dziennik pesymistyczny

Cudów nie ma

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Mam przepuszczenie graniczące z pewnością, że raczej nigdy nie wystąpię w tańcu z gwiazdami. Nie dla mnie takie programy telewizyjne gdzie trzeba tańczyć. Nie dlatego nie wystąpię przed kamerami, że ze mnie żadna taka wielka gwiazdą ekranu małego czy dużego. Bo przecież nie raz słyszałem, że ze mnie niezła gwiazda. Więc dlaczego, ktoś zapyta? Ano dlatego nie wystąpię w takich ju ken densach za nic na świecie, bo po prostu nie posiadam żadnych umiejętności tanecznych. I choćbym się nawet bardzo starał to i tak wiem, że nic z tego nie będzie. Już dawno się pogodziłem z faktem, że nie dla mnie stworzono taniec. Tak już jest i nic na to nie poradzę. Ale przyznam, że czasami jak przesadzę z rozluźnieniem mięśni ciała przy pomocy legalnych środków odurzających, to tak mnie jakoś nachodzi ochota na pląsy, że nie mogę się powstrzymać i jednak tańczę. Ale przecież stan upojenia w jakim oddaję się czynnościom tanecznym nie jest dla mnie żadnym usprawiedliwieniem aby nazywać się zawodowym tancerzem. A to co wyprawiam z rękoma i nogami w żadnym wypadku nie nazwałbym profesjonalnym tańcem. To, że w stanie wskazującym czasem wywijam chołupce, nie jest też dla mnie pretekstem, żeby zebrać jedenastu takich do mnie podobnych nastajaszczych dansorów i stworzyć z nich drużynę zawodową. Nie żądam dla mnie od razu budowy wielkich sal tanecznych. Nie chciałbym też bezpośrednich transmisji telewizyjnych moich popisów w najlepszym czasie antenowym. Jestem tylko amatorem i na wieki takim pozostanę. No chyba, że nagle spłynie na mnie łaska boża w postaci talentu, to może wtedy po wielu próbach i po wielu latach mozolnych treningów zdecydowałbym się na nazwanie się kandydatem na kandydata na zawodowego tancerza.

Ale tak mam ja. Bo w naszym pięknym kraju – gdzie każdy poranek przynosi mi nowe zadziwienie otaczającym mnie światem – niczego nie można być na sto procent pewnym. W Polsce każdy może być kim tylko chce, jeśli jest o tym święcie przekonany. Bo często z braku profesjonalistów ludzie głębokiej wiary w swoje umiejętności, zastępują amatorami tych którzy coś jednak potrafią. To znaczy jest w naszym narodzie wielu, no przynajmniej jedenastu takich, którym wydaje się że są tymi za kogo się pewnie uważają. I nawet znajdzie się w nas bardzo wielu takich ludzi, którzy w to, że amator jest zawodowcem na światowym poziomie, uwierzą i nawet mu będą temu – przeświadczeniu – kibicować. Ja wiem, chcieć to móc. Słyszałem też, że tylko chęć szczera jest ważna. Że nie umiejętności, a wola walki to jest to właśnie, co nas wyróżnia. Że ważne jest uczestnictwo, a wynik już mniej ważny. I tak zapewne jest. Ale czy rzeczywiście potrzebna jest nam taka wiara w to, że mamy w Polsce zawodowych piłkarzy. I zawodowstwo traktuję tu jako umiejętność na takim poziomie, który nie jest tylko amatorskim staraniem się o to żeby nie być śmiesznym, ale coś prawdziwego co połączy talent z zapałem. Od lat słyszę że tym razem… że jak się zbierzemy… że jak się zaprzemy… że jak przyjedzie ktoś ważny i nas nauczy…że jak stadiony sobie pobudujemy na światową skalę, to od razu w tych, co na zielonej murawie piłkę kopią, taki duch wstąpi, że mistrzem świata zostaniemy w dwa lata. Czy w cztery – zależy od okoliczności.

I znów oglądam w telewizji ponownie odrodzoną po kolejnej porażce drużynę marzeń. I znów wielu wierzy, że wystarczy tylko chcieć, a umiejętności wystarczy do zwycięstwa. Polacy mieli nauczyć się rywalizować z najlepszymi. Bo jakaś pokrętna logika działaczy każe wystawiać Dawida przeciw Goliatowi w nadziei, że ten, może jakimś chłopskim sprytem wiedziony, pokona tego przeciwnika z innej ligi. Jednak znów zamiast przynajmniej rywalizacji był pogrom. Oczywiście można zawołać chóralnie: chłopaki nic się nie stało. Ale po co? Przecież wiadomo że się stało. Przegraliśmy 6:0 z Hiszpanami, którzy niewątpliwie wiedzą po co wychodzą na boisko. Różnica między drugim zespołem świata w rankingu FIFA, a drużyną, która kończy to zestawienie okazała się gigantyczna. Hiszpanie zabrali Polakom piłkę i przez cały mecz nie chcieli jej oddać. No i właśnie dlatego ja nigdy nie będę tańczył z gwiazdami. Bo wiem że nie potrafię. Więc może warto jest w końcu przyznać, że nie bardzo nam, Polakom wychodzi kopanie piłki w narodowym zespole. Bo tak solo, i do tego u innych – zagranicą najlepiej – to nam się jakoś talent do gry objawia znacznie lepiej. Nie wiem? Pieniądze tam inne? Może kwestia szkolenia? Motywowania? Tylko, że tam nie spinają się tak bardzo zawodnicy pozując na gwiazdy, tylko otwarcie przyznają, że jako amatorzy zrobią wszystko co się da i co będą mogli. I takim amatorom co to przyznają że niewiele potrafią jest łatwiej. Bo nikt po nich cudów nie oczekuje. Może warto przyznać że się kocha piłkę i gra dla przyjemności, a nie oczekiwać od tych miłych amatorów, że zwyciężą z zawodowcami. A może warto wrócić do korzeni. Grać amatorsko szlifując przez najbliższe lata umiejętności. Nie napinać się na światową skalę. Może tak praca u podstaw? A potem za wiele lat… Zobaczymy. Bo teraz to raczej nie warto wystawiać drużyny amatorów na taki, na zawodowym poziomie, mundial. Ale ja się przecież nie znam, bo nawet tańczyć nie potrafię. A jak wiadomo w Polsce każdy zna się zawodowo na tańcu i na piłce nożnej. Między innymi oczywiście.

dziennik pesymistyczny

Parkowanie sprawą polityczną

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 77

Zaparkowałem samochód na chodniku. Na tak szerokim chodniku, że w żadnym wypadku nie tamowałem ruchu pieszym. Auto zatrzymałem zgodnie z zasadami. To znaczy zgodnie z prawem o ruchu drogowym. Ustawiłem auto tam gdzie na odcinku jezdni nie obowiązuje zakaz zatrzymania lub postoju. Tę zasadę spełniłem zdecydowanie. – Gdzie pan parkuje ?! Na chodniku! – usłyszałem jak tylko wyłączyłem silnik bo tuż przy otwartym oknie samochodu stała jakaś starsza pani wygrażając mi parasolką zadawała mi to pytania. – Uprzejmie szanowną panią informuję że mogę tu parkować bo takie są przepisy – odpowiedziałem. Na wszelki wypadek sprawdziłem czy szerokość pozostawionego dla pieszych chodnika nie utrudnia im ruchu i jest nie mniejsza niż półtora metra. – Policję na takich by trzeba było wzywać – starsza pani nie dawała się przekonać moją argumentacją, że zaparkowałem samochód zgodnie z przepisami. – Ależ ja starałem się nikomu nie utrudniać… przecież zostawiłem dobre trzy metry wolnego chodnika – dodałem. – Ależ tu nie wolno parkować! – wrzasnęła na mnie pani. – Nie widzę znaków zakazu parkowania – odpowiedziałem zgodnie z prawdą i na wszelki wypadek dokładnie sprawdziłem czy mój pojazd zaparkowany na chodniku czterema kołami nie tamuje ruchu pieszych. Nawet gdyby nagle tu, w przyszłości, tym chodnikiem przechodziła pielgrzymka na Jasną Górę to i tak pewnie nie stanowiłbym dla tłumu pątników wielkiej przeszkody. – Trzeba by straż miejską wezwać – nie dawała się przekonać moimi argumentami starsza pani. – Niech takich uczy porządku – dodała.


Chciałem umknąć zostawiając panią z jej rozterkami na temat mojego sposobu parkowania, ale traf chciał że musiałem przy tym samochodzie poczekać chwilę na kogoś, z kim miałem udać się w dalszą, pieszą tym razem drogę. W samochodzie schronić się nie mogłem bo na zewnątrz gorąco, a w aucie jeszcze bardziej. Więc stałem w tej pułapce i wysłuchiwaczem. – Jak to teraz parkują! Myślą że wszystko im wolno… no niech pani spojrzy! – starsza pani najwyraźniej nie miała nic innego do roboty jak pouczać mnie o mojej strasznej zbrodni. A że po chodniku faktycznie co pewien czas ktoś przechodził szukała ona zrozumienia i poparcia dla swojej krucjaty z mym domniemam złym parkowaniem u innych spacerowiczów. – Szanowna pani, jeszcze raz panią informuję, że zaparkowałem samochód zgodnie z przepisami – starałem się zakończyć dyskusję. Jednocześnie modliłem się w duchu o to, żeby ten na kogo czekam przy samochodzie, zjawił się w tej właśnie chwili i mnie z tego koszmaru uwolnił. – Bezczelny! – usłyszałem – oni przez te rządy platformowe to już wcale do starszych szacunku nie mają – dodała. Nie wiedziałem że moje parkowanie to sprawa polityczna oraz przejaw odwiecznego konfliktu międzypokoleniowego. Nie wiedziałem – ale jak widać z paninej wypowiedzi – w jej oczach stałem się przejawem liberalnego upadku obyczajów. Przymknąwszy na chwilę oczy starałem się nie angażować w dyskusję. – Tak to jest. Ma pani rację. Może im ten Kaczyński to ukróci – z przerażeniem usłyszałem drugi głos. A po otwarciu oczu zobaczyłem już nie jedną!… Lecz dwie panie wpatrujące się we mnie z nienawiścią i pogardą. Raczej chyba bardziej z pogardą.


– Czy szanowne panie mogą mi przystępnie wyjaśnić jak się ma to moje pakowanie na chodniku do wyborów prezydenckich? – zapytałem naprawdę zainteresowany tokiem rozumowania i dziwnym skojarzeniem u tych pań. – No widzi pani jaki typ bezczelny! – wyjaśniła jedna pani drugiej pani. Tak, tak – przyznała tamta. A mnie zaczęło to już nie tyle denerwować, co bawić. Zastanawiałem się, czy jeszcze za to, że ośmieliłem się zaparkować samochód tam, gdzie to tej pani przeszkadzało stanę się antychrystem? A może zboczeńcem lub komunistą? – Ten Kaczyński to im to rozpasanie ukryci na dobre – usłyszałem i miałem fleszową wizję, jak to ten kandydat na prezydenta w mundurze policjanta drogówki wlepia mi mandat za złe parkowanie wśród oklasków gawiedzi. – I jeszcze się śmieje – usłyszałem naprawdę rozbawiony moją wizją. Na szczęście ten na kogo czekałem przy samochodzie nadszedł więc nie musiałem się dłużej narażać na uwagi szanownych starszych pań. Odchodząc usłyszałem jeszcze głos jednej z nich: – Śmieje się taki… a w kraju powódź… tacy to niczego nie uszanują. Dobre nie? Do teraz zastanawiam się co takiego mogło powiązać moje domniemane złe parkowanie z wyborami, powodzą, liberalną polityką platformy oraz z kandydatem na prezydenta. Jaki był tok rozumowanie pań? Jak im się to skojarzyło? Może odpowiedź jest w tym co pamiętam z Przedwiośnia Stefana Żeromskiego. Tam też stawiane jest pytanie: słoń a sprawa polska. Niektórym z nas po prostu wszystko kojarzy się z polityką i we wszystkim, w każdym działaniu doszukujemy się związków z polską sprawą narodową, z naszą krajową polityką. Jak widać parkowanie to też kwestia polityczna.

dziennik pesymistyczny

Najprzyjemniejszy koncert świata

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Właściwie nie pamiętam od kiedy czytam w gazetach i słyszę w rozmowach na ulicy, że w moim mieście nic się nie dzieje w kulturze. Że jest nuda na scenie muzycznej. Że marazm. Że nikt do nas nie przyjedzie z koncertem. Że omijają naszą prowincję wszelkie gwiazdy muzyczne. Nic się nie dzieje w tym mieście… Jak w filmie polskim – parafrazując znany dialog – proszę pana, to jest tak: nuda… Nic się nie dzieje, proszę pana. Nic. Tak, proszę pana… (…). W ogóle brak akcji jest. Nic się nie dzieje, to prawda. Bo naszym – miasta – przekleństwem jest to, że leży ono za blisko i że za daleko o naszej stolicy. Ale jak już coś się wydarzy w kulturze to i tak nikt nie ma ochoty tego zobaczyć. Bo narzekają wszyscy. Na większości imprez pojawiają się ci sami ludzie. Ale za to wszyscy, tłumnie, jak przystało na ponad dwustutysięczne miasto, chóralnie przyznają, że nic się tu nie dzieje. Taki fenomen. Słyszę, że nie ma na co iść, a jak już ktoś godny posłuchania zaszczyci nas swą obecnością to i tak nikt go nie chce oglądać. Może to przez te ceny biletów? Bo przecież kilkadziesiąt złotych to dużo. Może to przez organizatorów koncertów, którzy raczej z tego, co wynika z moich rozmów z muzykami nie są profesjonalistami. Albo właściwie są profesjonalistami w zarabianiu pieniędzy tylko dla siebie. Jak to mawia mój przyjaciel:, jakie miasto takie koncerty. I chodzi mi tu o frekwencję. 

 

A ja byłem na koncercie, bo choć mi się nie chciało, z wrodzonego lenistwa, to postanowiłem jednak się wybrać, aby sobie i innym udowodnić, że jednak coś się dzieje ciekawego w moim mieście. Że jeśli ktoś już wybrał się do nas z koncertowa wizytą, to warto się udać na jego występ a nie tylko wiecznie narzekać. A było to dla mnie szczególne wydarzenie muzyczne, jakie nie zdarza się codziennie. Nie dość, że miałem okazję zobaczyć doskonałych muzyków to jeszcze mogłem rozkoszować się tym, że byłem na bardzo, ale to bardzo kameralnym koncercie. Ale czy to źle? Nie, to dobrze, bo w takiej atmosferze nie bawiłem się dawno. Nie żałowałem, że pokonałem lenistwo. Choć jak zawsze nie chciało mi się wyjść z domu. Iść taki kawał do klubu. I jeszcze te drogie bilety! Wszystko wskazywało, że się nie wybiorę na ten koncert. Lecz z drugiej strony przecież nie widziałem ich na żywo już kilka lat. Może coś nowego usłyszę?  Dobrze by też było zobaczyć muzyków, których znam, no może nie tak osobiście na stopie przyjacielskiej, ale poznałem przed laty. Zespół, który miał dać koncert w moim prowincjonalnym mieście jest jednym z moich ulubionych na polskiej scenie muzycznej, więc miałem ambiwalentne uczucia. Walczyło we mnie wielkie lenistwo z wielkim pragnieniem usłyszenia tego, co znam od lat i co lubię od lat. Posłuchania muzyki w dobrym wykonaniu. Ale znów ta droga do klubu – marudziło moje lenistwo. Te kilkadziesiąt złotych za bilet. Byłem w połowie drogi między wybraniem się na koncert a tym żeby zostać w domu. Tak myślałem do czasu, aż postanowiłem wygrać ten bilet w konkursie lokalnej gazety. Wizja tego, że coś mam za darmo miała mnie dodatkowo zmotywować do działania. Do wybrania się na koncert.  I jak wygrałem bilet w konkursie, to już nie miałem żadnej wymówki, aby się nie udać do klubu.  Tym bardziej, że kolega zaproponował, że pojedziemy razem jego samochodem, co nie ukrywam, było dodatkowym elementem stymulującym mnie do wyjścia z domu.

 

Przyjechaliśmy pod klub punktualnie o godzinie, w której miał się koncert zaczynać. Choć obydwaj wiedzieliśmy dobrze, że nikt nigdy nie zaczyna koncertu o tej godzinie, która widnieje na plakatach. Ale przecież z kolega nie widzieliśmy się kilka miesięcy i te minuty czy nawet godziny oczekiwania na początek postanowiliśmy spożytkować na obgadanie zaległych spraw. Pierwszą niespodzianką było to, że na parkingu było tylko kilka aut a przed wejściem nikogo. To znaczy był tam przedstawiciel zespołu oraz jego lider. Z wielkim zaskoczeniem dowiedzieliśmy się od nich, że koncert jest właściwie niesprzedany. Że miał być odwołany. Bilety się nie rozeszły. A organizator okazał się, że zacytuje: kosmitą. Nie zdziwiłem się. U mnie na prowincji nie raz już słyszałem o tym, że sprzedało się kilka biletów, więc koncertu nie będzie. Ale nie tym razem. Na moje szczęście chłopaki postanowili jednak zagrać. Choć jak widać było po nas, zarobić na tym raczej nie zarobili. Bo ja z biletem wygranym w konkursie, a kolega kupił bilet po cenach przedsprzedażowych. To miłe – pomyślałem – że zespół, który co by nie mówić dużo znaczy dla polskiej scenie rockowej chce zagrać nawet dla nas dwóch. I to z radością.  I jeszcze miło zaprasza. Jak za dawnych czasów. Po godzince zaczęli grać i to, co usłyszałem było warte wiele i choć było nas pod sceną zaledwie kilka osób to przeżyłem niezapomniane chwile.

 

I teraz wiem, że źle zrobiłem. Bo powinienem jednak kupić ten bilet. Choć cieszyłem się, że wygrałem, i najważniejsze, nie przeszkadzało to zespołowi, który życzył mi przyjemnej zabawy. Ale męczyło mnie to, że oni tak za darmo dla mnie grają. Postanowiłem nawet, że nabędę ich płytę. Tak w ramach rekompensaty. Choć w zasadzie mam już jedną. Tę drugą dam komuś ze znajomych w ramach promocji zespołu, któremu chciało się przyjechać kilkaset kilometrów i zagrać dla mnie i kilku moich znajomych. I mam też wątpliwość czy to dobrze, że tak mało było widzów? Tak, to źle dla zespołu. Ale czy chciałbym przeżyć jeszcze raz to uczucie, że jestem na koncercie, który odbywa się prawie tylko dla mnie. Zdecydowanie tak.

 

dziennik pesymistyczny

Jak Hiob?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Powódź. Właściwie nie ma dnia żebym nie oglądał na ekranie mojego telewizora informacji o tej wielkiej tragedii. Nie słyszał strasznych opowieści znajomych na temat tego nieszczęścia. Nawet jakbym nie chciał tego wiedzieć, to nie żyję przecież w pustce, więc nie mogę nie zauważyć tego, że w Polsce jest wielka woda. A w niej, w tej wodzie, tysiące ludzi z nią się zmagających. Doświadczam tego tylko poprzez empatię z tymi, których dotknęły fizycznie skutki tego kataklizmu. Mieszkam tam gdzie nie ma wielkiej rzeki. Nie ma u mnie zagrożenia, ale zagrożenie jednak odczuwam. Wiem, że jak inni cierpią to ja nie mogę być obojętny na to cierpienie. Jednak potrafię sobie wytłumaczyć, że natura jest nieprzewidywalna. Że można tylko starać się załagodzić skutki tego, co ona w swoim szale zniszczyła. Przyjmuję z pokorą to, że pada wielki deszcz. Że wybuchają wulkany. Że obsuwa się ziemia.  Że wylewają rzeki. Wiem, że tak było przez wieki, nim pojawiłem się na tym świecie i tak też będzie jak mnie już na nim nie będzie. Wiem, że jestem tylko małą cząstką tej planety. I przy tym mało ważną częścią.  Przyjmuję to z pokorą. Ale przecież nie żyję jak już wspominałem na początku w pustce, w próżni. Odczuwam i słyszę to, co mówią inni. A że jest u nas dziewięćdziesiąt osiem procent katolików to znaczy tych, co się za takich uważają to nie jest trudno wpaść na ludzi, którzy w swej wierze w swojego Boga szukają odpowiedzi, dlaczego tak nas doświadczają nieszczęścia.

 

Wczoraj słyszałem rozmowę dwóch pań odświętnie ubranych z gałązkami brzozy w rękach. Wczoraj był czwartek, a tego dnia – jak mawia mój przyjaciel – tradycyjnie i całkowicie wyjątkowo zarazem, przypada wielkie katolickie święto. Więc zapewne te dwie panie rozprawiające głośno na ulicy nie były przypadkowo tam, gdzie mogłem je usłyszeć, lecz z nakazu ich wiary. – Zobacz pani, jakie nieszczęście nas spotkało z tą powodzą – rzekła jedna. – Ano tak, wielkie nieszczęście. Tyle domów zalanych, tyle zwierząt się potopiło…Oj, wielkie nieszczęście – potwierdziła druga. – I jak pani myśli, dlaczego tak jest? – Zapytała ta pierwsza.  – Nie wiem – odpowiedziała druga.- Może Bóg chce nam coś przez to powiedzieć. Coś przekazać – dodała po chwili. I tyle tylko usłyszałem. I nie mogę zapomnieć tych prostych pytań o przyczynę. Ciągle o tym myślę i ciągle analizuję. Czy Bóg tych dziewięćdziesięciu ośmiu procent polskich katolików przez takie ich doświadczanie stara im się coś przekazać? Mnie człowiekowi małej wiary nie jest dane tego zrozumieć. Ale chętnie bym się dowiedział, co też takiego chce nam ten miłosierny pan wszelkiego stworzenia przekazać. Ja jestem niegodny i pewnie nieprzygotowany. Ale przecież mamy tylu księży, tylu kapłanów, tylu kardynałów i biskupów. Może oni z racji bliskości z bóstwem coś mieliby do powiedzenia w tej sprawie? Wczoraj z okazji święta wsłuchiwałem się w głos kleru. Czekałem na wskazówkę. Na potwierdzenie przynajmniej, że niezbadane są ścieżki Pana. I nic nie usłyszałem oprócz tradycyjnego apelu o jedność w obliczu tragedii. A spodziewałem się jakichś wskazówek. Jakiegoś wytłumaczenia. Ale nic takiego nie było. Więcej było słów o przyszłych wyborach prezydenckich niż o tym, dlaczego Bóg zsyła na nas powódź. A przecież ludzie wierzący powinni sobie zadawać takie pytanie? Czyż nie?   A może tylko tak mi się wydaje?

 

Pamiętam z lektury pewnej księgi, że jest coś takiego jak cierpienie hiobowe. Takie cierpienie niezawinione. Do którego osoby pokrzywdzone się nie przyczyniły bezpośrednio, nie zawiniły niczym, a mimo to zostały dotkliwie doświadczone. Czy tak właśnie nie jest w tym przypadku? Czy to jakiś zamysł? Jeśli nic nie dzieje się bez przyczyny, to może warto żeby kler wytłumaczył ludowi i przy okazji mojej skromnej osobie przyczyny Bożego gniewu? Czy może tak jak w przypadku Hioba jesteśmy wystawiani na próbę? Ja nie wiem, nie mam prawa wiedzieć, jako ktoś, kto dopiero szuka a nie święcie wierzy. Ale ta pani pytająca swoją znajomą – jaka jest przyczyna cierpienia – powinna znaleźć odpowiedź u duchowych przewodników. A mam takie wrażenie, że oni milczą. Może ja, tej odpowiedzi, szukam w niewłaściwym miejscu? Zapytałem, więc znajomych, który przyznają się do głębokiej wiary. Ale i oni nie znaleźli odpowiedzi na moje pytania. Tam w świątyniach, które odwiedzają, też nie ma odpowiedzi. Więc gdzie? Dlaczego mam wrażenie, i nie tylko ja, że ci, co prowadzą duchowo ten naród w dziewięćdziesięciu ośmiu procentach katolicki, nie tłumaczą przyczyny takiego stanu rzeczy. Bo jeśli od niego wszystko zależy to, dlaczego nas tak doświadcza – pytam wraz innymi- i chętnie usłyszałbym odpowiedź od tych, co to z racji zawodu lub powołania są jakby bliżej Niego.

 

dziennik pesymistyczny

Wybory między hasłami

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jak są wybory to i wyborcze hasło kandydat na urząd prezydenta bezwzględnie mieć musi. Bo jak każdej szanującej się firmie niezbędne jest logo, slogan reklamowy, piękne opakowanie ich produktów, tak kandydatowi na prezydenta najjaśniejszej rzeczpospolitej potrzebne jest chwytliwe hasło wyborcze. Bo można nie kojarzyć, kim jest smutny starszy pan, co to go czasami pokazują w telewizji. Można nie wiedzieć, kim jest ten pan, co tak patrzy na mnie takim melancholijnym wzrokiem. Ale hasło kojarzą wszyscy. Oczywiście ja wiem, że ten pan w czarnym żałobnym garniturze, co to jego podobizna patrzy na mnie z gazety, jest byłym premierem. Ale że się tak strasznie ostatnimi czasy zmienił! Stał się taki milczący, że za jego wypowiedzi na temat tego jak chce rządzić, musi mi wystarczyć jego wyborcze hasło. On taki odmieniony. Taki wycofany. Zawsze w tle. Bo na pierwszym planie inni polityczni działacze, którzy jako ta tarcza przed obliczem chmurnego rycerza. A na tej tarczy jego hasło wyborcze. Coś tam powie do swoich potencjalnych wyborców ów kandydat z chmurnym obliczem, ale nie za dużo. Z umiarem. Żadnych wywiadów na żywo. Tylko dokładnie wyreżyserowane tyrady o tym, że Polska jest najważniejsza. Bo takie ma hasło wyborcze. Polska jest najważniejsza. Też mi odkrycie. No niby, jaka miałaby być? Nieważna? I co ja mam z tego wynieść czy zrozumieć? Że najważniejsza jest dla niego Polska? No pewnie, przecież nie kandyduje na prezydenta Gabonu tylko Polski, więc siłą rzeczy powinno to dla niego być ważne. Najważniejsza jest Polska. Ale co się pod tym kryje? Czy ta najważniejsza Polska to Polska tych, którzy stali tam gdzie stała Solidarność, czy raczej tych, którzy stoli tam gdzie stało ZOMO – że zacytuję tu słowa tego kandydata sprzed duchowej przemiany. Czym bardziej przyglądam się nowemu politycznemu wizerunkowi tego posępnego starszego pana, czym bardziej wsłuchuję się w tych niewiele wypowiadanych przez tego kandydata na prezydenta słów, tym bardziej mam wrażenie, że to hasło mówiące o tym, że najważniejsza jest Polska jest dla tych prawych i sprawiedliwych ludzi wszystkim, co mają mi do przekazania. I nic więcej. To taka ładnie opakowana pustka. A może z okazji ten politycznej miłości do wszystkich i ogólnego nakazu przebaczania wszystkim oraz proszenia o przebaczenie, warto by zastosować sprawdzone już w telewizji hasło: kocham cię Polsko?

 

Wolność i Praworządność – z takim hasłem wyborczym powalczy o głosy Polaków inny kandydat na najwyższy urząd. Gdybym miał zagłosować w zbliżających się wyborach tylko na podstawie tego hasła, to uważam, że ten kandydat miałby o wiele większe szanse na mój głos. Ja tam zawsze chciałem być wolny. A żyć w kraju praworządnym? Czemu nie? Dlaczego więc nie zagłosować na tego, co chce tylko żeby kraj za jego rządów był wolny i praworządny? Ale niestety wiem, że to nie wszystko, co ma mi do zaoferowania ten kandydat z elegancką muszką pod szyją, więc nie zagłosuję na niego. Weźmy kolejne hasło kolejnego kandydata. Ten kandydat, ten wysoki i dystyngowany pan, ogłosił podczas spotkania z dziennikarzami hasło swojej kampanii. Zaprezentował billboard wyborczy, który ma się pojawić na ulicach w czerwcu. Hasło tego najwyższego wśród kandydatów kandydata na prezydenta to: Wybierz swój dobrobyt. I jak tu się z nim nie zgodzić. Chętnie wybiorę dobrobyt. Czemu nie? Już ponad dwadzieścia lat czekam w wolnej Polsce na mój dobrobyt, ale jak na razie, to nie starcza mi do pierwszego z tego, co zarabiam. Więc jak najbardziej wybiorę dobrobyt! Tym bardziej, że jak słyszałem sam kandydat już wybrał dla siebie dobrobyt i się w nim zasmakował, więc wie, co mówi.  Jest też inny kandydat, co to cudem prawie został kandydatem. Bo już miał nim nie być za jakieś ciążące na nim wyroki sądowe, a tu nagle znów się objawił jako kandydat. Opalony kandydat przedstawił swoje hasło wyborcze. Brzmi ono: Ja nie jestem jednym z nich, ja jestem jednym z was. Za przeproszeniem szanownego kandydata, to nie chciałbym wyglądać, czy być, jak on. Nie wyglądam jak żaden polityk i z całym szacunkiem nie stawiałbym się w jednym rzędzie z tym kandydatem na najwyższy urząd. Ja się cieszę, że nie jest on jednym z nich, bo jak jeszcze byłby jednym z nich, to byłoby to niebezpieczne dla Polaków i zabawne jednocześnie. Sam już nie wiem, co bardziej. Ale jak nie jest jednym z nich a chce być jednym z nas to, po co mam go wybierać żeby na nowo stał się tym jednym z nich. Prawdziwa zagadka wyborcza.

 

Ten kandydat, ten zielony też ma swoje hasło. Sztab ludowego kandydata na prezydenta zaprezentował plakat wyborczy. Działacze, a zapewne i sam kandydat planują, że w całej Polsce zawiśnie około tysiąca billboardów. Plakat przedstawia lidera z dopisanym hasłem: Dialog i Porozumienie. Tło zdjęcia i hasło wyborcze kandydata są w różnych odcieniach zieleni. Na dole plakatu białymi literami na zielonym tle napisane jest imię i nazwisko ludowego kandydata. I jak tu się nie zgodzić. Jakiś dialog tam jest, ale ja nie mogę sobie przypomnieć żeby ludowcy prowadzili z wyborcami jakiś dialog. No może, jako mieszczuch po prostu nie spotkałem ich zbyt wielu. Może oni tak raczej z naturą i tymi, co bliżej natury prowadzą ten dialog. I tam mają jakieś porozumienie, które pozwala im utrzymywanie się u władzy koalicyjnej tyle lat. Wszystko się zmienia.  W kraju następują po sobie rządy lewicy i prawicy a oni wciąż rządzą jako koalicjant. Fakt, jak na to spojrzeć to jak nic mają ludowcy talent do dialogu i porozumienia. A jakby tak wybrać ich wszystkich naraz i niech rządzą kolegialnie. Mielibyśmy w Polsce poczucie, że jest ona najważniejsza, że jest wolna, praworządna, pełna dobrobytu, gdzie prowadzi się dialog prowadzący do porozumienia. Więc kandydaci! Od haseł – do czynów!

 

dziennik pesymistyczny

Czynią miłość w miejscu publicznym

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 83

Czy się to komuś podoba czy nie podoba, czasem tak bywa, że jeśli ktoś musi… To najwidoczniej musi, bo inaczej… No nie wiem, się udusi? Jak przyjdzie człowiekowi ochota na miłość to nie ma znaczenia miejsce i czas. Przecież każdy wie, że najważniejsze jest, żeby dwie osoby miały ochotę jednocześnie, a takie sytuacje nie zdarzają się często. I jak kobieta i mężczyzna, chłopak i dziewczyna nie mogą wytrzymać napięcia, a do domu daleko, to czasem może się zdarzyć, że nie wytrzymają właśnie tego napięcia i zaczynają robić miłość w miejscu publicznym. Bo jeśli w domu nie mogą? Jeśli tam nie ma warunków? Jeśli tata i mama zabraniają się całować i pieścić, bo wiara zabrania im nawet o tym myśleć a co dopiero czynić? To właśnie, co ma czynić taka para, co to ma wielką i niepohamowaną chęć na miłość, a miejsca, w sensie czterech ścian, nie ma do ustronnego czynienia tej miłości? Taka para przymuszona przez naturę robi to tam gdzie ich ta chęć na miłość zaskoczy. – Jak spółdzielnia reaguje na „miłość”, która odbywa się przy zamkniętej kładce na skarpie w biały dzień? – Pyta redakcję biuletynu spółdzielni mieszkaniowej Ustronie pani Wanda. Warto nadmienić, że osiedle to jest gigantycznym blokowiskiem a problemy, o który zapytuje gazetkę pani Wanda, nie jest jak mi się wydaje najważniejszym problemem tego osiedla. Nie dalej jak wczoraj powiesiłem tam reklamę mojej firmy, a wytrzymała ona w stanie nienaruszonym i to w biały dzień tylko dwie godziny. Dlaczego ta uważna i spostrzegawcza pani Wandzia nie wyglądała wtedy przez okno lustrując okolicę? Może zobaczyłaby wandala, który zniszczył moją własność? Ale los chciał, że co innego zobaczyła ta pani i jak się domyślam o innej porze dnia. I inne zasady moralne zostały tu naruszone.

 

Czytelnikowi nieznającemu topografii mojego prowincjonalnego miasta a tym bardziej tego osiedla, o którym mowa w liście do biuletynu wyjaśniam uprzejmie, że zamknięta kładka to mostek przeznaczony dla ruchu pieszego łączący dwie skarpy, między którymi w dole biegnie osiedlowa droga. A zamknięte jest to przejście dla pieszych, bo nieremontowane od dwudziestu przeszło lat po prostu rozpada się ze starości. I korzystanie z tej konstrukcji groziło nieszczęściem znacznie większym niż to opisywane przez panią Wandę. Jak jest pytanie to i jest też odpowiedź. Więc dziennikarz z biuletynu osiedlowego odpowiada: – Pani Wando, swoim pytaniem odpowiedziała sobie pani na nie sama. Spółdzielnia to pani, pani sąsiedzi, – czyli my wszyscy mieszkańcy osiedla. Fakt. Nie można się nie zgodzić z przedstawicielem redakcji. Zasady spółdzielczości są jasne. Wszyscy mieszkańcy to wielka rodzina a jak to w rodzinie, zdarzają się rożne skandale. I nawet te obyczajowe nie są jej obce. –  Domyślam się, że sugestie były skierowane pod adresem administracji czy samego zarządu – odpowiada dalej pani Wandzie pan redaktor biuletynu. – Z moich informacji, które posiadam, gospodarz osiedla w osobie administratora czy też prezes, nie mają uprawnień do wystawiania mandatów osobom „miłującym się” w biały dzień – choćby w okolicach zamkniętej kładki. Mieszkańcy widząc takie sytuacje powinni reagować wzywając na pomoc policję czy straż miejską, celem ochłodzenia temperamentu młodych ludzi – radzi redakcja.

 

Bardzo słusznie! Jak tylko zobaczymy całującą się namiętnie parę to od razu należy chwytać za telefon i informować, alarmować, wzywać na pomoc służby mundurowe. Jak tylko ktoś okazuje sobie trochę namiętności, no dobrze, nie w miejscu do tego przeznaczonym, ale jednak namiętności…To, co? To należy natychmiast wezwać strażaków z sikawką żeby ostudzić ich żądze. Ci młodzi to się tam raczej całowali, a nie bili po mordach. Nie wyładowywali agresji na cudzej własności niszcząc ją. Jakby się nakładali pięściami po twarzach i kopali po tyłkach, to raczej należałoby wezwać policję, straż miejską, wojsko, strażaków i kogo się tam jeszcze da. A jak tylko robili „ miłość” – używając słów z osiedlowego biuletynu – niech tak dalej robią w spokoju. Bo może to lepiej, że ktoś czyni miłość nie wojnę. Że ktoś się całuje namiętnie w miejscu publicznym, a nie wyładowuje fizycznie na wiacie przystankowej. –  Kilka lat temu byłem świadkiem podobnego wydarzenia – zwierza się redaktor biuletynu pani Wandzie oraz czytelnikom – które miało miejsce na ławce obok stawu przy (…). Oburzenie osób przebywających nad stawem było oczywiste. Służby mundurowe po przybyciu na miejsce zaprosiły „kochanków” do radiowozu. W jakim celu? Ważny jest fakt, że mieszkańcy osiedla interweniowali błyskawicznie by zapobiec zgorszeniu. No i zapobieżono zgorszeniu! Ów tysiące mogą spokojnie spać czy raczej spoglądać przez okna. Pani Wanda i pan Redaktor stoją na straży moralności. Ciekawe jest tez to, że ta zapomniana przez Boga i urzędników okolica skłania do takich namiętności. Nie żaden tam park. Nie łąka, wonnym kwieciem umajona. A osiedlowa kładka i brzeg mulistej sadzawki są miejscem do okazywania sobie gorącej – jak wynika ze zgorszenia pani Wandy i interwencji policji – miłości. I jeszcze ta interwencja służb! Nie dość, że młodzież niewyedukowana, seksualnie, to jeszcze ma wrażenie, że robi coś złego. Bo na ich namiętność reagują czujne służby. Tak mi się przypomniały słowa piosenki: Moja pierwsza wielka miłość. Zaczęła się i nagle skończyła boleśnie…

 

dziennik pesymistyczny

Wróg publiczny numer jeden

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jest w Polsce taka zadziwiająca mnie nieodmiennie prawidłowość. Jak tylko w naszym, targam od czasu do czasu nieszczęściami, kraju wydarzy się coś nieprzewidywalnie tragicznego to od razu zaczynamy wielkie poszukiwanie osób lub rzeczy, które nas w ten stan wpędziły. Jak tylko nie możemy, sami sobie, wytłumaczyć przyczyn tragicznych losów naszej umiłowanej ojczyzny to od razu rozpoczynamy wielkie polowanie z naganką na wroga, który jest lub powinien za te nasze zbiorowe cierpienie być odpowiedzialny. Potrzebne jest nam to widocznie, aby ten tragizm przeżytych dni sensownie sobie wytłumaczyć i zrozumieć. Jak tylko coś przerazi miliony naszych obywateli to prawie natychmiast pojawia się w nas, no może tylko w niektórych w nas, taka wielka, natychmiastowa potrzeba stworzenia dobrze widocznego i jasno określonego wroga. Wroga, który za to, co nas spotkało poniesie zasłużoną karę. I spotkało nas znów nieszczęście. I przyszła do nas wielka woda. Jak nie wytrzymały wały przeciwpowodziowe to od razu potrzebny był nam wróg. Taki który za to nieszczęście powinien odpowiedzieć. Nasze społeczeństwo, wierne religii ojców, nie mogło winić przecież tego, co w niebiesiech. Przyjąć z pokorom wyroki najwyższego owszem, ale winić – nigdy! A wroga bezwzględnie mieć musieliśmy.  

 

Standardowo można by za winnych zaniedbań, które doprowadziły do powodzi wskazać polityków. Ale jak tu naród za namową polityka może oskarżyć polityka innej opcji, gdy doskonale wie, że z żywiołem nie da się wygrać. Więc po co robić sobie kłopot na przyszłość. Gdy się będzie samemu rządziło i znów przyjdzie wielka woda ktoś może zapamiętać, że się wyrzekało na tych, którzy wcześniej rządzili i to przypomnieć dawne słowa. Więc mino pewnych złośliwości i drobnych uszczypliwości opozycja nie bardzo chce, aby winni byli ci, co u władzy. Wychodząc słusznie z założenia, że przecież, gdy sami staną za sterami rządów też mogą być narażeni na kłopoty z siłami natury. Po co więc samemu pchać się w kłopoty. Podobnie pewnie myśli i sam elektorat podzielony przed wyborami prezydenckimi. Po co kłopot w przypadku wygranej. Wszystkim, przydałby się, więc wróg bardziej namacalny i bardziej neutralny światopoglądowo. Taki, co to go może uznać za plagę prawdziwą oraz taki, co to działa podstępnie. Jak na porządnego wroga przystało.

 

No i się znalazł wróg! Namaszczono na niego poczciwego bobra.  Nagle i pewnie również dla niego niespodziewanie stał on się naszym nowym wrogiem. Tym, który od lat robił nam krecią prawdziwie robotę dosłownie i w przenośni. Kopał w wałach powodziowych dziury. Podgryzał. Niszczył. Robił, co mógł byle tylko jak najbardziej zniszczyć nasze z takim trudem i w takim znoju wybudowane wały powodziowe. Bobry zostały w ostatnich dniach ogłoszone prawdziwym wrogiem ludzkości. Te sympatyczne gryzonie oskarżane są powszechnie o rozkopywanie wałów przeciwpowodziowych, co w rezultacie prowadzi do ich przerywania. – Panie kochany, tysiące bobrów tu do wałów napłynęły w nocy i kopały! – żalił się w telewizji pewien pan. – Tylko mój dzielny piesek na nich szczekał i je gonił – opowiadał z przejęciem dziennikarzowi. I już wiadomo, kto odpowiada! Ustalono wroga! Pokazano go w telewizji! Wypowiedziało się w sprawie tego szkodnika wiele bardzo, bardzo mądrych fachowców. Co więcej wezwano na pomoc myśliwych, którzy tego bobrzego wroga publicznego numer jeden celnym strzałem poślą w trybie przyspieszonym do bobrzego raju. W niektórych powiatach wydano już zresztą pozwolenia na odstrzał zamieszkujących okolice wałów gryzoni.

 

Woda przelewa się przez wały przeciwpowodziowe. Tysiące ludzi usypuje zapory. Ruch tam jak w Rzymie w godzinach szczytu komunikacyjnego. A ten dziki potwór z głębin zaatakował podstępnie I rył swe nory nie przejmując się obecnością swojego odwiecznego zagrożenia, jakim jest człowiek. Prawdziwy fenomen natury! Pewnie z zemsty za te rzeki zanieczyszczone tak czynił? – Jesteśmy na wale, a godzinę później już są dziury do zasypania – żali się reporterowi pan, co to już dobrze wie, kto jest jego wrogiem. Już znalazł odpowiedzialnego. I one, te bobry pewnie tak w godzinę przy pełnym obstawieniu wałów przez ludzi tak podstępnie te dziury kopały.

 

Całe szczęście, że znalazł się jeden sprawiedliwy, która wziął w obronę gryzonia. Bo ja nic w walce o utrzymanie wałów powodziowych zastrzelono by je wszystkie. – Wałów nie podkopują bobry, lecz piżmaki. To gryzonie przywiezione do Europy w dziewiętnastym wieku – wyjaśniał ludowi marszałek sejmu Stefan Niesiołowskiemu. I z pewnością wie, co mówi, bo ma tytuł naukowy profesora biologii. Czyli jest jednak podejrzenie, że wrogiem publicznym jest inny gryzoń! Uciekinier z hodowli w Czechach. Obecnie to on sieje największe spustoszenie stając się, jeśli nie nowym to przynajmniej równoprawnym, co bóbr wrogiem publicznym. A może to bociany? Może to one zlatują stadami na wały i wielkimi czerwonymi dziobami robią tam dziury. Czerwonymi dziobami! A wszyscy wiemy czyj to kolor! Ja rozumiem, że ktoś musi być winny, ale dlaczego bóbr? Dlaczego nie możemy poszukać winy w nas ludziach bezmyślnie ingerujących w przyrodę? Czy budując dom na terenach zalewowych nie powinniśmy spodziewać się zalania? Czy to bobry zabraniały nam napraw i budowy wałów przeciwpowodziowych? Chyba nie, więc może niepotrzebnie giną tylko, dlatego że nam ludziom dotkniętym niepojętym nieszczęściem potrzebny był natychmiast wróg do potępiania.  

 

dziennik pesymistyczny

Bank biurokracji

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zawsze narzekam i pewnie będę narzekać jeszcze przez wiele lat na to, że w urzędach jest biurokracja. Przerost formalistyki nad treścią pracy będzie tam zawsze, bo przecież gdzieś te tysiące ludzi, którzy wybrali dla siebie karierę urzędniczą i żyją z dobroci państwa musi zarabiać na swoje utrzymanie. A jeśli kolega pracuje w urzędzie, i ciocia pracuje w urzędzie, i wujek jest tam dyrektorem to, dlaczego i ja nie miałbym pracować dla dobra ogółu społeczeństwa, na państwowej lub samorządowej posadzie. Pewnie wielu tak myśli i pewnie nadal biurokracja będzie się rozwijać w najlepsze. Urzędnicy w obronie swoich miejsc pracy stworzyli tyle przepisów, że sami już się w nich pogubili. Ale i tak tylko oni mogą uważać się za przewodników w tym lesie kodeksów, zakazów i nakazów. Ja rozumiem, jest państwo, więc biurokracja jest do niego przypisana jak pies do swej budy. Taki podstawowy elementem istnienia państwowości. I już mnie to przestało dziwić, choć nie przestało denerwować, że w prostej wydawałoby się sprawie decyzje podejmuje prawdziwa armia urzędników i trwa to miesiące. Widocznie tak już musi być. Ale nie przestaje mnie zadziwiać, że istnieją instytucje, które mienią się awangardą kapitalizmu a jednocześnie ich biurokracja jest rodem z najlepszych czasów urzędniczego rozpasania. Instytucja współczesna, a aparat administracyjny jak z lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku.

 

Jest taki bank, który musi używać skrótowej nazwy, bo jest ona tak rozbudowana i długa, że pewnie nawet pracownicy nie bardzo pamiętają z ilu członów się składa. Bank jak bank. Nie wiem jak on się zachowuje, jeśli chodzi o obsługę klienta detalicznego. Nie wiem i już nie chcę wiedzieć. Los zetknął mnie z tą instytucją w sensie służbowych relacji. Miałem do nich prostą wydawało mi się sprawę. Nawet, jeśli mi się to tylko wydawało to i tak była ona na tyle mało skomplikowana, że wydawało mi się, że zgodę na współpracę lub na jej brak usłyszę, że tak powiem z marszu. Ale nie było to takie proste. Oj nie. Na początku umówiłem się z pracownikiem, który mnie wysłuchał i odesłał do następnego pracownika. Ten poprosił o przesłanie mailem tego, co tam chciałem od banku i po kilkunastu telefonach otrzymałem od niego informację, że… On nie jest władny podjęcia decyzji i muszę się spotkać z jego przełożonym. Spotkałem się w przyjemnej atmosferze i dowiedziałem się ze muszę poczekać na odpowiedź przez tydzień. Po dwóch tygodniach ten urzędnik bankowy odesłał mnie do kolejnego dyrektora, któremu przedstawiłem to, co tam do banku miałem. Po trzech tygodniach miałem spotkanie z kilkoma dyrektorami oraz z pewnym kierownikiem od ważnych spraw i znów kazali mi czekać. Potem jeszcze odbyłem serię spotkań z każdym z tych dyrektorów oddzielnie. Ale żaden nie mógł podjąć wiążącej decyzji. Byli żywo zainteresowani, ale czekali na decyzję rewizora z centrali. Gdy przyjechał i wysłuchał mojej opowieści wierzyłem, że koniec mojej bankowej odysei jest już bliski. Bo przecież ci wszyscy, z którymi się spotykałem do tej pory uważali, że ten urzędnik z centrali banku jest najważniejszy i tylko on ma moc decyzji. I żyłem w tym przekonaniu do dziś. Bo rano dostałem maila od rewizora, który informował mnie, że muszę uzbroić się w cierpliwość.

 

Bo okazało się, że choć rewizor w tym banku jest ważny, ważniejszy od prowincjonalnych dyrektorów i kierowników, to nie jest on na tyle ważny żeby wydać jednoznaczną i wiążącą decyzję w mojej sprawie. Potrzebna była opinia jeszcze jednego działu. Potrzebne jest jeszcze kolejne konsylium nad moją sprawą w dziale marketingu w centrali banku. I po tej opinii ważnego gremium bankowych decydentów i jeszcze po pewnym jeszcze kolejnym spotkaniu Pan z centrali wyda możliwie jak najszybciej tę dla mnie upragnioną decyzję. Ale czy to na pewno się stanie? Tego nie wie nikt. Ale nie tracę nadziei, że tak właśnie będzie. Właśnie spojrzałem na mój klaser na wizytówki. Kilka pierwszych stron zajmują same tylko wizytówki ludzi z banku, z którymi się spotkałem. A ileż tam funkcji. Dyrektorzy departamentów, kierownicy, menadżerowie, piony kontaktów, specjaliści…Ileż nazw i ileż to ludzi.  A jedna tylko sprawa. Jak to jest, że instytucja finansowa zatrudnia tyle osób na kierowniczych zdawałoby się stanowiskach, a żadna z nich nie potrafi wydać decyzji? Ja już nie dziwię się, że są tam takie wielkie odsetki od kredytów, gdy trzeba tylu ludzi utrzymać.  Wielu ludzi, żadnych decyzji- to jest prawdziwa biurokracja!

 

dziennik pesymistyczny

Kara boska

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Deszcz złapał mnie na ulicy. A ja bez parasola na tej ulicy i w deszczu. I do tego jeszcze tylko w dżinsach i koszulce. W trampkach. Żadnych kaloszy, kurtki przeciwdeszczowej czy parasola. Powinienem być przygotowany na to, że będzie padać. Przecież zawsze pada. Taka pogoda u nas w Polsce od kilku tygodni, więc powinienem być przygotowany na deszcz a nie byłem. Postanowiłem się schować przed ulewą w bramie. I jak się okazało na ten pomysł schronienia się w bramie kamienicy wpadło jeszcze kilka osób. Deszcz sobie padał i padał. Kałuże rosły, a ja z moimi współtowarzyszami niedoli zatrzymania w drodze, staliśmy sobie w tym naszym bezpiecznym i suchym schronieniu. Nie zapowiadało się, że przestanie padać w przeciągu minuty, więc rozejrzałem się po osobach, które wraz ze mną schroniły się przed deszczem. A że nie miałem nic innego do roboty poza obserwacją jak pada, co zresztą szybko mi się znudziło, z nudów przysłuchiwałem się para teologicznej dyskusji, która zaczęła się wśród osób uwięzionych przez deszcze niespokojne, wraz ze mną w tej bramie. 

 

– Skaranie boskie z tym deszczem – rzekła trochę w pustkę i trochę, jako zachętę do konwersacji starsza pani. – A żeby pani wiedziała, że to taka kara boska – odpowiedziała druga pani w nieokreślonym wieku. – Ludzie się od wiary i od Boga odwrócili. To i nie dziwne, że Pan Bóg karze – dodała. I tak się rozkręciła dyskusja teologiczna na temat przewinień Polaków i kar, jakie na nich siła wyższa nakłada. – W modlitwie tylko nadzieja – dodała trzecia pani. A poparł ją w tym jeszcze jeden jegomość, który nie wyglądał na takiego, co to by się tylko modlitwą i postem umartwiał. – Potopimy się jak nic – rzekł z przekonaniem i poparł swą wypowiedź donośnym beknięciem. Panie dyskutantki spojrzały na niego wymownie.  Ale jak widać jego wypowiedź uznane została przez to bramowe małe kółko adoracji za przejaw skruchy i przejaw nawrócenia, bo przyjęły ze zrozumieniem i potakiwaniem słowa szanownego pana. Panie rozpoczęły następnie dokładny opis stanu głównych rzek Polski. Biadoliły na nieszczęście, jakie spotkało ludność naszej ojczyzny. Szczegółowo opisywały, co tam ostatnio dowiedziały się z telewizji oraz od rodziny i znajomych na temat straszliwego losu powodzian. – Istna kara boska – padało raz za razem z ust którejś z dyskutantek.

 

Deszcz padał, a w branie odbywała się w najlepsze dyskusja na temat przyczyn ostatnio dotykających nas, jako naród, tragedii. Jak pewnie każdy z czytelników się łatwo domyśli, nie obyło się bez głębokiej analizy wszelkich czynników dotyczących katastrofy rządowego samolotu pod spod Smoleńskiem. – Dlaczego nas tak Bóg ukarał – padło pytanie. I pozostało bez odpowiedzi. Tylko deszcz jakoś jakby silniej zaczął padać. – Pewnie ma jakiś swój plan wobec nas– nagle odezwał się pan, którego do tej pory nawet nie zauważyłem. Oj tak – poparły go chóralnie panie toczące teologiczny dyskurs. A mnie przypomniały się słowa z Dekalogu. Oczywiście to, co tu przytaczam nie tak do końca sobie przypominałem. Ale cytuję dokładnie jak tam stoi: Ja Pan, twój Bóg, jestem Bogiem zazdrosnym, który karze występek ojców na synach do trzeciego i czwartego pokolenia względem tych, którzy Mnie nienawidzą. Okazuję zaś łaskę aż do tysięcznego pokolenia tym, którzy Mnie miłują i przestrzegają moich przykazań. Więc pewnie nie wszyscy są narażeni na niechybna zgubę. Panie, które z tak wielką werwą dyskutowały o tragedii smoleńskiej i o tej nowej powodziowej, tak mi się wydaje, widziały się raczej w tym milionie ocalałych z potopu. Choć deszcz padał nieprzerwanie.

 

Przestało padać na tyle, że mogłem już opuścić bramę, która dała mi oraz innym schronienie przed deszczem. Jeszcze tylko odprowadziłem wzrokiem panie, które udały się wspólnie w dalszą drogę. Najwyraźniej podbudowane dyskusją i wymianą podnoszących na duchu słów.  Wiem, że to tylko takie gadanie. A może jednak nie? Jeśli taka wielka jest w naszym narodzie wiara, to może coś w tym jest? Może wisi nad nami jakaś kara, jeśli kilkoro przedstawicieli tej wiary praojców, chroniąc się w tej bramie przed deszczem z niebiesiech miało takie spójne poglądy na ten temat. Znalazłem kiedyś takie zdanie: Nieszczęścia, potop, rozproszenie, nieprzyjaciele, piekło, wojna, śmierć, cierpienie – wszystkie te kary ukazują człowiekowi trzy rzeczy: stan, w którym znajduje się grzesznik; logikę koniecznego przejścia od grzechu do kary; osobowe oblicze Boga, który sądzi i zbawia. Czy możliwe, że te panie mogły mieć rację?

 

dziennik pesymistyczny

Zimna woda

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Zmroziła mnie kartka naklejona na drzwiach wejściowych klatki schodowej mojej kamienicy. Zrobiło mi się zimno. Jakby mnie tam już na dole, pod tymi drzwiami, ktoś oblał zimną wodą.  Bo jak wszyscy wiemy człowiek się przyzwyczaja do dobrego. A jak ma to coś, co jest dobrem człowieczym od dzieciństwa, i to tak na wyciągniecie ręki, tak dostępne w każdej chwili, to nie ma w tym nic dziwnego, że się człowiek do tego przyzwyczaja. Jak coś się ma przez całe niemal życie, tylko z krótkimi przerwami, to zdecydowanie jest mu się trudno odzwyczaić, gdy mu ten przywilej i radość ucywilizowanego człowieka ktoś zabierze. Nawet, jeśli to znika z naszego życia tylko na pewien czas. Jeśli koniec niedogodności, która nas spotkała jest ściśle określony. To tak czy inaczej jest to bardzo dotkliwa strata. Kilka dni temu na drzwiach wejściowych do mojej klatki schodowej pojawiła się oficjalna karteczka z licznymi pieczątkami podnoszącymi jej rangę, informująca mieszkaniowców mojej kamienicy, czyli moją skromną osobę również, że od dnia takiego i takiego przez tydzień nie będzie u mnie w kranie ciepłej wody. Z druczku naklejonego na drzwiach dowiedziałem się, że firma dostarczająca tą płynną i ciepłą zdobycz cywilizacyjną do mojego domu postanowiła przeprowadzić skomplikowaną operację ułożenia rur pod nowo planowaną ulicą. I tym samym, tą planowaną awarią, firma ta pozbawiła ciepłej wody kilka osiedli mieszkaniowych w południowej cześć mojego miasta.

 

Ogłoszenie o awarii nie wzbudziło u mnie zdziwienia, bo spodziewałem się takiego obrotu sprawy. Robotnicy już od dawna grzebali w ziemi i od dawna czytałem w gazetach lokalnych, że coś tam będą działać. Więc powinienem się psychicznie przygotować na brak ciepłej wody. Ale gdy o poranku stanąłem pod prysznicem z dłonią na kranie z zimna wodą, to sam nie wierzyłem, że za chwilę lunie na mnie zimna ulewa. I gdy poczułem na sobie pierwsze lodowate krople to przed oczami stanął mi obraz górskiego potoku. I mnie w nim. To straszna tortura. Ale dzielnie ją znosiłem w imię czystości. Choć nie ukrywam, że już sama świadomość, że rano będę musiał stanąć pod zimnym prysznicem powodowała, że trudno mi się zasypiało wieczorem. No tak, mogłem oczywiście zrezygnować z porannych wizyt w łazience, ale przecież poprawność polityczna nie pozwala na takie zachowanie. No i zdecydowanie byłoby to dla mnie mało niekomfortowe. Nie bardzo jestem zwolennikiem mocnych męskich zapachów. Wszystko, co niosło za sobą radość z posiadania ciepłej wody teraz stało się przez zimną wodę prawdziwą mordęgą. Wiem, są ludzie, którzy nawet zimą z ochotą wskakują w lodowate odmęty. Ale ja do nich nie należę. Takie ekstremalne przeżycia w kontaktach z mokrym zimnem są nie dla mnie. I do tego za oknem kolejny jesienny dzień tej wiosny. Pada deszcze, a w kranie zimna woda. Zimny prysznic jest zdecydowanie nie dla mnie. I tak ma być przez najbliższy tydzień. Przez siedem dni mam zażywać uroków kąpieli w zimnej wodzie.

 

Wiem, są teraz miejsca w Polsce, w których jest zdecydowanie więcej wody niżby tego oczekiwali tamtejsi mieszkańcy. Powódź jest czymś strasznym. I mój problem z zimną wodą w kranie jest przy problemach z wielką wodą – niczym. Jest straszliwie nieważny. Ale to jest taki mój maleńki problem. Mój osobisty. Mieszkając tu gdzie mieszkam, nie jestem na szczęście narażony na wystąpienie podtopień. Do najbliższej rzeki jest daleko. Więc moje problemy z wodą są mniejsze, maleńkie można by nawet powiedzieć i pewnie dla wielu nie miałyby żadnego znaczenia. Ale ja tu nie piszę o wszystkich tylko o mnie. Dla mnie zamarzanie pod zimnym prysznicem przez tydzień jest męczarnią. Dotykają mnie personalnie i mam prawo do narzekania. Nie narzekam na sam stan rzeczy, ale na to, że jestem taki nieprzygotowany do tego braku ciepłej wody. Wkurza mnie, że taki jestem miejski. Sam nie wiem jak to nazwać, więc z góry przepraszam tych, co się poczują obrażeniu, że ja miejski – a ci na wsi to w zimnej wodzie tylko. Ale ja to mam przez to ciągłe udowadnianie mi przez media, że nie ma to jak powrót do natury. Że kwiatuszki, pszczółki, drzewka… Że czerstwi i silni faceci to tylko ci, co to nie zaznali nigdy ciepłej wody. Jak jeść to tylko, co natura daje. Że najlepiej to bez chemii. Że taki powinienem być… bliżej naturalny. Ale ja nie mogę w takiej zimnej wodzie, co rano zażywać kąpieli. No, co ja zrobię, że ta cywilizacja jest dla mnie tak ważna. Mała rzecz a tak potrafi zepsuć humor. A jakby mi tak na tydzień prąd wyłączyli? Brak ciepłej wody to maja mała – głośna, bo krzyczę pod prysznicem – tragedia. I od tygodnia mam swoją małą nieważną, ale dla mnie bolesną tragedię. Na koniec tylko dodam, że na tej karteczce, co na drzwiach wisi jest napisane, że jak będą złe warunki atmosferyczne to firma zastrzega sobie możliwości przedłużenia czasu, w którym nie będzie dostarczać ciepłej wody do mieszkań.