dziennik pesymistyczny

A ja gorę!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Od dawna, i to zdecydowanie powszechnie wiadomo, że jeśli statystyczny Polak i katolik, ma napisać rozprawę o słoniu, bez wahania swoją pracę zatytułuje: Słoń a Polska. Podejrzewam też, że jest bardzo wielu takich nastawionych narodowo i patriotycznie polskich polityków i nie tylko polityków, którzy w skrytości serca uważają, że Polska jest centrum wszechświata. A jak się żyje w takim układzie polskocentrycznym to przecież gdzieś powinno być jeszcze jądro tego ciepła i światła. Najlepszy będzie tu symbol czytelny i najlepiej niezmienny. A że śmierć jest jak najbardziej niezmienna to najlepszym symbolem polskiej wielkości i wyjątkowości stał się ten, co to tragicznie przeniósł się na łono Abrahama. Czasem wydaje mi się, że każdy Polak powinien przed wykonaniem jakiejkolwiek czynności długo się zastanawiać, czy przypadkiem nie uraża to jego pamięci. Bo przecież prawie wszystko co robimy może się komuś źle skojarzyć i nie daj Boże urągać. A jeśli już jesteś twórcą reklam, to nie masz już zupełnie lekkiego życia dobry człowieku. Teraz ten co wymyśla hasła reklamowe oraz ten, kto go zatrudnia nie ma lekkiego życia. Teraz wymyślanie sloganów reklamowych jest bardziej niebezpieczne niż bycie – no nie wiem… saperem?

Ledwie umilkło oburzenie wokół szokującej reklamy piwa, w tym samym, widocznym z Wawelu miejscu pojawił się inny olbrzymi napis: Ożyj i zwyciężaj. No i znów pojawili się ci, którym się to źle skojarzyło. Jak widać żyjemy w kraju w którym każde działanie, każdy krok, każde postępowanie powinno być poprzedzone głębokim zastanowieniem czy to co robimy, nie spowoduje tego, że się coś komuś chorobliwie skojarzy. Wszyscy dostaliśmy jakiejś paranoi. Ja rozumiem tragedia… ale są granice, których nie można przekraczać. Po prostu nie można i już. Bo za nią nie ma już nic poza zwykłą śmiesznością. Jak długo mam żyć w kraju, gdzie krzyżami gra się w kółko w chorą i niebezpieczną grę polityczną. Jak mam wytłumaczyć moim znajomym z zagranicy, że to prawdziwe cuda i dziwy naszej współczesności. Jak mam ich przekonać, że nie jesteśmy po prostu śmieszni? Bo znów znaleźli się tacy, którzy w reklamie producenta napojów energetycznych odnajdują skojarzenia z tym niedawno pochowanym na Wawelu. Reklama zaczyna się on od słowa żyj, ale litera O jest tak blisko tego słowa, że oczywiście znaleźli się tacy co im się to wszystko źle skojarzyło. Pewnie jest też bardzo wielu takich co nie widzą tam nic ponad zwykłą reklamę. Ale przecież nikt nie będzie przekonywał, że nie ma tam nic niezwykłego. O wiele łatwiej protestować jak się tam się widzi coś, czego nie ma. I znowu części osób nie najlepiej to hasło się kojarzy.

– To są obyczaje dalekich krajów afrykańskich. To wypowiedzi, które powinny być przedmiotem śledczych. Jeśli nie teraz to w przyszłości – przywołuję tu słowa unikalnego, już na skalę światową, klasyka absurdu. Słowa pasują idealnie do tego co opisałem powyżej. Zmieniłbym tylko jego „śledczych” na „psychiatrów”. Reszta pasuje prawie idealne. U nas w Polsce już tak jest, że zawsze znajdzie się ktoś, kto uważa, że tylko on ma monopol na prawdę. Kto zawsze wie lepiej jaka jest ta właściwa wola narodu. Wszyscy się mylą i błądzą, a tylko on i jemu podobni dostąpili zaszczytu spożywania owoców z drzewa prawa i sprawiedliwości. Byłoby to śmieszne nawet gdyby się stawało coraz bardziej tragiczne. Jest taki polski film, w którym Autora nawiedza duch szlachcica Pogorzelskiego, opowiadając mu swoją historię. Ów szlachcic, za życia działając na polecenie biskupa, osiadł na zamku, aby odnowić zniszczoną budowlę. W pracach renowacyjnych przeszkadzał mu jednak duch dawnego właściciela, niejakiego Zatorskiego, który wciąż powtarzał kwestię: Pan tu, panie Pogorzelski, robisz swoje – a ja gorę! Czy teraz nie jest podobnie? Czy nie mamy tak samo? Ja też ciągle słyszę znajomy głos: Pan tu sobie panie Pawle piszesz, a tam tragedia smoleńska! Pan tu sobie do pracy jak co dzień chodzisz ,a tam krzyże usuwać chce chuliganeria! Pan tu sobie wódeczkę pijesz, a tam ktoś sądzi, iż w dużej mierze prezydentem zostaje się w Polsce przez nieporozumienie! Jak ten Pogorzelski jestem skazany na wieczne potępienie za życia. Bo co bym nie zrobił to jakieś smutne duchy z przeszłości – która miała już przecież bezpowrotnie odejść – ciągle mi krzyczą do ucha: Pan tu panie Pawle swoje dyrdymały wypisujesz, ludziom głowę zawracasz, a tam tragedia i las krzyży. I ja wtedy też naprawdę gorę.

dziennik pesymistyczny

Protestantyzm

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 6

Załóżmy całkowicie teoretycznie, że padłem ofiarą jakieś nadczynności, że nagle i niespodziewanie dotarło do mnie, iż powinienem coś zrobić. Byle co, ale coś takiego, aby nie stać się zapomnianym. Przeciwnie! Aby stać się sławnym i żeby tak ogólnie zaprotestować. Postanowiłem więc powalczyć z całym światem w przekonaniu o słuszności mojej sprawy. A żeby nie było mi smutno tak samotnie zmagać się z przeciwnościami losu oraz walką, to do mojej krucjaty przeciwko wszystkim namówiłem jeszcze kilka osób. W Anglii jest taki zwyczaj, że dla upamiętnienia bliskich – których już nie ma na tym łez padole – zaradni mieszkańcy wysp stawiają w parkach i na skwerkach ławeczki. A znajdujące się na ich oparciach mosiężne tabliczki informują – wyrytym tam napisem – komu to ma służyć ku pamięci. A jakbym i ja tak postawił ławkę i tym samym coś upamiętnił? – pomyślałem. – A przy tym mógłbym sobie poprotestować i polansować się przed kamerami telewizyjnymi – takie mnie naszły myśli teoretyczne. Jest taki plac w samym centrum mojego prowincjonalnego miasta, który doskonale się do tego mojego protestu nadawał. Nic na nim nie było. Nic tam nie stało. Duży pusty plac doskonały byłby na realizacje mojego plany. Leży on przy najbardziej reprezentacyjnej ulicy. Przed jednym z najpiękniejszych budynków. Przylega do niego piękny park. Każdego dnia tysiące mieszkańców mojego miasta przechodzi tam, lub w pobliżu tego placu odpoczywa. Wymarzone miejsce. I najbardziej odpowiednim do ustawienia mojej ławeczki pamięci będzie sam środek placu. Tak żeby wszystko było bardzo dokładnie wyeksponowane. Tak żebym ja i moja akcja z ławeczką była jak najbardziej widoczna. Przecież moja racja jest najważniejsza i nie powinienem jej chować gdzieś tam na jakieś pośledniejszej ulicy czy placyku. Jak już coś robić to z rozmachem.

Przytaskałem ławeczkę na plac i ustawiłem w jego centralnym punkcie. Nie musiałem długo czekać już po chwili zjawił się patrol straży miejskiej aby mnie i moją protestacyjno – upamiętniającą ławeczkę usunąć. Całkiem słusznie uważali, że nie powinna stać tam, gdzie była ustawiona ale przecież to mnie i tak nic nie obchodziło, bo ja uważam, że powinna stać tam gdzie stoi i nic ani nikt mnie nie przekona do zmiany zdania. Pojawiało się wokół mnie i mojej ławeczki protestacyjnej coraz więcej ludzi. Jedni byli za, a jedni przeciw. Cyrk! Hucpa! Zamach na wolność! – wołano z tłumu otaczającego moją ławeczkę stojącą w centralnym punkcie miasta. Uznałem, że najwyższy czas na jakiś akcent muzyczny. Postanowiłem, że połączę klasykę z patriotyzmem. Z głośników gruchnęły utwory Chopina, które cudownie konweniowały z dźwiękami hymnu państwowego. Nagle spostrzegłem, ku mojej wielkiej radości, że niektórzy mnie popierają bardziej aktywnie. Dźwigali oni z wielkim wysiłkiem na własnych plecach swoje własne ławeczki i głośnym krzykiem domagali się ich ustawienia obok mojej. Wśród osób zgromadzonych wokół przyniesionych na centralny prac miasta dodatkowych ławeczek dumnie powiewały transparenty informujące wszystkich i każdego z osobna który tylko chciał je czytać, że: walka trwa!. – Obudź się Polsko! Czy Bóg tak chciał? Czy zdrajcy i NKWD są tak silni? – głosiły nasze bojowe sztandary.


Jako pikietujący dumnie podkreślaliśmy przy każdej okazji, że zgromadziliśmy się tu jako Polacy, którzy bronią swoich praw, a ławeczka na tym miejskim placu powinna pozostać do czasu wybudowania tu kamiennej ławeczki – symbolu wszystkich ławeczek. Grupkę osób w bezpośrednim otoczeniu mojej symbolicznej ławeczki nagle otoczył kordon straży miejskiej, który co chwilę apelował o przesunięcie się. Jednak przecież nie po to zjawiliśmy się tam z transparentami aby się gdzieś cofać. Zatem zdecydowanie odmawialiśmy zrobienia choćby kroku w tył. Postanowiliśmy zasiąść na swoich ławeczkach i zaintonować patriotyczne pieśni o dawnych bohaterach. Ktoś przyniósł narodową flagę, więc pod biało – czerwonymi barwami nasz ławeczkowy protest zmienił się w narodowy. Tak być mogło… choć nie było. Ale u nas przecież wszystko jest możliwe. Jeśli ktoś postanowi, że jego racja jest najważniejsza to przecież cóż stoi mu na przeszkodzie, aby o tym przekonywać w centrum miasta. Jest demokracja? No, jest! Więc jeśli chcę sobie postawić swój własny pomnik w centralnym punkcie miasta, to dlaczego właściwie nie maiłbym tego zrobić? W myśl zasady „ja wiem lepiej co dla innych jest najlepsze”. Ot i Polska właśnie!

dziennik pesymistyczny

Krzyżowcy z własnej woli

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 7

Czy jeśli potrafię sobie poradzić z bólem głowy połykając odpowiednią tabletkę to znaczy, że mam prawo nazywać się lekarzem? Jeśli mam w domu kilka książek to znaczy, że jestem bibliotekarzem? Pewnie, że nie. To dlaczego niektórym wyznawcom kościoła katolickiego w Polsce wydaje się, że zdecydowanie lepiej wiedzą jak mają postępować w sprawach własnej religii. Oni zdecydowanie lepiej wiedzą jaka ma być i nikt ich nie przekona do zmiany zdania. Kościół zabrania rozwodów!? Co z tego? – Przecież ja wiem, że jestem dobrym i prawym katolikiem mimo tego, że postanowiłem złamać ten zakaz – słyszałem kiedyś. Nic nie przeszkadza Polakom w sposób całkowicie dobrowolny interpretować swojej wiary. Nie wolno używać prezerwatyw? Co z tego? Ja wiem lepiej! Jako Polak i katolik tak sobie sam wymyśliłem i tak postanowiłem, że spokojnie mogę zakładać gumkę na wacka, bo przecież ja wiem lepiej od papieża co jest dla mnie dobre. I nikt nie będzie mi mówił, że jestem złym katolikiem, bo przecież Polak zawsze wie lepiej niż jego ksiądz. Prawie wszyscy w tym kraju są wierzący. A ilu z nich zna zasady swej wiary? A ilu żyje zgodnie z nimi? Czasami mam wrażenie, że podstawowym dogmatem polskiego katolicyzmu jest hasło: róbta co chceta tylko zachowujcie pozory. Byle zjawić się w kościele raz na tydzień. Byle mieć krzyż na ścianie. Ale jeśli ktoś mi coś każe postępować zgodnie z dziesięcioma przykazaniami to już przecież mam prawo do własnego zdania. Jestem Polakiem i jeśli zechcę to tak sobie zinterpretuję rzymsko – katolicką wiarę, jak mi będzie wygodniej. To jest doprawdy niesamowite!

Przed pałacem prezydenckim, pod postawionym tam przez harcerzy po katastrofie smoleńskiej krzyżem, codziennie zbiera się grupka prawdziwych Polaków i katolików, którzy jak się wydaje, mieli specjalny telefon od Boga nakazujący im obronę tego właśnie symbolu chrześcijaństwa i do tego właśnie w tym miejscu. I jak widać nic i nikt ich nie przekona do zmiany poglądów. Od dawna mamy w Polsce problem z takimi ludźmi, co to lepiej wiedzą od papieża, od biskupów i od księży. Stoją pod krzyżem bo tylko pod tym znakiem – jak im się wydaje – Polska będzie Polską a Polak Polakiem. I nawet jak wszyscy dokoła tłumaczą im, że przeniesienie krzyża sprzed pałacu w inne miejsce jest najlepszym rozwiązaniem problemu, to oni i tak wiedzą swoje i już. Oni żyją w przekonaniu, że jak ten symbol zniknie to na jego miejscu natychmiast zaparkuje sowiecki czołg. Żydzi zbudują tam synagogę. Rozpoczną się niemieckie rozstrzeliwania. Powstanie tam sexshop lub jeszcze coś gorszego. Jak tylko ktoś przesunie krzyż o paręset metrów to natychmiast rozstąpi się ziemia i Polska wpadnie w czeluście piekielne. To jest niebezpiecznie, chore zachowanie psychopatyczne. Od kilku tygodni krzyż jest przedmiotem sporów światopoglądowych i politycznych. I mam wrażenie, że wielu okłada się tym symbolem chrześcijaństwa po głowach zapominając czym on w istocie jest. Pod krzyżem zgromadziła się grupa osób, które zapowiadają, że nie dopuszczą przeniesienia go do kościoła Świętej Anny. A dlaczego? Bo ICH zdaniem tak właśnie ma być! Bardziej znają się na zbieraniu znaczków niż filateliści.

W tej sprawie Kościół warszawski po długim okresie milczenia wypowiedział się całkowicie jednoznacznie. Kuria poparła przenosiny krzyża, uzgodniono nowe miejsce, zapowiedziano specjalną uroczystość. Kuria tym samym odcięła się od zawłaszczania krzyża do bieżącej walki politycznej. I co teraz? Czy politycy prawi i sprawiedliwi wezwą teraz do sprzeciwu wobec decyzji o przeniesieniu podjętej z udziałem Kościoła? Sprzeciwią się hierarchii kościelnej w myśl zasady: ja wiem lepiej co jest lepsze. Kościół to nie instytucja demokratyczna. Ma swoją władze. I to co powie papież, kardynał, biskup, ksiądz jest bardzo ważne jak nie najważniejsze. Nie można sobie dowolnie interpretować zarządzeń Kościoła oraz jego woli. Bo jeśli ma się za nic zdanie kleru to czy nadal się do jego Kościoła? Jeśli ci ludzie broniący krzyża nie słuchają swoich przewodników duchowych to kim oni są? Nadal rzymskimi katolikami? W swoim mniemaniu pewnie tak. Ale mnie to bardziej przypomina schizmę. Gdy jeśli ktoś idzie inną, bardziej ekstremalną droga niż jego własny kościół – do którego chce należeć – to czy jest im nadal po drodze? Czy nie powinno być bardziej zdecydowanej reakcji instytucjonalnego kleru na to co się wyrabia z krzyżem pod pałacem? Tyle razy słyszałem tak bardzo zdecydowane wypowiedzi biskupów w sprawie usuwania krzyża z państwowych instytucji. Więc dlaczego, tym razem biskupi nie dają wyraźnych wskazówek jak mają postępować ich boże owieczki?

dziennik pesymistyczny

Skojarzenia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Z dziecinnych lat pamiętam dowcip z lubością opowiadany przez moich starszych kolegów. Żart traktował o pewnej przypadłości małego Jasia, któremu wszystko kojarzyło się z tylną częścią ludzkiego ciała. Czyli mówiąc dosadnie: wszystko mu się z… dupą kojarzyło. Przeczytałem niedawno na jednym z portali internetowych notatkę o tym, że europosłowie z partii prawych i sprawiedliwych nawołują do bojkotu marek Kompanii Piwowarskiej. Politycy z tego ugrupowania postanowili publicznie zaprezentować swoje święte oburzenie dla umieszczonego pod Wawelem billboardu z hasłem: Zimny Lech. Tyle było we wstępie tego artykuliku. Przeczytałem to jeszcze raz, bo za pierwszym razem nie skojarzyłem, co tak bardzo przeszkadza prawym i sprawiedliwym w reklamie tego akurat piwa. Dopiero jak przeczytałem całą notkę zrozumiałem, o co im chodzi. Im, tym panom posłom do europarlamentu, tak samo, jak temu Jasiowi z tego mojego dowcipu zapamiętanego z dzieciństwa, wszystko się z jednym kojarzyło.  Oczywiście z całym szacunkiem. Nie chodzi mi tu o to samo skojarzenie, ale bardziej o mechanizm, któremu ulegał i Jasio, i europosłowie.

 

Wszystko zaczęło się od ogromnego billboardu z reklamą piwa Lech umieszczonego pod samym Wawelem w Krakowie. Podobne reklamy można spotkać w każdym mieście. Ale jak widać, są miejsca bardziej się kojarzące i te kojarzące się mniej. Wszystko zależy w istocie od tego, komu się, co i z czym skojarzy. Piwo Lech od początku sezonu letniego jest reklamowane przez podkreślanie orzeźwienia. Dlatego na billboardzie – podobnie zresztą jak w spotach telewizyjnych – znalazło się hasło: Spragniony wrażeń? Zimny Lech.  Widywałem te plakaty, oglądałem reklamy prawie codziennie i nigdy mi się z niczym innym nie skojarzyło jak tylko z zimnym piwem. Okazuje się, że jednak są u nas tacy, którym się inaczej kojarzy. Podobno to gazeta Rzeczpospolita, jako pierwsza zwróciła uwagę, że taki slogan może być niestosowny w pobliżu grobu tragicznie zmarłego prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Gratuluję skojarzeń! Ale cóż, każdy ma takie skojarzenia, na jakie zasługuje.

Okazało się, że nie tylko gazecie się tak skojarzyło. Szybko się okazało, że podobne powiązania między kampanią reklamową z miejscem spoczynku prezydenta odnaleźli też europosłowie Prawa i Sprawiedliwości. Na swoim blogu Ryszard Czarnecki zauważył, że Zimny Lech przekroczył Rubikon moralnej tandety i zwykłego chamstwa, co miało się odnosić do umieszczenia billboardu z tym hasłem w pobliżu Wawelu. Nie wiem, czym kierowali się ci, co tam właśnie postanowili zawiesić reklamę piwa. Ale wiem jedno, że dzięki takim wypowiedziom, tym wszystkim, którym w żaden sposób do tej pory jedno – czyli hasło reklamowe – nie kojarzyło się z tym drugim – czyli miejscem wiecznego spoczynku prezydenta – teraz mogli sobie uświadomić, że możliwe jest właśnie takie pożenienie tych spraw i faktów. Nie lepiej, więc, jak się ma takie chore skojarzenia siedzieć cicho? Zachować je dla siebie? Dlaczego, jeśli ma się takie chore jazdy skojarzeniowe i uważa się je za wielką nieprzyzwoitość i skandal nie dać sobie na wstrzymanie i nic nie mówić? Podobne skojarzenia ma też inny europoseł  Marek Migalski: – Dla bardzo wielu osób ta specyficzna reklama piwa Lech może godzić w ich pamięć o zmarłym prezydencie. Jeśli więc producenci tego trunku mają dobre intencje, odstąpią od tej formy reklamy – zaznaczył Migalski na swoim blogu. Pewnie! Komuś się chorobliwie kojarzy i już ktoś inny ma z tego powodu zaprzestać reklamy legalnego produktu. 

Dowiedziałem się też z internetowej notki, że w serwisie Facebook powstała już grupa o nazwie Bojkot wyrobów Kompanii Piwowarskiej skupiająca zwolenników pomysłu Ryszarda Czarneckiego. Jeśli dalej tak będzie z tym nawoływaniem do bojkotu, to należałoby tylko pogratulować Kompanii Piwowarskiej dobrze przeprowadzonej kampanii reklamowej. Bo dzięki takim skojarzeniom niektórych dziennikarzy oraz kilku polityków mają darmową promocję w mediach. Pewnie każdemu coś się kiedyś dziwnie skojarzyło. Ale czy to jest powód żeby gnębić legalnie działającą firmę i nawoływać do bojkotu jej produktów? Moim zdaniem nie. Na tej samej zasadzie mógłbym domagać się zmiany nazwy partii Prawo i Sprawiedliwość, bo mi się źle skojarzyła. A jak? To już moja prywatna sprawa. I pozostanie moją tajemnicą, bo nie chciałbym pisowi robić darmowej promocji.

dziennik pesymistyczny

Nic w zamian

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jeśli by ktoś, jakiś pojedynczy człowiek, zdecydowanie silniejszy od nas, przemocą lub perswazją przymusił kogoś z nas do opłacania mu codziennej daniny za ochronę, to pewnie nie bylibyśmy z tego faktu zadowoleni. Nawet jeśli ten ktoś zapewniałby nam minimalne bezpieczeństwo. Nawet jak stałby się on gwarantem, że żaden inny bandyta nie połaszczy się na nasze dobro, oprócz tego naszego obrońcy oczywiście, to i tak zapewne czulibyśmy się niezbyt komfortowo w takiej sytuacji. Jeśli pojedynczy człowiek, lub kilku z nich działających dla wspólnych korzyści, przymusza nas do czegoś czego nie chcemy, to potrafimy to łatwo nazwać i się temu stanowczo sprzeciwić. Ale nawet w takich przypadkach jeśli już płacilibyśmy za ochronę, to zapewne oczekiwalibyśmy czegoś w zamian. W myśl zasady – płacisz wymagasz. To ogromne uproszczenie, ale chciałem pokazać sam mechanizm takiej zależności. To tylko prosty przykład. Sprawy komplikują się, gdy tych przymuszanych do daniny są miliony, a tych co proponują ochronę jest znacznie mniej – ale za to są zupełnie bezkarni. Bo nie tyle chroni ich to, że mają wystarczające środki przymusu do stłumienia ewentualnego buntu, ale bardziej czyni ich bezkarnymi to, że mają propagandę wmawiającą tym, na których żerują, że wszystko to co czynią, robią dla dobra wyzyskiwanych.

Nawet dziecko wie że podatki trzeba bezwzględnie płacić. Specjalnie piszę o najmłodszych, bo już od małego wmawia się nam, że są dwie rzeczy pewne: śmierć i podatki. Mało kto jednak zauważa, że czasami to drugie może prowadzić do pierwszego. Podatek to przymusowe, bezzwrotne, nieodpłatne i powszechne, obejmujące wszystkich obywateli świadczenie pieniężne, które pobierane jest przez państwo poprzez różne jego organy i urzędy. Są one tak liczne, że większość z tego, co pobiera od nas nasze ukochane państwo idzie na samo utrzymanie systemu pobierania podatków, ich dysponowania, kontrolowania, analizowania. Ile z tego przejada państwo jako struktura, a ile z tego, co wszyscy płacimy, wraca do nas w postaci świadczeń społecznych, finansowania dóbr i usług publicznych oraz dotacji do nierentownych? Teoretycznie pieniądze z podatków trafiają do skarbu państwa aby potem mogły być zainwestowane w rozwój infrastruktury, wojska, policji, kultury, oświaty, służby zdrowia. Teoretycznie. Ale jeśli wczoraj dowiedziałem się, że mam czekać ponad miesiąc na wizytę u lekarza specjalisty, to mam prawo zapytać po co płacę podatki na opiekę zdrowotną? Jeśli mój znajomy rozwalił sobie skrzynię biegów w samochodzie na dziurawej jak sito szosie, to chyba ma prawo zapytać na co przeznaczone są podatki jeśli nie na drogi? Pytania można mnożyć. Ale są to pytania bez odpowiedzi. Bo już samo pytanie jest ponoć nieodpowiedzialne. – Państwo jest biedne i wszyscy musimy się przyzwyczaić do tego, że w niektórych dziedzinach życia społecznego nadal będzie źle a nawet jeszcze gorzej – usłyszałem kiedyś od pewnego polityka. On sam jakoś nie wyglądał na takiego, co to mu się źle w życiu dzieje. Ale dla mnie, dla poddanego, który spytał dlaczego reforma służby zdrowia trwa nieprzerwanie już dwadzieścia lat miał, dobra radę. Radził mi zaczekać na poprawę sytuacji w lecznictwie i płacić sumiennie podatki.

Teraz słyszę, że mam się przyzwyczaić do myśli, że od dwa tysiące dwunastego roku VAT wzrośnie o jeden punkt procentowy. Na tym nie koniec. W górę może pójść podatek dochodowy, czyli PIT. To ten sam podatek, który co miesiąc jest nam odejmowany od pensji. Czyli mogę się spodziewać, że jak płacę więcej to i więcej dostanę w zamian. Tak pewnie byłoby w sytuacji teoretycznej. W polskich realiach dostanę to co zwykle – czyli nic. O nie, przepraszam! Dostanę informację o tym, że nadszedł nowy kryzys i że na szczęśliwe czasy dobrobytu muszę poczekać jeszcze jakieś dwadzieścia lat. To naprawdę niesamowite, że jak płacę za małe podatki lub staram się ich unikać, to jestem złym obywatelem. A jak je płacę uczciwie i coraz więcej i tylko chciałby dowiedzieć się dlaczego tak mało dostaję w zamian, to też jestem zły, bo przecież zamiast siedzieć cicho, pytam o to gdzie jest to, co mi się należy. Idealnie byłoby gdybym płacił dużo, nie chorował, do pracy przychodził piechotą bo samochody niszczą drogi, pracował po dwadzieścia godzin dziennie i z pensji odprowadzał dziewięćdziesiąt procent na podatki. Dobrze byłoby żebym tyrał do siedemdziesiątki. Potem powinienem się zachować przyzwoicie i umrzeć przed emeryturą ,aby nie narażać ukochanego państwa na straty spowodowane wypłacaniem mi świadczeń. Wtedy byłbym dobrym i odpowiedzialnym obywatelem mojego państwa.

dziennik pesymistyczny

Racja najmojsza

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

W dzisiejszej lokalnej gazecie przeczytałem sporą notatkę opatrzoną stosownym zdjęciem o tym, że pewien poseł, z tych posłów co to są bardzo prawi i sprawiedliwi, potrącił pieszą przed budynkiem urzędu miasta. Kobieta, ofiara wypadku, została zabrana do szpitala. Jak ustalili dziennikarze kobieta złamała nogę. Do zdarzenia doszło gdy parlamentarzysta wyjeżdżał swym samochodem z parkingu przed magistratem. Polityk starał się wyjaśnić policjantom, że piesza nie widziała zbliżającego się auta, bo zasłaniała sobie widok parasolką. Po przeczytaniu tej wstrząsającej informacji podzieliłem się wiedzą o wypadku ze znajomymi z biura. Tak tylko dla zawiązania porannej rozmowy. Bez żadnych ukrytych podtekstów. Zrobiłem to, bo wydawało mi się to ciekawe, że temu drobnemu zdarzeniu drogowemu gazeta poświęca aż tak dużo uwagi. I tylko dlatego postanowiłem przeczytać o pośle z PiSu, uczestniku wypadku, moim kolegom i koleżankom z biura. Nie spodziewałem się tak wielkiej burzy. Jak tylko przeczytałem ostatnie zdanie z artykułu od razu usłyszałem jak Pani Zosia z księgowości, pełna oburzenia, zaczęła przekonywać zebranych że: nic mu nie zrobią! – Takim to wszystko uchodzi na sucho – popierał zdanie koleżanki pan Krzysio, nasz przedstawiciel handlowy. – Ciekawe czy był trzeźwy – zastanawiała się pani Agnieszka. Te akurat wątpliwości mogłem rozwiać od razu, jeszcze raz czytając to, co było napisane w gazecie. – Na miejscu policja poddała posła badaniu na zawartość alkoholu w wydychanym powietrzu. Alkomat pokazał „0” – wyjaśniłem cytując dziennikarza lokalnej gazety. – A wiadomo czy na pewno go przebadali – pani Agnieszka nie była nadal przekonana.

Niby nic takiego. Drobna notatka, a tyle emocji. – A wiecie, że tuż przed godziną ósmą, w pewnej wsi na drodze krajowej, osiemdziesięciodziewięcioletni kierujący Skodą Octavią, w czasie zmiany pasa ruchu, nie zachował należytej ostrożności i zderzył się z samochodem VW Passat, kierowanym przez trzydziestodwuletniego mężczyznę? – zapytałem czytając z gazety. Nikogo to nie zainteresowało. Oni wszyscy nadal rozmawiali o tym pośle, co to miał nieprzyjemność wjechać na starszą panią. Moi koledzy i koleżanki z biura nadal żywo rozprawiali o tym, jakim to niegodziwcem jest ten polityk który ośmielił się tak w biały dzień przyjechać do naszego miasta i napastować swoim samochodem niewinne starsze panie. Myśląc, że interesują ich zdarzenia drogowe, że po prostu są zatroskani o bezpieczeństwo na drogach, znów starałem się włączyć do dyskusji. – Tu jest jeszcze napisane, że około południa na jednej z ulicy naszego miasta dwudziestoletnia kierująca samochodem marki Audi, nie ustąpiła pierwszeństwa pieszemu znajdującemu się na przejściu dla pieszych i potrąciła mężczyznę. Pieszy z obrażeniami ciała został zabrany do szpitala – starałem się prawie dokładnie zacytować to co przeczytałem w gazecie. Nikt jednak nie zwracał na mnie najmniejszej uwagi. – Oni, ( politycy) myślą, że wszystko im wolno – przekonywała zebranych koleżanka Kasia. Więc oni nadal o tym – pomyślałem.

Wygląda na to, że w zdarzeniach i wypadkach drogowych i nie tylko takich, ważniejsze jest to kto go spowodował, w sensie zajmowanych funkcji państwowych, niż sam wypadek. Ofiara nie jest tak ważna jak polityk za kierownicą. Nikogo z tych dyskutantów z mojego biura nie zainteresował los staruszki – poszkodowanej w wypadku. Wszystkich interesował poseł. Nieważne są przyczyny wypadku. Nieważne są ustalenia policjantów. Nic nie znaczą wskazania alkotestów. Pewnie nic nie będą znaczyć ustalenia śledczych. I nic nie będzie znaczył wyrok sądowy, jeśli w ogóle dojdzie do rozprawy, bo i tak zawsze znajdzie się ktoś, kto będzie przekonany, że jego prawda jest najważniejsza. Jak jest nas w Polsce trzydzieści kilka milionów to pewnie każdy ma swoje zdanie na temat jakiegoś zdarzenia, wypadku, czy tragedii. Wyniki prowadzonego przez policję śledztwa, ustalenia prokuratury, wyrok sądowy, nic nie znaczą. Ważne, że pani Kasia i pani Agnieszka nie ufają tym instytucjom. Panie wiedzą swoje i są o tym dogłębnie przekonane. Więc po co utrzymywać te kosztowne biura, urzędy i służby jak i tak nikt im nie wierzy? I zawsze jest jeden winny, który jak się zdaje nie odpowiada tylko za gradobicie, trzęsienie ziemi i koklusz! Nie mamy zaufania do państwa? Pewnie, że nie! Przykład idzie z góry. – Niewyjaśnianie takiej sprawy jest czymś zupełnie niebywałym. Niebywałe jest też to, że nikt nie poniósł żadnej odpowiedzialności za to, co się wydarzyło. W przeciętnym demokratycznym kraju po czymś takim rządu już by nie było, co do tego nie mam najmniejszych wątpliwości, zostałby zniesiony z powierzchni ziemi, a jego członkowie nie mieliby czego szukać w polityce – prawił kiedyś pewien polityk w odniesieniu do pewnego wypadku lotniczego. Prawił tak, bo jest przecież prawy i sprawiedliwy, i mimo że trwa nadal śledztwo w tej sprawie on już przecież sam osądził, wskazał winnych oraz wydał wyrok. Bo on przecież wie lepiej. I jak tu się dziwić moim koleżankom i kolegom z biura, którzy też, jak ten starszy pan, wiedzą zawsze lepiej co się wydarzyło. I nie przekona ich do zmiany zdania żadne śledztwo. Zgodnie z zasadą, że: moja jest tylko racja i to święta racja. Bo nawet jak jest twoja, to moja jest mojsza niż twojsza. Że właśnie moja racja jest racją najmojszą!

dziennik pesymistyczny

Przyjaciel stres

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 15

W drodze do pracy zobaczyłem kolegę sunącego powoli chodnikiem noga za nogą. Zatrzymałem samochód i zaproponował mu podwiezienie. Przecież wiem, że pracuje niedaleko mojego biura, więc, po co ma się biedaczyna męczyć idąc piechotą. Podziękował z wdzięcznością, ciężko opadając na fotel obok mnie. – Coś taki zmarnowany – zapytałem jak tylko ruszyliśmy z miejsca. – Pewnie ciężka noc była – dodałem wiedziony doświadczeniem, które pcha Polaków masowo do odstresowania się, za pomocą zalegalizowanych przez nasze państwo środków odurzających posiadających stosowną banderolę skarbową. – Uch, nie… Chciałbym, ale to tylko stres – odpowiedział na moje pytanie, po czym wydał w siebie całą serię westchnięć. – A co Cię tak stresuje – próbowałem go łagodnie wysondować, bo widziałem przecież, że chłopina się męczy. Może udzielę mu jakieś światłej rady, która mu ten stres pomoże rozładować? – Pomyślałem. – Życie mnie stresuje – odparł mój szacowny kolega. – Dobrze, to tak ogólnie. A tak bardziej szczegółowo to, co ci doskwiera, że masz taką minę – próbowałem dowiedzieć się czegoś więcej, poza te wypowiadane przez niego ogólniki. – A sam tak do końca nie wiem, co tak w szczególności mnie stresuje – powiedział. I dodał: – To tysiące małych i drobnych rzeczy składających się na jeden wielki stres. Akurat zatrzymaliśmy się pod czerwonym światłem, więc miałem chwilę żeby mu się przyjrzeć. Twarz nieogolona. Czerwone oczy. Ogólnie taki jakiś bardzo mętny wzrok.  Ubranie wymiętoszone. I jeszcze to ściskanie przed sobą teczki. Ostatni raz widziałem to nerwowe zgniatanie na jakimś starym filmie, na którym chłop w dłoniach miętosił swą czapkę w pokorze zwracając się do swego pana. Ale on nie przede mną tak międlił tę teczkę. On ją, tę teczkę, tak z tego stresu pewnie masakrował w dłoniach.

 

– Spokojnie – powiedziałem – pojedziesz na urlop to się odstresujesz.  – Byłem – odparł z przeciągłym sapnięciem – Byłem już na wakacjach. Jeśli to można nazwać wakacjami. Jeszcze przed wyjazdem szef mi zapowiedział, że jak nie zrobię planów to mogę zapomnieć o wyjeździe. Więc, sam rozumiesz, jaki to stres – opowiadał. – Potem, jak już mi się udało wyżebrać pięć dni wolnego od pracy w biurze to usłyszałem, że pensja może się spóźnić z powodów obiektywnych. Więc znów stres. Pojechałem więc bez pieniędzy. To znaczy z niewielką częścią tego, co mi zostało z poprzedniego miesiąca. Ale przez to nie opłaciłem żadnych rachunków. Więc znów stres. Jak dojechałem na miejsce nie mogłem się wyluzować, bo przecież czekałem na ten cholerny przelew z firmy z zaległym wynagrodzeniem. Nie muszę już dodawać, że to też ogromny stres – kontynuował opowieść kolega. – Potem, choć przyszły pieniądze, to zaczęły się telefony z biura, że sytuacja pod koniec miesiąca okazała się tragiczna i że absolutnie nie powinienem iść na urlop, a ja właśnie na nim już jestem. Więc siedząc na plaży myślami byłem przy biurku w firmie. Napięcie mnie nie opuszczało. A wręcz się nasiliło – kontynuował swą opowieść kolega. – Teraz wróciłem do pracy i do dawnego stresu. I dodatkowo mam teraz, co chwila telefon z banku z żądaniem zapłaty zaległych rat. Wiesz, czuję się jeszcze gorzej niż przed wakacjami – zakończył.

 

Właśnie dojechaliśmy na miejsce. Zatrzymałem samochód. Kolega otworzył drzwi auta. Wysiadł i gdy już miał je zatrzasnąć – zawahał się spojrzał na mnie smutno i powiedział: – Wiesz, czasem to mi się już nic nie chce… Cześć. Po czym zamknął drzwi samochodu. Odwrócił się i poczłapał wolno w stronę wejścia do biurowca. Patrzyłem za nim chwilę myśląc o tym, że ja doskonale wiem jak to jest, jak się nic nie chce z powodu stresu. I że taką opowieść, jaką usłyszałem mogłem z powodzeniem sam opowiedzieć. Odjechałem w stronę swojej firmy pogrążony w myślach o tym, że pewnie ja też nie wyglądam lepiej niż on. Przecież właśnie nikt inny tylko mój Wielki Przyjaciel Stres obudził mnie o trzeciej dwadzieścia siedem nad ranem i nakazał mi szczegółowo zanalizować moje obecne położenie w firmie po nagłym i niespodziewanym awansie. Które to wyróżnienie – po tej nocnej analizie – okazało się zapowiedzią jeszcze większej harówki. Większej odpowiedzialności za właściwie te same pieniądze, plus ładniejsza nazwa moje funkcji na wizytówce. I tak przeleżałem spocony do rana zastanawiając się czy kiedykolwiek w swoim życiu osiągnę stan, w którym będę mógł powiedzieć: nie mam żadnych stresów.

 

dziennik pesymistyczny

Już tak mam…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Gdy dojeżdżam do skrzyżowania, z daleka widzę na sygnalizatorach zielone światło. Ale nie przyspieszam, o nie.  Wiem bowiem dobrze, że tak czy inaczej jak zbliżę się do krzyżówki, światła z całą pewnością zmienią się na czerwone. Po co się, więc spieszyć? To bez znaczenia. Czy gnałbym samochodem na złamanie karku, czy też jechał wolno jak ślimak, czy też może poruszał się z dozwoloną w mieście prędkością to i tak muszę swoje pod światłami odstać. Tak już mam.  A co powiecie na to? Jadę sobie spokojnie osiedlową drogą. Z daleka widzę, że główną szosą nie jadą żadne auta. Całkowita pustka. Nic się nie dzieje. Ale do czasu. Jak tylko zbliżę się do tej drogi, jak tylko ośmielę się do niej dojechać, to od razu jakby z podziemi pojawiają się samochody sunąc jeden za drugim uniemożliwiając mi całkowicie włączenie się do ruchu. No przecież nic nie jechało! – Wściekam się w myślach, ale co mam zrobić? Stoję i czekam. Jak tylko po kilku minutach robi się przerwa w tej rzece aut, malutka luka, w którą mógłbym się ewentualnie ze swoim autem wcisnąć to i tak nie mogę tego zrobić. Natychmiast, na przejściu dla pieszych, przed maską mojego samochodu pojawia się na przykład duża grupa kolonistów, która zwartą kolumną maszeruje przez zebrę. Więc nadal stoję i spokojnie czekam. I znów myślę, że nic przecież nie jechało jak zbliżałem się do to tego skrzyżowania. Nikt tamtędy nie przechodził. Nie było żywej duszy. Ale oczywiście jak tylko się tam znalazłem, to od razu zrobiło się tam tłoczno jak na rynku w dzień targowy.

 

Jak to jest, że zawsze jak stanę w kolejce do kasy w sklepie, to nawet jak przede mną jest tylko jedna osoba, to od razu musi się wydarzyć coś, co skończy się moim dłuższym tam oczekiwaniem? W innej kolejce wszystko idzie sprawnie. A ja stoję i stoję. Bo przecież jakimś dziwnym zrządzeniem losu, pani kasjerce nagle skończyła się rolka w kasie fiskalnej. Albo, na towarze osoby stojącej przede mną nie ma poprawnego kodu i trzeba wołać panią, która poda ten właściwy. Stoję tak sobie w swojej kolejce i obserwuję sprawną i szybką obsługę przy kasie obok. Że mogę przejść obok? To nic nie da. Próbowałem. Jak tak zrobię to zapewne tam zaraz się natychmiast zakorkuje. A więc przyglądam się, jak pani przede mną, usiłuje zapłacić za zakupy kartą, ale niestety nie może tego zrobić, bo oczywiście z niewyjaśnionych przyczyn terminal stracił połączenie z bankiem.  I tak jest zawsze.  Bez względu na wszystko ja doskonale wiem, że cokolwiek bym nie zrobił to i tak muszę swoje odstać.

 

Są jeszcze takie drobne sprawy jak to, że to zawsze na mnie trafia końcówka pasty do zębów w tubce. To właśnie mnie zawsze giną klucze od domu, kiedy bardzo się spieszę do wyjścia. Ile to razy, gdy szukałem adresu w nieznanym mieście, moja nawigacja przestała działać tak po prostu bez najmniejszego powodu. Gdy cudem dotarłem pod poszukiwany dom znacznie spóźniony, przez rozpytywanie o drogę, okazało się, że jednak to przeklęte urządzenie nagle znów zaczęło poprawnie działać.  Raz zdarzyło mi się, że nawigacja poinformowała mnie, że dotarłem do celu mimo tego, że ów cel podróżny znajdował się jeszcze kilkadziesiąt kilometrów dalej. I wcale nie znajdował się pośrodku mostu jak usiłowało mi wmówić wredne urządzenie. Ostatnio wielkie szklane drzwi otwierane automatycznie nie chciały się przede mną otworzyć. Dochodząc do nich widziałem jak kolejne osoby przechodzą przez rozsuwające się przed nimi wrota. Ale oczywiście ja musiałem natrafić na ich opór.

 

Jak chcę coś napisać, to właśnie się długopis wypisał. Jak chcę do kogoś zadzwonić, to nie tak od razu uzyskam połączenie, bo z zasady numer telefonu jest najczęściej zajęty lub nikt nie odbiera. Tak mam, co dnia. A, że nie jestem najmłodszy, to miałem czas do takich dziwnych zbiegów okoliczności się przyzwyczaić. Już z tym nie walczę, no, bo jak z czymś takim można walczyć. Staram się do tego przyzwyczaić. Ale nie przestało mnie to denerwować. Nie wiem czy to coś takiego przypisanego właśnie do mnie, że za każdym razem zdarzają mi się takie dziwne przypadki. Czy to moja wina, czy świat jest może tak złośliwie nastawiony do mnie? Sam nie wiem…

dziennik pesymistyczny

Moralne nadużycia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

– Tak to już jest, że najbardziej rzuca się w oczy idiota – ta sentencja gefrajtra Kani Kaniowskiego z C.K. Dezerterów najbardziej pasuje do ostatnich poczynań i wypowiedzi prezesa partii prawych i sprawiedliwych. No dobrze, wiem, nie powinienem tak brutalnie i dosadnie o kimś starszym ode mnie o kilkanaście lat. Może powinienem okazać szacunek osobie starszej i z uwagi na jej już podeszły wiek i doświadczenia życiowe zrozumieć, że ma on prawo do pewnych dziwactw.  Ale co ja zrobię, jeśli gdy tylko go zobaczę, a już na pewno, jeśli go usłyszę, to zdanie zacytowane na początku a wypowiedziane przez gefrajtra Kanię wyświetla mi się w mózgu jak ogromny migający neon. Jeśli przyjąć, że każda akcja wywołuje reakcję to ja tylko reaguję na coś, czemu winien jest ten pan smutny i wiecznie wkurzony na otaczający go świat. Na pocieszenie prezesa mogę powiedzieć, że jest on tam w tej swojej partii nieodosobniony w tym gadaniu głupot. Szanownego pana prezesa można jeszcze zrozumieć. Stan jego psychiki pewnie jest dość rozchwiany, bo jak powszechnie wiadomo zginął mu parę miesięcy temu brat. Można mu, więc wiele wybaczyć i wiele z jego zachowań zrozumieć. Ale czym wytłumaczyć fantasmagorie innego polityka związanego z prawymi i sprawiedliwymi, który katastrofę prezydenckiego samolotu w Smoleńsku nazwał – zbrodnią. Czy te fantastyczne i irracjonalne brednie są tylko zrozumiałą w takich wypadkach próbą odreagowania żałoby? Jeśli tak to, dlaczego ja mam się temu przyglądać? Czy na pewno w ich osobiste fobie, traumy i tragedia trzeba wciągać połowę narodu wmawiając im jakieś brednie? Byłoby to nawet śmieszne gdyby nie stawało się powoli zwyczajnie straszne. Gdzie jest granica nonsensownego szukania na siłę winnych tego, co było tylko tragicznym wypadkiem lotniczym?

 

Kilka lat temu pewien mój znajomy obcokrajowiec – przyglądając się mnogości krzyży ustawionych przy polskich drogach – zapytał mnie, dlaczego my nie chowamy swoich bliskich na cmentarzach tylko właśnie tak przy drogach. Nie wiem czy żartował czy mówił poważnie. Tak czy inaczej, nie bardzo mógł pojąć tę naszą specyficzną potrzebę stawiania krzyży zawsze i wszędzie. Ja tak bardzo się przyzwyczaiłem do ich widoku, że jadąc kilka lat temu przez byłą Jugosławię dopiero po pewnym czasie zrozumiałem, że tam krzyże przy drogach nikogo symbolicznie nie upamiętniają, ale stanowią wyraźny znak wojny. Mam już dość wysłuchiwania kolejnych relacji z wojen krzyżowych spod pałacu prezydenckiego. – Jeśli Bronisław Komorowski usunie krzyż spod Pałacu Prezydenckiego będzie jasne, kim jest, i po której jest stronie, w różnego rodzaju sporach dotyczących polskiej historii i polskich powiązań – oświadczył prezes prawy i sprawiedliwy. Co to jest? Czy ja żyję, w jakimś bliskowschodnim państwie wyznaniowym? Jeśli prezydent jest najważniejszą osoba w państwie – jak wielokrotnie posłowie i działacze związani z poprzednim prezydentem mnie przekonywali, – dlaczego ma mi się on kojarzyć z krzyżem postawionym przed jego siedzibą. Czy mam rozumieć, że prawdziwy Polak to tylko i wyłącznie katolik? – Ten krzyż to symbol, można go będzie przenieść, jeśli stanie tam pomnik. Każdy, kto uważa inaczej dopuszcza się moralnego nadużycia – dodał jak zawsze pewny swej nieomylności prezes. No tak, a pomnik księcia Józefa Poniatowskiego powinien zostać przeniesiony? Jego życie i dokonania są niczym przy dokonaniach byłego prezydenta.

 

Teraz poseł Antoni chce wyjaśniać, kto dokonał zbrodni w Smoleńsku. On jak nikt inny nadaje się do tego. Przecież on już tak wiele wyjaśnił przez te ostatnie dwadzieścia lat swej politycznej działalności. On nawet znajdzie winnego tam gdzie nie będzie żadnych dowodów winy. Więc to jeszcze nie koniec sensacji. Inny poseł uważa, że do katastrofy by nie doszło, gdyby poziom „wścieklizny politycznej” przed dziesiątym kwietnia był mniejszy. Ciekawa teoria. Ale na takiej samej zasadzie można domniemywać, że samo przekonanie, co do obecności wielkich magnesów pod Smoleńskiem – które ściągnęły rządowy samolot – gwarantuje ich tam obecność.

 

dziennik pesymistyczny

System uzależnienia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Podczas studiów mój profesor przy wielu okazjach powtarzał, że człowiek nie jest absolutnie stworzony do pracy. Że tak nam – istotom ludzkim – po prostu wmówiono, że praca jest sensem istnienia. Że tylko przyzwyczajenie pcha nas do pracy przez całe życie. A tak naprawdę jesteśmy stworzeni do lenistwa. Do dziś nie wiem czy ten profesor mówił poważnie, czy tylko tak sobie ze studentów żartował. Ale czasami mam wrażenie, że jego słowa były najprawdziwszą prawdą. No, może nie odnosiłbym ich od razu do wszystkich przedstawicieli homo sapiens, ale do niektórych to zdecydowane tak. Zawsze uważałem, że nie jestem stworzony do pracy. Nie żebym tak całkowicie chciał oddawać się nieróbstwu przez całe życie, ale wolałbym móc wybrać kiedy chcę pracować, a kiedy nie. Bo teraz jestem przekonany, że coś mnie przymusza do pracy. Że nie jestem w pełni wolny. Bo przykuwa mnie do biurka ta wieczna potrzeba zarabiania pieniędzy. Nie chcę ich kolekcjonować, ale muszę je posiadać, aby je wymienić na dobra, które bezwarunkowo potrzebne są mi do życia. Nie dałbym już rady żyć bez prądu, wody, mieszkania, komputera, telewizji, gazet, książek, internetu i jeszcze wielu innych rzeczy. Cywilizacja zamknęła mnie w takim więzieniu posiadania gdzie to co mam, i co daje mi możliwość poznawania otaczającego mnie świata, wymaga ode mnie stałych nakładów finansowych. A więc stałej pracy aby to wszystko utrzymać.


Dopiero wyjazd na wakacje uświadamia mi jak bardzo jestem uzależniony od rzeczy. Jak bardzo spętały mnie pieniądze. Żyję w nieprzerwanym cyklu zarabiania i wydawania. I dopiero takie oderwanie od codzienności, takie chwile spokoju i lenistwa na plaży, takie wpatrywanie się bez celu w morze uświadomiło mi po raz kolejny, jak nijaki jest mój żywot pracownika najemnego. Nie mogę zachowując swoje zasady, stać się niezależny finansowo, bo musiałbym zrobić to co przekracza moje poczucie własnej wartości. Jestem nie przystosowany do nowych czasów, bo choć potrafię teoretycznie wykorzystywać innego człowieka do własnych celów, to jednocześnie wiem, że robię źle. I właśnie ta świadomości złego postępowania, nie pozwala mi stać się nowoczesnym polskim kapitalistą. Czy stać mnie na zwolnienie pracownika w celu maksymalizacji zysków mojej firmy? Pewnie tak. Ale czy mógłbym z tym żyć? Nie. To tylko przykład, ale wiem, że jest wiele takich spraw które ograniczają mi moją egzystencję we współczesnej rzeczywistości. Stałem się niewolnikiem, a właściwie zakładnikiem, takiej sytuacji. Musiałbym coś zrobić wbrew sobie, aby stać się niezależnym człowiekiem. A gdy tego nie zrobię wiecznie będę niewolnikiem, czyli biurowym najemnikiem. Najbardziej z tego wszystkiego przeraża mnie to, że jest to sytuacja patowa. Całkowicie nie widzę już wyjścia. I tylko trwam w tym co mam, powtarzając czynności, które nie dają mi nadziei na lepsze jutro, a dają mi tylko możliwość przeżycia kolejnego miesiąca. W sytuacji idealnej będąc pracownikiem najemnym powinienem zarabiać tyle, żeby stać mnie było, jeśli już nie na dostatnie, to przynajmniej na życie na bezpiecznym i przyzwoitym poziomie. A w tym nie idealnym układzie dostaję w zamian za moją ciężką pracę płacę, co najwyżej przeciętną i do tego tylko krajową. I tak próbuję walczyć o przeżycie każdego kolejnego miesiąca bez nadziei na lepsze czasy.


Wakacyjne oddalenie daje mi perspektywę, z której widzę dokładniej jak bardzo jestem uzależniony od pieniędzy. A właściwie od ich braku. Bardzo chciałbym poczuć wolność, ale bez konieczności rezygnowania z tego co mam i co jest dla mnie ważne. Nie chciałbym wybierać między swobodnym lenistwem na plaży, a bezdomnością, którą spowodowałby pomysł porzucenia pracy zarobkowej. Dylemat sprowadzający się do – jeść czy nie jeść – też raczej nie wchodzi w rachubę. Wiem, że pewnie jak zawsze znajdzie się wielu takich, którzy po przeczytaniu tego co napisałem powyżej uznają się za nowe wcielenie Wujka Dobra Rada i zaproponują mi: weź się chłopie do roboty. Im wszystkim odpowiadam, że już wiele lat to robię, a efektów nie widać. I trudno mi szukać winy w sobie gdy zalegam z ratami za mieszkanie, bo zarabiam tyle, że musiałem wybierać czy zapłacić za mieszkanie czy wyjechać na wakacje. Mam już dość idei, która mówi że nowy system polityczny i gospodarczy premiuje bardziej zaradnych. Tam, gdzie niewypłacanie pracownikom najniższej pensji krajowej, gwarantuje zyski tylko właścicielom firm, nie mogę być w pełni wolny. I zawsze będę się czuł niewolnikiem biurowym. I już wolę z dwojga złego być mniej zaradnym. Bo to nie ja mam się zmienić, ale świat wokół mnie.