie lat, nie dekad. Bo ja już nie mam czasu. Ja potrzebuję stabilizacji i spokoju teraz. W tej chwili. A wiem, że dostanę teraz kolejną kampanię wyborczą. Że znów będę wysłuchiwał o winach tych, co rządzili. Słuchał obietnic, że jeśli wytrzymam półtora roku to będzie lepiej. Ja już teraz wiem, że tak nie będzie. Bo moje doświadczenie wskazuje, że nic się nie zmieni.

dziennik pesymistyczny

Tchórzliwa niedziela

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

– Przybędzie nam w niedzielę tchórzy – rzekł na powitanie mój znajomy, czyniąc tym samym aluzję do emitowanej przez wszystkie prawie stacje telewizyjne aż do znudzenia reklamy, nakłaniającej obywateli naszej ukochanej ojczyzny do głosowania. Faktycznie, zapewne w znacznej swej części, nie uda się tłumnie nasz lud roboczy miast, wsi i miasteczek do urn wyborczych. Nie spodziewałbym się jakiejś zastraszająco wielkiej frekwencji. I nie dlatego, że słoneczko pięknie świeci i wielu z nas po prostu uda się na łono natury, a nie na głosowanie. Przyczyna tego, niegłosowania tkwi raczej w tym, że wielu tych, którzy do tej pory aktywnie uczestniczyli w obywatelskim obowiązku, teraz po prostu nie ma swojego kandydata. Trudno jest wybierać mniejsze zło. Więc wielu zwyczajnie zagłosuje…nie głosując. Przyłączając się tym samym do tego tłumu, który nie wybrał się do komisji wyborczej już wcześniej. Poprzednio prawie pięćdziesiąt procent naszego społeczeństwa uznało, że nie interesuje ich ta państwowa forma demokracji. Ci właśnie, którzy nie zagłosowali, których „propaganda profrekwecyjna” nazywa tchórzami, są prawdziwymi zwycięzcami tej pierwszej tury wyborów. I to właśnie ich, obydwaj kandydaci konsekwentnie nie zauważali, prowadząc kampanię przed drugą turą wyborów.  Nikt nie zadawał sobie nawet trudu analizowania, dlaczego ludzie nie chcą głosować. Obydwaj, pozostali na placu boju o prezydenturę kandydaci, skupili się bardziej na tych kilkunastu procentach elektoratu, który zagłosował na lewicę, co też okazało się bardzo ciekawe, bo mogliśmy obserwować prawdziwy festiwal przemian prawicowych polityków w lewaków, tak po prostu, z potrzeby chwili.

 

– Ty nie głosujesz – przypomniał sobie mój znajomy. Potwierdziłem. Ale zapytałem też, dlaczego to on, ten, który tak usilnie od lat namawiał mnie do wypełnienia obywatelskiego obowiązku głosowania teraz nagle zmienił zdanie. – Wiesz, te wybory przypominają sytuację, gdy ktoś cię zapyta czy bardziej wolałbyś mieć kiłę czy rzeżączkę – odpowiedział. Faktycznie, ma chłop rację. W tej naszej obecnej sytuacji politycznej, jakiego by nie dokonać wyboru to zawsze okazuje się on nie najlepszy. A nie każdy chce wybierać coś, co ma być tylko mniejszym złem. Czy nie jest tak, że przez to umacnianie naszej sceny politycznej poprzez państwowe pieniądze dla partii politycznych, wytworzyło się u nas coś, co pozwolę sobie nazwać państwową demokracją. Mamy dwie silne naszymi pieniędzmi partie polityczne i prawie pięćdziesięcioprocentową absencję przy urnach wyborczych. Czy tylko ja tu widzę, że coś jest nie tak? U nas liczą się pieniądze, a takie dostają tylko takie partie, które są już przy państwowym korytku.  Czy jest u nas możliwe przy tej ordynacji wyborczej wygranie wyborów tak od zera w sensie finansowym? Nie, nie jest do możliwe. Inny mój kolega z pracy, które też od lat wypełniał ten obywatelski obowiązek głosując, powiedział mi, że tym razem tego nie zrobi. – To jak wybieranie jabłek z koszyka, gdy wiemy, że każde jabłko jest tam albo zgniłe albo robaczywe – tłumaczył.

 

Dla mnie pocieszające jest to, że jutro nastąpi cisza wyborcza i nie będę już musiał wysłuchiwać tych obietnic wyborczych, o których i tak wiem, że nie zostaną nigdy spełnione.  Jakie to szczęście jednak, że już od poniedziałku czarne będzie czarne, a białe będzie białe – jak mawiał klasyk. Już nie będzie się trzeba tak bardzo zmieniać, aby się przypodobać wyborcom. I znów prawica będzie prawicą, liberalizm liberalizmem a lewica… ta pewnie będzie taką lewicą, jaką była dotychczas. Czyli nijaką. Ale jednak żal trochę takich zaskakujących zwrotów akcji, jak u smutnego kandydata w żałobnym wdzianku. Czy nie będzie jednak nam brakowało takich światłych odkryć lewicowości u tych, co to, do tej pory byli raczej za jej delegalizacją? Nie będzie nam brakowało takich słów kandydata prawego i sprawiedliwego o tym, że Edward Gierek był komunistą, ale jednak patriotą? Mnie właśnie tego najbardziej będzie w poniedziałek brakować. Bo wiem, że wszystko wróci do normy aż do następnych wyborów. Do czasu, aż znów będą potrzebni ci, co głosują. Bo przecież nie głosują tylko tchórze. Prawda?

dziennik pesymistyczny

Nocne i proste Polaków rozmowy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jak można tak brutalnie przerywać mi sen?! Rozumiem, jest lato, więc nie chce się chłopaczkom i dziewczątkom wracać wcześnie do domu. Szczególnie jak się wlało w siebie po kilka piw i młodzieńczy wiek powoduje, że wakacje kojarzą się w głównie z wolnością, to noc zawsze wydaje się za młoda na powrót do domu. Ja pewnie nie byłem inny. Więc rozumiem, że niektórych ponosi tak bardzo, że nawet o trzeciej nad ranem roznosi ich energia.  Los sprawił, że moja kamienica leży na trasie nocnych przemarszów okolicznej ludność między dużym osiedlem mieszkaniowym, a sklepem monopolowym czynnym całą dobę. Nocne marsze na orientację tych, co im „pić się chce” nie są dla mnie niczym niezwykłym. Latem jest to jednak bardziej dokuczliwe. Przy otwartych oknach bardziej słychać osoby, co to z pieśnią na ustach idą do wodopoju, a potem od niego wracają upojeni. I właśnie to głośne nawoływanie, rozmowy i pieśni najbardziej mnie denerwują po nocy. I nie inaczej było dziś. No, bo trzecia nad ranem to jednak… dziś. Radosne towarzystwo widocznie nie dało rady dojść do miejsca spoczynku i postanowiło się uraczyć tym, co zakupiło w sklepie, na schodkach prowadzących z ulicy na chodnik, a znajdujących się bezpośrednio pod moim oknem. Zasiedli i radośnie zaczęli spożywać. Gdyby tylko wypili w ciszy i spokoju to, co ze sobą przynieśli pewnie bym tego nawet nie zauważył. Ale chłopcy i dziewczęta rozpoczęli dyskusje. Bo jak Polak zasiądzie do biesiadowania to nie może tego robić w ciszy, albo szepcząc przynajmniej. On musi, bo pewnie inaczej się udusi, tak na całe gardło przekonywać sąsiada, że jego racja jest najważniejsza. Temat jest mniej ważny. A w zasadzie nie jest absolutnie ważny, bo biesiadnicy spod mojego okna ograniczyli polszczyznę do kilku słów. Więc temat też się zdecydowanie ograniczył.

 

Nawet nie przepuszczałem, że można tyle wyrazić, używając tylko słów: kurwa i pierdolić, we wszelkich odmianach. – Beku – rzekł jeden z ucztujących – kurwa, ty to pierdolisz, że będziesz napierdalał do domu na tym kurewskim skuterze tak napierdolony. – Kurwa, a co mam kurwa zrobić z tym jebanym skuterem teraz jak jestem najebany – odpowiedział Beku. Dziewczęta swoim zwyczajem raczej nie brały udziału w podokiennych dialogach, ograniczając się jedynie do popiskiwania i nerwowych śmiechów. Choć muszę przyznać, że dość często dolatywały do mnie damskie okrzyki takie jak: no, weź kurwa przestań. Co pewne odnosiło się do zbytniej gestykulacji w wykonaniu płci brzydszej, która to zdecydowanie parła do bliższych kontaktów z płcią przeciwną. Leżałem sobie w łóżku kilka pięter wyżej nad biesiadująca młodzieżą i myślałem nad uniwersalnością języka. O tym, że w zasadzie wszystko można wyrazić przy pomocy kilku prostych słów. Ale dlaczego czynić to tak głośno i pod oknami tych, którzy chcą spać. – Beku, kurwa weź nie jedź skuterem jak piłeś, jeszcze cię psy pierdolną – usłyszałem. – Zostaw tu. Może ci go nikt nie zapierdoli – dodał ktoś inny. – Eeeee, nie kurwa… ja nie pojadę!? Ja nie pojadę!? Wiecie, co oni mi mogą…? – odparł Beku. A ja miałem fleszową wizję sceny z pewnej polskiej komedii Stanisława Barei, gdzie pewien pan Wacek w stanie wskazującym na spożycie, wybierając się po kolejną flaszeczkę zapewniał kolegów od kieliszka słowami: No i co!? Ja nie dostanę!? Ja nie dostanę!?. Po czym wsiadł w samochód i pojechał. Całkiem jak Beku. Tylko, że tamto to tylko film, a Beku to naprawdę pojechał na swym skuterku jak usłyszałem. Aż szkoda, że nie miał wizji jak pan Wacek – bohater komedii, który rzekł do kompanów od kieliszka: Panowie! Pijcie dalej sami! Ja widzę białe samochody!

 

Gdy już miałem wstać, udać się na balkon i poprosić uprzejmie o spokój wesołą kompanię, nagle… coś się zmieniło. Usłyszałem zbliżający się samochód i w kilka chwil wszystko ucichło. W sensie gwaru i wesołej zabawy. Zapewne ktoś z moich sąsiadów był mniej tolerancyjny i zadzwonił po mundurowych. Co niewątpliwie wprowadziło chłopców i dziewczynki w stan chęci szybkiego powrotu do domu. I jakoś tym razem bez tych krzyków i bez pieśni na ustach. Poczułem ulgę, że mogę teraz spokojnie zasnąć. Naprawdę wdzięczny byłem sąsiadom, że zadzwonili z interwencją. I oczywiście interweniującym, że przegonili wesołe towarzystwo. Gdy tak sobie leżałem w łóżku nie mogąc zasnąć rozmyślałem o tym, jak prosty jednak potrafi być język polski. Jak wiele emocji można wyrazić używając tylko kilku słów. Od razu poczułem, że są wakacje, bo to w tym czasie młodzież szkolna ma więcej czasu na nocne Polaków rozmowy, których ja niestety muszę wysłuchiwać.

dziennik pesymistyczny

Polityczna loteria

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Mój kolega trzy razy w tygodniu opłaca podatek. Od razu wyjaśnię, że nie jest on bynajmniej tak dobrym obywatelem naszej ojczyzny, która zawsze jest w potrzebie obywatelskich pieniędzy, że płaci daninę nawet jak nie musi. O nie. On po prostu opłaca w kolekturze podatek od marzeń. We wtorek, czwartek oraz w sobotę, dobrowolnie płaci kilka złotych by mieć nadzieję na swój dobrobyt. Pośrednio wspiera – oczywiście patriotycznie – własne państwo, bo przecież totalizator to instytucja państwowa, więc jego pieniądze z zakładów idą na szczytne państwowe cele. On wierzy, ma głębokie przekonanie, że kiedyś wygra.  Bo w zasadzie to jedyny sposób dojścia do dużych pieniędzy jak się nie urodziło z zamiłowaniem do kapitalistycznego wyzysku człowieka przez człowieka. On nie mówi o sobie, że jest hazardzistą, ale jakoś tak zawsze znajdzie czas i kilka złotych na ten zakład w grze losowej. Ostatnio zainspirowani doniesieniami prasowymi o tym, że w zakładach bukmacherskich można obstawić ewentualną wygraną jednego z kandydatów na prezydenta wpadliśmy na pewien pomysł. Może tak wykorzystać naszą narodową żyłkę hazardową w pożyteczny sposób. Jeśli frekwencja w pierwszej turze wyborów prezydenckich wyniosła niewiele ponad pięćdziesiąt procent to znaczy, że połowa z nas nie miała odpowiedniej motywacji do uczestnictwa w wyborach. A może właśnie wykorzystać to, że tak chętnie bierzemy udział w tak wielu loteriach? Może oprócz niewątpliwego szczęścia z wyboru prezydenta wszystkich Polaków, można by było wygrać w głosowaniu dodatkowo z kilka milionów złotych? Niech każda karta do głosowania stanie się też dodatkowo kuponem konkursowym! Zapewne wtedy znacznie więcej osób stanie przy urnach!

 

Co za szczęście niepojęte spotkałoby naszych obywateli? Nie dość, że frekwencja prawie stuprocentowa, to jeszcze prezydent wybrany! Nie dość, że tak wielu oddało swój głos, to jeszcze wielu zdobyło cenne nagrody! A ten najszczęśliwszy, co dobrze wytypował, kto zasiądzie w pałacu i miał jeszcze szczęście w losowaniu zdobyłby główną nagrodę. Że przesadzam? Nie wydaje mi się. Przecież już od dawna można w zakładach bukmacherskich obstawić czy kandydat prawy i sprawiedliwy stanie się naszym nowym przywódcą narodu, czy też może na platformie władzy stanie kandydat hrabia Bronisław. Czy dla podniesienia frekwencji wyborczej nie warto urządzić loterii? Przecież od dawna namawiają nas do głosowania różni aktorzy, wmawiając, że to tylko takie skreślanie i to takie proste, że jak nic trzeba się wybrać i kogoś tam – obojętnie, kogo – skreślić. Bo nieskreślenie to tchórzostwo. A tak, jak lud prosty mógłby wygrać telewizor plazmowy – na przykład – głosując na Bronka czy Jarka, to gwarantuję, że wielu by się zdecydowało na udział w wyborach, mimo, że nie ma swojego kandydata.

Niech w zakładach wyborczych można by było nie tylko typować, kto wygra czwartego lipca, ale także założyć się o przewidywaną frekwencję wyborczą. Można by było wygrać na przykład samochód, jeśli przewidzielibyśmy ile procent wyborców pójdzie w najbliższą niedzielę do urn z dokładnością do trzeciego miejsca po przecinku. U bukmacherów już dziś można obstawić też wiele nietypowych zakładów. Możemy się założyć o kolory krawatów, jakie będą mieli na sobie kandydaci podczas drugiej – zaplanowanej na środę – debaty telewizyjnej. A może tak zakładać się o wszystko, co ważne w polityce i gospodarce? Nie tylko zastosowanie zakładów podczas głosowania zwiększyłoby zainteresowanie wyborami, ale też możliwość zdobycia wymiernej nagrody mogłoby ogólnie poprawić zainteresowanie Polaków polityką. Obstawialibyśmy na przykład ile szpitali możne upaść w tym roku? Kto będzie najdłużej czekał w kolejce do lekarza specjalisty? Czy paliwo będzie kosztować pięć złotych za litr? Czy emerytury w dwa tysiące czterdziestym, będą wynosiły sto złotych? Możnaby sporo wygrać. A i świadomość polityczna Polaków znacznie by się zwiększyła. Wyobraźmy sobie sytuację, w której premier rządu zakłada się z ludem pracującym miast i wsi, że za trzy lata wybuduje sieć autostrad. Jeśli przegra i nie zbuduje to wypłaci po stówie wszystkim, którzy przystąpili do zakładu. Jeśli wygra to oczywiste, że dla wszystkich jest korzyść z tych nowoczesnych dróg. A on, premier wygrywa kolejną kadencję. W loteriach jest zdecydowanie przyszłość. 

dziennik pesymistyczny

Słowa na wietrze

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Musiałem poczekać na kolegę. Stałem przed zamkniętymi drzwiami jego firmy, w centrum mojego prowincjonalnego miasta i czekałem. A on się niemiłosiernie spóźniał. Stałem na pustej prawie ulicy, jak to zwyczajowo bywa rankiem. Prawie nikogo. Słoneczko pięknie świeciło. Był lekki wietrzyk. A ja usiadłem na murku  i czekam na tego, co miał tu być już od prawie trzydziestu minut, a nadal go nie było. Tak tu się umawiać z baranami. Nie byłem zły, bo okoliczności przyrody były takie piękne, że to przymusowe oczekiwanie stało się nawet dla mnie przyjemnością. Postanowiłem poczytać gazetę, ale już okładka zapowiadała, że nie mam co liczyć na ucieczkę od polityki. Schowałem więc pismo do torby i postanowiłem zająć się czymś ciekawszym w odróżnieniu od wyborczych obietnic kandydatów, czyli obserwacją ulotki która fruwała sobie zalotnie przede mną, pchana z jednego końca ulicy na drugi. Raz była po prawej stronie jezdni, a raz po drugiej. Raz wzlatywała do góry, aby już za chwilę spaść i walać się wraz z innymi śmieciami w kurzu chodnika. Gdy przez zrządzenie sił natury ulotka wylądowała pod moimi nogami, mogłem zobaczyć na niej poważną twarz kandydata Jarosława. Kilka dni temu zawitał do mojego prowincjonalnego miasta wyborczy autobus. Bez kandydata na pokładzie, ale zawsze to ten słynny jarosławobus do nas zawitał! I to nie tylko jeden, ale nawet dwa autokary. Piękne i wielkie jak wielki jest urząd, do którego pretendują kandydaci. Autobusy przywiozły ulotki, a dzielni głosiciele dobrej nowiny kandydata, roznosili je wręczając przechodniom. Ale jak widać nie wszystkie ulotki trafiły do mieszkań wraz z potencjalnymi wyborcami. Portret smutnego kandydata okraszony jego ideami nie trafił do serc i umysłów mieszkańców mojego miasta. Trafił za to w znacznej ilości wprost na ulice. Powtarzając za Norwidem można by rzecz, że: ideał sięgnął bruku.

 

I przyglądałem się z zaciekawieniem wirującym na wietrze ulotkom reklamującym kandydata na prezydenta. I myślałem o tym, że można to zdecydowanie uznać za analogię do naszej polityki. Te wzloty i upadki. Te zmiany od prawa do lewa. Ustawianie się tak jak zawieje wiatr wyborczych oczekiwań. Raz się jest lewakiem a raz konserwatywnym katolikiem. Ale zawsze chce się wzlecieć jak najwyżej. Choć czasami wiatr przyciska do ziemi, jak tę ulotkę spoczywającą przez chwilę przede mną na chodniku. Co ciekawsze, dla mnie to, co obiecują obydwaj kandydaci ma takie znaczenia, jak ten świstek wyborczo – propagandowego papieru, unoszony przez wiatr. Ja wiem, że czy w pałacu zasiądzie Bronek czy Jarek to, i tak dla mnie będzie to miało niewielkie znaczenia. Ja wiem, że w poniedziałek i tak pójdę do pracy, tak samo pchany tam obowiązkiem przeżycia kolejnego miesiąca. Nie będzie miało dla mnie znaczenia, kto zasiądzie pod kryształowym żyrandolem, jeśli na stacji paliw znów mniej zatankuję za tę samą, co zawsze, dokładnie odliczoną sumę pieniędzy. Nie będzie dla mnie ważne, kto z nich jest bardziej lewicowy w znaczeniu socjalnym nawet, bo i tak wiem, że obaj zrobią dla mnie niewiele. Ja jestem im tylko potrzebny do głosowania. Do tego, żeby swoim głosem wrzuconym do urny zalegalizować trwanie państwa, jako zbiorowego pracodawcy urzędniczej armii. Po wyborach znów będę się tylko nadawał do płacenia w spokoju podatków.

 

Ja już w nic nie wierzę. Za dużo było zawiedzionych nadziei. Wiem, że kogo bym nie wybrał to i tak wybieram mniejsze zło. Wiem, że i tak bez znaczenia będzie to, kto będzie prezydentem tego kraju, jeśli ja i tak będę się zastanawiał, jak przeżyć za to, co uczciwie zarabiam przez najbliższy miesiąc. Nie zmieni się nic. Mam wrażenie, że podczas ostatniej debaty telewizyjnej słuchałem nie dwóch kandydatów a jednego. Bo obiecywania nie było końca i zapewnień o świetlanej przyszłości nie było końca. A przecież każdy wie, kto choć raz słyszał aktora z pewnej reklamy, że: tylko to mamy za darmo, co zrobimy sami. Tak oto myślałem o wielkiej polityce obserwując nieważną i teraz śmieszną tylko ulotkę wyborczą tańczącą na wietrze. Czy ona tym tańcem też coś obiecywała? Czy to kolejny przejaw kampanii wyborczej? Najważniejsze, że doczekałem się na kolegę. Przyszedł mój przyjaciel spóźnialski i udaliśmy się razem na spotkanie w jego firmie. Po drodze minęliśmy na ulicy sprzątacza, który wielką miotłą zamiatał na swą szuflę ulotki smutnego kandydata, aby potem wrzucić je do wielkiego wora ze śmieciami. Gdy go mijaliśmy usłyszałem jak sprzątacz mruczy pod nosem z wyrzutem nie wiadomo, do kogo: przyjechali, naśmiecili – a ty człowieku teraz po nich sprzątaj.