dziennik pesymistyczny

Czas pracy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Nie wiem dlaczego tak jest, ale jak się wydaje nie możne być inaczej. Widocznie, jak to w Polsce bywa, normą są na takie rozwiązania jakieś szczegółowe przepisy. Przepisy, regulacje, kodeksy, zapisy prawne. Możliwe, że jest to nawet zapisane w jakiejś ustawie? Z pewnością jakaś bardzo ważna komisja zbierała się w tej sprawie przez kilka lat i dlatego fakty mają się tak jak się mają. Można mieć też przypuszczenie graniczące z pewnością, że za taki stan odpowiada z dziesięciu dyrektorów i z trzynastu kierowników oraz niezliczona liczba urzędników. I nie chodzi tu o budowę stacji kosmicznej. Nie jest to skomplikowana operacja na miarę lądowania aliantów na plażach Normandii. Tu chodzi o rzecz prozaiczną. Wydawałoby się, że prostą. Ale u nas nie może być tak po prostu. Idzie mi w tej mojej opowieści o zwykłe remonty dróg w moim mieście. Zwykłe, bo wykonywane w zwykłych, jak Pan Bóg przykazał, godzinach pracy.  Drogowcy w moim mieście za najlepszą porę na remontowanie szos uznają poranne godziny szczytu komunikacyjnego. Zaczynają się rozkładać z barierkami i pachołkami ochronnymi o ósmej i kończą tak mniej więcej po szesnastej. Wielkie machiny do zrywania asfaltu. Ogromne ciężarówki. Ubrani w odblaskowe uniformy robotnicy. Wszyscy oni w swej mnogości wychodzą tłumnie na drogi, gdy ja, oraz setki mieszkańców mojego miasta spieszą do pracy lub usiłują z niej powrócić. Wiem, oni są w pracy, ale czy naprawdę muszą zabierać się za ta pożyteczną robotę właśnie wtedy, gdy ja oraz podobni do mnie starają się dostać do biur, urzędów, sklepów i fabryk.

 

Przyzwyczaiłem się, że poruszanie się po moim mieście przypomina bieg czy raczej jazdę na orientację. Nie pomaga nawigacja. Żadne tam GPS-y. Nic nie pomoże. Bo tam gdzie wczoraj była droga dziś może być już plac budowy.  Dzisiejszego ranka mój znajomy z innego miasta powiadomił mnie, że właśnie mija tablicę z nazwą mojej miejscowości i że, zgodnie ze wskazaniem nawigacji, będzie za cztery minuty. Za dwadzieścia sześć minut zadzwonił do mnie zrozpaczony, że się zgubił, bo był jakiś objazd, który zaprowadził go do drugiego objazdu, który zakończył się zamkniętym dla ruchu kołowego odcinkiem drogi. Stanął ten mój znajomy pod znakiem zakazu i kompletnie nie wiedział, co dalej. A nawigacja wskazywała, że do mojego biura zostało mu kilka minut drogi. Właśnie tej zamkniętej dla ruchu a więc i dla niego. Pojechałem go uratować i zaprowadziłem pod firmę. Jak nam powiedział, nigdy nie wpadł na to, że właśnie tędy można dojechać. Tak więc moje prowincjonalne miasto stało się teraz pewnie o wiele większym miastem w sensie mieszkańców, bo pewnie wielu przyjezdnych utknęło w nim na dłużej. Gubiąc się w objazdach lub stojąc w wielkich korkach spowodowanych tymi właśnie objazdami. Uprzedzając tych wszystkich, który już zabierali się za pisanie komentarzy w stylu: Baranie! Przeszkadza ci to, że remontują drogi! Odpowiadam wyprzedzająco: Nie, nie przeszkadza mi to! Ba, ja jestem wręcz szczęśliwy! Bardzo jestem zadowolony. Popieram i jestem wdzięczny. Ale mam jedną prośbę.

 

Gdy jadę do pracy muszę, przez objazdy, wybrać taką drogę, bo inną po prostu nie mogę dojechać. Trasa ta to dwa pasy jednej z najważniejszych arterii komunikacyjnych mojego miasta. Przez pozamykane inne drogi ruch jak w Rzymie. A tu nagle… Jeden z pasów zamknięty dla ruchu. A na nim, na drodze, za barierką ochronną kilku robotników przygląda się pracy machiny, która z wielką gracją zrywa asfalt, pozostawiając w jezdni przepiękne prostokątne wycinanki. Asfaltowy urobek zabiera ciężarówka manewrując z wysiłkiem między setkami samochodów osobowych. I tak w najlepsze trwają prace drogowców całkowicie paraliżując ruch na drodze. I to wszystko między ósmą a, szesnastą. Rozumiem, że jest większość z nas pracuje między tymi godzinami. Że wielu tak właśnie chce pracować. Ale są chyba sytuacje gdzie można pracować w innych godzinach niż te tradycyjne. Bo praca na jedynej jeszcze przejezdnej drodze w godzinach, gdy są tam setki samochodów nie jest najlepszym pomysłem. Drogowcy! Taki mały, niewinny apel do was. Dziękuję za wasz trud. Za wasze zaangażowanie. Za to, że staracie się jak możecie utrzymać poziom na naszych drogach. Ale może róbcie to wtedy, gdy mnie tam nie ma. Mnie i większości zmotoryzowanych. Może pracujcie w nocy. Taka mnie naszła myśl. Wiem jest to rewolucyjna i radykalna myśl. Ja wiem, w nocy trudniej, bo spać się chce. Ale może jest to jakiś pomysł na doraźne remontowanie ulic. Nie w dzień, a w nocy. Gdy ruch na drogach miejskich jest minimalny. Wiem, noc jest od spania. Ale są takie zawody, które wymagają nocnego zaangażowania. I do takich właśnie powinien należeć zawód doraźnie remontującego drogi drogowca.

 

dziennik pesymistyczny

Liczy się udział, czyli wybory marionetek

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Przypomniało mi się pewne wydarzenie z dzieciństwa, o którym nie myślałem całe lata. Pojawiło się w mojej głowie to skojarzenie do czasów minionych i bardzo odległych, gdy rozmawiałem dziś rano z kolegami z pracy o zbliżających się wyborach prezydenckich. A właściwie rozmawialiśmy o manipulacji. O tym jak czasami media i politycy nami manipulują, gdy wmawiają nam jak ważne jest to żebyśmy uczestniczyli w wyborach.  Jak dajemy się wmanewrować w dokonywanie politycznych wyborów, których nie dokonalibyśmy tak na zimno bez emocji. Jak wszyscy podgrzewamy się do czerwoności lub jak kto woli do wrzenia tym, co politycy dążący do legitymizacji swojej władzy nam sprzedają poprzez media. Jak wmówiono nam, że wszystko zależy od nas. A oni specjaliści od sprzedaży politycznych emocji tylko wskazują nam cel – głosowanie mimo wszystko. Niby jest tak, że ta moja kartka do głosowania wrzucona do urny może zmienić coś na lepsze. Czyli zmiany zgodnie z doktryną demokratyczną należą do mnie. Zmieniamy wyborami politycznymi rzeczywistość. Tak nam wmawiają i do takich decyzji nad urną nas przedstawiciele państwa namawiają. A czy na pewno ode mnie, od mojego kolegi siedzącego przy biurku obok, od tego pana, co to dziś do nas przyszedł z wizytą, i od może jeszcze dla przykładu pani Zosi z księgowości wszystko zależy?  Taki maluczki pojedynczy obywatel ma przemożny wpływ na kierunek rozwoju naszego państwa? Od dzieciństwa wiemy, że jak nie zagłosujemy to jak nic państwo się obrazi. Że to nasz najświetniejszy obowiązek wobec naszej ojczyzny. Że jak my w tych nadchodzących wyborach nie staniemy na wysokości zadania i nie zagłosujemy to państwo nasze ukochane strzeli focha z przytupem – jak mówi moja przyjaciółka – zwinie ten cały państwowy interes i … no i właśnie, co. Co takiego zrobi moje państwo, gdy na przykład siedemdziesiąt procent jego własnych obywateli uzna, że nie znajduje w obecnej tak zwanej elicie politycznej godnego siebie przedstawiciela? Nie znajdzie kogoś, kogo uzna za swojego. Godnego tego żeby na niego zagłosować. I nie pójdzie na wybory. Czy państwo sobie poradzi przy siedemdziesięcioprocentowej absencji przy urnach? Z pewnością tak. Obrazi się zdecydowanie, ale przeżyje. Bo za wielu żyje z polityki i państwa żeby zrozumieć, że to jest jakiś sygnał od społeczeństwa, że nie ma dla nich wśród obecnych polityków tego, kto może ich reprezentować

 

A gdzie tu jest manipulacja? No właśnie jest ona w tym, jak usłyszałem od kolegi, który to przeczytał w gazecie, że nieważne jest to, na kogo się głosuje. Ważne jest samo uczestnictwo w wyborach. Bo to jest obywatelski obowiązek. Czyli nawet jak nie znajdujesz wśród kandydatów tego kogoś, kto jest ci bliski ideami to i tak musisz się dopasować. I zagłosować tak czy inaczej na tego, który ma największe szanse. Bo taka jest twoja powinność wobec państwa i ojczyzny. Mam takie wrażenie, że od pewnego czasu przestrzeń polityczna jest jakby zawłaszczona przez dwie partie. Ciągle słyszę, że zgodnie z sondażami przeprowadzonymi na reprezentatywnej grupie respondentów tylko dwóch kandydatów liczy się w wyścigu do pałacu prezydenckiego. Czyli tak w zasadzie to wybór już i tak ograniczył się do tych dwóch. Ale nawet jakbyśmy chcieli zagłosować na jakiegoś innego z tych kandydatów, co to i tak się nie liczą to dobrze, bo zagłosujemy spełniając nasz obowiązek. Słyszałem kiedyś od pewnego polityka, że nawet oddanie w wyborach głosu nieważnego ma znaczenie, bo samo uczestnictwo jest świętym przywilejem i obowiązkiem obywatelskim. Czy nie jest to manipulacją? Czy to jakiś sport jest czy realna rywalizacja? Jeszcze nie wiadomo było, kto będzie kandydatem w wyborach u tych prawych i sprawiedliwych a już był on najpoważniejszym kandydatem i rywalizował z tym wystawionym przez platformę.

 

I właśnie przy okazji tej rozmowy o obowiązkach politycznych wyborów przypomniałem sobie pewne wydarzenia z dzieciństwa. Gdy byłem kilkulatkiem przyjechała do mojego przedszkola grupa teatralna z przedstawieniem kukiełkowym. Było to moje pierwsze zetknięcie się z teatrem i może, dlatego właśnie zapamiętałem to wydarzenie na tak długo.  Aktorzy ustawili scenę i rozpoczęło się przedstawienie. Najciekawsze w tym jest to, że absolutnie nie pamiętam treści przedstawienia. Pamiętam za to, że przed moimi dziecięcymi oczami rozgrywało się przedstawienie gdzie na scenie swoje przygody przeżywał dzielny rycerzyk. I tyle. Najbardziej jednak zapamiętałem to, że po skończonym przedstawieniu zza kurtyny wyszli ubrani na czarno aktorzy trzymający w dłoniach uczepione na linkach lalki. I to najbardziej zszokowało moje małe dziecięce serduszko. Nie mogłem za nic zrozumieć, że to, co brałem za prawdziwie żyjące stworzenia i postaci, tak naprawdę były tylko lalkami uwieszonymi na linkach. I że każdy ich ruch i ich życie, że tak powiem, uzależnione było od woli pana lub pani w czerni, która nimi poruszała. Przypominam, że byłem dzieckiem i czasem zacierała mi się rzeczywistości z tym, co sobie wyobrażałem. Ale to, że można dać życie lalce i następnie nią kierować jakoś nie mieściło się w umyśle kilkulatka, jakim byłem. Mój dzielny rycerzyk, który tak mnie zachwycał na scenie okazał się zabawką i do tego pozbawioną własnej woli. Był całkowicie zależny od tych aktorów, co to linkami marionetki poruszali. Wiem, że to naiwne, ale pamiętam swoje rozczarowanie. 

 

Potem, gdy już pozwoliłem poznać przyczynę mojego spazmatycznego szlochu, wszystko mi wyjaśniono dokładnie. Już wiedziałem, że to tylko laleczki i że tak właśnie ma być, że wiszą one u krzyżaka lalkarza podwieszone tam linkami. I że wola i ręka autora jest dla nich wyznacznikiem działania. Niby wszystko wiedziałem dokładnie. Mogłem nawet samodzielnie, dzięki miłym aktorom, spróbować poruszyć marionetką. Czyli wiedziałem, że to tylko taka zabawa.  Ale jeszcze długo pozostała we mnie jakaś dziwna obawa, że takie same linki są uwiązane i do moich rąk i nóg. I tak mam dotychczas. I jak ci aktorzy manipulowali rycerzykiem na scenie tak mną manipulują ci wszyscy, którzy wmawiają mi, że coś znaczy mój wybór nawet jak oddam głos go na kogoś, kto nie jest moim kandydatem. Niby słowo manipulacja jest tu za mocne, ale tak właśnie czuję i dlatego go używam. Nie chcę być marionetką do głosowania. Chcę być wolny i mieć prawo do wolnego wyboru bez poczucia winy. Dla mnie nie głosowanie to wybór i nie chcę, aby mi ktoś odmawiał prawa do niegłosowania oraz nazywał mnie niedobrym obywatelem tylko, dlatego że odważyłem się nie głosować. Nie znalazłem godnego reprezentanta, więc nie głosuję. Nie będę legitymizował swym uczestnictwem w wyborach tych, którzy nie są dla mnie dostatecznie dobrzy by rządzić. Bo jeśli mam świadomie wybierać to właśnie nie głosowanie, gdy nie mam na kogo zagłosować, jest jedynie dobrym wyborem.

 

dziennik pesymistyczny

Różnice w angielskim

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Choć wielu czytającym te słowa wyda się to czymś dziwnym, a niektórym wręcz nagannym, to jednak nic nie zmieni faktu, że nie każdy Polak porozumiewa się płynnie w języku Szekspira.  Wielu z nas nie mówi w języku angielskim, bo w szkole, gdy pobierali nauki, nie nauczali tej nowej łaciny.  Wielu też nie spikuje, bo nie ma takiej potrzeby i nie spotyka się z tym językiem, na co dzień, a jedynie od wielkiego dzwonu, więc nic i nikt ich zmusza to nauki. Jest też wielu takich, którzy nie potrzebują i wręcz nie chcą się nauczyć tego języka. Tak po prostu… Nie chcą i już. I co im pan zrobisz? Na szczęście dla tych nieznających, jest też dostatecznie wielu takich ludzi w naszym społeczeństwie, którzy perfekcyjnie porozumiewają się po zagranicznemu, więc jak jest taka potrzeba to zawsze można skorzystać z ich pomocy. I wydawałoby się, że prosta zasada o tym, że tam gdzie mieszkają Anglicy, wysyła się osobę, która coś w ich języku powie i zrozumie jest prosta i dla wszystkim zrozumiała. Tak się wydaje pewnie wielu, ale niektórym polskim pracodawcom już nie. Ja tam nie mieszkam wśród Brytyjczyków, ale znam kogoś, kto tam mieszka od wielu lat i coś mi o tym opowiedział.

 

Po przyjeździe do pracy – opowiadał mi mój przyjaciel zza granicy – zobaczyłem zaparkowanego na przeciwko naszego biura dużego Vana na polskich, podwarszawskich numerach rejestracyjnych. Z samochodu dostawczego wysiadł wymemłany, nieogolony, tak na oko, pięćdziesięcioletni facet. Zobaczył mnie, po czym podbiegł do mnie z kawałkiem papieru w ręku. Z błaganiem w oczach zaczął mówić: „Mister, mister! Company?” I zataczał ręką koło wskazując najbliższą okolicę. Starał się usilnie coś mi przekazać w języku, którego zdecydowanie nie znał. Podtykał mi, przez cały czas tej niby rozmowy po angielsku, pod mój nos ten swój świstek papieru.  Na moje pytanie po polsku:, „O co ci chodzi, kolego?” – Relacjonował dalej mój kolega – w oczach tego osobnika pojawiły się prawdziwe łzy szczęścia. Spotkał kogoś, kto nie tylko rozumiał jego słowa, ale nawet mówił w języku, który jest jego ojczystym językiem. Spotkał na tej angielskojęzycznej pustyni niezrozumienia swojego rodaka. Jak się okazało, na tej wyrwanej z zeszytu kartce papieru podstawianej usilnie pod nos mojego kolegi przez tego zagubionego w angielskiej rzeczywistości pana w średnim wieku, była jedynie napisana odręcznie nazwa firmy: DELTA SERVICE plus kod pocztowy. Dosłownie, tylko tyle. Nic więcej. I to miało temu polskiemu kierowcy, nieznającemu języka angielskiego, wystarczyć za wszelkie wskazówki prowadzące go do celu w jego wyprawy na wyspy brytyjskie.   

 

Nie było tam na tej karteczce nic więcej. Z firmy tej miał ten zaginiony kierowca odebrać chińskie tonery do drukarek(!?). A jak opowiadał mojemu przyjacielowi koczował na parkingu przez cały weekend starając się tę firmę znaleźć. Dopiero w poniedziałek rano znalazł kogoś, w osobie mojego kolegi, kto go zrozumiał i mu pomógł. Sprawdzili wspólnie okoliczne budynki. Ale jak się okazało firmy o takiej nazwie nigdzie nie było w pobliżu. Choć kod pocztowy wypisany na karteczce wskazywałby na to, że właśnie w tym miejscu powinna się znajdować. Mój przyjaciel oraz jego angielscy koledzy z pracy poważnie przejęli się losem Polaka zaginionego w obcojęzycznej angielskiej rzeczywistości. Rozpoczęli wspólne szukanie firmy o tej nazwie w internecie. Ale to też nie przyniosło zadowalających rezultatów. Doprowadzony do rozpaczy polski kierowca wysłał smsa do swojej firmy w Nadarzynie z prośbą o kontakt z firmą DELTA SERVICE w celu identyfikacji jej położenia. W odpowiedzi przysłali mu polscy, podwarszawscy pracodawcy numer telefonu i kazali zadzwonić osobiście. Czyli miał poradzić sobie sam. – „Przecież ja nie znam angielskiego!” – Prawie rozpłakał się kierowca. – „I jak ja mam z mojej prywatnej komórki dzwonić. Przecież to majątek kosztuje!” – rozpaczał.

 

Mój przyjaciel przetłumaczył swoim angielskim współpracownikom na ich język, wyrazy i gesty, wielkiego nieszczęścia i rozpaczy Polaka. Zrobiło się im wszystkim bardzo żal tego zaginionego w akcji kierowcy. Postanowili wspólnie, że zadzwonią pod wysłany mu przez jego pracodawcę numer telefonu. Okazało się – relacjonował mi przyjaciel – że firma DELTA SERVISES to nie DELTA a DATA SERVISES. Niby brzmi podobnie po angielsku, ale jaka różnica! A co najważniejsze dla tego niemówiącego po angielsku, budynek tej firmy, znajdował się niecałe dwieście metrów od przedsiębiorstwa, w którym znalazł tyle zrozumienia i pomocy. Wdzięczności tego kierowcy nie było końca. – Po tym wszystkim odszedłem z nim na bok na papierosa – powiadał dalej mój kolega – i tam pogadaliśmy trochę. Okazało się, że jego szefostwo wysłało go do UK już w piątek. – „To za wcześnie na wyjazd!” – Mówił w pracy nasz dzielny kierowca. – „Panie Areczku, masz pan jechać, bo tam na pana będą czekać cały czas, nawet w niedzielę. No, chyba, że pan nie chcesz, to wtedy, kto inny będzie wykonywał pana robotę – zwierzył się mojemu koledze kierowca. Miał jechać nie, gadać. Dostał nazwę firmy zapisaną na kartce z zeszytu. Kod pocztowy do nawigacji. I w drogę, do Wyspy Brytyjskie! A na miejscu okazało się, że oczywiście na niego nikt nie czekał. Przecież od załatwiania takich spraw jest okres od poniedziałku do piątku. A nawet gdyby czekał w tej firmie ktoś na niego to nikt nawet się nie wysilił żeby temu biednemu człowiekowi dać porządne dane o celu podroży. I jeszcze nikt wśród pracodawców naszego pana Arkadiusza nie zastanowił się na tym, że nie zna on nawet słowa w obcych językach, więc pewnie w kraju gdzie mieszkają Anglicy na pewno sobie nie poradzi.

 

Jak widać nikogo to z pracodawców pana Arkadiusza to obchodziło – Po prostu żal serce ściska jak się czasami pomyśli o głupocie niektórych pracodawców w Polsce – mówi mi mój przyjaciel. To wszystko pokazuje, e nasz biznes czasami rządzi się prawami: żeby taniej, żeby jakoś do przodu, żeby jakoś tam było. I tak oto do Anglii wysyła się kierowcę, który nie mówi słowa po angielsku. I na dodatek bez dokładnych wskazówek, co do celu podroży. Wszystko w myśl zasady – jak najtaniej oraz – jakoś to będzie. Bo pewnie pan Arek sobie jakoś da radę I to nie pan Arkadiusz jest winny takiej sytuacji, ale głupota jego szefów oraz ich pazerność i krótkowzroczność. Ich totalna i bezgraniczna głupota. Przypomniało mi się z twórczości polskiego punk rocka takie zdanie z pewnej piosenki: niepokój jakiś w Tobie się budzi czyżby we Francji mieszkali Francuzi? Jak widać nie wszyscy zdają sobie sprawę, że w Polsce mieszkają Polacy, a w Anglii mieszkają Anglicy. I do tego głównie mówią po angielsku. 

dziennik pesymistyczny

Z pracą bez płacy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 33

Spotkałem dziś rano kolegę, który zawsze mnie wyprzedzał, gdy biegł do pracy. Biegł zawsze z ochotą i to jest tu ważne. Ja raczej z godnością i spokojem kierowałem i kieruję swe kroki do biura. Niespiesznie, bo przecież nie ma się, do czego spieszyć. Punktualnie trzeba być w pracy, bo to, co przed nią i co po niej jest moją prywatną sprawą. Przynajmniej mam takie założenia teoretyczne, co do czasu spędzanego w pracy, bo z praktyką to już bywa u mnie różnie. On zaś, mój uliczny kolega z drogi do fabryki, najczęściej się spieszył i nie miał czasu ze mną zamienić nawet tradycyjnych kilku porannych słów.  Ten mój kolega poranny, on zawsze w biegu. Zawsze szybko. Taki był zapracowany. Zabiegany. A dziś nastąpiła w jego pośpiechu wielka i zasadnicza zmiana. Szedł on dostojnie, powoli, ciągnąc niespiesznie nogę za nogą. Powoli i w zamyśleniu. – Coś się stało, nie biegniesz do pracy? – Spytałem kolegę, gdy go mijałem, jak co dzień, w drodze do pracy. – Nie biegnę do roboty, bo mnie nic do szybkości nie motywuje – odparł. – Nie płacą mi tam od dwóch tygodni – dodał. Zapytałem oczywiście, dlaczego mu nie płacą. I otrzymałem na to szybką i prostą odpowiedź. Nie płacą mu w tej jego robocie, bo nie płacą… Tak po prostu. Nie, bo nie. To znaczy pracodawca raczył poinformować swoją załogę, że zapłaci jak spłyną pieniądze od kontrahentów firmy. Czyli nie wiadomo kiedy. – Zapłacę wam jak mnie zapłacą – oznajmił boss mojego kolegi i odjechał swym nowym lśniącym samochodem w siną dal. A kolega jak reszta jego przyjaciół i znajomych z pracy, została w biurze z niczym. To znaczy z rachunkami do zapłacenia. Została z pracą bez płacy. Ale zawsze pracą. Bo pewnie wielu bezrobotnych nawet takiej pracy by pozazdrościła. Taki jest ten nasz nowy kapitalizm. I z tego powinny być zadowoleni ci co pracują nawet bez zarobkowania bo przecież: praca jest sensem istnienia człowieka – jak mawiał klasyk. 

 

W takiej sytuacji pracy bez płacy, powstaje klasyczny pat. Bo właściwie to pracownik może na to wszystko machnąć ręką i powiedzieć: bez płacy nie ma pracy. Zabrać swoje zabaweczki i odejść.  Ale z drugiej strony nie wiadomo co ze sobą zrobić. W naszej kapitalistycznej rzeczywistości nie jest tak łatwo przeskoczyć z kwiatuszka na kwiatek, to znaczy z jednej pracy do drugiej. I zawsze powstaje w nas taka obawa że i tam też, ci nowi pracodawcy, znów z przyczyn obiektywnych nie zapłacą ci za twoją pracę. Teoretycznie, powinienem poradzić koledze, że jak mu nie płacą to nie ma już sensu żeby pracował. Mogłem mu udzielić takich dobrych rad.  Ale sam wiem, że wielokrotnie, i to z rożnych powodów pracowałem za darmo. Lub prawie za darmo. Już taki jestem że czasami ważniejsza jest dla nie sama praca gdy niesie ona satysfakcję. Mogę nawet, w rozsądnym czasie poczekać wtedy na płacę. Ale tylko wtedy gdy istnieje, gdy mam dodatkowe źródło utrzymania mnie przy życiu. Bo bez pieniędzy zdecydowanie żyć się nie da.  Mój kolega, opowiedział mi szczegółowo, bo mu się już nigdzie nie spieszyło, że właśnie dziś zrozumiał że popadł w sytuację bez wyjścia. Skończyły się oszczędności. To znaczy skończyło się mu to co mu zostało z poprzedniego miesiąca. Bo jak wiemy tylko niektórym udaje się dziś sztuka oszczędności.  Większość żyje od pierwszego do pierwszego. Więc jak nie mam wpływu na konto właśnie pierwszego to już czternastego dnia miesiąca następuje tragedia. – Nie mam pieniędzy – wyznał mi kolega. – I nie chcę pożyczać – dodał gdy ja w przypływie ludzkiego odruchu sięgałem właśnie po portfel. 

 

Można zdecydowanie odejść z pracy w której Ci nie płacą. Ba, nawet właściciel firmy w której pracuje mój znajomy wyznaczył swoim pracownikom taki życiowy cel w ramach dobrych porad.    – Jak się komu nie podoba to zapraszam do mnie do gabinetu z podaniem o zwolnienie z pracy – poinstruował poddanych szef mojego kolegi.  Jak go tak słuchałem, opowieści mojego kolegi, przypomniał mi się wiersz: Nie mam za co jeść i pić, trzeba robić, aby żyć, jak robota się nadarzy, to przystanę do murarzy, aby jeść i pić (…) Napracujesz się rzetelnie, dadzą ci tu jeść i pić. Napisał przed laty te słowa Władysław Broniewski. Ale nawet on pewnie nie przewidział że nasz polski kapitalizm tak się pięknie rozwinie że nawet pracując rzetelnie możesz nadal klepać biedę… I nie będzie za co jeść i pić. – Nie mam pieniędzy – opowiadał kolega – W poniedziałek wyłączą mi prąd, we wtorek telefon i telewizję. O czynszu za mieszkanie nie wspominam. Ale to nic nie znaczy bo najgorzej, że nie mam na jedzenie – dodał. Chciałem mu pomóc pożyczką ale nie chciał moich pieniędzy bo jak pamiętam od zawsze był taki nadmiernie honorowy. Czyli wykazywał cechy całkowitego nieprzystosowania do kapitalistycznej rzeczywistości. – Z czego ty żyjesz? – Zapytałem z troską.  – Z dobroci mojej dziewczyny której jeszcze płacą – odpowiedział.  Broniewski już przed laty napisał: Co mam robić, dokąd iść? Chyba z głodu kamień gryźć. Takie moje przeznaczenie: bezrobocie, głód, więzienie. Bracia, dokąd iść? Bez pieniędzy człowiek nie ma gdzie iść. I to jest właśnie nasz kapitalizm. 


dziennik pesymistyczny

Elektroniczny, zminiaturyzowany pech

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Dopadł mnie pech.  Tak mi się przynajmniej wydaje. Dobrze, nie wydawało mi się to. Faktycznie bezsprzecznie i nieodwołalnie był czy raczej jest to mój wielki, ogromny pech. Moje przekleństwo. Bo przecież to, że w jednej sekundzie straciłem to, co zbierałem przez kilka miesięcy pracy, jest niewątpliwie wielkim moim osobistym pechem. Bo przecież jak straciłem z niewiadomych dla mnie przyczyn prace ostatniego półrocza, to mam prawo nazwać to wydarzenie jakimś fatum. Dla innych to nie znaczyłoby tak wiele. Ale dla mnie to coś bardzo ważnego. Coś, co doprowadziło mnie do prawdziwej i szczerej rozpaczy. Co się stało? Ano padł mi i wyzionął ducha mój prywatno – służbowy pen drajw. Prywatna elektroniczna pamięć przenośna – bo należał do mnie. A służbowa, bo wykorzystywałem ją w pracy. To maluteńkie urządzenie techniczne było moja dodatkową pamięcią i przenośnym podręcznym archiwum. I teraz on, ten mój przyjaciel wspierający mnie swą wielka gigabajtową pojemną pamięcią, nie daje żadnych znaków życia.  Ja wiem, że to tylko kawałek elektronicznego złomu w dość ładnym opakowaniu, ale jego stratę odczułem boleśniej niż sądziłem. Jeszcze w pracy, gdy go wypinałem z komputera było żywy i aktywny. Podzielił się ze mną ważnymi plikami. Ale w domu, gdy chciałem go pobudzić do życia wsuwając go w port laptopa…. mój przyjaciel nie dawał znaków życia. Odszedł tak mój pen drajw bez ostrzeżenia. Zabierając w niebyt to, co w nim zgromadziłem przez ostatnie kilka miesięcy.

 

Zdecydowanie część mojego pecha związanego z tym wydarzeniem to moja głupota. Przecież od zawsze wiem, że trzeba robić kopie zapasowe. Wszyscy mi powtarzali żeby nie trzymać w jednym miejscu plików, które są ważne. Ale ja odkładałem zrobienie kopii. Zawsze miałem jakiś ważny powód żeby tego nie zrobić. I teraz mam za swoje. To moja wina, choć wolę myśleć, że to nie ja jestem temu winny tylko jakieś nadprzyrodzone zjawisko zwane pechem. Tym bardziej, że wszystko temu sprzyja. Wiadomo dziś trzynasty. Więc można wszystko, odpowiedzialność za własną głupotę na przykład, przypisać fatalistycznej dacie w kalendarzu. Tym bardziej, że dokładnie w chwili, gdy pisałem te słowa dostałem esemesa od mojego kolegi.  To, co tam napisał udowadniało, że trzynastka w dacie z przypisanym jej fatum nie odnosi się jakoś specjalnie do naszej ojczyzny. Że niefart nie jest przynależny szerokości i długości geograficznej. Że nawet to, że ktoś mieszka od kilku lat poza granicami naszego targanego ciągłym zbiorowym pechem kraju, nie uchroni go od tego okolicznościowego nieszczęścia.  Nie przyniosły mi słowa mojego kolegi zza granicy ulgi, ale poczułem się z nim połączony we wspólnym bólu i rozpaczy. Napisał do mnie mój przyjaciel:…Oczywiście, jak to trzynastego… Spieprzył mi się modem w laptopie, a w mojej nowej Nokii jest „ system error”. I jak tu nie wierzyć w zezowate szczęście, które dopada nas, jego i mnie właśnie tego dnia.

 

Najgorzej jest, gdy zły los dopadnie nas wtedy, gdy ma to związek z elektroniką. Ona jest tak powszechna i tak bardzo jesteśmy od niej uzależnieni, że strata komputera, modemu, drukarki, pen drajwa, czy telefonu komórkowego, może nas doprowadzić do prawdziwej rozpaczy. Tym bardziej, że w przypadku takich awarii sprawa jest raczej nagła i strata jest prawie zawsze ostateczna. Nie da się przekonać padniętej elektroniki do dalszego działania, gdy ona na wszystko ma jedną odpowiedź: „system error”. I nie ma z takim pen drajwem żadnej dyskusji. Komputer go nie widzi, choć od dawna tkwi w porcie. Jest, a tak jakby go tam nie było. I prawie zawsze sprawa jest ostateczna. No chyba, że mam do wydania pięć tysięcy na fachowca, który te dane dla mnie odzyska. No dobrze, są one ważne, ale nie wyceniłbym ich na pięć tysięcy.  Więc okazało się, że w przypadku elektroniki mój pech jest jak najbardziej nieodwracalny. Że jak coś już mi pada i to tracę to na zawsze i nie odwołalnie. Jakby to określił Franc Mauer: a kto umarł ten nie żyje. I właśnie ta ostateczność powiązana z takim fatum jest najbardziej denerwująca. Nie przedstawisz takiemu racjonalnych argumentów, nie przekonasz go. Jak już okaże się, że coś nie działa to nie działa. Tak przynajmniej było w przypadku mojego pen drajwa. Wszystko, co wydarzyło się dziś u mnie jest jak najbardziej zgodnie z zasadami prawa Murphiego:, jeśli coś ma się nie udać to na pewno się nie uda. A już na pewno trzynastego.

dziennik pesymistyczny

Pierwszy bal czy pierwsza komunia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Jest taka nowa świecka tradycja. Nie do końca taka nowa i nie do końca świecka, ale tradycja to już na pewno. U nas każdy katolicki zwyczaj, specjalnie piszę zwyczaj, bo z sakramentami niewiele to, co można w nas dziś zaobserwować, ma wspólnego z religią. To tylko taki ludowy zwyczaj ściśle powiązany z pieniędzmi. Nie mówię, że to jakieś nowe zjawisko. Że to nasze nowe kapitalistyczne czasy to wymusiły. To było u nas, w nas, wokół nas od zawsze. Zastaw się a postaw się! To zawołanie starożytnych i nowożytnych Polaków. A już najlepiej jest, gdy Polak może powiązać przykazania swojej tradycyjnej wiary z możliwością pokazania, na co go stać w sensie materialnym.  Teoretycznie, ale tylko teoretycznie, to każdy Polak i katolik wie, że uroczystość pierwszej komunii świętej to jedno z najważniejszych wydarzeń jego wiary. Jest sakramentem, widomym symbolem przyjęcia młodego człowieka do grona osób obcujących bezpośrednio z Bogiem. I żeby dziecko mogło przystąpić do pierwszej komunii, musi przejść szereg przygotowań. Ale to nic, jeśli chodzi o przygotowania. Nie tyle samo przygotowanie w wierze jest dla Polaka – katolika ważne. Ważniejsze jest to żeby pokazać się przed innymi rodzicami, pokazać się przed rodziną, na co ich stać. To taki pierwszy bal. Pokazanie przed światem możliwości rodziny we spieraniu swojego potomka.

 

Pewnie nie wszyscy i nie wszędzie się zadłużają żeby pokazać, na co ich stać podczas komunii własnego dziecka. Pewnie nie wszędzie, bo nie wszyscy mają możliwości. Bo nawet na kredyt trzeba być wystarczająco wiarygodnym finansowo. Ale to nie zmienia faktu, że wytworzył się zwyczaj, tradycja, która nakazuje traktować ten religijny sakrament, jako czas pokazania światu pozycji materialnej własnej rodziny. Rokroczne w maju rozpoczyna się wielka gonitwa na przebicie konkurencji w dziedzinie pokazania, kto wystawnej urządzi dziecku pierwszą komunię. To przypomina grę, w której aby można było przejść na wyższy poziom katolickiej wiary należałoby uczestniczące w tym dziecko, wyposażyć niczym swego awiatora w rożne artefakty.  To swoisty rytuał zamiany drugoklasisty w mini wersję pana młodego ustrojonego w mini w garnitur. Oraz zamianę małej dziewczynki, w mini pannę młodą w strojnej sukni ślubnej. To wszystko stało się takim mini ślubem. A raczej mini weselem. Wszystko w skali mini, ale za to oprawa w iście bizantyjskim stylu maxi. Do kościoła limuzyną. Suknia szyta na miarę. Sztuczne paznokcie. Piętrowe fryzury z burzą loków, godne znacznie starszych kobiet. Białe buciki, rękawiczki, koroneczki, kokardki.  I jeszcze wizyta u chirurga plastycznego! A dalej, wynajęte sale balowe, restauracje. Przyjęcia na setki par. Orkiestra. Uginające się od ustawionego na nich jedzenia stoły. Taka jest nasza polska komunijna rzeczywistość.

 

A gdzie w tym wszystkim jest religia? Gdzie duchowe przeżycie? W kościele? No może…W pewnym sensie tak. Ale mam wrażenie, że i tak jest to dla wielu taki obowiązkowy wstęp do prawdziwej uroczystości, która ma miejsce w restauracji. – Za długo te biedne dzieci trzymają w tym kościele – usłyszałem jak pewna pani skarżyła się drugiej pani. Obie ciągnęły za sobą dzieci od strony kościoła. – tam tak duszno, nie można by było tego skrócić – usłyszałem od zaangażowanych w komunię własnych dzieci mamuś. Faktem jest, że katoliccy księża bardzo często kładą większy nacisk na duchową stronę pierwszej komunii. Sprzeciwiają się wystawności i przepychowi podczas tego sakramentu. Księża apelują, by stroje dzieci przystępujących do pierwszej komunii były skromne. I faktycznie, dzięki ich determinacji, mimo sprzeciwu rodziców, mają na sobie w kościele skromne alby. Ale sam byłem świadkiem opowieści jednej z mam, która snuła w biurze opowieści o tym, jak po wyjściu ze świątyni przebrała w mini suknię balową swoją córkę. – Bo przecież Agnieszka powinna zapamiętać ten dzień na zawsze – rozczulała się mamusia. Ile jest jeszcze w tym sakramentu, a ile już świeckiej tradycji pokazania tego, że nas stać.

 

dziennik pesymistyczny

Czarna kampania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Widziałem w telewizji kandydata na prezydenta mojego kraju. Słyszałem nawet jak przemówił do swoich wyborców. Do tych, co to już, go wybrali na przywódcę narodu i pewnie z tego wyboru nigdy nie zrezygnują i do tych tylko potencjalnych wyborców. Co prawda przemawiał niecałe dwie minuty i to w dwóch odsłonach, ale zawsze to coś. Mogłem go zobaczyć i usłyszeć. A to nie jest takie oczywiste. Wiem, bo mi opowiadali przyjaciele, którzy mieszkają w innych krajach europejskich, że u nich nie jest niczym dziwnym zobaczyć i usłyszeć, co ma do powiedzenia kandydat na ważny urząd państwowy. Jeden z moich znajomych opowiadał, czego słuchałem z niedowierzaniem, że zdarzyło mu się podejść do takiego kandydata na ważną osobistość tego kraju wyspiarskiego, leżącego w Europie i zadać mu osobiście pytanie, na które ten przyszły ważny polityk grzecznie i rzeczowo mu odpowiedział. Moje niedowierzanie wynika nie z faktu, że nie ufałem słowom przyjaciela. Ja po prostu patrząc przez pryzmat polskiego doświadczenia, nie mogłem zrozumieć, że kandydat na polityczne stanowisko tak zwyczajnie może przyjść do domu potencjalnego wyborcy prosząc o głos. Że można polityka spotkać na ulicy, gdy przemawia do przyszłych wyborców. Na ulicy podkreślam, w bliskości z wyborcami, a nie na scenie, z podwyższenia jak pół bożek. U nas jest jeden taki kandydat, którego prawie nie sposób zobaczyć, a jeszcze trudniej usłyszeć, co też on nam obieca w zamian za nasze poparcie. On jest w takim ukryciu, że nawet telewizyjne wiadomości, gdy o nim mówią, to pokazują na ekranie jego zdjęcia archiwalne. I dlatego też, jak to napisałem na początku, jest dla mnie czymś tak wyjątkowym to, że widziałem w telewizji tego kandydata na prezydenta. I dodatkowo mogłem usłyszeć z jego ust kilka zdań.

 

Jest coś takiego w polityce jak czarna kapania.  Teraz w Polsce nabrało to zupełnie nowego znaczenia. Jest u nas sztab wyborczy kandydata na prezydenta, który kolor czarny przyjął za swe barwy polityczne. Wszyscy tam mają czarne garnitury, a kobiety pokazują się tylko ubrane w czarne suknie. Jest też sam kandydat pogrążony w smutku po stracie bliskich. Smutek, który jednak jak widać nie jest tak wielki, aby mu przeszkadzał w kandydowaniu. A moim prywatnym zdaniem nie tyle mu przeszkadza, co pomaga w zdobywaniu głosów wyborców. Ale czy takie epatowanie narodową tragedią, smutkiem i żałobą jest prawdziwie, prawe i sprawiedliwe? Czy ciągłe podkreślanie, że ta właśnie opcja polityczna jest jedynie godna do podniesienia i niesienia dalej sztandaru narodowego po jego upadku w smoleńskiej tragedii, nie jest zawłaszczeniem żałoby całego narodu tylko dla tych wybranych? Tak godnych, którzy sami się takimi mianowali. W kampanii tego kandydata wszystko ma czarne, żałobne barwy. I wszystko jest taką śmiertelną powagą podszyte, że nawet trudno z nimi dyskutować. Bo jak tu dyskutować o polityce, gdy wszystko spowija żałobny kir. Wszyscy na czarno. Wszyscy w żałobie, on sam, kandydat, w żałobie, więc jak mu biedakowi nie pomóc w osiągnięciu celu, jakim jest najwyższy urząd w kraju.   – Podpisze pan listę poparcia – zapytał starszy pan podchodząc do mnie na ulicy i podstawiając mi pod oczy kartkę papieru z tabelkami oraz miejscem na mój podpis. – Niech pan podpisze – zachęcała mnie do podarcia tego właśnie kandydata pani stojąca obok starszego mężczyzny jednocześnie wciskając mi w dłoń czarną pocztówkę z podobizną ostatniej pary prezydenckiej. – Niech pan mu pomoże, brat mu zginął – dodała. Jak tu przejść obojętnie. Musiałem odwołać się do najgłębszych pokładów asertywności, aby grzecznie temu panu i tej pani odmówić mojego podpisu. Ile z tych półtora miliona zgromadzonych w krajowej komisji wyborczej podpisów poparcia złożonych zostało na tych listach właśnie z takich powodów? Powodów, że tak powiem, poza politycznych.

 

Polska jest najważniejsza. Zgadzam się z tym hasłem wyborczym. Jest najważniejsza… i jeszcze nie zginęła. Nie chcę takiej kampanii prezydenckiej, w której najważniejszym kryterium wyboru przyszłego prezydenta mojego kraju będzie to, kto najbardziej przeżywa narodową tragedię. Z całym szacunkiem dla tych, co odeszli tu chodzi o przyszłość, a nie o przeszłość. Tak, powinniśmy pamiętać, ale nie możemy żyć przeszłością. Politykę robi się dla żywych a nie dla umarłych. Jak by to nie brzmiało okrutnie, to tak właśnie jest. Aby kogoś wybrać na prezydenta muszę go poznać. Muszę przede wszystkim znać jego poglądy. Muszę znać jego program wyborczy. Chciałbym go spotkać. Zapytać go o sprawy dla mnie ważne. Nie mogę słyszeć wciąż od przedstawicieli jego sztabu słów wypowiadanych z grobową miną o tym, że ich kandydat uczestniczy w kampanii na tyle, na ile pozwala mu sytuacja osobista. Że jest aktywny w kampanii wyborczej na tyle, na ile pozwala mu śmierć jego brata i choroba bliskiej mu osoby. Bo ja zaczynam go tak po prostu żałować, tak normalnie jak człowiek człowieka i nie chcę, aby to było jedyne kryterium moich politycznych wyborów. A jak zauważyłem dla wielu właśnie tak jest. Nie chcę już słyszeć, że jak na osobę po takich przejściach jest ten kandydat dzielny. Bardziej chcę wiedzieć, usłyszeć, jakim chce być prezydentem. Może czas najwyższy porozmawiać o przyszłości Polski. O polityce. O nas, o naszych przyziemnych bytowych problemach. O naszym państwie. O obywatelach i o naszym przyszłym w tym państwie życiu.

dziennik pesymistyczny

Pstryczek elektryczek w przedpłacie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Dostałem dziś fakturę za prąd. To znaczy pocztą dostałem dwa rachunki. Jeden za ten prąd, co to go już zużyłem i drugi rachunek, który mam zapłacić w wyznaczonym przez zakład energetyczny krótkim terminie za energię, którą mam dopiero wykorzystać w przyszłości. I tak mam dużo szczęścia z tym rachunkiem, bo los umieścił mnie w rejonie, w którym nie działa firma Enion Energia.  Bo firma ta, w trosce o dobro swoich klientów, postanowiła zmienić system naliczania przedpłaty za zużycie prądu. Teraz, nie za dwa miesiące prognozy mają tam jej klienci płacić, ale za pół roku z góry.  Gdyby to Enion dostarczała do gniazdka w moim domu prąd to z pewnością moje emocje związane z otrzymaniem korespondencji z zakładu energetycznego byłyby o wiele silniejsze. A tak to nawet mogę uznać, że ten mój dostawca energii to jednak ludzki pan, bo mógł postąpić jak Enion a jednak tego nie zrobił. Czyli mam szczęście niepojęte. Takie przedpłaty za coś, co wykorzystam w przyszłości to najciekawszy system rozliczeń z klientem, o jakim słyszałem. Płaci się za to, co się zużyło dotychczas i dodatkowo za to, co się zużyje w przyszłości. Nawet jak się nie zużyje to przecież oni z góry wiedzą, że mógłbym zużyć i mam za to zapłacić. I to, ile to ja wykorzystam w przyszłości, prognozuje właśnie ta firma, której mam za to zapłacić.

 

Aby to zrozumieć muszę sobie uprościć rozumowanie firm wykorzystujących prognozy w rozliczeniach, przykładem z innej dziedziny niż energia. Czyli jest tak: jeśli ja mam zamiar kupić sobie rano bułkę w piekarni na rogu mojej ulicy, to powinienem wieczorem dnia poprzedniego dać piekarzowi spory zadatek na to, co mam kupić w przyszłości czyli rano. I to obowiązkowo. Żadnych tam spóźnień w płatnościach. Bo jak nie, to odsetkami dostanę po łapach. I do tego mój piekarz prognozą wyliczy, że jak ja kupowałem w ostatnich trzech tygodniach średnio po trzy bułeczki dziennie to jak nic w zadatku, czyli przedpłacie powinienem mu dać pieniądze na trzy bułki, choć w zasadzie potrzebuję dziś tylko jednej. Genialne! A jakby tak w przedpłatach kupować rzodkiewkę. Rolnik prognozuje, że ja w ciągu ostatniego roku zjadłem 30 pęczków rzodkiewki. Więc już jesienią powinienem mu w przedpłacie wpłacić na to, co kupię od niego na wiosnę. A jak nie kupię, to on mi odda te pieniądze lub może będę mógł sobie kupić rzodkiewkę znów za rok. A jakby tak wprowadzić prognozowane przedpłaty za wódeczkę. Na podstawie moich rocznych zakupów w monopolowym mój sklep osiedlowy wystawi mi fakturę za przyszłe spożycie.

 

Wszystko jest w jak najlepszym porządku. Pieniądze ma firma teraz, a nie jak coś sprzeda. Enion Energia przekonuje, że wcale nie żąda od swoich klientów dodatkowych pieniędzy za prąd.  Co prawda rachunki, które otrzymali ich klienci są teraz wyższe nawet o kilkaset złotych, ale to, dlatego, że ta spółka energetyczna zmieniła system naliczania przedpłaty za planowane zużycie energii elektrycznej. Kiedyś przedpłata naliczana była na dwa miesiące w przód, a  teraz – dla dobra klienta oczywiście – na pół roku. Warto też pamiętać, że zgodnie z wyrokiem trybunału konstytucyjnego sprzed kilku lat takie praktyki są najbardziej zgodne z prawem. Odbiorcy, czyli my, nadal będą wnosić przedpłaty według zużycia prądu prognozowanego przez zakłady energetyczne, a jeśli się zbiesimy i płacić nie zechcemy to za zwłokę w płatnościach zakład ma prawo żądać od nas odsetek, i to nawet wówczas, gdy prognozy zużycia były błędne, czyli znacznie wyższe od rzeczywistego naszego zużycia prądu. Teoretycznie, możemy zażądać wypłacenia nadpłaconej kwoty. Najczęściej jednak, nadpłata automatycznie zaliczana zostaje przez sprzedawcę na poczet twoich przyszłych płatności. Ciekawe. Czyli najzupełniej zgodny z prawem jest system, który umożliwia obracanie środkami pieniężnymi klientów wpłaconymi za nieużytą jeszcze energię. Czyli za towar, którego nie tylko jeszcze nie mamy, ale nawet nie wiadomo czy będziemy mieli.

 

W wyniku zmiany zasad przedpłaty firma energetyczna dostanie już dziś pieniądze, które mogłaby zarobić teoretycznie za pół roku. Klient, co prawda jednorazowo ma zapłacić znacznie więcej, ale jak przekonuje rzecznik Enion Energia zaoszczędzą w skali roku dwadzieścia dwa złote brutto. Wow! A że po zmianie zasad muszą klienci zapłacić niemal z dnia na dzień nawet kilkaset złotych więcej niż dotychczas… cóż. Jak nie może klient zapłacić to niech o tym poinformuje zakład energetyczny żeby mogli skorygować wielkość naliczonych opłat. Czyli niech stanie w gigantycznej kolejce tych, co zapłacić z góry za pół roku nie mogą. Chyba i ja pójdę za przykładem Enion Energia. Wystosuję do mojego pracodawcy pismo w sprawie przedpłat prognozowanych. Niech on mi za moją pracę nie płaci po fakcie jej wykonania, ale przed. I to z półrocznym wyprzedzeniem. Albo może z dwumiesięcznym wyprzedzeniem. Ja mu tam prześlę prognozę ile to ja zrobiłem dla naszej firmy i za ile w ciągu ostatniego roku i niech teraz on zapłaci za następny rok moje pensje w przedpłacie. Tylko taka obawa we mnie się rodzi czy po takiej propozycji nie stanę w kolejce tak długiej jak klienci Enionu… ale w urzędzie pracy. Wiadomo, duży może więcej.

dziennik pesymistyczny

Żadnej ofiary na rzecz plutokracji

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 6

W oczekiwaniu na kryzys, który i tak nastąpi i u nas, bo jakże inaczej miałoby być, postanowiono postraszyć Polaków protestującymi na ulicach Grekami. Pokazać w telewizji, opisać w gazetach nowa wielką grecką tragedię w jak najczarniejszych barwach, aby się przypadkiem Polakom nie zachciało protestować, gdy nasz największy i najstarszy przyjaciel Kryzys przyjdzie do nas w gościnę. I jak to często bywa w naszym kraju, zostanie zapewne u na dłużej.  Ja, w swoim jednak długim jakby na to nie spojrzeć życiu, nie pamiętam naszej umiłowanej ojczyzny w stanie poza kryzysowym. U nas stan zapaści trawa nieprzerwanie. Gospodarka nawet jak jest zieloną wyspą szczęśliwości na wykresach prezentowanych przez premiera na warszawskiej giełdzie, to i tak jest w jakimś tam kryzysie. Więc informacja o tym, że nadchodzi kolejny kryzys jest dla nas mniej przerażająca, niż dla tych biednych Greków. Wiedziałem, biorąc kredyt we frankach szwajcarskich, że tak czy inaczej przez te kilkadziesiąt lat, pewnie, co kilka miesięcy dostanę po dupie przez rosnące w jakiś, niezrozumiały dla takich śmiertelników jak ja, sposób ceny waluty. Wiedziałem, że czeka mnie przez te lata kryzys za kryzysem. Bo jestem Polakiem i cierpienie jest mi przypisane. Co innego taki Grek i Greczynka. Oni nie są przyzwyczajeni i nie ma w tym nic dziwnego, że im nerwy puszczają.

 

Jak tylko cokolwiek w tym miejscu napiszę o pracy, o warunkach pracy, o płacach… No o czymkolwiek związanym z zatrudnieniem lub wynagrodzeniem za pracę to od razu w komentarzach jestem atakowany przez tych wszystkich, co to uważają mnie za strasznego lenia, co to tylko w sobie powinien poszukać winny, że nie został jeszcze prezesem lub przynajmniej dyrektorem. Bo bieda, niska płaca jest tylko winą tego, co jest biedny i tego, co mało zarabia. Na tej samej zasadzie słyszę ciągłe komentarze o tym, że Grecy to lenie. Że nic im się nie chce i dlatego mają kryzys. I tak naprawdę sami sobie są winni. Faktycznie Pan Kowalski z Pcimia Dolnego i Pan Papadopulos z małej greckiej wyspy są odpowiedzialni w taki sam sposób za kryzys w swoich krajach jak premierzy ich rządów. To ciekawe, że jak dzieje się w gospodarce źle, to wszyscy mają zaciskać pasa. Ale jak jest sukces to tylko to zasługa tych, co są aktualnie u władzy. Jak mają być cięcia w pensjach, to raczej u tych, co ich jest w swojej masie miliony, a nie tych, co rządzą i są ich tylko setki tysięcy. Słyszałem jak po przeczytaniu informacji podanej w gazecie, że greccy pracownicy sektora państwowego protestują przeciw odebraniu im przywileju trzynastej i czternastej pensji, moi znajomi i znajome pracujące w urzędzie miejskim święcie się oburzyli na takie fuj zachowanie. Ale jakoś nikt z nich nie wspomniał przy tym potępianiu, że u nich w magistracie trzynasta pensja jest od lat normą i świętością.

 

Pieniądz jest najważniejszy. Jest bogiem i u nas i w Grecji. Jak go brakuje to nie ma w tym nic dziwnego, że się ludzie burzą. Bo jak tu żyć bez pieniędzy. Najłatwiej jest kogoś nazywać nieodpowiedzialnym leniem. Ale pewnie nawet pan dyrektor, który w mailu do mnie wspominał, że nie ma w Polsce obowiązku pracy przyzna, że bez pracy i godnego za nią wynagrodzenia nie da się w systemie, w którym się urodziliśmy i żyjemy przeżyć. Nawet on, Szanowny Pan Dyrektor z sukcesami w branży, na informację, że proponuje mu rząd w imię solidarnej odpowiedzialności za kryzys, obniżkę wynagrodzenia o czterdzieści procent, pewnie nie wyrobiłby i chwycił w proteście za kamień.  Zauważyłem też, że u nas zawsze odpowiada za kryzys ekipa, która już nie rządzi. Nigdy ta, co jest aktualnie u władzy. I przeważnie za wszystko są winni socjaliści.  Nawet jak u władzy aktualnie są prawicowcy, to i tak czuć od nich socjalistyczną ideę. To jakiś fenomen. Tu nawet biskupa oskarżają o socjalistyczne skłonności. Czasem i mnie tak jak protestującym Grekom wydaje się, że jestem tylko liczbą w jakimś budżecie. A wolałbym żeby traktowano mnie jak człowieka. Zgadzam się z tymi, co na ulicach Aten nieśli transparenty z napisem „Żadnej ofiary na rzecz plutokracji”. Ja nie czuję się w żaden sposób odpowiedzialny za kryzys. Ani ten, który był w Polsce ani ten, który nadejdzie. Odpowiadają ci, co u władzy i tylko oni.  Nie mam wpływu na politykę, bo jestem za biedny. Za kryzys powinna zapłacić plutokracja. Jeśli mam trwać w takim systemie, to w takim samym stopniu chcę uczestniczyć w korzyściach z istnienia w państwie jak ci, którzy są u władzy. Bo jeśli mam solidarnie odpowiadać za kryzys wywołany nieodpowiedzialnymi decyzjami rządzących, to chcę też mieć tyle samo korzyści, co oni ze sprawowania swoich rządów.

 

dziennik pesymistyczny

Zajączek, czyli stan pierwotny

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Widziałem dziś zająca. Kicał sobie przez pusty plac z prawej strony niczego na lewą stronę niczego. To „nic” było kiedyś zieloną luką w centrum miasta. Stojąc na balkonie obserwowałem…no właściwie, co ja takiego obserwowałem. Ano to, co zostało z pięknej łąki, jaką miałem za oknem jeszcze na początku zeszłorocznej wiosny.  A teraz nie ma tam prawie nic. I na tej nicości pojawił się nie pasujący do otoczenia zajączek. Pośród pustyni stoi jedno na wpół złamane drzewo walczące o przetrwanie. Kilka dni temu przyjechała tam betoniarka. I została po niej betonowa plama. Bo kierowca postanowił tam właśnie spłukać na ziemię to, co pozostało z ładunku. I ja teraz miałem to przed oczami. Piaskowo ziemistą pustynię zrytą przez gąsienice spychacza. Po środku walczące o przetrwanie drzewo, lub bardziej to, co z niego pozostało. No i oczywiście nasz zając, który przykicał. Po co on tam? Może przypomniał sobie, że jeszcze kilka lat temu mieszkał tam z rodziną i teraz poszedł zobaczyć, co zostało z jego zielonego domu? I pewnie mu się nie spodobało, bo jak szybko się pojawił tak szybko też zniknął. A jednak ucieszyło mnie to bardzo, bo to był żywy znak tego, że przyroda mimo naszych prób jej zniszczenia jednak daje sobie jakoś radę.

 

Nieczęsto zdarza się, żeby w centrum dość dużego miasta, bo liczącego blisko dwieście pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców była tak duża, niezabudowana jeszcze przestrzeń. Jeszcze rok temu, na tej zamkniętej między biurowcami, a blokami mieszkalnymi przestrzeni, była prawdziwa zielona łąka. Rosły drzewa i krzewy. Nie jakieś tam specjalne szlachetne gatunki nasadzone ludzką ręką. Ale to, co samo się zasiało i samodzielnie wyrosło w raczej nie sprzyjającej przyrodzie miejskiej okolicy. Latem rosły tam wysokie na prawie metr trawy. Wszystko to dość dziwnie wyglądało w wśród miejskiej zabudowy. Zielona i żywa wyspa pośród betonu i asfaltu. Taki nieużytek przeinaczony pod przyszłą zabudowę. Mogłem z okna obserwować zmieniające się na tym wielkim przez nikogo nie niepokojonym trawniku zmiany pory roku.  Wiosną obserwować jak budzi się do życia. Latem jak rozkwita i szaleje wszystkimi kolorami. Jesienią jak przygotowuje się do snu. Zimą jak trwa w dziwnym i zastygłym krajobrazie bieli, szarości i brązu. Tak było przez kilka lat. Ale w ostatnie lato wszystko się skończyło. Moi sąsiedzi po drugiej stronie łąki postanowili na swoim terenie wybudować jeszcze jeden biurowiec.  I przy okazji tej budowy zniszczyli moją zielona wyspę. Na początek zwieźli na nią gruz powstały z rozbiórki tego, co tam budowali czy przebudowywali. Potem, gdy kopali fundamenty, zwalili na te krzewy, drzewa i trawę tony ziemi. Zakopali mi tę moją łąkę. No dobrze nie moją, ale jak sprawdziłem też nie ich. Ale że budowa była budową państwową, policyjną i pewnie opartą o sześć państwowych urzędów to, kto się tam do nich przyczepi za to zagruzowanie i zasypywanie nie swojego terenu zielonego. A w zasadzie nieużytków – jak określił ten teren urzędnik, któremu się poskarżyłem. – Oni to potem wszystko posprzątają i przywrócą stan pierwotny – dodał. A ja uwierzyłem w swej wielkiej naiwności.

 

I wybudowali potężny budynek. Na miarę swoich możliwości i to pewnie w zakresie budownictwa nie będzie ich ostatnie słowo. I tak się złożyło, że zakończyli budowę późną jesienią. Księżycowy krajobraz zwałów ziemi, gruzu oraz wszelkich pobudowlanych śmieci towarzyszył mi przez całą zimę aż do wiosny. I jakiś miesiąc temu… nagle pojawił się ciężki sprzęt. Koparka i kilka wywrotek. I zniknęło to śmieciowisko. Czyli słowa urzędnika, który mi obiecał, że posprzątają stało się ciałem. Ciężarówki z gruzem i ziemią pojechały w nieznane. I co… i jak w piosence Wojciecha Młynarskiego: przyszedł walec i wyrównał. Wszystko, co tam było. I te krzaczki. I te trawy i te drzewa. I wszystko, co tam żyło, nagle przestało. Czyli przyjechali i posprzątali zamieniając to, co kiedyś było zielone w brązową piaszczystą pustynię. Tak oto zgodnie ze słowami urzędnika wszystko wróciło do stanu pierwotnego. To, co było żywą zieloną wyspą wśród budynków miasta z drzewami, krzakami i bujną trawą stało się pustynią. Tam, gdzie mieszkały zające, gdzie gniazdowały ptaki, teraz jest rozjechaną pustynią z plamą betonu pośrodku. I najciekawsze jest to, że urzędnik z magistratu kompletnie nie rozumie, że to, co zrobiono, to nie jest powrót do stanu pierwotnego.