dziennik pesymistyczny

Tramwajem ku przyszłości

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Niedawno wpadłem z kolegą na genialny w swojej prostocie pomysł założenia spółki. A w zasadzie takiej firmy czy fundacji – jak by się nie zwała – która za państwowe lub gminne pieniądze będzie dążyć do jakiegoś bardzo ambitnego celu. A nim dojdziemy do tej świetlanej przyszłości – ja i kolega jako prezesi spółki – będziemy coś tam analizować, załatwiać, starać się, pisać projekty, robić sympozja, zjazdy, narady i tak dalej, i tym podobne. Słowem – będziemy uprawiać trudną i bardzo drogą finansowo – ale za to wielce popularną w naszym kraju sztukę przelewania z pustego w próżne. Będziemy pisać tysiące dokumentów. Udzielać wywiadów wszelkim mediom. Będziemy snuć natchnione opowieści o tym, jak to będzie kiedyś – w przyszłości – wspaniale… jak już dojdzie to realizacji naszych szczytnych celów oczywiście. A na razie potrzebna nam będzie wspaniała siedziba, samochody, tak z i kilkanaście etatów dla pracowników. No i oczywiście fundusze. Bo bez nich nie osiągniemy zamierzonych celów. I tu dochodzimy do celu. Jaki to może być cel tych naszych gigantycznych wysiłków za państwowe pieniądze? – zastanawialiśmy się z kolegą. I nagle mnie olśniło! Załóżmy spółkę Tramwaje Miejskie! Nikt nigdy w moim mieście nie widział wagonika na szynach ale mówi się o tym od lat. Więc cel jest jak najbardziej szczytny i jak najbardziej odległy. Myśleliśmy też o Metrze… ale taka kolej miejska w moim prowincjonalnym mieście? To już za daleka przyszłość. Za odległy cel.

W moim prowincjonalnym mieście od lat mówi się i pisze o tramwajach. Właściwie przez całe moje życie słyszę, że to dobry pomysł tylko trudny w realizacji i wielce kosztowny. Sam już nie wiem czy opowieści o tym, jakoby w latach siedemdziesiątych podczas budowy jednej z dróg dojazdowych, z peryferyjnych dzielnic mieszkaniowych do centrum miasta, pozostawiono wielki pas zieleni rozdzielający dwa pasy drogi właśnie w celu budowy tam w przyszłości torowiska – są prawdziwe czy może tylko są dopasowaniem rzeczywistości do marzeń. Nie wiem, bo chyba tak dokładnie nikt nie wie jakie były zamiary ówczesnych włodarzy miasta. A może to tylko taka miejska legenda? Ważne jest, że co kilka lat jakiś dziennikarz czy lokalny polityk odgrzebuje pokryty warstwą kurzu wirtualny wagonik tramwajowy i dyskusja nad tym sposobem miejskiego transportu odżywa na nowo. Więc podstawy działalności spółki są. Cel jest odległy, ale jak to z marzeniami bywa możliwy do realizacji tylko potrzeba czasu i pieniędzy.

Te tramwaje to takie wielkie zbiorowe marzenie. I jak najbardziej nadają się na cel do którego ja z kolegą za państwowe pieniądze będziemy dążyć latami. Jest w moim mieście jeszcze jedno zbiorowe marzenie społeczeństwa. To marzenie o lotnisku cywilnym. Z tym tylko wyjątkiem, że do budowy lotniska powołano już miejską spółkę. Ma ona własną siedzibę. Ma stronę internetową. Pracowników. Radę nadzorczą. Wszystko co jest potrzebne. A lotnisko? No cóż… jeśli chodzi o lotnisko to „uruchomienie cywilnej działalności lotniczej na lotnisku w obecnym stanie prawnym wiąże się z bardzo skomplikowaną, pracochłonną i wymagająca fachowej wiedzy procedurą administracyjną” – że zacytuję stronę internetową miejskiej spółki. Też bym tak napisał na swojej stronie Tramwaje Miejskie. A idąc za przykładem kolegów z lotniska też jednym z najważniejszych dokonań uczyniłbym zakup, jednego, bardzo drogiego terenowego auta do celów służbowych. Bo przecież wszystkie te formalności dotyczące działalności naszej spółki trzeba będzie załatwiać w Warszawie czy Bóg raczy wiedzieć gdzie. Poza tym będziemy zmuszeni – ja i kolega – do wyjazdów na przyszłe torowiska. Trzeba będzie dowozić tam geodetów, rzeczoznawców. Jak widać luksusowe terenowe auto jest po prostu niezbędne.

Jak już pisałem trzeba będzie wytworzyć całą górę dokumentów uzasadniającą nasze istnienie. Potrzeba więc pracowników. Ale przecież nie zatrudnię kolegi czy koleżanki na jakieś podrzędne stanowisko. Dobrym rozwiązaniem będzie przykład ze spółce EURO 2012 gdzie pracuje trzydziestu kierowników, którym podlega czterdziestu szeregowych pracowników. Zostało jeszcze tylko przekonać kogo trzeba o wielkiej potrzebie posiadania przez moje miasto tramwajów i można zaczynać. Budować świetlaną przyszłość przez długie, długie… długie lata. Bo jak powiedział klasyk: prawdziwe pieniądze zarabia się tylko na drogich, słomianych inwestycjach.

dziennik pesymistyczny

Nie moje państwo…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

Nadszedł już czas powiedzieć dość. I ja to dziś czynię z pełną odpowiedzialnością. Nie chcę państwa które mnie oszukuje wizją dobrobytu za jakiś bliżej nieokreślony czas. Nie stać mnie już na czekanie i kolejne zaciskanie pasa, bo nie mam już nim czego zaciskać. No właściwie można by jeszcze zacisnąć go na szyi. Mam już dość, bo ja się nie prosiłem systemu, w którym przyszło mi żyć. Nie chciałem takiego państwa w którym będę nikim, gdy nie będę miał pieniędzy. Nie chciałem państwa dla garstki rozpolitykowanych bogatych i armii urzędników. Nie chciałem państwa, gdzie ciągłe polityczne spory stały się ważniejsze od działania dla dobra ogółu. Czy naprawdę potrzebuję państwa, w którym od trzech miesięcy najważniejszym wydarzeniem jest informacja, co nowego w śledztwie prowadzonym dla wyjaśnienia wypadku lotniczego? Daleko mi od dziś do państwa, gdzie przed pałacem prezydenta stoi krzyż, a sprawa jego przeniesienia czy zachowania w dotychczasowym miejscu stała się najważniejsza. Mam dość, bo widzę że moje państwo gra tylko na przeczekanie. Na ciągłość swojego własnego trwania. Nie wiem czy mnie moje państwo ochroni gdy przyjdzie taka potrzeba. Wiem za to że na pewno mi nie pomoże jeśli zachoruję. Wiem, że niewielu, lub prawie nikt i nic, mi nie pomoże jeśli stanę się bezdomnym lub bezrobotnym. Bo ja jestem dobry dla mojego państwa gdy jestem przy forsie i regularnie płacę podatki na jego istnienie.

Ciekawa sprawa z tym moim państwem gdyby je oceniać przez pryzmat telewizji. A właściwie jak ja miałbym je inaczej oceniać? Przecież ono przypomina sobie o mnie tylko podczas wyborów i gdy trzeba mnie wydoić z pieniędzy. Podczas oglądania telewizyjnych wiadomości dowiedziałem się, że najważniejszą sprawą w mojej ojczyźnie jest to, jaki pomnik postawić przed prezydenckim pałacem. Równie ważne jest to, czy będzie tam krzyż czy może go tam nie będzie. Wysłuchałem niekończącego się sporu o wydarzenia historyczne, których nie tylko ja nie pamiętam ale chyba nie bardzo kojarzą je moi dziadkowie. A tu dla sponsorowanych przez państwo polityków jest to sprawa wciąż aktualna. Potem jeszcze standardowa garść informacji o zniszczeniach spowodowanych kapryśną pogodą. Ale spokojnie… to nie wina państwa, bo jak wszyscy wiemy aura jest nieprzewidywalna i to tylko jej wina- aury, znaczy się. Poszkodowanym przez żywioły państwo pomoże… w przyszłości. Na koniec jeszcze informacja, że banki wprowadzą takie utrudnienia w otrzymaniu kredytów mieszkaniowych, że tylko ktoś bogaty będzie mógł z nich skorzystać. Oczywiście to wszystko dla mojego dobra. Teraz, ci nisko oraz średnio zarabiający, będą musieli znów zaczekać na lepsze czasy. No i koniec dobrych wieści z krainy uśmiechu. Ale ogólnie jest dobrze. Wydźwięk informacji o stanie państwa jest pozytywny. Idzie ku lepszemu. Są trudności, ale kiedyś… no, ale jakieś dwadzieścia czy trzydzieści lat temu to dopiero było źle. A na koniec wszystkiego, tuż po garści informacji z frontu walki politycznej o pietruszkę, czy jak kto woli krzyż czy pomnik, zobaczyłem reklamówkę akcji społecznej. I dopiero z niej dowiedziałem się, że co piąte dziecko w Polsce cierpi z głodu. Dlaczego ja nie dowiedziałem się tego od tego europosła czy od pana senatora? Dlaczego mi ksiądz biskup i generał w jednej osobie tego nie powiedział? No bo oni woleli o pomniku albo o krzyżu. Głodne dzieci są mniej medialne.

No i wyszło na to, że dwadzieścia lat zwycięskiego, demokratycznego marszu doprowadziło do tego, że co piąte dziecko jest niedożywione. Ale przecież to nie wina państwa. Ono jest jak najbardziej niewinne. Bo nie ma pieniędzy. Nie ma, bo jest nieudolne. Bo tak naprawdę to liczy tylko żeby się samemu wyżywić. Przestałem wierzyć w zapewnienia, że jak tylko się powstrzymam od protestów… jak tylko zacisnę pasa… jak będę cierpliwy – to już za kilka lat będzie lepiej. Nie będzie. Bo jedyna zmiana jaka może zajść to taka, że tych co teraz rządzą i wyciskają ze mnie pieniądze na podatki, zastąpią ich koledzy z równie atrakcyjnym programem naprawczym. Bo wszystko sprowadza się do istnienia państwa jako dobrego pracodawcy tylko dla jego urzędników. I tylko ono ma przetrwać. Ono ma zapewnić pracę i zarobki kolejnym pokoleniom urzędniczych pasożytów. Wyczytałem wczoraj, że w ostatnim okresie przybyło nam sześćdziesiąt pięć tysięcy nowych urzędników. Według szacunków jednego z ekonomistów ich utrzymanie będzie nas podatników kosztować tyle, ile przyniesie podniesienie podatku Vat na książki. Tak! Mam już tego dość! Choć jeszcze sam nie wiem co z tym zrobię, to lepiej mi ze świadomością, że już nikt mnie nie oszuka. Bo przestałem wierzyć w państwo. Bo przestało być już moje.

dziennik pesymistyczny

Najweselszy barak w obozie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Czas sobie spokojnie płynie. U władzy wciąż nowi, ale jakby ci sami politycy. Zmienił się ustrój. Zmieniła się gospodarka na – przynajmniej teoretycznie – znacznie lepszą. Kryzys pozostał, ale on jest dany nam na zawsze. Przypisani jesteśmy do ustawicznej zapaści i kryzysu, jak chłop pańszczyźniany do ziemi. Minęło dwadzieścia lat. Co kilka lat nowy rząd, nowy premier. Mamy nawet zupełnie świeżutkiego nowego prezydenta. A jedno jest niezmienne. Tak jak za dawnych minionych lat błędów i wypaczeń my – nasz kraj – nadal jest najweselszym barakiem, tyle że już w całkiem innym, bo tym razem w europejskim obozie. Nikt tak dobrze się nie zabawi jak u nas w stolicy. Nikt nie znajdzie tulu powodów do śmiechu – przyznam, że czasami przez łzy – ale jednak śmiechu jak w naszej ukochanej Rzeczpospolitej. Bo Polska to ewidentnie jest kraina uśmiechu – jak mawiał Krashan Bhamaradżanga.

Pewien pan Eugeniusz P. lat siedemdziesiąt jeden pochodzący z Kraśnika chcąc zapewne dać wyraz swoim skrajnie prawicowym poglądom z których ponoć jest znany w swoim rodzinnym mieście narobił (za przeproszeniem) do słoika, zakręcił go i udał się do stolicy. Tam stanął na Krakowskim Przedmieściu – tuż przed pałacem prezydenckim – rozbił słoik z fekaliami o tablicę upamiętniającą żałobę po katastrofie pod Smoleńskiem. Nie pierwszy to jego atak na okolice pałacu prezydenckiego. Bo jak mówiła dziennikarzom Gazetą Wyborczej jego synowa, kilka lat temu kiedy prezydentem był Aleksander Kwaśniewski dziarski staruszek próbował ściąć siekierą świerk koło pałacu. Chciał w ten w ten nietypowy sposób pokazać, że w Polsce dzieci głodują, a władzę stać na piękne drzewka.

Nie minął dzień od tej śmierdzącej sprawy, a już inny waleczny starszy pan został zatrzymany przed pałacem przez policję, gdyż miał on przy sobie ręczny granat. Co prawda broń była bez zapalnika ale zawsze to jednak granat. Zatrzymany to sześćdziesięcioletni mężczyzna, mieszkaniec województwa mazowieckiego. Został przewieziony na komendę, gdzie policjanci wyjaśniali wszystkie okoliczności sprawy. Teraz to już tylko patrzeć jak nadjadą czterej pancerni se swym psem aby walczyć w obronie krzyża albo może przeciw. Można się też spodziewać desantu sił specjalnych który pod moherowymi beretami niczym na spadochronach spłynie z nieba na pomoc obrońcom wiary i symboli. Nie zdziwię się, jeśli dziś będą twierdzić, że napadła ich satanistyczna załoga łodzi podwodnej, która jakimś cudem ominęła przeszkody na morzu bałtyckim, wpłynęła do Wisły, jakimś dopływem dostała się do Warszawy, potem rurami kanalizacyjnymi podjechała na Krakowskie Przedmieście po czym zakotwiczyła przed pałacem prezydenckim by w nocy ukraść krzyż.

To ostanie to moja wyobraźnia, ale przecież internet jest pełen utworów muzycznych, gier, satyrycznych rysunków których inspiracją były wydarzenia związane z wielką obroną krzyża przed pałacem prezydenckim. Nie pamiętam kiedy polska popkultura zareagowała aż tak żywiołowo jak teraz w tym przypadku. Życie jest jednak bardziej zabawne. Dziś prasa kolorowa doniosła z radością, że córka jednego z najaktywniejszych obrońców krzyża jest gwiazdą filmów porno i seksualną rekordzistką Trzeciej Rzeczpospolitej, znaną jako Marianna Rokita. Jak ktoś nie ufa brukowcom to może zaufać Gazecie Wyborczej, która informuje wszystkich zainteresowanych, że szacowna rekordzistka – córka jednego z najbardziej bogobojnych obrońców wiary i krzyża – w ciągu jednego dnia kochała się z siedmiuset pięćdziesięcioma dziewięcioma mężczyznami. W tym miejscu przywołam słowa dziennikarza pewnej telewizji, który po przeczytaniu tych rewelacji stwierdził: – No to musiał ją dopiero boleć krzyż. No i co jesteśmy najweselszym barakiem w tym europejskim obozie? No tak! Jesteśmy.

dziennik pesymistyczny

Trzydzieści lat to za mało?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Trzydzieści lat to bardzo dużo. Uważam, że nawet bardzo wiele, jeśli patrzy się wstecz na swoje własne życie. Ale inaczej to wygląda jeśli spojrzeć na te trzydzieści lat jako na czas, potrzebny państwu na reakcję postulatów obywateli. Wtedy wydaje się, że minęła dopiero chwilka. Bo przecież nie wszystko w państwie dzieje się szybko. Szybko to można podnieść podatki, co najwyżej. Ja wiem! Ja wszystko rozumiem! Była wojna! Kilka miesięcy wojny. Czy jak kto woli stanu wojennego. Potem jeszcze lata zastoju gospodarczego schyłku PRL-u. Wiele filmów o tym widziałem i wiele na ten temat przeczytałem. Już z samych filmów i książek wiem jak było. Było ciężko. Wiem. A przed grudniem? W tamtych latach proszę szanownego Czytelnika było jeszcze gorzej. Co ja tu się będę rozpisywał. Wszystkim było ciężko. Ojciec bracie… No, tak! Ale potem nastały czasy wolności, równości, niezawisłości… i niektórym zrobiło się znacznie lepiej. I teraz w naszej odrodzonej Rzeczpospolitej będziemy obchodzić trzydziestą rocznicę podpisania Porozumień Sierpniowych i powstania Niezależnego Samorządnego Związku Zawodowego Solidarność. Pomijając sam fakt, że czym innym była Solidarność lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku, a czym innym jest teraz, to warto przypomnieć sobie niektóre z postulatów zapisanych na słynnej tablicy.

Minęło tyle lat a ja mam ciągle wrażenie, że jeszcze bardzo daleko do realizacji tego, czego żądali od ówczesnego rządu robotnicy ze stoczni. Łatwiej bym zrozumiał gdyby podpisanych trzydzieści lat temu ustaleń nie przestrzegał PRLowski rząd. Ale od dwudziestu lat u steru państwa są ci, którzy bardzo wiele zawdzięczają robotnikom z wybrzeża. Dlaczego więc nie zrealizowano wszystkiego tego o co ci ludzie walczyli? W punkcie ósmym Porozumień Sierpniowych zapisano: podnieść zasadnicze uposażenie każdego pracownika o dwa tysiące złotych na miesiąc, jako rekompensatę dotychczasowego wzrostu cen. W punkcie dziewiątym czytamy: zagwarantować automatyczny wzrost płac równolegle do wzrostu cen i spadku wartości pieniądza. Wiem, że to inne czasy i inne pieniądze. Nawet ustrój jest inny. Ale miło by było aby ktoś z rządzących zauważył potrzebę wzrostu przynajmniej pensji minimalnej przy rosnących cenach żywności. – Grupa postulatów ekonomicznych powstała w oparciu o postrzeganie gospodarki w jej wydaniu socjalistycznym, nieodwołującym się do gry rynkowej, która była ludziom wychowanym w PRL zwyczajnie obca – mówi przewodniczący współczesnego związku zawodowego Solidarność. Czy naprawdę jak jest, że postulat gwarantujący przez państwo automatyczny wzrost płac realnych równolegle do wzrostu cen żywności jest przypisany tylko do gospodarki socjalistycznej? Nie da się tego zrobić w gospodarce wolnorynkowej?

Punkt dwunasty jest w znacznej mierze historyczny i nie przystający do współczesności. Ale słowa: wprowadzić zasady doboru kadry kierowniczej na zasadach kwalifikacji, a nie przynależności partyjnej brzmią całkiem współcześnie. Czytając dalej postulaty sierpniowe można dojść do wniosku, że napisano je wczoraj. Takie żądania robotników jak obniżenie wieku emerytalnego dla kobiet do pięćdziesięciu pięciu lat, a dla mężczyzn do lat sześćdziesięciu czy skrócenie czasu oczekiwania na mieszkanie pozostały do dzisiaj niezrealizowane. Czy punkt szesnasty nie brzmi znajomo?: poprawić warunki pracy służby zdrowia, co zapewni pełną opiekę medyczną osobom pracującym. Przecież to jakby napisane współcześnie żądanie, a minęło już trzydzieści lat! Przy całej tej prorodzinnej gadaninie obecnie rządzących sił politycznych, postulat osiemnasty brzmi ironicznie po tylu latach: wprowadzić urlop macierzyński płatny przez okres trzech lat na wychowanie dziecka. A postulat numer sześć – dialog przy wprowadzaniu reform? Przecież dzisiaj wszelkie konsultacje są tylko pozorowanym działaniem jak nie zwykłą fikcją. Czy to wszystko co wypisywali robotnicy w sierpniu roku siedemdziesiątego ubiegłego wieku na słynnej tablicy wpisanej na Światową Listę Dziedzictwa Kulturowego UNESCO jest już tylko odległą historią? Bez szansy na realizację? Czy taka ma być nowa Polska? Daleka od realizacji postulatów z pamiętnego sierpnia?

dziennik pesymistyczny

Kara za blaszki w kopertach

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jak już kiedyś pisałem, w naszym systemie, w naszym państwie, dozwolone jest tylko to co jest prawnie uregulowane. Jest ustawa, milion papierów, kodeksów, praw i rozporządzeń to wtedy jest dobrze. Jest poprawnie i jak się należy. Bo w zasadzie nic nie wolno jak się nie ma na to odpowiedniego papierka z pieczątką urzędnika. A jednocześnie setki polityków, profesorów i inne medialne tęgie głowy od dwudziestu lat wmawiają nam, że nie mamy co liczyć na innych tylko być zaradnym. Bo jak ja sobie nie pomogę, to na własne państwo też nie mam co liczyć. Ciągle, każdego dnia słyszę bredzenie o wolnym rynku. O zbawiennym wpływie wolnego biznesu na naszą krajową gospodarkę. Najlepiej charakteryzuje to hasło jednego z banków: to tylko mamy za darmo co zrobimy sami. W tej wielkiej i powszechnej wolnorynkowości naiwnie rozumowałem, że każdy może dostosowywać się do obowiązujących norm prawnych – nawet je naginając – bo przecież wolna konkurencja w biznesie jest najważniejsza. Bo po to przecież ojciec i matka strajkowali (w ujęciu bardziej ogólnym – jako przodkowie nas wszystkich) i Lechu skakał przez płot, by nikt mi już nigdy nie dyktował gdzie mam robić zakupy i po jakiej cenie kupować dany produkt. Tak mi się wydawało, ale zapomniałem, że państwo nie może pozwolić sobie na spadek własnych zysków. I na utratę firmy która daje pracę tysiąca jego urzędnikom. Z jednej strony kapitalizm ale taki z ręcznym sterowaniem.

Właśnie wyczytałem w prasie, że urząd komunikacji elektronicznej chce ścigać prywatnych operatorów pocztowych za przesyłki z doklejonym ciężarkiem. Fakt zawsze mi się wydawało dziwne, że mój bank czy firma telefoniczna – z których usług korzystam – przesyła mi co miesiąc blaszkę, kartonik czy tez zeszyt szesnastokartkowy. Ale ustaliłem metodami operacyjnymi – jakby powiedział urzędnik w mundurze – że, to taki uroczy sposób na obchodzenie przepisów. I dzięki takim niewinnym fortelom niezależni pocztowcy mogą działać taniej niż państwowa poczta. Taniej więc dobrze. – Jak ma być taniej to niech mi wysyłają ten obciążnik – pomyślałem. I okazało się, że takie myślenie jest antypaństwowe. Bo dopiero za dwa lata zniesione zostaną ograniczenia dotyczące listów do pięćdziesięciu gramów. Czyli takich które najczęściej są w pocztowym obiegu. To tej pory nie ma mowy o konkurencji na poczcie. Tylko poczta państwowa ma wyłączność na takie listy i ona kształtuje ich cenę. Bo przecież mimo tego, że jest wolność w biznesie, chronić swojego, choćby nieudolnego trzeba, bo takie jest prawo państwa. Prywatni operatorzy za przesyłki bez dociążeń musieliby wyznaczyć cenę dwa i pół razy wyższą. Gdzie tu logika wolnych usług?

Z gazety dowiedziałem się, że doklejanie ciężarków w postaci blaszek i tekturek urząd komunikacji elektronicznej traktuje jako łamanie prawa. No pięknie! Wkładasz do koperty metalową blaszkę i przez to stajesz się przestępcą. Mam nadzieję, że urzędnicy nie pójdą dalej w szukaniu takich co łamią prawo. Przecież ja wysłałem do kolegi list, a w nim dla usztywnienia dokumentów dołączyłem dwie tekturki. Jak nic złamałem prawo. A może nie. No tak! Nie! Przecież ja to wysłałem do mojego znajomego państwową polską pocztą więc zapłaciłem jak za zboże. Ale za to legalnie. Bo jakbym wysyłał prywatnie i taniej, to stałbym się prawie współodpowiedzialny za łamanie prawa. Przypomniał mi się wierszyk. Wrzuciłeś Grzesiu list do skrzynki, jak prosiłam? List, proszę cioci? List? Wrzuciłem, ciociu miła! Nie kłamiesz, Grzesiu? Lepiej przyznaj się kochanie! Teraz to pewnie nie musiałby Grześ wymieniać co tam ciekawego działo się podczas wrzucania listu do skrzynki pocztowej. Teraz ciocia miła zapytałaby pewnie, czy wysłał Grzesio ten list pocztą państwową czy prywatną. Bo państwowa to oczywiście ta dobra, a prywatna ta zła. Przecież już niebawem – jak można wyczytać w prasie – do konsultacji międzyresortowej trafi projekt nowelizacji prawa pocztowego, który przewiduje rozwiązanie tego problemu z blaszką w kopercie. Na operatorów łamiących przepisy urząd komunikacji elektronicznej będzie nakładać kary w wysokości do dwóch procent rocznych przychodów. Bo przecież taki ciężarek w kopercie to wielkie naruszenie prawa. A czy nie ma tu znaczenia fakt, że poczta niezależna od państwowej jest po prostu lepsza? Bardziej sprawna, tańsza i bardziej konkurencyjna? Wielki państwowy moloch pocztowy nie może walczyć z nimi uczciwie na cenę, więc na pomoc wzywa zawsze chętne do nakładania kar państwo. W ciągu czterech lat dwustu prywatnych operatorów odebrało poczcie blisko sześć procent rynku. I nie dlatego, że tak bardzo wszyscy pokochali ciężarki w kopertach. Ale dlatego, że przesyłki, nawet obciążone blaszkami czy zeszytami, były tańsze od tych dostarczanych przez państwowego skostniałego operatora.

dziennik pesymistyczny

My naród!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Czy to nie dziwne, że tak wielu Polaków, gdy ma coś do powiedzenia innym Polakom, to od razu staje się nie pojedynczą jednostką, która chce zabrać głos, ale prawie natychmiast staje się głosem całego narodu. – Naród na to nie pozwoli. Naród się zbuntuje. Naród to… naród tamto…– słyszałem przy bardzo wielu okazjach z ust tych co, to samozwańczo przemawiają głosem narodu. Widzę pojedynczą osobę a słyszę, że nie jest on tam na tej mównicy sam, bo przemawiają przez niego miliony. Równie często jednostki czujące, że jest w nich tak wielka moc przemawiają i wypowiadają się w imieniu całego społeczeństwa. Co daje tym ludziom tak wielką siłę, by utożsamiać swój własny pojedynczy głos, swoje pojedyncze poglądy z wolą narodu. Co upoważnia ich do wyrażania opinii w imieniu milionów? Czy ja dałem kiedykolwiek przyzwolenie tym samozwańczym suwerenom oby oświadczali publicznie: My naród Polski! Pojedynczy polityk to może się co najwyżej wypowiadać w imieniu swoim własnym oraz tej nielicznej garstki swych wyborców. Ale chyba nie powinien podpierać swoich racji wolą całego społeczeństwa. Dlaczego więc z jego ust płyną słowa o tym, że jest on uosobieniem woli narodu? Dlaczego ktoś wypowiada się w moim imieniu bez mojej zgody? Pewnie jest tak dlatego, że większość tych, którzy tak postępują uważa, że jak wyrazi tylko swoje własne poglądy to nie będą one miały takiej mocy jak te, wypowiedziane z woli całego narodu. – Naród oczekuje narodowego pomnika, godnego pomnika w godnym miejscu w stolicy – raczył się wypowiedzieć pewien duchowny rzymsko – katolicki. Jak widać wyraził pogląd także w moim imieniu. Bo co by nie powiedzieć jednak jestem częścią tego narodu. Czy uzgadniał to wcześniej ze mną? Nie. Pewnie w jego przekonaniu nie było takiej potrzeby, bo on tam nie pojedynczo mówił, lecz przemawiały przez niego właśnie te polskie całe miliony.

Zastanawiające jest to, że jeśli już mówił w imieniu narodu do zgromadzonych tam przedstawicieli narodu, to po co im to mówił? Czy oni już tego nie wiedzieli będąc narodem na który się powoływał? Przecież jak mówił za całą naszą społeczność, to przecież my, naród i tak to wiedzieliśmy. Więc po co nam samym przypominać naszą własną wolę? Przecież ja – ten pojedynczy osobnik składający się na mnogość narodu – zgodnie z tym co mówił duchowny oczekuje narodowego pomnika. A jeśli nie oczekuje? To gdzie tu naród na który ksiądz dobrodziej się powołuje? Z definicji naród to grupa ludzi, których łączy wspólna kultura, język, także religia, historia czy pochodzenie etniczne. Ale nie stanowią oni jedności. Bo nic nie jest w społeczeństwie monolitem. Dlatego też uprzejmie proszę o nie szafowanie moją wolą i nie powoływanie się na społeczeństwo czy naród gdy nie ma się stuprocentowej pewności, że nie reprezentuje się wszystkich Polaków. Bo takie zachowanie jest wielkim nadużyciem. Można się powoływać na wolę ludu gdy ma się w rękach wynik referendum w którym naród demokratycznie się wypowiedział. Ale nawet wtedy będzie to głos tylko części naszego społeczeństwa. Więc dlaczego tak liczni powołują się na naród gdy mówią tylko w swoim imieniu? U nas każdy ma w zwyczaju przemawiać w imieniu narodu i to, co myśli ze szwagrem, to oczywiście zdanie większości.

Jest u nas taka mnogość tych co przemawiają z woli i w imieniu narodu, że bardzo trudno się zorientować jaką właściwie ten naród ma wolę. Bo co rusz zjawia się jakiś nowy prorok który samozwańczo mówi o sobie : My, naród! Pomijając już to, że nie najlepiej się czuje ten, kto słyszy w głowie miliony głosów, to nie jest też łatwo tak wyrazić w kilku słowach to co myśli całe społeczeństwo. – Ci, którzy przemawiają w imieniu Boga, powinni pokazać listy
uwierzytelniające – powiedział kiedyś pewien poeta. Parafrazując jego słowa można powiedzieć, że takie listy powinien pokazać każdy kto wypowiada się w imieniu narodu.

dziennik pesymistyczny

Płacić. Tak, ale za co?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Po wakacjach w moim domowym budżecie powstała wielka dziura. Czyli mam tak jak moje państwo: za małe dochody, a za duże wydatki. Ale ja w odróżnieniu od mojego rządu nie mam możliwości nałożenia na kogokolwiek jakichkolwiek podatków. A może jednak mam? Może uzasadniając moje żądania kryzysem światowym, krachem na światowych rynkach finansowych i jeszcze powodzią oraz suszą, zwrócę się do mojego pracodawcy o podwyżkę na pokrycie mojej dziury budżetowej. Taki podatek na niego nałożę za to, że tak ogólnie jest mi źle. Oczywiście rozważam to czysto teoretycznie, bo przecież takie działanie w praktyce zakończyłoby się dla mnie bezrobociem. W żadnym wypadku nie mogę przecież mojej nieudolności czy rozrzutności przy planowaniu wydatków domowych przenosić na pracodawcę. Dlaczego? Bo nie jestem państwem. Jakbym był urzędnikiem państwowym na posadzie to przecież swobodnie mógłbym przenosić odpowiedzialność za swoje postępowanie na podatnika. Ale jak jestem zwykłym szarakiem to możliwości mam ograniczone. Załóżmy, że nieodpowiedzialnie czy nawet odpowiedzialnie kierując swoimi wydatkami nie dałem rady w otaczającym mnie nieprzyjaznym świecie finansów. Doprowadziłem do tego, że mam takie długi, że… no nie wiem. No, może tak wielkie, że ho, ho, hooo. A może i większe! Do kogo miałbym mieć pretensje? Pewnie zgodnie z zasadami wolnego rynku tylko do siebie. Ale jeśli byłbym rządzącym tym krajem, wybieranym kadencyjne urzędnikiem państwowym, to miałbym pretensje do ogólnej sytuacji finansowej na świecie czy do nieprzyjaznej mi aury. Czy pamiętacie choćby jednego polityka czy urzędnika – w naszej nowej świetlanej i odrodzonej dwadzieścia lat temu Rzeczpospolitej – który przy ogłaszaniu kolejnych dziur w budżecie oraz kolejnej fali kryzysu powiedział: tak to ja! To jedynie moja wina. Ja zawiniłem. Wszystkie te nieszczęścia które spadają na wasze głowy to przeze mnie. Nie. Nigdy nie będzie takich, bo przecież co innego jest mówić przed kolejnymi wyborami o odpowiedzialnym rządzeniu a co innego jest przyjmować na siebie odpowiedzialność za rządzenie.

Powie ktoś: jest demokracja. Jak urzędnik czy polityk jest zły, popełnia błędy to go się w wyborach skreśli na karcie do głosowania i do władzy dojdzie ten lepszy. Nic bardziej mylnego. Ten co popełniał błędy przejdzie na jakiś czas do opozycji – do takiej zamrażarki – aby znów za cztery lata odmrozić się z opozycyjnego letargu i znów opowiadać jak to za jego kadencji będzie nam wszystkim dobrze. I tak w kółko. Trwa taka wieczna zamiana graczy przy stołach do rządzenia – nami podatnikami. Raz jeden, raz ten drugi. I znów zmiana. Raz szanowny pan, a teraz pan zostanie ministrem. Bo i na opozycję, i na tych co aktualnie u władzy i tak płacimy my- podatnicy. Ciekawe jest też to, że nigdy nie są winni strat i zaniedbań finansowych ci co aktualnie są u władzy. Zawsze odpowiedzialni za kolejne kryzysy są ci co właśnie udali się na czasową opozycyjną ławkę rezerwowych. Taki fenomen. Ale całkowicie zrozumiały. Przecież najważniejsze, żeby przetrwało państwo – jako największy i najhojniejszy pracodawca. Bo co by bez niego uczyniła ta nieprzebrana armia urzędników i wszelkiej maści polityków? Więc jeśli zabraknie pieniędzy to zawsze można sięgnąć po nie u tych, co państwo utrzymują, czyli do nas. Tam zawsze są jakieś pieniądze do pozyskania. Można podnieść VAT. A czemu by nie? Przecież każde działanie rządu jest dla dobra obywateli. Ciekawe tylko dlaczego ja nigdy tego jakoś nie zauważyłem. A od dwudziestu lat słyszę tylko i wyłącznie o tym, że nie ma pieniędzy i że muszę poczekać na lepsze czasy. A przy okazji tego czekania mam płacić podatki i siedzieć cicho. Bo jak nie zapłacę w terminie to będzie surowa kara. A więc płacę. Zaciskając zęby płacę. I prawie nic z tego nie ma. Na porządną opiekę zdrowotną mam poczekać jeszcze długo, bo nie ma pieniędzy. Kryzys permanentny. Nie mam co liczyć na przyzwoite drogi. Nie ma co liczyć na przyzwoite emerytury. Ogólnie nie mam co wymagać, bo za mało płacę. Jak coś mi jest bardzo potrzebne to przecież mogę zapłacić prywatnie. Z tego co mi zostało po opłaceniu tych wszystkich podatków. Jeśli tak jest to, dlaczego jest takie zdziwienie wśród rządzących, gdy zastanawiam się głośno na co idą moje pieniądze.

Jeśli widzę wyzyskiwanie to nazywam to wyzyskiwaniem. I nic na to nie poradzę. A czuję się tak jakby mnie ktoś wykorzystywał. Ja mam się przed państwem, przed jego urzędnikami wyliczyć co do złotówki z tego co zarobiłem. Mam obowiązek płacić podatki prawie od każdej życiowej czynności. A jak tylko coś chcę od państwa, to od razu staję się nieodpowiedzialnym obywatelem co to nie rozumie, że sytuacja budżetowa jest trudna. To jest sytuacja trudna, zgadza się, ale do zaakceptowania. Podatki powinny być w gruncie rzeczy dobrowolnymi opłatami za usługi ze strony struktur państwowych. Jeśli nie ma usług to nie mam podatków. I odwrotnie. Czy nie byłoby uczciwiej gdyby opłaty państwowe nie były ze sobą powiązane i gdybyśmy mogli zrezygnować z płacenia na to, z czego nie korzystamy. Bo nikt nie lubi płacić tak tylko dla samego płacenia.

dziennik pesymistyczny

Postawić pięć pomników

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

 

Od razu przepraszam szanownych Czytelników, że ja znów o tym samym. Ale co zrobić, jeśli samo życie przynosi mi ciągłe powody do reagowania na ten przedpałacowy absurd. – Nie chcem, ale muszem – jak mawiał klasyk. Dzisiejszy dzień przyniósł informacje o tym, że dzielni ludzie z kancelarii naszego nowiutkiego prezydenta pozwolili sobie na wmurowanie w ścianę pałacu tablicy upamiętniającej ofiary wypadku lotniczego pod smoleńskim. – Nie mam złudzeń, że tych fanatyków, którzy się nazywają bluźnierczo obrońcami krzyża, cokolwiek zaspokoi poza pomnikiem wielkości kolumny Zygmunta na cześć Lecha Kaczyńskiego – zauważył także dziś bardzo trafnie poseł Stefan Niesiołowski. Ja też jestem tego zdania co pan poseł. Chyba mamy tam do czynienia z takimi ludźmi których nic nie zadowoli. Mam wrażenie, że nie ma takiej formy w sztuce czy w budownictwie, która mogłaby zaspokoić żądania protestujących pod pałacem. Ale może spróbujmy coś zaproponować dla osiągnięcia zgody narodowej.

To nie może być jakaś tablica jak już ustaliliśmy. To musi być coś co odpowiada żywotnym potrzebom całego społeczeństwa. Albo przynajmniej podobać się będzie temu tłumkowi sprzed pałacu. To powinien być monument na skalę naszych WielkoPolskich możliwości. Powinno to być coś tak potwornie ogromnego, żeby aż dech zapierało odszczepieńcom od wiary. I do tego – jak przystało na polskokatolicką modę coś tak gigantycznego – żeby natychmiast otworzyło oczy niedowiarkom. Żeby Polak i katolik w jednym, stając przed tym czymś wielkim i pokazującym w kamieniu, stali oraz betonie, zaklętą miłość do byłego prezydenta mógł śmiało powiedzieć z nieukrywaną dumą: patrzcie, to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo!

Może zbudujmy coś takiego co by przypominało rozmiarami na przykład pomnik Jezusa Chrystusa Zbawiciela w Rio de Janeiro? Statua tamta mierzy trzydzieści metrów wysokości i jest postawiona na siedmiometrowym cokole nie licząc góry na której się znajduje. To jest coś! – Tablica jest zdawkowa, na odczepkę. Powinien być pomnik, albo pięć pomników. Musimy godnie upamiętnić największą tragedię w historii – mówił w rozmowie z tvn24.pl jeden z obrońców krzyża. Ano właśnie! Dokładnie! Bo właściwie, czemu nie? Idźmy na całość. A może pomysł z pięcioma takimi pomnikami w jednym miejscu jest jeszcze lepszy niż mój skromny z jednym? Można wyburzyć starówkę, pałac prezydencki, pomnik księcia Poniatowskiego i połowę Krakowskiego Przedmieścia a w to miejsce postawić pięć pomników. I nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to będzie monument społeczny, w oparciu o przekonania prawdziwych polaków – obrońców wiary i krzyża – i to przecież nie będzie ich ostatnie słowo. Bo przecież: – Vox populi, vox dei – jak raczył się wyrazić jeden z protestujących w starożytnym języku.

A może kopiec usypać? Bo te pomniki nie powinny chyba tak na wysokości gruntu stanąć? Za mało godnie. A i Warszawa nie ma jeszcze kopca ku pamięci więc jest okazja do nadrobienia zaległości. Czynem całego narodu… lub bardziej tych co tak dzielnie bronią się pod krzyżem przed inwazją satanistów. Usypałoby się wielgachną górę. A na jej szczycie postawiło pomnik! Nie, pięć pomników! – Tablica sprawy nie załatwia. – Musi być pomnik. Musi być zachowana godność – stwierdził obrońca krzyża w rozmowie z dziennikarzami. Myślę, że przy zachowaniu takich proporcji powinno już być wystarczająco godnie. Więc może zaprzestać budowy stadionu narodowego bo i tak nie bardzo można liczyć na sukcesy polskich piłkarzy. I całe siły i środki skierować na realizację nowego projektu. Tak wiem, może niepotrzebnie się naśmiewam z tych fanatyków. Może taka ironia jest nie na miejscu. Ale jak mam reagować na to co się tam dzieje? Tylko to mi pozostało. To moje pisanie. Więc jak już mówiłem. Przepraszam szanownych czytelników za to, że nie chcem ale czasem muszem.  

dziennik pesymistyczny

Jezus przed pałacem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Zawsze bardzo denerwowali mnie ludzie, którzy uważają, że to właśnie oni wiedzą najlepiej co dla mnie jest lepsze. Już od wczesnej młodości boję się tych co to nie tyle trwają pod krzyżem, ale stanowi on dla nich znak pod którym mają iść na nową krucjatę. Wpadam w panikę na widok tych co uważają, że ich recepta na życie jest równie dobra także dla mnie. Zawsze czułem się nieswojo w towarzystwie tych co to uważali, że jak jestem Polakiem, to krzyż jest do mnie przypisany już na wieki wieków i do tego jeszcze amen. Nie rozumiałem i bałem się tych, co na siłę starają się wcisnąć mnie w ramy katolickiej narodowej tradycji. Czuję niepokój na widok ekstremistów, nawołujących Polaków do narodowego przebudzenia w imię obrony – ich zdaniem zagrożeń – katolickiej wiary. A wszystko to dlatego, że widzę jak daleki jest ten walczący i radykalny „ katolicyzm” od podstawowych zasad przyświecających chrześcijaństwu. Nie trzeba być teologiem aby wiedzieć, że to wiara z założenia odwołująca się do miłości i przebaczenia. Więc dlaczego tyle jest w tych ludziach stojących pod krzyżem nienawiści i pogardy dla tych, którzy myślą inaczej niż oni? Czy nikt z nich nie pamięta, że ten, dla kogo ten symbol tak adorują, mówił o nadstawianiu drugiego policzka? Czy to nie ich Bóg mówił: jeśli cię ktoś uderzy w prawy policzek, nadstaw mu i drugi? Mam nieodparte wrażenie, że dla tych w Warszawie pod pałacem prezydenckim, już dawno przestała być ważna obrona krzyża jako symbolu rzymsko – katolickiej wiary. Tam broni się już tylko ostatniego widocznego dla wszystkich – to jest dla mediów przede wszystkim – symbolu obrażenia się na polityczną rzeczywistość.

Mój strach wynika z tego że moje państwo przestało być świeckie. Nie mam wyboru. Urodziłem się w Polsce i już w chwili narodzin stałem się jej obywatelem. Mówię po polsku. Piszę po polsku. Moja rodzina mieszka tu od zawsze więc jestem Polakiem. I choć moi dziadkowie nazwaliby mnie rodzinną czarną owcą, to nic na to nie poradzę, że w sprawie wiary chcę iść trochę inną drogą niż moi rodzice. Nie przyjmuję tak jak oni bezkrytycznie tego, co do mnie mówi zinstytucjonalizowany kościół. Więc nie mogę nazwać się najlepszym synem rzymsko – katolickiej Polski. Ale szanuję i rozumiem potrzebę dla jakiej tak wielu chce bezkrytycznie wierzyć. Jednak jak już przyszło mi żyć w Polsce, to chciałbym zgodnie z zasadami konstytucji, aby nikt nie zmuszał mnie do oglądania takich scen jak te spod pałacu prezydenckiego. Fakt, mogę zamknąć oczy i udawać że tego po prostu nie ma. Że to mnie nie dotyczy. Ale przecież ten problem nie zniknie. A ja boję się, że to dopiero początek. Że nieodpowiedzialni naprawiacze naszego państwa nie poprzestaną na pozostawieniu krzyża. Oni będą mnie każdego dnia pytać po czyjej ja jestem stronie. W co wierzę. Jak wierzę. I to właśnie napełnia mnie strachem, bo nie chcę na te pytania opowiadać. Nie chcę zajmować stanowiska. Bo nie po to płacę podatki na – gwarantujące mi teoretycznie laickość państwo – żebym teraz musiał się zastanawiać po czyjej ja jestem stronie. Bo ja sam jeszcze nie wiem.

I nie chcę się nad tym zastanawiać, gdy pod moim oknem zacznie się demonstracja w intencji postawienia kolejnego krzyża na trawniku przed moją kamienicą. Nie chcę myśleć po czyjej stronie się opowiedzieć, gdy z balkonu zobaczę ludzi o zaciętych twarzach z pochodniami. Bo nie po to mam państwo które mi gwarantuje swobodę w sprawach wiary, bym musiał się nad tym zastanawiać oglądając w telewizji tłum obrońców krzyża. Sprawy wiary są dla mnie za bardzo osobiste abym miał o nich rozmawiać na ulicy. Ja wiem, że kościół rzymsko – katolicki to kółko dyskusyjne. Tam gdzie nie słyszę poparcia od kleru, tam nie uważam, że coś dzieje się zgodnie z zasadami tej wiary. Pod pałacem prezydenckim nie ma księży więc czy nadal broni się tam zasad wiary czy tylko bałwochwalczego totemu – symbolu niespełnionych ambicji politycznych. Czy mamy do czynienia z herezją? – Jak wyglądałby Jezus gdyby żył w naszych czasach – przypomniały mi się słowa piosenki. – Czy chodziłby w sandałach, czy raczej w adidasach. Nie wiem, co by zrobił Jezus. Czy protestowałby pod pałacem z tymi co bronią krzyża, czy z tymi co są mu przeciwni. Nie wiem. Ale w tej piosence były też takie słowa: A co zrobisz, gdy rozkaz zabrzmi groźnie. Czy będziesz protestował czy podawał gwoździe?

dziennik pesymistyczny

Moja ulica to nie parking dla TIRów

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 132

Niewątpliwie ciężkie jest życie kierowcy wielkiej ciężarówki. Trudno temu zaprzeczyć. Takie życie i taka praca nie jest łatwa. Jest też wiele innych zawodów równie ciężkich i wiele wymagających od tych, którzy je wykonują. I za to tym ludziom należy się szacunek. Ja nie jestem kierowcą wielkiej ciężarówki, ale prawie codziennie uczestniczę w tym ich trudzie. Biernie, ale zawsze. Wstaję przecież tak wcześnie jak oni. A i nocy nie ma, aby nie obudził mnie odgłos parkowania wielkiego auta. Jestem jak stróż w wielkiej bazie samochodowej. A przecież jedyną moją winą jest to, że w swej naiwności postanowiłem zamieszkać przy cichej uliczce, a nie przy głównej trasie komunikacyjnej miasta. Powiecie, że dobrze postąpiłem bo przecież gdy mieszkałbym przy ulicy o dużym natężeniu ruchu nie miałbym łatwego życia przez huk jaki wywołują przejeżdżające TIRy. Ale ja przy mojej małej osiedlowej uliczce też nie mam łatwo i przyjemnie. Spytacie dlaczego tak wcześnie wstaję? Dlaczego trzecia nad ranem jest początkiem mojego dnia? A dlatego, że na tej mojej uliczce, gdzie w nocy nie ma wielkiego ruchu, parkują ciężarówki. Gdy tylko świta pan kierowca wsiada do swojego potwora na osiemnastu kołach, odpala silnik i … potem ja się budzę ze snu wysłuchując ryku silników przez piętnaście minut. Dlaczego? Bo takiego potwora drogowego nie da się ruszyć z miejsca tak jak osobówki zaraz po przekręceniu kluczyków w stacyjce. Potem następuje kilka ogłuszających warknięć i wielki TIR przy akompaniamencie pisków i skrzypnięć wyrusza w kolejną podróż. I tak jest co rano.

W nocy też nie jest spokojnie. Od dwudziestej drugiej następuje wieki zlot pojazdów wielotonowych. Przykład z wczoraj. Położyłem się wcześniej bo poranek w pracy zapowiadał się ciężki. Chciałem wypocząć. Ale gdzie tam! Tuż przed północą wielka ciężarówka rozpoczęła kilkuminutowe parkowanie na mojej ulicy. Na początku rundka honorowa pod moimi oknami bo przecież trzeba oznajmić wszystkim mieszkańcom kamienicy że już się przybyło. Potem parkowanie. Cofanie. Jazda do przodu. Znów cofanie. Znów kilka manewrów. Przecież uliczka wąska i niełatwo zaparkować takim kolosem. Jeszcze tylko głośne klapnięcie drzwiczkami od ciężarówki dla pewności obudzenia tych, co to mieli tak mocny sen, że do tej pory nie zerwali się z łóżek, i już może pan kierowca iść na zasłużony odpoczynek. Tej nocy zjawił się jeszcze jeden TIR i wszystko powtórzyło się ze straszliwym podobieństwem. Oczywiście nad ranem zaczął się rytuał z odjazdem, który opisałem na wstępie. Jak tak leżałem nie mogąc usnąć po tym koncercie na siniki wysokoprężne, przypomniał mi się taki cytat z pewnego polskiego filmu, który dość idealnie pasuje do mojej sytuacji. No prawie idealnie pasuje, bo nie jestem nauczycielem jak ten bohater filmu, ale poza tym przeżywam tak jak i on podobne poranne katusze. Brzmiało to mniej a może więcej tak: Czy panowie muszą tak napierdalać od bladego świtu?! Że nie podbijam karty na zakładzie o siódmej rano, to już w waszym robolskim mniemaniu muszę być nierobem?! Już możecie inteligentowi jebać po uszach od brzasku! Żeby se czasem kałamarz nie pospał godzinkę dłużej kapkę od was, skoro zasnął dopiero nad ranem! I żeby się kompletnie spalił w blokach już na starcie! Grunt, że, kurwa, inteligent załatwiony na dzień cały! Może mocny to cytat ale oddaje moje poranne uczucia jakie żywię do kierowców ciężarówek po tym, jak mnie budzą co rano o świcie. Ja wszystko rozumiem. Ale są pewne granice współżycia społecznego.

Na koniec jeszcze jedna uwaga. Jest takie powiedzenie, że pod latarnią jest najciemniej. W tym przypadku sprawdza się to bardzo dobrze. Moja uliczka, która co noc zamienia się w parking samochodów ciężarowych przylega do terenów zielonych, za którymi znajduje się komenda policji państwowej. Tysiące policjantów pracuje tam za dnia i wielu też z w nocy, ale jakoś tak nikt z nich nigdy nie zauważył parkujących w odległości kilkuset metrów od ich płotu ciężarówek. Jakby dla ludzi w mundurach były niewidoczne. A może po prostu nie wiedzą, że takie parkowanie pojazdów wielotonowych w mieście jest wykroczeniem? Więc poszukałem i znalazłem. Szanowni panowie policjanci artykuł czterdziesty dziewiąty, punkt drugi, podpunkt piąty Kodeksu Drogowego mówi wyraźnie, że zabrania się postoju (…) na obszarze zabudowanym, pojazdu lub zespołu pojazdów o dopuszczalnej masie całkowitej przekraczającej szesnaście ton lub o długości przekraczającej dwanaście metrów, poza wyznaczonymi w tym celu parkingami. A moja osiedlowa uliczka, leżąca kilkaset metrów od siedziby policji nie jest parkingiem.