dziennik pesymistyczny

Miękkie wycofanie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

– Jeśli wygram wybory prezydenckie, to moim zamiarem będzie ograniczenie i wycofanie polskich wojsk z Afganistanu – powiedział pełniący obowiązki prezydenta Bronisław Komorowski, który odwiedził ostatnio polskich żołnierzy w Afganistanie. I teraz to już naprawdę nie wiem i niczego nie rozumiem w sprawie tej naszej afgańskiej wojny. Co prawda, w sprawie operacji wojskowych w Iraku i Afganistanie nigdy do końca nie rozumiałem, po co to nam jest potrzebne? Ale jak już tam pojechaliśmy, to uznałem jak pewnie wielu innych, że pewnie mieliśmy dobry i bardzo ważny powód.  A teraz po kilku latach naszej obecności wojskowej w tym obszarze świata, to naprawdę straciłem zupełnie rozeznanie, co do celów naszej wojennej polityki i przestałem cokolwiek z tego rozumieć. My tę wojnę wygraliśmy czy przegraliśmy? Nie wiem, bo już się w tym pogubiłem. Zawsze myślałem, że ten, kto prowadzi wojny robi to, w jakimś ściśle określonym celu. Że jak ktoś z tych, którzy są u władzy, wysyła gdzieś wojsko to ma ono coś do wygrania dla tych, co je tam wysłali. Mają wojskowi, którzy jadą na wojnę, przynajmniej teoretycznie odnieść jakieś zwycięstwo. Zdawało mi się, że cel misji wojskowych jest jasno określony i jest nim zwycięstwo. A nie prowadzenie okupacji dla samej okupacji. Sądziłem, pewnie naiwnie, że jak zwycięstwo w wojnie jest niemożliwe do wypełnienia, to należy to uznać i się z wojny szybko wycofać. Tylko, że ja nie słyszę od naszych oficjeli, że w Afganistanie przegraliśmy. My się po prostu miękko wycofujemy. Tak po prostu. Powalczyliśmy i teraz już nie chcemy walczyć i się wycofujemy. Pojechaliśmy, powalczyliśmy, a teraz wracamy.

Pewien teoretyk wojny, pruski generał Carl von Clausewitz twierdził, że istotą wojny ma być pokonanie przeciwnika i skłonienie go do realizacji naszej woli. A tam w tym dalekim kraju raczej – opieram się tylko na doniesieniach medialnych – walczyliśmy w obronie i tak bardziej dla samej idei walki niż dla zwycięstwa. Bo chyba nawet najbardziej optymistycznie nastawieni generałowie nie wierzyli, że uda się tam wygrać wojnę i zaprowadzić prozachodni pokój. I teraz żebyśmy nie utknęli z armią na kolejne kilka lata, to mamy się wycofywać. Nie bardzo tam kogoś pokonaliśmy i na pewno nie zmusiliśmy przeciwnika do realizacji naszej woli – więc się wycofamy. Powstaje więc całkiem zasadne pytanie: po co tam pojechaliśmy? Po co tam walczyliśmy? Zobowiązania sojusznicze? Powinności wobec NATO? Jeśli tak, to pewnie wszystkie kraje sojuszu atlantyckiego wysłałyby tam swoje wojska. A tak nie było i nie jest. Clausewitz pisał, że środkiem wojny jest walka. I my tam na pewno walczyliśmy. I do tego ofiarnie. Tylko jakoś nie widać celu w tym wojennym działaniu. Albo może ja jestem tak pacyfistycznie nastawiony, że nie widzę sensu w walce dla samej walki. W wojnie prowadzonej dla samej wojny. Aby pokonać wroga należy rozbić jego armię, zająć terytorium i złamać wolę kontynuowania oporu – pisał Clausewitz. I w Afganistanie koalicja pokonała wroga.  Zajęła terytorium. Ale zdecydowanie nie złamała woli walki w talibach. A mam takie wrażenie, że czym dłużej trwa obecność wojsk zachodu w tym kraju, tym w bojownikach afgańskich zwiększa się wola walki. Wszystko powinno mieć jakiś cel. A już wojna, na pewno powinna być prowadzona w jakimś ściśle określonym celu. A tam walczyliśmy by walczyć? Bo jak się mamy wycofać to z jakiegoś powodu. A ja słyszę tylko, że się wycofujemy bez podania przyczyn.

Po ostatnich zamachach na polskich żołnierzy, coraz głośniej zaczęło być powtarzane w Polsce z wielu stron pytanie o dalszy sens obecności polskich wojsk w Afganistanie. Tak jakby taki sens kiedykolwiek istniał. Nie ulega wątpliwości, że duża w tym zasługa toczącej się w Polsce kampanii wyborczej o najwyższy urząd w państwie. Kwestia wyjścia z Afganistanu nieoczekiwanie stała się jednym z najważniejszych elementów przedwyborczej walki o prezydenturę. Jeśli przez wiele lat angażowaliśmy się w wojnę to pewnie miało to coś na celu. Jakieś ściśle określone i wymierne korzyści zamierzaliśmy tam osiągnąć. Dlaczego teraz mówi się tyle o wycofaniu się z Afganistanu, a nic się nie mówi, co tam wygraliśmy? Bo jeśli jest wojna, to kończy się ona zwycięstwem lub przegraną, albo przynajmniej rozejmem. A czym kończy się ta wojna dla polskiego wojska?

dziennik pesymistyczny

Polska Zjednoczona Partia… Lewicy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

– My się nie boimy żadnych zarzutów. Niech nam mówią, że jesteśmy lewicowi – może i po trosze jesteśmy. Dzisiaj zresztą warto używać tego słowa – lewica, a nie postkomunizm – usłyszałem wczoraj w telewizji taką wypowiedź pana prawego i sprawiedliwego i naprawdę mało brakowało abym zakrztusił się kanapką. Tak być nie może! Takie rzeczy powinny być poprzedzane stosowną zapowiedzią o tym, że widzowie o słabych nerwach powinni odejść od telewizora. To był zwykły program informacyjny i przecież nie mogłem się spodziewać, że zobaczę coś tak spektakularnego i zaskakującego. Że nagle pan smutny, kandydat prawych i sprawiedliwych przemieni się na moich oczach w lewaka. Pewnie ta blokującą dopływ tlenu kanapka, oraz nadmierny wysiłek związany z moim wyjściem ze stanu zakrztuszenia spowodował, że przez chwilę widziałem smutnego kandydata w telewizji w otoczeniu czerwonych sztandarów, a w uszach szumiała mi międzynarodówka. No byłby mnie zabił… nieświadomie pewnie, ale jednak. Gdy już doprowadziłem do porządku ciało i umysł dotarło do mnie, że faktycznie ten facet który do mnie przemawia z ekranu zmienił się zdecydowanie. A może przemienił? On już prawie jak komendant Ernesto Cze Gewara mnie się jawił. Już mu nie moherowy beret bardziej pasuje, ale taki z gwiazdką czerwoną. Jak mawiali w pewnym polskim filmie: zmiany, zmiany, zmiany. I doczekałem się prawicowego lewaka. A myślałem, że wyrażenie: ni pies ni wydra, to tylko taka figura stylistyczna. Przenośnia taka… a tu proszę… na własne oczy – choć przez telewizję – widziałem jak się gość zaczerwienił na wyborcze zamówienie.

Pamiętam, że kilka lat temu ten sam człowiek, jeszcze przed swą przemianą mówił: – Wniosek PiS do sądu rejestrowego w sprawie delegalizacji SLD będzie gotowy za kilka tygodni. To niesamowite jak wiele może się zmienić w człowieku, który prze do władzy za wszelką cenę. Tylko krowa nie zmienia poglądów – pewnie wielu tak powie. Ale nawet ona nie przemalowałaby się w pasy i nie nazywałaby się zebrą. Ten prawicowy polityk, który kilka lat temu chciał delegalizacji partii lewicowej teraz zmienił zdanie tak bardzo, że mówi o sobie i o swoich zwolennikach: jesteśmy lewicowi. Kilka lat temu ten lewicowy neofita mówił o partii do której się teraz przymila: jest w bardzo wielu miejscach związany (Sojusz Lewicy Demokratycznej) z działalnością nielegalną, albo zgoła po prostu przestępczą. – Mamy do czynienia z taką ilością tych związków, iż możemy mówić o sytuacji, która ma charakter strukturalny – mówił też obecny kandydat gdy był jeszcze prawicowym politykiem – To nie jest szereg występków poszczególnych działaczy, a sytuacja związana z istotą tej partii – takimi to słowami zapowiadał wniosek Prawa i Sprawiedliwości o delegalizację Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Ale słowa to tylko słowa więc teraz prawi ludowi inaczej.

Minęło kilka lat i słyszę z ust smutnego kandydata, że: – Nasi konkurenci, przy całym szacunku mówią, że to jest socjalizm, a nawet postkomunizm. W socjalizmie nie to było złe, że budowano. W socjalizmie to było złe, że ten system był skrajnie nieefektywny, że budowano dla tych tam na wschodzie (…). A myślałem, że już wszystko widziałem. Ale jak widać to nie koniec przemian prezesa partii prawych i sprawiedliwych. Zdaniem kandydata PiS, dzisiaj warto używać słowa lewica, a nie postkomunizm. Jak czytałem dziś wpisy internautów na forach i blogach, to dochodzę do wniosku, że nie tylko ja po wysłuchaniu tych słów kandydata prawych i sprawiedliwych na prezydenta, miałem skojarzenie nawiązujące do słów aktorki Joanny Szczepkowskiej wygłoszonych w TV dwadzieścia lat temu. Bo zdecydowanie warto i trzeba teraz powiedzieć na przydechu, że: dwudziestego pierwszego czerwca dwa tysiące dziesiątego roku umarł w Polsce postkomunizm. Wiem, że dziś prezes przybędzie z misja agitacyjną do Radomia. Ciekawe czy przywita go tam transparent: czerwony Radom wita czerwonego prezydenta. Pewnie nie. Bo są pewnie granice ludzkiej naiwności. Ale zastanawiam się gdzie one, są te granice? Jak bardzo trzeba oszukiwać dla politycznych celów? Jak bardzo trzeba się zmieniać żeby się dostosowywać do koniunktury panującej na politycznym rynku? Nie wiem. Ale spodziewam się dalszych przemian u prezesa. PiS, (…) w dużej mierze jest współczesną wersją narodowego socjalizmu ma z kogo brać przykład – powiedział kiedyś Leszek Miller. Boże chroń mnie przed takim kierunkiem przemian u prawych i sprawiedliwych. Bo słowa, że Polska jest najważniejsza już słyszałem… teraz słyszę, że socjalizm nie jest taki zły. W takim połączeniu nic dobrego z tego nie wyniknie. Przyznam że liberałowie z praformy też po dwudziestym czerwca miłością zapałali do lewicy. Więc może czas najwyższy zwołać kongres zjednoczeniowy. I znów powołać Polską Zjednoczoną Partie Lewicową?

dziennik pesymistyczny

Po imieniu z prezydentem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Aleś wybrał – zganił znajomego, czy może się w ten sposób przywitał – pewien pan z drugim panem na ulicy. – Ja? Ja to dobrze wybrałem! Ty żeś dopiero wybrał wspaniale – bronił się ten drugi. Ale obydwaj ci panowie byli zdecydowanie radośni, więc pewnie nie dzieliły ich tak wielkie spory o to kto w Polsce jest najważniejszy i bardziej godny najwyższych urzędów. – Nie wypadł ten twój Jarek najlepiej – rzekł ten pierwszy. – A ten twój Bronek też w pierwszej turze nie dał rady – ripostował drugi. O, i proszę jest jedno zwycięstwo w tej smutnej i nijakiej kampanii wyborczej. Po latach stosowania formy Pan Prezydent, teraz mamy Bronka i Jarosława. Jest też Grzesiek z lewicy – ale ten to sam chciał żeby go tak nazywać. Jaką radość sprawiło mi i jakie uczucie bliskości miałem z tymi politykami. Gdy po podaniu przez telewizję pierwszych sondażowych wyników głosowania, usłyszałem w sztabach chóralne, wyraźnie zagrzewane przez partyjnych wodzirejów okrzyki radości: Jarosław! Jarosław! To on taki mi zrobił się bliższy bo jak i oni to i ja mogę z nim być po imieniu. Tylko co nieliczni, pewnie odważniejsi, ośmielili się na formę Jarek! Jarek!. I skandowano tak imię wodza! I w sztabie zwycięzcy zapanowała też podobna nowa świecka tradycja. Okrzykom Bronek! Bronek! Bronek! Nie było końca. I tak oto mamy do wyboru kandydata na prezydenta Bronka i kandydata Jarosława. Nie żaden tam Pan kandydat. Teraz to tak po ludzku, po imieniu, jak do brata się można do kandydata zwracać. Nie chodzi mi o to, że to coś złego tak unikać formy grzecznościowej – Pan. To nawet lepiej tak być na ty z prezydentem. Miło tak się po imieniu zwracać to przyszłego prezydenta. Taka bliskość się wytworzyła. I jeśli z nim na ty jesteśmy, to już – ten kandydat – mniej niedostępny się wydaje, jak ja słyszę że on Bronek czy Jarosław. I tak jakoś po ludzku mi do niego bliżej jak wiem, że on nie Pan żaden, ale po prostu Jarosław, Jarek lub Bronek w zależności od opcji.

I to jest największe zwycięstwo tych wyborów! Polityka pokazała swą nową, bardziej ludzką twarz. Taką swojską, naszą, przyjazną. I słusznie! I oby tak dalej. Nie tylko zdanie: Pan Prezydent powiedział – niech słyszę z telewizji – ale też: prezydent Jarosław spotkał się z ludnością. Jak to brzmi, gdy z Prezydentem tak po imieniu lud jest. Lub prezydent Bronek wygłosił przemówienie… – taki niech mówią dziennikarze. Niech tak piszą gazety. Niech nam żyje prezydent Bronek! Lub Jarosław jak kto woli. Ważne, że po imieniu jesteśmy. Brudzia nie wypiliśmy, ale jeśli oni tam w sztabach wyborczych tak są po imieniu z kandydatem, to my jako lud ciemny ale przyjazny, też chyba możemy tak po imieniu się to głowy państwa zwracać? Jestem takim samym potencjalnym wyborcą jak ci, co pod sceną skandowali w dniu „tryumfu”, i tego, „prawie tryumfu” – zależy od opcji. Jeden z kandydatów, ten co to jeszcze niedawno nikt mu szans nie dawał, że przekroczy z wynikami wyborczymi błąd statystyczny, sam chciał być na ty z wyborcami. – Grzesiek mi mówcie – apelował do nas. I może to właśnie skłoniło tak wielu to poparcia właśnie tego kandydata na prezydenta. I mamy tak jak chcieliśmy nową jakość w polityce. Odniosłem wrażenie, że największym zwycięzcą wyborów jest coś co określiłbym jako: z polityką na ty! Pan z telewizji w każdym wejściu swego show wyborczego podkreślał swoje wielkie zadziwienie tym, że kandydat z lewicy ma tak dużo w tych słupkach, a przecież on taką dziwną kampanię prowadził. Śpiewały dla niego bliźniaczki, a on sam nawet zatańczył. A może on w tych wyborach ma takie wielkie poparcie bo przeszedł na ty z wyborcami? Pewnie tak, bo od razu to w sztabach innych, prawie zwycięzców doceniono. To bratanie się z ludem wyborczym. I rozległo się gromkie i chóralne: Jarosław! Jarek! Bronek! Bronek! Zwyciężymy! Zwyciężymy!

Czasem w proteście przeciwko zbytniej poufałości, której sobie nie życzymy, mówiono u nas i pewnie nieraz się mówi: świń z tobą nie pasałem. Czyli nie spoufalaj się, nie tykaj mnie, bo sobie tego nie życzę. Liczę na to, że teraz jak los im da… i Jarosław lub Bronisław zasiądą w pałacu i jak już uchwycą ster rządów to nie zapomną o tym, że się tak spoufalili. Że ich tak za namową ich sztabów wyborczych tykaliśmy. Że oni z nami wyborcami, żaden tam Pan czy Pani. Że oni dla nas to Prezydent co prawda, ale nadal też i przyjaźniej Bronek lub Jarek.

dziennik pesymistyczny

Rok ciszy wyborczej

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jaka teraz cisza panuje w naszej ojczyźnie. Dziesięciu ofiarnie stających w boje o zaszczyty, zniknęło na pewien czas z radia i telewizji. Co za ulga. Teraz można spokojnie otworzyć lodówkę i mieć pewność, że nie wyskoczy z niej z ulotką jakiś nowy – i w swej nadziei, przyszły – ojciec narodu. Kocham te dwa dni ciszy. I naprawdę jestem wdzięczny, że nie muszę już wysłuchiwać o wyższości cnót przepisywanych jednemu z kandydatów nad zaletami umysłu innego. Jak dobrze jest poczytać w gazetach o czymś normalniejszym dla zwykłego obywatela szaraka. O czymś zwykłym, przyziemnym, mniej patriotycznym, mniej abstrakcyjnym. To chyba jest w tym najpiękniejsze, że w politycznym państwie, tuż przed tym jak zamierza ono legalizować swoją władzę na następne kilka lat, postanawia ono nagrodzić obywateli ciszą polityczną. Takim odpoczynkiem od siebie. Co prawda w sferze duchowej bardziej niż w materialnej, ale zawsze to jakiś odpoczynek od wszechobecności politycznej. Nadchodzą dni spokoju. Odpoczynku od wrzasków i przekonywań o tym kogo prawda jest najbardziej prawdziwa. Jak nie lubię ludzi polityki i polityków, to ciszę wyborczą zdecydowanie uznaję za największe dobrodziejstwo tej naszej upaństwowionej demokracji. Dla mnie to mogłoby być odwrotnie. Dwa dni kampanii wyborczej i potem reszta roku w wyborczej ciszy. Jeśli to za radykalne posunięcie to może tak: tydzień w miesiącu na polityczne obiecywanki a potem trzy tygodnie w spokoju i ciszy. Lub może jeszcze inne rozwiązanie. Jeden dzień w tygodniu na polityczne wojny, waśnie i spory i potem sześć dni spokoju.

Pamiętam z podstawówki, że był tam ze mną kolega który nie dawał się przekonać co do tego, że nie jest najważniejszy w naszej klasie i szkole. Przekonany był o swej wyjątkowości tak dalece, że skacząc po ławkach, krzycząc i ciągnąc dziewczynki za włosy, nie spodziewał się za to kary jaka spotkałaby zwyczajnego ucznia. Był on bowiem synem dyrektorki szkoły więc miał że tak powiem, umocowanie we władzy. A jak wiadomo duży i silniejszy oraz ten, za kim stoi realna władza może więcej. Mógł więc czynić znacznie więcej niż my maluczcy. I czynił to. Oj, jak to czynił. Było to nawet czasem śmieszne ale i czasami meczące. Tak czy inaczej doszło do tego, że młodzieniec ten zapanował tak dalece nad nauczycielami, że ci nie chcąc walczyć i z nim samym, i jego mamusią dyrektorką, postanowili dać mu pięć minut z czasu lekcji na wybrykanie się. On zaś zobowiązał się po upływie tego czasu do ciszy i spokoju. Dając im czterdzieści minut wolności od swych wybryków tak, aby mogli spokojnie prowadzić nauczanie, wywalczył pięć minut dla siebie. Wiem, że to co piszę wydaje się niemożliwe, ale jest jak najbardziej prawdziwe. Mam na to kilku świadków. Piszę o tym, by pokazać że się da. Że jeśli nie można nad czymś zapanować, to po prostu warto temu czemuś dać pięć minut na wygłupy ,aby potem mieć czas, na zajęcie się czymś poważnym i normalnym.

Może wprowadzenie zasady że rząd rządzi, a nie prowadzi wiecznej kampanii wyborczej byłoby dobrym posunięciem. Może zdecydowanie potrzebny jest nam czas ciszy wyborczej, wolnej od tego, że każda administracyjna decyzja jest od razu zbijana przez polityczną opozycję etykietką prowadzenia przez rząd kampanii wyborczej. Jak ja tęsknie do czasów – jeśli można tęsknić do czegoś czego się nie zaznało oczywiście – w których nie będę wiedział kto jest ministrem finansów, bo nasze państwo będzie tak dobrze zarządzane, że nie będę miał potrzeby oglądanie co chwila w telewizji ministra. Chcę do czasów w których nie będę kojarzył kto jest ministrem od dróg bo one – te drogi – po prostu będą i to w doskonałym stanie. Nie będę musiał się opowiadać po stronie jednego polityka, bo przecież będę miał pewność że wszyscy oni i tak pracują dla mojego dobra. Chcę czasów, w których będę co najwyżej mgliście kojarzył kto jest premierem, bo znać go będę z tego, że jest dobrym administratorem i gospodarzem. Bo państwo będzie sobie trwało bez sporów, waśni i bez angażowania mnie w swe walki wewnętrzne. Będzie moim opiekunem i doradcą . A ja stanę się podmiotem w państwie, a nie przedmiotem do zarabiania na jego utrzymanie.

Niech będzie teraz tak, że raz w tygodniu będzie można sobie walczyć politycznie do woli, a potem nastąpi cisza, w której pod groźbą kary, zabroniony będzie jakikolwiek sposób agitacji politycznej. Wprowadźmy zasady, że rząd administruje w ciszy bez medialnej wojny. Niech zakazem będą objęte przez większość roku wszelkie wystąpienia polityczne, manifestacje, audycje radiowe i telewizyjne z udziałem urzędników państwowych obecnie urzędujących, publikacje na ich temat, czy naklejanie ich plakatów. Nich przez większość roku będzie cisza wyborcza.

dziennik pesymistyczny

Mój głos to mój wybór

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Ile razy wam się zdarzyło że ktoś was namawiał do picia alkoholu wtedy właśni,e gdy nie mieliście na to najmniejszej nawet ochoty. – No napij się …. Ze mną się nie napijesz? – słyszeliście zapewne wielokrotnie gdy ktoś wmawiał wam, że powinniście z nim wypić choć wam się nie chciało. – No, jednego się napij… na co masz ochotę? Na piwko? Na wódeczkę? – wciąż i na nowo ponawiano natrętne pytania. A przecież od razu zapowiedzieliście, że na żaden alkohol w tym dniu nie macie ochoty. A tu stawiają przed wami wybór. Jakby nie docierało do nich że nie macie na to ochoty. Że już postanowiliście. Że dziś waszym wyborem jest nie picie. I już. I nic więcej się nie liczy. A jednak zawsze znajdzie się ktoś ,kto docieka, dlaczego wasz wybór jest taki a nie inny. – Nie pije więc pewnie donosi – usłyszałem kiedyś. A ja po prostu uważałem, że nie powinienem zażywać alkoholu, bo jutro mam coś ważnego do zrobienia i muszę wcześnie wstać. Przecież mam wolną wolę i mogę postąpić tak jak mi się chce i zgodnie z moimi przekonaniami, i nikt nie powinien mnie na siłę przekonywać że postępuję źle. To co piszę ma być przykładem. Przykładem, który ma pokazać, że czasami wszyscy wokół chcą nas przekonać do swoich racji. Ma być przykładem ilustrującym denerwujące i usilne namawianie mnie do czynów, których z racji moich przekonań i tak nie dokonam. Ale często jest tak, że inni widocznie uznali, że powinienem wybierać mimo tego, że nie ma we woli wybierania. Wielu jest takich co nie szczędzą sił i środków na triki marketingowe które mają mnie przekonać, że moje poglądy nic nie znaczą. Ważne że inni myślą, że powinienem coś zrobić więc mam to zrobić i już. Po prostu ich prawda jest „najsza” bardziej niż moja prawda i moje przekonania.

Jeśli przykład z alkoholem jest za mocny i niewłaściwy, zbyt procentowy, i za bardzo niepoprawny politycznie, to odniosę się do czasów niewinności. Pamiętacie z dzieciństwa jak to było, gdy wam ktoś usilnie wmawiał, że powinniście zjeść obiadek z talerzyka, a wy wcale nie byliście wtedy głodni? Pamiętam też, że wtedy często słyszałem pytanie: no to co chcesz zjeść? Jakby to było najważniejsze. A przecież nie było kwestią to co chcę zjeść konkretnie, ale bardziej to, że mnie się po prostu absolutnie jeść nie chciało. Jednak podsuwano mi pod nos kolejne smakołyki, bo przecież tak czy inaczej powinienem coś zjeść, i przy tym nie liczono się zupełnie z tym, że jest przecież u mnie opcja nic nie jedzenia. Przynajmniej w tej chwili. Bo potem, za kilka godzin to już mogło być całkiem inaczej. Pewnie jest jeszcze wiele takich przykładów ,gdzie ktoś skłania nas do wyborów których dokonywać nie chcemy. I to wcale nie dlatego że tak zwyczajnie nam się nie chce. To jeszcze można zrozumieć. Ale czasem mamy stuprocentową pewność, że nie możemy uczestniczyć w czymś co tak naprawdę do niczego nie prowadzi. A jednak wciąż i znów słyszymy głosy ludzi, którzy nakazują nam wybór tylko dla samego aktu wyboru. Nie jest ważne że my świadomie nie chcemy dokonywać wyboru. Ważne jest to że powinnyśmy wybierać, bo tak nakazują nam inni. Nawet jeśli nasz wybór z dziesięciu możliwości jest niemożliwy. Nawet jeśli poprzez działania mediów i ogromne pieniądze wybór został ograniczony do dwóch możliwości, a żadna nie jest tą naszą, to i tak powinniśmy wybrać. Bo obowiązkiem patriotycznym stało się wybieranie dla samego wybierania. Jak w sporcie, mniej się liczy wynik- bardziej uczestnictwo.

Dziś z okienka telewizyjnego piękna panienka namawiała mnie do głosowania. Twarz jej kojarzę, dokonań jednak, mimo znacznych wysiłków, nie pamiętam. Ale panieneczka z okieneczka z karteczką w ręce ośmiela się mnie przekonywać że powinienem coś wybrać. A właściwie kogoś wybrać. Czyli tylko wybierać dla samego aktu wyborczego jak rozumiem. Należy koniecznie iść i wrzucić do urny karteczkę wyborczą. Nawet oddać głos nieważny, bo on frekwencyjnie i tak jest bardzo ważny jak się okazuje. Byle tylko zagłosować. – Wybory to nie małżeństwo – przekonuje mnie pani z telewizora. – Nie musisz kandydata kochać. Musisz go przynajmniej troszeczkę lubić – słyszę głos który ma mnie przekonać do udziału w wyborach. Pewnie że nie muszę go kochać – kandydata znaczy się – mogę go tylko ociupinkę polubić. Tak jak się lubi smak oranżady, dropsy czy wygodne buty! I już się czuję przekonany! Przecież nawet jak żaden kandydat nie jest mój, w sensie takim, że nie zakochałem się w jego poglądach politycznych, to i tak mam pobiec na wybory. Bo przecież frekwencja jest najważniejsza. Inny pan – o którym mówi moja mama że jest aktorem serialowym -a dla mnie podobny on jest zupełnie do nikogo, zarzuca mi nawet, że jak nie udam się do urn i nie zagłosuję to okażę się tchórzem. Pomijając brak autorytetu tego pana, ważniejsze jest to, że naprawdę nie wiem czy większym tchórzostwem jest to, że wybiera się najmniejsze zło licząc na to że jakoś to będzie, czy może to, że się jawnie i głośno mówi, że nie będzie się legitymizować tego w co się nie wierzy. Co jest bardziej uczciwsze: wybranie na siłę pośród tych których poglądów nie podzielam czy świadome pozostawienie tej zabawy tym, którzy jeszcze wierzą ,że to ma coś wspólnego w prawdziwym, takim klasycznie demokratycznym wyborem, gdzie ważniejszy jest człowiek, jego poglądy, przekonania, osobowość a nie pieniądze i medialny cyrk. I nikt nie musi mnie na siłę przekonywać i nazywać tchórzem, bo przecież mój głos, to mój wybór.

dziennik pesymistyczny

Między wyrokiem, a przekonaniem o winie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Po północy są w moim prowincjonalnym mieście takie ulice, na których ruch kołowy całkowicie zamiera. Nie tylko nie widać żadnych samochodów na drogach, ale też po chodnikach w nocy nie spacerują tłumnie mieszkańcy miasta. Po prostu po zmroku na ulicach nic się nie dzieje. Klasyczna pustka. I tak się zdarzyło, że w tej nocnej porze, przymusiła mojego kolegę podczas jego powrotu do domu samochodem, nagła potrzeba zawrócenia. Czyli postanowił on, na całkowicie pustej o tej porze drodze, zawrócić samochodem i zmienić radykalnie kierunek ruchu. Zatrzymał się. Dokładnie rozejrzał i gdy nie dostrzegł żadnych samochodów postanowił wykonać manewr. I jak już to zrobił… jego tylna szyba w aucie rozświetliła się nagle na niebiesko. Jak się pewnie wszyscy domyślają, doznał mój kolega tej nocy bliskiego spotkania z władzą. Panowie funkcjonariusze z drogówki poinformowali przyjaciela, że dokonał on straszliwego wykroczenia przeciw przepisom drogowym. Pozwolił sobie – jak panowie władza domniemywali – zawrócić na pustej drodze w miejscu gdzie na jezdni namalowany został znak P-4 czyli linia podwójna ciągła rozdzielającą pasy ruchu o kierunkach przeciwnych i oznaczającą zakaz przejeżdżania przez tę linię i najeżdżania na nią. Że tak dokładnie zacytuję opis znaku drogowego. Mój kolega co do tego zdarzenia miał zdecydowanie inne zdanie. On był święcie przekonany, że swym autem zawrócił w miejscu gdzie kończy się właśnie podwójna ciągła linia na drodze, a zaczyna linia przerywana. Czyli w miejscu dozwolonym. Ale przyjmując nawet teoretycznie, że jednak kolega się myli, a funkcjonariusze mają nocną porą tak sokoli wzrok, że wypatrzyli jego wykroczenie przeciw znakowi P-4, to w jego przekonaniu był on nadal niewinny. I potem tłumaczył mi, że to skandal z tym zatrzymaniem go do kontroli. Bo choć nawet złamał przepisy, to przecież w nocy, i tym samym jego wina okazała się mała. Więc jak oni mogli – ci mundurowi – mu ten mandat zaproponować. Bo choćby nawet był winny to i tak czuł się niewinny, bo to dziwne są te przepisy.

Gdy już przestał kolega z funkcjonariuszami dyskutować nad tym czy powinno się w tym miejscu zawracać samochodem czy raczej nie, i gdy już razem jechaliśmy do domu, postanowiłem posłuchać radia. U mnie w mieście są takie miejsca, w których jedyna stacja, którą można usłyszeć z przyczyn technicznych to stacja prawdziwych Polaków nadająca z miasta na Wisłą. A że właśnie były wiadomości, to powstrzymałem naturalny dla mnie odruch wyłączenia odbiornika. Postanowiłem posłuchać co tam ciekawego na świecie i w naszym powiecie w ujęciu duszpasterskim. I usłyszałem że Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu uznał, że brak możliwości wyboru etyki dla uczniów, którzy nie chcą uczęszczać na religię, narusza Europejską Konwencję Praw Człowieka i Podstawowych Wolności. Trybunał uznał, że doszło do naruszenia artykułu 14 Konwencji, zakazującego dyskryminacji w związku z artykułem 9, gwarantującym wolność myśli, sumienia i wyznania. Ja to na pewno nie pójdę walczyć o prawdę, co do złamania przepisów czy do ich nie złamania do Trybunału w Strasburgu. Ale że było to radio docierające prawdziwym katolickim głosem do naszych domów i samochodów, to i nie zdziwiłem się, że po tej informacji był też odpowiedni komentarz. Pewna pani katechetka z wieloletnim stażem – jak przekonywała osoba zapowiadająca jej wypowiedź – informowała słuchaczy radia, że to przesada z tą dyskryminacją w polskich szkołach, bo ona w swej wieloletniej pracy edukacyjnej nigdy nie spotkała się z takim przypadkiem. Pani katechetka mówiła, że choć faktycznie, w wielu szkołach religia jest, a etyki nie ma na lekcjach, to nie jest to przecież przejaw dyskryminacji. Bo ani uczniowie, ani ich rodzice, no nikt zupełnie, nigdy się nie skarżył. A tu proszę jakąś dyskryminację się zarzuca w tym Strasburgu. Potem jeszcze pewien duchowny, w tym samym tonie przekonywał, że Trybunał Praw Człowieka to może sobie wydawać wyroki jakie chce, bo i tak w Polsce to jest prawo nasze i nikomu do tego co się w katolickiej Polsce dzieje.

Nie wytrzymałem i wyłączyłem radio. I tylko tak rozmyślałem w dalszej drodze do domu o tym, że u nas jest zawsze tak, że nieważne jest prawo. Ważne jest to co kto myśli na temat prawa. Najważniejsza jest własna interpretacja. Przejechaliśmy na czerwonym świetle, ale przecież nie było zagrożenia. Zawrócił ktoś przejeżdżając podwójną linię na jezdni, ale to nic… przecież przy takim ruchu w nocy to bez znaczenia. Trybunał Praw Człowieka w Strasburgu uznał, że syn małżeństwa z Ostrowa Wielkopolskiego był dyskryminowany w szkole. Wyrok wyraźnie mówi, że prześladowanie miało charakter religijny, bowiem ich syn Mateusz jako ateista nie uczęszczał na lekcje religii. Ale to nie jest, jak widać z komentarzy w katolickim radiu, ważne. Ważne jest to, że prawo prawem, a sprawiedliwość ma być po ich stronie. Oni tam lepiej wiedzą niż sędziowie. I nikt z ateistycznej Europy, nie będzie uczył katolika w Polsce jak i kogo ma nauczać w szkołach. Katolickie media nie czują że dyskryminują i już. Bo choć jest wyrok Trybunału, to przecież i tak oni wiedzą lepiej.

dziennik pesymistyczny

Wilki i owce

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Co oni tak tym wilkiem w owczej skórze określają naszego prezesa – spytała moja koleżanka biurowa inną moją koleżankę z biura. A że one obie z opcji prawdziwych Polek, dla których – Polska jest najważniejsza – wiedziałem że znów usłyszę szeptaną, czy też głośniej wyrażaną agitację o przymiotach ciała i ducha kandydata na prezydenta o smutnym i zatroskanym o przyszłość kraju obliczu. Bo tak się ostatnio zdarzyło, że wilk w owczej skórze, który znany mi był przede wszystkim z bajek Ezopa, czy Krasickiego trafił do polityki. I teraz mniej ważne jest w słowach polityków i ich zwolenników to, kto jakie poglądy ma na swą przyszłą opcjonalnie prezydenturę. Teraz ważniejsze jest to, aby oskarżyć przeciwnika o to kto jest lepiej przebranym wilkiem. Umiejętniej przyodzianym w owcze skóry, czyli bardziej fałszywym i podstępnym. A przecież niedobrze jest być wilkiem i to przebranym. To już lepiej być owieczką. Bo takiego puszystego zwierzaka to kochają wszyscy. Taki symbol zbawienia dobrze się powinien sprzedawać w czas wyborów. W sensie łagodności, ale też prawdziwego ocalenia ludzkości oczywiście. Wilk to się znacznie gorzej kojarzy wyborcom. A ja jednak, tak prywatnie, wolałby być wilkiem niż owcą bo tak w ujęciu biblijnym, niezbyt dobrze to sympatyczne zwierzę wypada. Można być owieczką, – bezcennym dobrem – ale też niestety ofiarą składaną na ołtarzu. Więc polityk to raczej do owiec jako wilk powinien przemawiać, że chce z nimi w przyjaźni żyć, a nie się za nie przebierać. Tu się z koleżankami biurowymi zgadzam w zupełności. Ich kandydat to żadna tam owca. On raczej chyba uważa, że naród do którego przemawia to owce! Takie z pastwiska Pańskiego. I jak tak słucham kandydata smutnego, ale też tego wąsatego, to mam wrażenie, że naród nasz to jakieś rozproszone stado owiec. Że prawie każdy wyborca to zbłąkana, zagubiona owieczka odłączona od stada. I tylko właściwe decyzje nad urną pozwolą każdemu z nas, kto zszedł nieświadomie z właściwej drogi, czyli zgrzeszył, powrócić do właściwego stada.

Ja tam zawsze traktowałem to, co mówią politycy jak bajki dla dzieci, więc chyba nikt nie będzie miał nic przeciwko temu, że się bajką Ignacego Krasickiego tu posłużę w rozważaniach na temat domniemanych przebieranek polityków w wilki i owce. „Wilk, chociaż to ostrożny, przecie że żarłoczny, Postrzegł ścierwo, chciał dostać i wpadł w dół poboczny. Siedzi w jamie a wzdycha; wtem owieczki słyszy.” No, ja bym władzy nie nazwał ścierwem… ale że wielu chce ją za wszelką cenę dostać na własność, to już analogię do współczesnej polityki w bajce widzę. „Patrzą w dół, aż wilk w jamie siedzi, ledwo dyszy. Odezwał się na koniec, rzekł do nich powolnie:ŤNie wpadłem, za pokutę siedzę dobrowolnie” Nie ma co się wdawać w wyjaśnienia. Nie ma co przyrównywać do współczesności politycznej. Czasem my, wyborcze barany i owce, dajemy się nabrać na słowa: Nie chcę, ale muszę kandydować. „Trzeba czynić pokutę za boje, za groźby, Za to, żem was pożerał…” jak to czytam i porównań szukam, to oczami wyobraźni widzę przecież nie tak odlegle od autentyczności polityczne przemówienie: tak, byłem złym gospodarzem w tym kraju wraz z innymi wilkami politykami z mojej partii, ale teraz pokutuję tym kandydowaniem przed wami owcami. Więc mi zaufajcie owieczki moje. „ Owce zatem w prośby: ŤWynidź z dołu!…ť ŤNie wyjdę!…ť ŤMy będziem podnosić…ť Droży się wilk, na koniec dał się im uprosić.” ileż to razy słyszałem, że w jednych i drugi kandydatach nie ma chęci do władzy, lecz wola narodu ich do tego zmusza. „ Jęły się więc roboty i tak pracowały, Że go ze dna samego jamy wydostały. Wyszedł, a zawdzięczając nierozumnej kupie, pojadł, pogryzł, podusił wszystkie owce głupie.” Pewnie w naszym przypadku nie będzie aż tak źle, tragicznie i ostatecznie, ale że „głupie” i że w „ nierozumnej kupie” to już na pewno.

– Gdzież tu porównanie do naszej ojczyzny – usłyszałem od koleżanek gdy przeczytałem im bajkę Wilk i owce Ignacego Krasickiego. – Nasz kandydat (…) to wcale nie jest wilkiem, a my to już z pewnością nie owce – dodały urażone! Fakt ,na owce nie wyglądają ale czasem stadnie działają – to owszem. Więc jeśli w kandydacie z wąsem czy w kandydacie o chmurnym obliczu widzisz jednak wilka w owczej skórze, to może nie bierz przykładu z bajkowego owczego działania. Już wolę być tym, kto to jeszcze dziedziczy po czasach rozbiorów poczucie obcości państwa połączone ze skrajnym indywidualizmem. – Być takim, którego interesuje bardziej to, co dzieje się w jego życiu u rodziny i przyjaciół, niż to, co będzie z państwem które już wiele lat temu stało się mu obcym- że tak lekko przerobię to, co mówił o słabej, na tle innych państw, frekwencji wyborczej profesor Markowski w Gazecie Wyborczej.

dziennik pesymistyczny

Bieda wybory

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Od pewnego czasu słyszę, że ja stoję tu, a inni, ci ważniejsi, lepsi stoją w innym miejscu. To znów ustawia mnie ktoś na siłę w szeregu, a innym razem mam przyklejoną łatkę z napisem wyborca taki to a taki. I do tego muszę się zawsze określać ze swoim światopoglądem jakby to była sprawa życia i śmierci. Mam wybrać gdzie chcę stać, kogo popierać, na kogo zagłosować. Bo najważniejszy jest przecież sam akt wyboru. Mam wybierać między tymi samymi politykami, bo jak mnie zapewniają od dwudziestu przeszło lat, gdy im zaufam to już na pewno w najbliższych kilku latach zapewnią mi dobrobyt tak wielki, że wprost niewyobrażalny. Ale wcześniej muszę iść na wybory i wybrać. Bo jako obywatel mam taki obowiązek. Obserwując nasz świat polityki dochodzę do wniosku, że zdecydowanie żyjemy w dwóch oddzielnych rzeczywistościach. Odnoszę wrażenie, że taki normalny, zwykły szary człowiek mieszkający na prowincji, przygląda się polityce i politykom tak jakby oglądał serial w telewizji. A teraz to już w okresie przedwyborczym, z racji potrzeby spełnienia obywatelskiego obowiązku, tak bardziej interaktywnie będzie Polak szarak, uczestniczył w polityce. Teraz to już dokładnie będzie jak w tańcu z gwiazdami. Będzie można zagłosować na faworyta, który ma szanse zostać naszym ojcem narodu. Gdyby to jeszcze można było wysłać esemesa, a nie iść do lokalu wyborczego, to już byłaby pełnia szczęścia.

I tak żyjemy sobie od jednych zapewnień wyborczych do następnych. I wybieramy, ufając że może tym razem się uda. Ale zaraz po wyborach słyszę od polityków i urzędników państwowych że nadchodzą czasy przejściowych trudności. A warto je przetrzymać, bo już za chwilę nowe wybory i znów można będzie zaufać tym kolejnym, którzy mają lepszą receptę na nasz dobrobyt. Wszystko to przypomina sytuację, o której mój przyjaciel zwykł mówić: chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze. Od tak wielu lat wdrażamy w gospodarce to, co ma być receptą na narodowe życie w dobrobycie, że czasami zapominamy że nie wszyscy mają lepiej. Bo coś jest jednak nie tak z naszym politycznym kierownictwem, jeśli następujące po sobie rządy, zafundowały nam ceny jak w bogatej Europie, a zarobki jak w najbiedniejszych częściach naszego kontynentu. I tu warto zadać sobie pytanie o kierunek marszu czy jest on słuszny, jeśli prawie siedemnaście procent Polaków jest zagrożonych ubóstwem jak wynika z raportu Głównego Urzędu Statystycznego. I choć każdy z kandydatów na ojca narodu ma tysiące światłych rad i tysiące recept na usprawnienie mi i innym Polakom życia, to raczej nie słyszałem, żeby ktoś wiedział jak przeciwdziałać rozrastającej się polskiej biedzie. I chyba nikt z polityków nie wie, co zrobić, by ten problem rozwiązać. Gorzej jest tylko w Rumunii i Grecji.

Z badań Eurostatu – Europejskiego Urzędu Statystycznego wynika, że Polska jest wciąż jednym z najbiedniejszych krajów Europy. Nasz kraj sklasyfikowano na jedenastym miejscu wśród europejskich państw pod względem panującej w nich biedy. Według danych Eurostatu jedna trzecia Polaków żyje na skraju nędzy. I naprawdę ciekawe jest to, że tym ludziom wmawia się, że choć nie stać ich na nowe buty, to przecież mogą swobodnie wybierać za jakiego prezydenta mają klepać swoją biedę. Co piątemu obywatelowi naszego kraju nie wystarcza pieniędzy na ogrzanie domu. Dwadzieścia jeden procent ludzi nie może sobie pozwolić na mięsny obiad co drugi dzień. Siedemnaście procent ludzi może tylko pomarzyć o kupnie samochodu. Ale wybrać prezydenta może każdy, a nawet powinien! Tylko jak tu wybierać jeśli ma się do wyboru zło i mniejsze zło. I tylko jedna pewność że nic się nie zmieni, bo każda ekipa polityków już przez te dwadzieścia lat rządziła, a bieda u nas tylko tylko rosła. Jest coraz więcej takich co mają dość obiecywań. Mają dość tylko wiary i nadziei. I tu przebiegają prawdziwe podziały. Dla tych, którzy nie mają za co żyć, nie jest ważne gdzie stało ZOMO, a gdzie stoją prawdziwi Polacy . Nie jest ważne, czy Bronek czy Jarek zasiądzie w pałacu. Nie obchodzi ich czy w kraju jest wojna polsko – polska. Czy może trwa polityczny festiwal miłości. To wszystko jest mniej ważne gdy trzeba zapłacić zaległy rachunek za prąd. A prawdziwe wybory są wtedy gdy do końca miesiąca zostało w portfelu dziesięć złotych i nie bardzo wiadomo na co to wydać, żeby przetrwać do następnej pensji. To są prawdziwe wybory. Reszta jest nierzeczywista.

dziennik pesymistyczny

Na trawie i przy wodzie, ale w mieście

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

W czas wyborczy, w taki czas, gdy państwo namawia nas, obywateli, do do dokonania wyboru między panem z wąsem, a panem o smutnym obliczu, czasem warto zatrzymać się w tych wyborach… przysiąść na trawie w parku i wystawić twarz do słoneczka. Do wczoraj było to nielegalne. Bo przecież w naszym uporządkowanym kraju gdzie na wszystko jest odpowiedni przepis, zapisany w odpowiednim kodeksie, i na tę zieloną trawę był odpowiedni paragraf. Nie chodzi mi o taką trawę naprawdę nielegalną, co to palą ją niegodziwcy o radosnych obliczach, ale o tę zwykłą zieloną trawkę rosnącą nam w parku. Strzegła ją do tej pory tabliczka: nie deptać trawników. I wejście na tę zieleń było zakazane. Ale od czego mamy sejm i senat. Oni te trawę uwolnili! Znieśli zakazy! Deptanie trawników w parkach, czy innych miejscach przeznaczonych do rekreacji nie będzie już karane! Tak przewiduje przyjęta przez sejm nowelizacja kodeksu wykroczeń. I jak tu się nie radować. Ludzką twarz ma nasza władza. Nie dość, że możemy sobie wybrać kogoś na prezydenta, choć wybór jest raczej ograniczony przepisami, to jeszcze władza uznała że można na trawie siadać, a nawet się na niej legalnie położyć. Łzy szczęścia napłynęły mi do oczu, jak tylko telewizja podała, że już można… że już naprawdę można… siadać na trawie. To cudowne uczucie wiedzieć że gdzieś tam w sejmie jest wielu takich, co to dbają o to i obradują nad tym bym ja legalnie mógł przejść przez trawnik, lub na trawniku zasiąść.

Nie wiem czy w Polsce oddychanie jest legalne czy nielegalne. Jeśli legalność siedzenia na trawie musiał zatwierdzić sejm, ta najwyższa władza Rzeczpospolitej, to nie zdziwiłbym się, gdyby były odpowiednie przepisy regulujące sprawę obywatelskiego oddychania. Nie dałbym się przekonać, że nie istnieje gdzieś jakiś kodeks postępowania cywilnego wykładający nieprzystępnym prawniczym językiem poprawność idei oddychania. Pewnie tak, jak było zabronione wchodzenie na trawę, są Polsce z pewnością jakieś specjalne strefy gdzie oddychanie jest zakazane. Ale i pewnie jest też jakaś ważna komisja, która aby uczynić to nasze państwo przyjaznym zmieni te przepisy i już wszędzie będzie można swobodnie oddychać pełną piersią. Posłowie skończyli z zakazem chodzenia po trawniku. Tak zamarzyło się komisji sejmowej przyjazne państwo i tak zdecydował sejm. Bez tego nie dało się przecież wejść na trawniki. Rozłożenie koca na miejskim trawniku przestanie być karane. Jestem szczęśliwy, naprawdę szczęśliwy, że ktoś dostrzega to że trawa rośnie dla nas. Klasyk myśli politycznej mawiał, że są pewne oczywiste oczywistości i mnie się wydawało, że takim jest to, że nie niszcząc trawy mogę na niej przysiąść w letniej porze. Wiedziałem, że taki piknik może zakończyć się nieprzyjemną wizytą straży miejskiej i nawet tysiącem złotych grzywny. Bo to w końcu bezprawne wkroczenie na pas miejskiej zieleni do wczoraj było karane. Więc naprawdę dziękuję posłom, że mi prawnie tę możliwość zagwarantowali. Ja tylko zwracam uwagę, że chyba za mało w naszym państwie jest zdrowego rozsądku, a za dużo przepisów. I uważam że zmiana kretyńskiego przepisu nie jest żadnym powodem do radości. To tylko powinno być poczucie ulgi, że jeszcze jeden z przepisów regulujących na siłę nasze życie przestał istnieć. Bardziej powinniśmy ufać własnemu zdrowemu rozsądkowi niż na wszystko wymyślać odpowiedni przepis.

U mnie w mieście jest fontanna gdzie na marmurowych (chyba?) płytach ktoś umieścił namalowane farbą wielkie litery: zakaz kąpieli. Pewnie to władza uczyniła, no bo kto by się ośmielił. Jest tam też odpowiedni cytat z kodeksu wykroczeń i odpowiedni paragraf wymalowany jako ostrzeżenie przed tymi, co to się ośmielą na kąpiel w fontannie. Tak jakby fontanna była wymarzonym miejscem do sportów wodnych i bez tego zakazu pełno byłoby takich amatorów kąpieli. Pewnie że nie wolno się kąpać w fontannach miejskich. Ale jak jest za gorąco, to może można tam wejść na chwilę? No można i nie można jednocześnie. Jest paragraf że nie można, ale i tak jest tam pełno dzieciarni, bo w mym dużym choć prowincjonalnym mieście nie ma gdzie się ochłodzić gdy na dworze ponad trzydzieści stopni ciepła. Może więc w miastach jest większa potrzeba takiej fontanny co to pozwoli się chwilę ochłodzić w strumieniach wody, niż na taką, co to tylko pięknie wygląda, a wejść do niej nie można? Piszę o tym, bo właśnie moje miasto zamierza przebudować fontannę miejską zamieniając ją w kolejne monstrualne nic, co tylko ładnie ma wyglądać. I to będzie takie coś, co kusi wodą w upalne dni ,a zbliżyć się do tego czegoś nie można bo zakaz jest przecież. Mnie się marzy fontanna, która pozwoli na bliski kontakt z wodą. Coś, co ładnie wygląda i do tego pomaga w upalne letnie dni mieszczuchom. Jak już mogę dzięki uprzejmości polskiego prawa usiąść na trawie to może będę mógł też w przyszłości zbliżyć się do wody z miejskiej fontanny?

dziennik pesymistyczny

Pan władza

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Mój dziadek miał zawsze jakiś dziwny sentyment do munduru. Można to było zrozumieć bo przez wiele lat sam, jako wojskowy, z mundurem się nie rozstawał. Ale chyba takie też było to pokolenie, które w oficjalnym uniformie widziało porządek i władzę. I nieważne czy to był kolejarz, pracownik wodociągów, policjant, tramwajarz, wojskowy. Ważne że jako posiadacz munduru jego właściciel kojarzył się wszystkim z władzą. – Dzień dobry panie władzo – usłyszałem jak starszy pan zwracał się do umundurowanego policjanta. Zastanowiło mnie to, że faktycznie ten starszy pan, mój sąsiad, zawsze pierwszy wybiega z tymi pozdrowieniami do tych co w mundurach. Pewnie z szacunku do tych, co na czapce noszą państwowego orzełka w koronie. Pewnie mniejszy szacunek lub jego całkowity brak, prezentują młodzieńcy i dziewczęta, którzy chóralnie wykrzykują powracając z nocnych eskapad co to by zrobili policjantom seksualnego, gdyby ich zaszli od tyłu. I to akurat pod moimi oknami. Dlaczego? Powodem jest to, że moja kamienica sąsiaduje z komendą policji. Dzieli nasze budynki spory kawałek zieleni oraz ulica, więc nocne marki mogą sobie spokojnie wyśpiewywać co też by tym policjantom uczynili, bo czują się bezkarni. Ale dla mnie dziwne jest to, że oni tak zupełnie tych stróżów prawa nie szanują. Ja to nawet jak mijam patrol policji, to czuję jakiś irracjonalny niepokój. A przecież ja, taki niespotykanie spokojny człowiek, który żadnego zagrożenia czuć nie powinienem ze strony policjantów, to jednak gdy widzę mundur to czuję respekt.

Mundur daje władzę i powinien być szanowany nie tylko przez nas obywateli, ale przede wszystkim przez tych co taki mundur noszą. Zdarzyło się w moim prowincjonalnym mieście tak, że pewien strażnik miejski, czyli człowiek w mundurze, został zwolniony z pracy przez swojego komendanta, też mundurowego, ze względu na pogorszenie stanu zdrowia przez tego drugiego. Zdarzyło się też, że prasa wykryła, że komendant strażników bierze jakąś tajną rentę. Ma taką wpisaną w oświadczenie majątkowe. Mimo trzech oficjalnych pism od prezydenta miasta nie uzupełnił on swojego oświadczenia majątkowego i teraz to już zupełnie nie wiadomo czy ta renta mu się należy czy nie. I za co ją dostaje. A przecież to umundurowany pracownik publiczny opłacany z naszych pieniędzy. A mój dziadek zawsze powtarzał, że mundur to honor i do zachowań honorowych zobowiązuje. A tu nie dość, że zwolnił podwładnego, gdy ten podupadł na zdrowiu, to jeszcze bierze podobno świadczenia które też wskazują na niezupełnie dobry stan zdrowia. I to wszystko nosząc mundur. Sprawa cięgnie się już dwa miesiące. Komendant straży miejskiej wręczył wypowiedzenie strażnikowi jeszcze przed Wielkanocą. Mężczyzna przeszedł zabieg medyczny. Jego lekarz stwierdził, że musi się on przez pewien czas oszczędzać i nie może pracować w nocy. I to właśnie stało się powodem do zwolnienia strażnika z pracy. Teraz sytuacja jest taka, że większość prominentnych urzędników magistratu uważa, że decyzja komendanta o zwolnieniu strażnika była niehumanitarna i jak najbardziej nieracjonalna, ale to komendanta nie przekonuje.
Prezydent miasta na łamach prasy obiecywał, że przeprowadzi z komendantem męską rozmowę. Do spotkania podobno nawet doszło, ale wypowiedzenie z pracy dla strażnika nie zostało cofnięte, a prezydent przez dwa miesiące nie wypowiadał się na ten temat do mediów. Strażnik w końcu znalazł zatrudnienie w miejskim monitoringu.

Coś tu nie jest normalnie. Strażnik zwolniony za to, że zachorował znalazł nową pracę. Komendant straży miejskiej nie musiał zmieniać zdania. Prezydent po męskiej rozmowie z komendantem poczuł się pewnie znacznie lepiej i co ważne lepiej wygląda w oczach przyszłych wyborców. Ale pewnie nie o taką władzę chodziło mojemu sąsiadowi, który z szacunkiem pozdrawia jako pierwszy mundurowych. Jak widać mundur komendanta daje taką władzę, że można zwolnić pracownika z piętnastoletnim stażem, który był dotąd bardzo sprawny fizycznie. A jego winą stało się to, że zachorował. Mundur dał komendantowi taką władzę, że ignoruje on zupełnie prezydenta miasta, urzędników magistratu, dwustu przeszło urzędników i pracowników, którzy podpisali petycję w obronie miejsca pracy strażnika. Ignoruje on zupełnie opinię publiczną. Nie odpowiada na pytania mediów w sprawie pobierane renty, a przecież jest pracownikiem publicznym. Mimo trzech oficjalnych pism od prezydenta nie uzupełnił swojego oświadczenia majątkowego. Dlaczego? Bo nosi mundur? Właśnie dlatego, że nosi mundur powinien być bardziej skłonny do tego, żeby wyjaśnić wszystkie wątpliwości jakie gromadzą się wokół jego osoby . Czy jako Pan Władza jest kimś inny? Jakimś nadurzędnikiem? Pewnie tak myśli, ale na szacunek to on nie zasługuje.