dziennik pesymistyczny

Prawi i sprawiedliwi

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 6

Ach te emocje. Aż trudno uwierzyć ile się wydarzyło w nowym odcinku telenoweli – o zabarwieniu bardzo politycznym – emitowanym codziennie w naszej telewizji i to na wszystkich kanałach. Aż trudno dać wiarę jakie emocje może wywołać każdy nowy dzień. Każdy nowy odcinek przynosi coś nowego. Tyle się może zmienić. Tyle zwrotów akcji. Tyle zaskoczeń. Niespodzianek. Co do obsady to można mieć sporo zastrzeżeń ale na pewno nie można powiedzieć, że brakuje w tym serialu postaci charakterystycznych. Scenariusz też raczej jest pisany z odcinka na odcinek i wiele w nim przypadkowości, ale może to właśnie jest siłą tego niekończącego się telewizyjnego tasiemca. Prawda, zapomniałem napisać jaki ma tytuł to dzieło którego nie powstydziłaby się nawet pani Łebkowska. Ta wspaniała telenowela nosi tytuł: Prawi i Sprawiedliwi. I codziennie jej oglądanie przynosi mi tak wiele różnorodnych emocji od uśmiechu doprowadzającego do mnie łez aż po wściekłość przerywaną nerwowym chichotem. Dość powiedzieć że dobrze się bawię oglądają to co wyprawiają aktorzy – politycy w swojej walce o glosy w przyszłych wyborców. W ostatnich odcinkach ta pani co wychwalała seniora rodu prawych i sprawiedliwych nagle okazała się być córą wyrodna i popadła w niełaskę. A jeszcze nie tak dawno tak pięknie mówiła o przywódcy klanu: – Muszę przyznać, że Jarosław to przystojny mężczyzna o szlachetnych rysach twarzy. Im robi się starszy, tym te rysy stają się szlachetniejsze. A teraz proszę. Przez złe podszepty tych co stoją bliżej wielkiego wodza rozstała skazana na wygnanie. Udała się nawet na spotkanie z wielkim przywódcą ale i to nic nie pomogło. Ojciec prawy i sprawiedliwy nie okazał łaski.

– Jarosław ma mocne, jasne spojrzenie. Bardzo dobrze wychodzi na zdjęciach – zachwycała się jeszcze nie tak dawno ta która teraz została zawieszona w prawach członka rodziny prawych i sprawiedliwych. I dzięki tej mocy i bystrości spojrzenia zapewne dostrzegł wódz, że choć była ona wierna to jednak nie dość wierna i nie dość lojalna. Jest też w tej telenoweli miejsce dla wyrodnego syna. On też stal murem do niedawna za przywódcą rodu ale gdy okazało się, że pisał listy w których nie dość że już nie wychwalał wodza jak zawsze to czynił to jeszcze go niegodnie krytykował. A wódz – choć małomówny ostatnio – to nie toleruje jak ktoś okaże się nielojalny. I tym razem wódz nie musiał nic mówić. Ma on przecież odpowiednich ludzi w swym klanie prawych i sprawiedliwych którzy odszczepieńca i niegodziwca napiętnują odpowiednim słowem. Wielka rada politycznej rodziny wydała oświadczenie, że zachowanie Marka – tego co się krytykować ośmielił – wskazywało wyraźnie, że jego priorytetem jest działalność na rzecz własnej kariery, a nie dobro prawych i sprawiedliwych. A przecież podstawowym celem działań prawych i sprawiedliwych nie może być własny interes i popularność, zwłaszcza kiedy odbywa się to kosztem całej formacji – napisano. No i skończyła się łaska wielkiego smutnego przywódcy. I teraz dołączył Marek do znacznej i szybko rozrastającej się grupy tych co już są za burtą wielkiej łodzi płynącej do celu jakim jest władza nad naszą ojczyzną.

Ostatnio lojalność to najważniejsze ze słów u prawych i sprawiedliwych. Wódz raczył się nawet wypowiedzieć w tej sprawie: – Osoby z naszej partii zajmujące eksponowane stanowiska muszą wybrać lojalność lub pójść własną drogą. I jak widać kilku tak zrobiło ale nie wszyscy z własnej woli. Jest kilku takich co nie chcieli… ale musieli odejść. A być lojalnym się opłaca. Z dzisiejszego odcinka można się dowiedzieć, że podobno wszyscy ambasadorowie naszego kraju otrzymali pismo od prezesa rodziny prawych i sprawiedliwych, że w sprawach zagranicznych jego klan będzie reprezentowała pewna pani Anna. To dopiero wyróżnienie i nagroda za wierność. Opłaca się być lojalnym. Ta wielka walka o wierność i brak krytyki wodza u prawych i sprawiedliwych przypomniało mi pewne zdanie z książki Orwella: – Nikt nie będzie odczuwał lojalności wobec nikogo i niczego oprócz Partii. Nie będzie kochał nikogo oprócz Wielkiego Brata. A u prawych i sprawiedliwych tak chyba właśnie jest. Ciekawe co będzie w jutrzejszym odcinku.

dziennik pesymistyczny

Tajemnice państwa wewnętrznego

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Czasem mam uczucie, że choć jestem obywatelem mojego państwa, to ma ono przede mną wiele tajemnic, do których urzędniczym zakazem – wydanym w imię mojego oczywiście dobra – nie jestem dopuszczony, bo pewnie nie jestem godzien o nich wiedzieć. Z pewnością w myśl zasady, o której śpiewał Wojciech Młynarski:, po co babcię denerwować, niech się babcia cieszy’ ja, żyjąc w nieświadomości i w niedoinformowaniu powinienem się cieszyć a jednak odczuwam dyskomfort. Bo ja tak naprawdę nie wiem, co się w tym kraju dzieje. Bo wszyscy funkcjonariusze i urzędnicy państwowi, co chwilę mi powtarzają: – obywatelu spokojnie, to, czego nie wiesz jest tajemnicą ściśle tajną dla twojego dobra. Słyszę wkoło zapewnienia polityków, dla których państwo jest pracodawcą, abym się nie denerwował i nie dopytywał, bo są przecież odpowiedni ludzie w odpowiednich instytucjach i oni to, co mnie trapi wyjaśnią. A jak już wszystko będzie jasne to może się dowiem lub nie dowiem w zależności, co tam będzie ustalone. Bo wyższa racja stanu oraz interes państwowy wymaga żeby obywatel – taki jak ja – korzystający w pełni praw obywatelskich jednak nie wszystko zwiedzał.

 

Agencja Associated Press – powołując się na raport inspektora generalnego amerykańskiej centralnej agencji wywiadowczej oraz anonimowe źródła w amerykańskim wywiadzie – podała, że w tajnym więzieniu CIA w Polsce torturowano osobę podejrzewaną o terroryzm. Nad więźniem miał się znęcać funkcjonariusz amerykańskiej agencji wywiadowczej.  A u nas oczywiście nikt nic nie wie. To znaczy, niby wszyscy coś wiedzą, ale nikt nie przyzna się, że więzienia i tortury w Polsce były. Ani też nikt nie zaprzeczy, że ich nie było. – Poczekajmy na wyjaśnienia prokuratury – mówią posłowie od lewa do prawa oraz ci z centrum. No ileż można czekać? Ja wiem, że u nas sądy to nie jest najszybsza instytucja – ale bez przesady. Prawie pięć lat!  Oczywiście nie wiadomo czy oni tam coś w tych organach sprawiedliwości robili w tej sprawie, bo przecież to tajne przez poufne. I taki szarak ja dostałby pewnie zawału jakby się dowiedział, co tam nowego w śledztwie. A tak, jest niejawne i już. I po sprawie. Zawsze można przecież powiedzieć, ze śledztwo trwa. Można też oczywiście jak się jest opłacanym przez państwo politykiem przyjąć zachowawczą i bezpieczną postawę w stylu: – Nie wierzę, żeby na polskiej ziemi kogoś torturowano lub: – Nie zetknąłem się z taką informacją, że takie tortury miały w Polsce miejsce. Tak na wszelki wypadek trzeba tak mówić, bo przecież ci nieodpowiedzialni Amerykanie gotowi jeszcze przedstawić jakiś dowód i wyjdzie się na takiego, że polityk wiedział a nie powiedział. 

 

Mam wrażenie, że w Polsce jak u Orwella w książce 1984. Istnieje partia wewnętrzna. Na zewnątrz jesteśmy my szaraki, zwyczajni obywatele, a tylko funkcjonariusze partii czy może państwa wewnętrznego mają dostęp do prawdziwych tajemnic. A tych poza kręgiem władzy się nie informuje, bo my jesteśmy jak dzieci, którym nie mówi się prawdy w imię ich dobra. Bo jakbyśmy znali prawdę to nie dość żebyśmy się strasznie zdenerwowali, to jeszcze może wygadalibyśmy komuś obcemu?  U Orwella do partii wewnętrznej należały osoby na wyższych stanowiskach. I u nas jest identycznie. Moim zdaniem obecny system prawny nosi bardzo wiele cech państwa totalitarnego. Są rozbudowane normy prawne dotyczące zakazu rozpowszechniania informacji niejawnych. Prawie nie ma jednak norm odnoszących się do trybu udostępniania takich informacji. I dlatego ja nic nie wiem. Nie wiem nawet czy to, co mi powiedzą politycy będzie prawdą.  – Nie mam żadnej informacji, by w Polsce Amerykanie torturowali więźniów – mówił były prezydent Kwaśniewski. Choć nawet on nie mówi wprost: absolutnie zaprzeczam.- Nie namówicie mnie bym o tym mówił. Sprawę bada prokuratura – tak informację o torturowaniu więźnia skomentował premier Tusk. Czyli znów jest ktoś, kto bada, ale czy naprawdę bada nie wiadomo, bo to tajne. Słyszałem też opinie, że nie powinno się o tym mówić głośno i powszechnie, bo terroryści się na nas zemszczą. Pewnie nawet by nie wiedzieli gdzie leży Polska gdyby nie przymusowe wizyty w Polsce więźniów CIA. O przepraszam, domniemane wizyty, bo przecież tylko Amerykanie wiedzą, że tu byli i torturowali więźniów. Funkcjonariusze mojego własnego państwa na razie dogłębnie tę sprawę wyjaśniają.  W drodze tajnego śledztwa ustalą czy Amerykanie tu byli czy ich może nie było. Chyba, że ustalą, że nie jestem godzeń takiej wiedzy, bo jestem tylko zwykłym obywatelem a nie funkcjonariuszem państwa wewnętrznego.

dziennik pesymistyczny

Tea time po polsku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Pamiętacie taki obraźliwy dla Polaków dowcip popularny w Niemczech: przyjedźcie do Polski wasz samochód już tam jest. W drodze rewanżu można teraz powiedzieć dowcipnisiom z zachodu: przyjeżdżajcie do Polski – fabryka, w której dotychczas pracowaliście teraz jest u nas. Prawie dwa lata temu premier naszego rządu prezentował Powrotnik, czyli porady dla emigrantów powracających do kraju. Pamiętam jak rozmawiałem wtedy z moim kolegą mieszkającym na stałe w Wielkiej Brytanii – który wyjechał tam w poszukiwaniu lepszego życia – o tym, że plan jest tylko planem, bo nic nie jest w stanie przekonać Polaków do powrotu na ojczyzny łono. – Jak już wyjechali i znaleźli pracę za granicą to już nie wrócą – przekonywał mnie. I miał słuszność. Niewielu było takich, wśród licznych moich znajomych, którzy osiedlili się za naszymi granicami, i których cokolwiek pchnęłoby do powrotu. – Wrócą Ci tylko, którzy nie znając języka nie znaleźli na zachodzie zatrudnienia i nie potrafią się odnaleźć w rzeczywistości panującej w Anglii czy Irlandii – słyszałem wielokrotnie on moich przyjaciół emigrantów. – Nie przyjechałem do Londynu kogokolwiek namawiać, żeby wrócił, czy został – mówił podczas swojej wizyty w Londynie dwa lata temu premier Donald Tusk. – Żyjemy w wolnej Europie. Polska i Wielka Brytania to wolny kraj. Będę spotykał się z wolnymi ludźmi, którzy sami podejmują wybory życiowe. I tak właśnie się stało. Wrócili nieliczni, bo wybrali wolności i stabilizację ekonomiczną. Ale chyba nikt, ani premier ani moi przyjaciele mieszkający za granicą nie przewidzieli jednego, że do powrotu mogą ich zmotywować lub nawet zmusić ekonomiczne wyliczenia brytyjskiego pracodawcy, który zdecyduje się przenieść produkcję swojej fabryki z Anglii do Polski.  To oczywiście tylko takie pojedyncze przypadki, ale wskazują jak wielka jest przepaść między kosztami produkcji u nas, a tymi na Wyspach Brytyjskich.

 

W dzisiejszych wiadomościach telewizyjnych usłyszałem, że związkowcy z angielskiej fabryki herbaty protestują przeciw planom przeniesienia części produkcji ich przedsiębiorstwa do Polski. – Mamy w pracy polskich kolegów, oni też nie chcą wracać do swojego kraju – denerwują się brytyjscy pracownicy. A nie jest to jakoś nikomu nieznana firma, lecz legendarny brytyjski producent herbaty – Twinings of London, – który produkuje herbatę na wyspach od ponad trzystu lat. Każdych, kto choć raz był w Wielkiej Brytanii wie, że to nie jest taki kraj jak nasz. Że jest tam zupełnie inaczej. Że nawet chodniki są tam inne. Więc nie dziwię się, że ci polscy koledzy z pracy brytyjskich związkowców, niespecjalnie są zainteresowani powrotem do ojczyzny. Pomijając już nawet zarobki, to standard życia robotnika tam i u nas w kraju, to dwie całkowicie inne sprawy. Słuchając o tym wydarzeniu doznawałem ambiwalentnych uczuć. Z jednej strony to przecież dobrze, że do Polski trafi obcy kapitał. Ale źle dla załogi producenta herbaty, bo ta ekonomiczna kalkulacja brytyjskiego pracodawcy oczywiście będzie się wiązać ze zwolnieniami pracowników brytyjskich. Z jednej strony popołudniowa herbata podawana około godziny siedemnastej to brytyjska tradycja, którą celebruje się codziennie w domach czy herbaciarniach. To miło, że tak znana marka herbaty będzie teraz produkowana w Polsce. Może teraz i my będziemy wzorem Anglików robić sobie przerwę na tea time?

 

Część brytyjskiej załogi dostała od swojego pracodawcy ofertę wyjazdu do Polski w celu szkolenia polskich pracowników w procesie produkcji herbaty. Czy to początek wielkiej fali emigracji Anglików, którzy podążając za swoją firmą przeniosą się do Polski? Taka wymiana mieszkańców Wielkiej Brytanii na Polaków. My przez całe lata jechaliśmy do nich za pracą, teraz oni przyjadą do nas, bo tu są ich firmy. Ciekawe jak jedna decyzja podyktowana chęcią zwiększenia zysków firmy może zmienić losy setek pracowników. Oczywiście taka pojedyncza decyzja podyktowana chciwością pracodawcy niewiele zmieni. Ale pokazuje jak bardzo jesteśmy uzależnieni od właścicieli fabryk, firm czy przedsiębiorstw. Słyszałem, ze Polacy to najbardziej mobilny naród w Europie. Możliwe, ale nikt, albo może nieliczni wyjechali z Polski z własnej nieprzymuszonej ekonomicznymi względami woli. Czasem czuje się, ze współczesny europejski robotnik jest jak dodatek do maszyn, które można stawiać jak pionki na szachownicy w wielkiej grze o największą zyskowność. A co do Poradnika dla powracających, o którym pisałem na początku. Może teraz czas pomyśleć o poradniku dla tych, co przyjadą do nas podążając w ślad za swą firmą.

 

dziennik pesymistyczny

Urzędnicza szczerość po zwolnieniu z pracy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 11

Taki zwyczajny, szary obywatel jak ja, dowiaduje się pikantnych szczegółów z pracy urzędu dopiero wtedy, gdy jakiś urzędnik wyleci z pracy. Po takim akcie wojny na szczytach władzy – biurokrata najczęściej się obraża na jawną niesprawiedliwość, co do swojej osoby – po czym zaczyna opowiadać o tym, czego był świadkiem podczas swojej pracy dla magistratu. Można dojść do wniosku, że to nawet dobrze, że od czasu do czasu jakiś człowiek zza burka zostanie zwolniony z pracy, bo dzięki takim działaniom zwykły obywatel miasta ma większą szansę dowiedzieć się szczegółów na temat działania aparatu administracji lokalnej. Tym, który tym razem pożegnał się ze stanowiskiem był komendant straży miejskiej. Jak można się było tego spodziewać, natychmiast po zwolnieniu ze stanowiska, poczuł ogromną potrzebę podzielenia się z dziennikarzami oraz z wszystkimi, którzy chcieli go słuchać, szczegółami na temat tego, co jego zdaniem źle się działo, podczas gdy on piastował magistrackie stanowisko. Ciekawe, że nigdy taka refleksja nie przychodzi do urzędnika jak jest on na stanowisku, ale prawie zawsze jak je opuszcza w sposób przyspieszony i nie w drodze awansu, a wprost przeciwnie.

 

Prawie dokładnie rok temu opisywałem na tym blogu, jak to strażnicy miejscy pilnowali na prośbę księdza biskupa porządku podczas pielgrzymki na Jasną Górę. A dziś dowiaduję się, że jednym z zarzutów, jakie stawia były komendant straży miejskiej prezydentowi mojego grodu jest to, że ten wykorzystywał religię do celów politycznych. Oczywiście nie miałem przekonania, że moja pisanina cokolwiek zmieni w mentalności miejskich urzędników, ale nie tylko ja o tym pisałem. Pisały też o tej sprawie lokalne media, więc było o tym naprawdę głośno. I co? I nic. Minął rok i były urzędnik twierdzi, że dwa razy z rzędu samochód służbowy straży miejskiej był wykorzystywany w pielgrzymkach. Podobno – według słów byłego komendanta – dla umotywowania potrzeby wysłania radiowozów na pielgrzymkę zamiast do patrolowania ulic prezydent podpierał się pismami od biskupów. Strażnicy szli w pielgrzymce, będąc na urlopach, a samochodu używali między innymi do przewożenia bagaży pielgrzymów. – Faktycznie, była prośba kurii, by wesprzeć pielgrzymkę, i wypożyczyliśmy samochód nieodpłatnie. Paliwo zaś organizatorzy sami zabezpieczali – tłumaczy sekretarz miasta i chyba nie widzi problemu. A problem jest, bo nie po to za publiczne pieniądze został zakupiony samochód dla strażników, aby uczestniczył on w imprezach religijnych i to poza granicami miasta.

 

Radiowóz straży miejskiej ma zdecydowanie służyć do zapewnienia bezpieczeństwa mieszkańcom mojego miasta oraz powinien wspierać strażników w pełnieniu ich obowiązków. Nie jest on dyspozycyjnym pojazdem prezydenta i nie może być on wysyłany wszędzie tam, gdzie zaistnieje potrzeba zapewnienia transportu bagaży pielgrzymów. Straż miejska to nie wypożyczalnia samochodów. Po pierwsze nie powinno być ze strony kurii biskupiej takiej prośby o użyczenie samochodu służbowego strażników oraz nie powinno być na to zgody ze strony prezydenta miasta. Ekskomendant podał też inne przykłady wykorzystywania radiowozów do celów poza patrolowych. Podobno strażnicy jeździli na pogrzeby rodzin urzędników miejskich, nosili znicze i kwiaty. Proszę, jaka miejska nieodpłatna taksówka. Jakie to szczęście, że od czasu do czasu, ktoś kogoś w magistracie zwolni z pracy, bo przecież nigdy byśmy się nie dowiedzieli, że prezydent umarzał mandaty wydane przez strażników, choć nie było uchwały rady miejskiej. W lokalnym dodatku do Gazety Wyborczej można przeczytać o kolejnych zarzutach byłego komendanta wobec prezydenta miasta. Eksdowódca straży miejskiej skarżył się też, że nie słuchał go kierowca prezydenta. Z tego, co można wyczytać w GW, szofer prezydenta zatrzymał samochód w miejscu niedozwolonym, komendant miał go upomnieć, ale ten nie reagował. Do działania, czyli zmiany miejsca parkowania zmusił kierowcę dopiero telefon do wysokiego funkcjonariusza prawa i sprawiedliwości.

Jak się to czyta to ma się wrażenie, że są to zapiski z funkcjonowania prywatnej firmy, gdzie zły dyrektor prześladował podwładnego zmuszając go do wykonywania prac, które nie leżały w jego kompetencjach. Ale to nie prywatne przedsiębiorstwo, to urząd miejski! Czy normalne jest by samochód straży miejskiej był nieodpłatnie udostępniany do transportu bagaży? Czy to tylko przypadek, że prezydent unieważniał mandaty wydawane przez strażników? Odnoszę wrażenie, że jakby jeszcze zwolnić paru urzędników to ujawniliby oni jeszcze więcej pikantnych szczegółów z życia magistratu. Bo jak są na stanowiskach to nie mają jakoś ochoty to mówienia o tym, co widzą złego wokół siebie. To zwolnienie z pracy pcha ich najczęściej do szczerości.

dziennik pesymistyczny

Hitlerem w uczucia jak palcem w oko

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Co kilka miesięcy media obiega informacja o tym, że ktoś – najczęściej jest to lokalny polityk – poczuł się obrażony tak wielce, że nie miał innego wyjścia jak tylko złożyć doniesienie do prokuratury. Jego czyn doniesienia do organów sprawiedliwości wynikał z tego, że w jego subiektywnym rozumieniu sztuki, został on właśnie tą sztuką tak do żywego obrażony, że już nic go nie mogło powstrzymać od zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa obrażania uczuć religijnych. Pomijam to, że ilu jest Polaków tylu jest interpretatorów wiary katolickiej, więc powoływanie się na obrazę uczuć religijnych w naszym katolickim kraju powinno być powszechne. Bo jeśli każdy Polak i katolik co innego myśli na temat zakazanych przez kościół rozwodów oraz środków antykoncepcyjnych, to przecież każdy może się też inaczej obrażać, gdy przyjdzie mu obcować ze sztuką która zapożycza symbole religijne. Bardzo często jest jednak tak, że ten pojedynczy człowiek tak do żywego uczuciowo i religijnie obrażany, powołuje się na to, że to co widział na ulicy jest nie do wytrzymania nie dla niego jako jednostki, ale dla ogółu wierzących. Tak jakby miał jakieś nadludzkie przekonanie, że jak on jest obrażony, to inni współwyznawcy też. Ale nie obraża się i nie donosi na kolegę gdy ten głośno – czyli jak najbardziej publicznie – informuje, że ma gdzieś zakazy kościoła i tak na prawdę to on tych księży… przyjmijmy, że wysłałby na księżyc.

Jest coś w tym dziwnego, że jak manifestujemy swoją niechęć do kościoła czy wiary nie używając do tego sztuki, muzyki, teatru czy innej graficznej symboliki a używamy słów wypowiadanych publicznie – czyli na przykład między znajomymi – to nie obrażamy tak dotkliwie uczyć religijnych jakbyśmy to robili poprzez sztukę. Pamiętam taki przypadek pewnej gazety, która przy okazji swojej reaktywacji umieściła na okładce zerowego numeru wizerunek Matki Boskiej z twarzą popowej piosenkarki Madonny, trzymającej na rękach dzieciątko. I pamiętam wielkie oburzenie tych co to poczuli, że zostały obrażone ich uczucia religijne. Przechodziłem kilka dni temu obok katolickiej katedry stojącej w centrum mojego miasta. I wpadłem prawie na ogromne plansze na których widoczne były zakrwawione ludzkie płody, masakrowane zwierzęta oraz… co najciekawsze portret Adolfa Hitlera. Trafiłem całkowicie przypadkowo – jako użytkownik przestrzeni publicznej – na kontrowersyjną wystawę antyaborcyjną, która podczas swojego turne po kraju dotarła i na moją prowincję. Trzeba przyznać, że jeśli organizatorzy chcieli mną wstrząsnąć to im się udało. Obok plansz wystawy nie da się przejść obojętnie. Większość zdjęć jest wprost makabryczna. Fotografie martwych, zakrwawionych płodów zostały zestawione z widokiem brutalnie zabijanych wielorybów czy małp. Towarzyszy im hasło: chcemy traktować zwierzęta po ludzku, a ludzi traktujemy jak zwierzęta. Na sąsiednim plakacie umieszczono portret wodza Trzeciej Rzeszy Adolfa Hitlera z adnotacją, że ten przywódca nazistowski zalegalizował aborcję. Pewien radny z miasta Poznania poczuł się obrażony i doniósł gdzie trzeba gdy zobaczył w swoim mieście plakat ze swastyką obok ciała nagiej kobiety z głową Myszki Miki. Była to praca znanego włoskiego artysty Maxa Papeschiego. Jeśli radny z Poznania poczuł, że ktoś tam u niego w Poznaniu, na ulicy propaguje nazizm to ja też mogę mieć takie poczucie.

Mnie, to co zobaczyłem obok katedry przeraziło i zniesmaczyło. Pomijam to, że pokazywanie takiej makabry w centrum miasta, moim zdaniem jest co najmniej niestosowne. Ale po co ten Hitler? Czy publiczne eksponowanie symbolu nazizmu już nie podlega karze w myśl art. 256 Kodeksu Karnego? Bo przecież artykuł ten mówi: Kto publicznie propaguje faszystowski lub inny totalitarny ustrój państwa (..) podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat dwóch. Czy powinienem się czuć tak obrażony jakby to dotyczyło moich uczuć religijnych? Czy moje uczucia – już bez tej religijności – nie mogą być równie skutecznie chronione przez prawo? Bo ja nie chcę oglądać w przestrzeni publicznej – na ulicy po prostu – takich okropieństw. I naprawdę jest mi to obojętne w jakim to celu jest robione. Gdybym nagle wpadł na pomysł zestawienia głodnych dzieci – jakich w Polsce nie brakuje – z symbolem swastyki, sierpa i młota oraz z obrazami głodu na Ukrainie, to pewnie po umieszczeniu takiego plakatu na ulicy nie doszedłbym jeszcze domu, a już w prokuraturze leżałoby stosowne doniesienie na mnie za obrazę czyichś uczuć oraz propagowanie totalitaryzmu. Ale jeśli ktoś jest religijny i ma głębokie przekonanie o misji od Boga, to już spokojny być może o swój los. On może szokować do woli. Jeśli jest się działaczem jednej z organizacji walczących o całkowity zakaz aborcji, to nic nie stoi na przeszkodzie aby postawić na ulicy portret Hitlera sąsiadujący z realistycznym wizerunkiem usuniętych płodów. Można w imię własnych religijnych przekonań bezkarnie porównywać kobiety usuwające ciążę do największego zbrodniarza w dziejach ludzkości. Ludzie! Trochę umiaru… Nie szokujcie symbolami nazizmu oraz obrazami krwawych jatek. A jeśli już to nie na ulicy. Ja bym się nie obraził jakby to było w kościele, a nie w przestrzeni publicznej. Ale pewnie jestem za mało religijny, bo jakbym taki był, to moje religijne uczucia obrażałyby nawet muzealne wystawy których nie widziałem, ale wiem, że obrażają uczucia religijne oraz okładki gazet, których nie czytam, ale wiem ze istniały.

dziennik pesymistyczny

Teoria zależności

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jest, no na pewno jest, ogromna zależności między dziećmi a korkami na ulicach. Pamiętam jak dwa miesiące temu wyjechałem jak zawsze do pracy i… Przyjechałem do biura dwadzieścia minut wcześniej. Na ulicach było pusto. Samochody płynnie sunęły ulicami w sporych odstępach między sobą. Kilka razy sprawdzałem wtedy czy aby nie jest przypadkiem sobota czy niedziela. Nie, to był normalny dzień pracy. Więc dlaczego tak pusto i spokojnie? – Zastanawiałem się. Od razu wyjaśniam, że nie posiadam dzieci, co jest ogromnym usprawiedliwieniem dla mojej niewiedzy, co do przyczyn takiej pustki na ulicach mojego miasta.  Pewnie się wszyscy domyślają, co spowodowało taki nagły z dnia na dzień brak korków. Po prostu zaczynały się wtedy wakacje. Powie ktoś: – to nie przez dzieci, to tak zwyczajnie. W wakacje wszyscy wyjechali z miasta na urlopy i dlatego jest tak pusto na drogach. O nie, to błędne myślenie. Przecież nie jest możliwe żeby tak jednego dnia tłumnie ruszyło społeczeństwo mojego miasta na wakacje. Bo jakby tak było to właśnie wtedy utworzyłyby się gigantyczne korki. I tak się nie stało. Więc przyczyna jest na pewno inna.

 

Po tym jak dziś jechałem do pracy czterdzieści minut – a jeszcze kilka dni temu, tę samą trasę pokonywałem w czasie połowę krótszym – poznałem, że zdecydowanie skończyły się wakacje. A w zasadzie rozpoczął się rok szkolny. Bo to tu jest przyczyna porannych korków na ulicach. Pierwszego września odebrałem telefon o godzinie dziesiątej pięćdziesiąt trzy. Dzwoniła moja koleżanka z pracy. – Jest szef? – Spytała. – Nie wiem – odpowiedziałem zgodnie z prawdą, bo od rana nie wystawiłam nosa poza swój pokój w biurze. – A bo co? Coś się stało, że cię nie ma? – Dopytałem z troską w głosie. – Nie, wszystko dobrze – usłyszałem w odpowiedzi od koleżanki, – ale stoję samochodem w strasznym korku, tak, że pewnie zejdzie mi z dojazdem do pracy jeszcze czterdzieści minut. Obliczyłem szybko. Pracujemy od ósmej. Jest za minutę jedenasta. A ona będzie jechać jeszcze czterdzieści minut. Czyli będzie przed południem! Strasznie – zważywszy, że ona mieszka właściwie nie tak daleko ode mnie! A mnie się jakoś udało dotrzeć na czas do pracy. Może to jakaś katastrofa? Może jakiś wypadek? Tak sobie siedziałem i obliczałem i zastanawiałem się jak to możliwe jechać kilka kilometrów w cztery godziny, gdy nagle do mnie dotarło. Pierwszy września! Pierwszy dzień szkoły! A ona przecież matka dzieciom. Więc naturalnym jest, że nie mogła w żaden sposób dotrzeć na ósmą do pracy. Nie mówiła o tym, że dostarczała dzieci do miejsca nauczania, bo dla matki polki jest zupełnie naturalne, że jak jest potrzeba zajmowania się dziećmi to wszystko schodzi na dalszy plan.

 

Wyjechałem dziś z domu i od razu za pierwszym zakrętem zatrzymał mnie korek na drodze. Stałem sobie i obserwowałem jak w oddali samochody mamuś i tatusiów zatrzymują się przed szkołą – jak to mi wyjaśniła kiedyś pewna mama – na dosłownie chwileczkę – po czym po czułym pożegnaniu z pociechą auta – już puste, bez dzieci odjeżdżają. Niektórzy rodzice są bardziej czuli i opiekuńczy, więc wjeżdżają na szkolny parking. Tam następuje rytuał pożegnania. A następnie znów samochód rodzica stara się włączyć do ruchu na drodze. I to wszystko trwa. I to wszystko wymaga czasu. I to wszystko powoduje korek na drodze. Od razu wyjaśniam, że ja rozumiem potrzebę bezpiecznej drogi do szkoły. Ja tylko chcę, pokazać, że istnieje bezwzględna zależność między ruchem drogowym a dziećmi w szkołach. Jak są na wakacjach, czy mają od szkoły wolne – na ulicy jest pusto. Jadą do szkoły w samochodach rodziców – są korki.

dziennik pesymistyczny

A mury rosną czyli trzydzieści lat minęło

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

W moim szkolnym podręczniku była taka grafika, którą zapamiętałem do dziś. Trzech władców ówczesnego świata: caryca, władcy Prus oraz cesarz Austro – Węgier dzielą mapę Polski. Kołacz królewski – bo tak zatytułowana była ilustracja z książki do historii – był alegorią rozbioru Polski. Ten rysunek zapamiętany z dzieciństwa przypomniał mi się, gdy oglądałem telewizyjne doniesienia ze zjazdu Solidarności. Gdy tak słuchałem przemówień demokratycznie wybranych polityków i słyszałem gwizdy, gdy przysłuchiwałem się temu, co ma do powiedzenie lider opozycji, gdy widziałem wojnę a nie jedność, gdy widziałem walkę o polityczną o władzę, a nie walkę o prawa robotnika – to sam nie wiem, dlaczego miałem właśnie taki obraz przed oczyma. Może za bardzo dramatycznie mi się skojarzyło, ale nic na to nie poradzę, że jak widzę kilkunastu politykierów – bo nie polityków – rozrywających na strzępy flagę Solidarności, gdy słyszę jak wołając: to moje, moje, ja jestem spadkobiercą idei Solidarności – to mi się właśnie ta ilustracja ze szkolnego podręcznika przypomina. Bo ta polityczna pyskówka to nie dla lepszego ładu społecznego, nie dla dobra obywateli, nie dla dobra ludzi pracujących, ale dla politycznie małych celów jest tam uprawiana. To jest moje subiektywne zdanie, ale mam do tego prawo. Ja już tam nie widziałem niezależnego, samorządnego związku zawodowego, ale wiec przybudówki partyjnej. Tam walczono, mówiono i obrażano się wzajemnie dla żądzy władzy oraz z nienawiści dla tych, co myślą inaczej. Mało jest już tam w tym współczesnym związku tych, co krzyczą – opamiętajcie się – bo jak nawet ktoś ma odwagę to jest przez przewodniczącego związku uciszany.

 

Po przemowie prezesa prawnych i sprawiedliwych na zjeździe solidarności, na mównicę niespodziewanie weszła Henryka Krzywonos, legendarna działaczka Solidarności oraz sygnatariuszka Porozumień Sierpniowych. W emocjonalnym wystąpieniu zaapelowała o szacunek dla tych wszystkich, którzy wspólnie walczyli o wolność. Zwróciła się także bezpośrednio do smutnego i wiecznie niezadowolonego lidera opozycji z apelem, aby nie buntował przeciwko sobie ludzi. – Co sobie wywalczyliśmy? Gwizdy, brak szacunku dla innych – mówiła Henryka Krzywonos na komentarze do gwizdów, którymi część związkowców chciała przerwać wystąpienie premiera Tuska. Odniosłem wrażenie, ze Pani Henryka powiedziała dokładnie to, o czym wszyscy wiedzą od lat, ale jakoś nie bardzo chcieli się tego otwarcie przyznać. Nie ma już tamtej Solidarności. Ideały i marzenia ruchu społecznego, jakim w latach osiemdziesiątych ubiegłego stulecia była Solidarność, zostały zaprzepaszczone. Nic albo prawie nic nie pozostało. I jeśli to mówię ja, to są to tylko moje słowa i może są nieuzasadnione, bo kim ja właściwie jestem. W tamtych latach byłem dzieckiem. Ale jeśli to mówi Henryka Krzywonos, osoba tak wyjątkowa, legendarna działaczka Solidarności, to ja jej słucham i popieram – bo jej słowa brzmią jak głos sumienia.

 

Mój kolega dziennikarz zapytał mnie, nie tak dawno zresztą, czy pamiętam, co robiłem trzydzieści lat temu w czasie sierpniowych strajków. Ja nie pamiętam. Ale pamiętam ten czas z opowiadań ojca czy matki. Gdy pytam dziś o tamten związek słyszę zawsze słowa o wielkiej nadziei na lepszy los ludzi pracujących. Czy po tym, co się wydarzyło w trzydziestą rocznicę sierpniowych strajków można mieć nadal nadzieję? Ja już przestałem ją mieć. Widzę tylko podziały i smutnego pana, który w swej chorobie władzy, pcha swych wyznawców do nienawistnych podziałów w myśl zasady, kto nie z nami ten nasz wróg. W dawnej Solidarności, w dawnym związku był robotnik i inżynier, partyjny i świecki, działacz katolickiego kościoła, był ten, co wierzył w wielkość Piłsudskiego i ten, co raczej zaczytywał się w dziełach Dmowskiego. A teraz? Teraz nie mogą ze sobą rozmawiać ludzie, którzy odwołują się razem to tej samej idei. Czym jest sarkastyczny uśmieszek posłanki Szczypińskiej podczas emocjonalnego przemówienia Henryki Krzywonos? No, czym jest zachowanie tej pani, jak nie przejawem ignorancji i pogardy dla tych, co ośmielają się myśleć i mówić inaczej.

 

Nie rozumiem tego, gdy przewodniczący współczesnej solidarności wbiega na mównicę, próbuje interweniować oraz przekonuje Henrykę Krzywonos do opuszczenia podium podczas jej wystąpienia. Całe szczęście, że jednak umożliwiono jej powiedzenie wszystkiego, co chciała przekazać zebranym do końca, bo jakby tego też nie można było zrobić to byłby to naprawdę tragiczny koniec idei.  Czy to są ideały sierpnia, gdy przewodniczący solidarności stara się własnoręcznie uniemożliwić przemowę swej starszej i bardziej zasłużonej koleżanki? Jeśli tak dalej wyglądać będzie kończenie wojny polsko – polskiej przez pana prezesa prawych i sprawiedliwych, to będziemy musieli raczej zbudować nowy mur w kolejną rocznicę sierpnia. Mur dzielący Polskę na tę prawą i sprawiedliwą i na tę platformową. Bo chyba nie da się już zatrzymać nienawiści. Podzielmy, więc Polskę na pół.  Niech stanie mur nienawiści i niezrozumienia, nietolerancji i wzajemnego obrażania się…niech stanie mur na Wiśle i nas podzieli… I to będzie spuścizna Solidarności… – Ten tramwaj dalej nie jedzie – rzuciła do pasażerów Henryka Krzywonos z kabiny motorniczego. Tak rozpoczął się strajk gdańskiej komunikacji w tysiąc dziewięćset osiemdziesiątym roku. I gdy teraz widzę to, co wyprawia się z Solidarnością… jak ten rozklekotany stary i połatany tramwaj zmarnowanej idei pędzi na oślep po torach politycznych zależności, cieszę się bardzo, że jedna Pani Henryka miała odwagę powiedzieć: Ten tramwaj dalej nie jedzie…

dziennik pesymistyczny

Syndrom Mariolki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 115

W mojej firmie wszyscy pracują od ósmej. Przynajmniej teoretycznie. Ja osobiście nie mogę uchodzić za wzór punktualności. Nie jestem znów taki święty, zdarza mi się przyjść do biura kilka minut później. Ale raczej staram się być na czas. Gdy już jestem w firmie, to siadam przy biurku i zajmuję się swoimi sprawami. Oczywiście nie będę też ukrywać, że jak zajrzy do mojego pokoju koleżanka czy kolega i do mnie zagada – co tam u ciebie? – To nie udaję głuchego, tylko z nią lub z nim pogadam. Ale przez chwilę. Jestem przecież w pracy i jak mi już płacą, to mam poczucie, że muszę na to, co tu zarabiam zapracować. Byłbym jednak hipokrytą jakbym nie przyznał, że od czasu do czasu zdarza mi się przeglądać strony internetowe, które absolutnie nie są związane z moją pracą. Tak, ale przecież nie można pracować osiem czy więcej godzin bez przerwy, więc robię je sobie od czasu do czasu. Czyli z pewnością postępuję tak jak większość pracowników najemnych. Ale jest u mnie w biurze ktoś, kto od lat zadziwia mnie swoją postawą oraz swoistym szczęściem i umiejętnością przetrwania w każdych warunkach. To nie osoba, ale osoby, które dla ułatwienia nazwę Mariolką. Nie jest to jedna konkretna postać z krwi i kości… To raczej zbiór postępowań, które dla ułatwienia obdarzyłem jedną osobowością. Tworząc dla własnej wygody postać Mariolki. Jakże inaczej wygląda dzień pracy Mariolki od takiego biurowego przeciętniaka jak ja, czy moi koledzy. Jak już wspominałem pracujemy od ósmej rano do godziny szesnastej – ale nie ona. Ona zjawia się w firmie tak około dziesiątej. Dlaczego? No, bo ona ma dzieci. Ja nie mam potomstwa, więc – jak to już mi wielokrotnie Mariolka tłumaczyła – mam rano więcej czasu. Dlatego jej spóźnienia są jak najbardziej uzasadnione. Pani M. wpada do biura, rzuca torebkę na biurko opada na fotel i już jest zmęczona – pracą oczywiście. Tymi dwiema godzinami, których nie przepracowała. Bo Mariolka jest wiecznie zmęczona i zapracowana.

 

Jak już dotrze pani M. do biura to potem jest jej już zdecydowanie łatwiej. Na dzień dobry zapyta mnie czy zrobiłem dla niej coś, co mogłoby sama zrobić, ale przecież nie zrobi, bo ona jest zmęczona. Oczywiście jak Mariolka nie ma wykonanych na czas potrzebnych jej dokumentów, papierków, czy tabelek, to nie może nic zrobić i jest zła. I już ma powód do narzekania, bo przecież jak ona może pracować, jak nie ma tego albo tamtego. Powie ktoś – człowieku, zrób to, o co Cię prosi, to da ci da spokój. Nic bardziej mylnego. Mariolka tak długo będzie szukać dziury w całym aż znajdzie w końcu coś, co uniemożliwi jej dalszą pracę. A jak już nie może przez swoich wrednych współpracowników pracować to przecież ma czas na kawę. Więc udaje się do kuchni i znika na godzinkę… Bo przecież tam spotyka inne Mariolki, które też są zmęczone i też pozbawione przez wrednych współpracowników możliwości spokojnej pracy. Ponarzekają tam, na jakość służbowej kawy, na małe zarobki, astronomiczne ceny butów i sukienek oraz oczywiście na własnych i cudzych mężów. Podzielą się tym, co najpiękniejsze, czyli nowym niesamowitym osiągnięciem własnego dziecka, czyli zrobieniem ładnej kupki dla przykładu. Czyli ogólnie zajmują się w ich mniemaniu pracą.  Ciężko harują – jak to mi dziś wyjaśniła pewna Mariolka. Zdarza się na ich nieszczęście, że szef wszystkich szefów przepędza towarzystwo wzajemnej adoracji z biurowej kuchni zapytując, co zostało przez nie dziś zrobione.  Ale nie jest to żadnej problem dla pan M. Mariolka ma zawsze na dociekliwe pytania przełożonego gotową odpowiedź: – my zrobiliśmy!  I choć wiesz, biedny człowieku, że sam to zrobiłeś poświęcając na to kilka godzin Mariolka zawsze znajdzie się w odpowiednim miejscu i odpowiednim czasie, aby zakomunikować szefowi, że: właśnie to i to ZROBILIŚMY! Oczywiście okrasza to wyznanie przerzucaniem nogi na nogę oraz perlistym uśmiechem. Bo Mariolka jest mistrzynią autopromocji.

 

Potem już przy biurku zajmuje się Mariolka pracą. Czyli zadzwoni do kilku koleżanek, i co muszę przyznać, także do kilku klientów firmy, ale bez przesady, nie do zbyt wielu. Potem wpadnie koleżanka, potem druga, więc trochę pogadają. W międzyczasie – zamówi u mnie oraz u innych współpracowników wykonanie kilku niezbędnych jej rzeczy, które gdy będą niewykonane na czas uzasadnią jutro to, że nie będzie Mariolka mogła pracować. A jeśli ktoś spróbuje odmówić Mariolce to biada mu. Nie wolno jej odmawiać, bo ona jest przecież tak zapracowane, że nie może tego zrobić sama.  I tak jakoś jej zleci czas do czternastej trzydzieści. Bo mniej więcej o tej porze Mariolka zaczyna przygotowania do opuszczenia biura. Potem znika, aby znów pojawić się następnego dnia znów zmęczona i zapracowana. Zastanawiam się zawsze nad tym, czy jak ja bym miał w pracy taką postawę, to czy przetrwałbym tak długo jak ona. Pewnie nie. Ale Mariolka to przecież Mariolka – swoista mistrzyni autopromocji. 

 

Dla własnego bezpieczeństwa zastrzegam: wszelkie podobieństwo do osób z mojego biura jest zupełnie przypadkowe.

dziennik pesymistyczny

A ja sobie wybuduję…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Przez przypadek, w czasie rytualnego skakania po kanałach telewizyjnych, natrafiłem na brytyjski program o budowaniu i przebudowywaniu domów. Było to kilka tygodni temu i od tego czasu z wielkim zaciekawieniem oglądam jak przeciętni i mniej przeciętni Brytyjczycy budują swoje domostwa. Prawie każdy z tych programów zaczyna się od narzekania inwestorów – którym wtóruje prowadzący – na temat straszliwie uciążliwych przepisów dotyczących wyglądu domu. To znaczy tego, aby nowo wybudowany budynek swym stylem harmonizował z tym, co już od lat stoi w tej dzielnicy. Planiści, – bo tak ich tam się nazywa w tym programie telewizyjnym – bardzo dokładnie sprawdzają czy charakter zabudowy dzielnicy zgadza się z tym, co my chcemy ewentualnie wybudować. Wszystko ma być dopasowane do okolicy w celu zachowanie jednolitego charakteru okolicy. Jak w sąsiedztwie nowej inwestycji stoją domy w stylu wiktoriańskim czy gregoriańskim to nasz ma się do tego dopasować, bo żaden wydział planowania w UK nie zatwierdzi takiego projektu, który odbiega architekturą, sposobem wykonania czy detalami od tego, co jest o okolicy. Co bardzo znamienne dla tych przepisów – nawet jak w zasięgu wzroku od nowej inwestycji nie znajdują się inne zabudowania – to taki domek na wsi też musi się wpasować jak nie w styl budownictwa charakterystyczny dla tej krainy, to już na pewno musi być zgodny tym, co wokół niego rośnie. Ma po prostu dobrze wyglądać w krajobrazie. Nie niszczyć go, ale się w niego wpasować.  No i słusznie, bo wszystko to tworzy obraz Anglii, który jest tak bardzo rozpoznawalny na świecie. Program jest bardzo ciekawy, ale takie programy jednak powinny być w Polsce zakazane prawnie. Dlaczego? Ano, bo po ich obejrzeniu człowiek zaczyna się zastanawiać, dlaczego coś, co u nich jest normą, u nas jest… pełną dowolnością.

 

Kiedyś mój kolega przekonywał mnie, że na wyspach brytyjskich panuje prawdziwa wolność. I miał pewnie racje, jeśli chodzi o politykę, życie społeczne i tak dalej. Ale jeśli chodzi o budownictwo to zdecydowanie w Polsce jest prawdziwa wolność. Jeśli nie całkowita dowolności. Prawdziwa wolność szlachecka można powiedzieć. Wszystko u nas odbywa się w myśl zasady: wolność Tomku w swoim domku. Nie muszę szukać przykładów. Jest ich pełno. W moim prowincjonalnym mieście jest ulica, na której każdy dom jest w innym stylu. Tu chatka jak z piernika. Tam wieżowiec. Za nim kamienica z początku dziewiętnastego wieku. Za nią kilka parterowych pawilonów handlowych. Potem znów kilka willi, a każda inna. Potem kościół w stylu, który przypomina wszystkie style, jakie są znane architektom. Za nim nowoczesny biurowiec między dwiema kamienicami sprzed drugiej wojny światowej.  Jeszcze kiosk z gazetami. Przestanek autobusowy naprzeciwko niego całkiem inny, choć dzieli ich tylko szosa. Potem barak i za nim znów pawilony handlowe. No i dla dopełnienia jeszcze chodniki. Ich styl, co kilka kroków jest inny.  Betonowe płyty, potem kostka, znów płyty, asfalt. Ale jedno je łączy – dziury i nierówna powierzchnia. I to wszystko przy jednej ulicy na przestrzeni niespełna kilometra. Pełna dowolność. Każdy buduje to, co mu się podoba i jak mu się podoba. Jak inwestor chce ceglane wieżyczki – proszę bardzo są wieżyczki. Jak ma być beton i szkło – dlaczego by się? Można. Dach spadzisty? Proszę. Kryty papą? A dlaczego nie? Jak ktoś wybudował i nie stać, go na otynkowanie to przecież może takie coś stać przez lata i straszyć. 

 

Wszystko to razem wywołuje u mnie dyskomfort trawienny – jakby powiedziała pani występująca w pewnej reklamie. Nikogo z władz mojego miasta nie interesuje jednorodność stylu. Ważniejsze są widać podatki za nieruchomość niż to, jak to coś będzie wyglądało i czy będzie się komponować z otoczeniem. Prawdziwym szczytem indolencji jest zezwalanie przez urzędników na niszczenie zabytkowych dziewiętnastowiecznych kamienic. Chce sobie ktoś pomalować na jaskrawy zielony kolor kamienicę? Ależ proszę! Sąsiad machnie na brązowo. No właśnie.  I jak to teraz wygląda? Ohyda. – Jak gówno w lesie – jakby się wyraził gospodarz domu, niejaki Anioł. A, i jeszcze jedna uwaga. Te kamienice malowane są na te nowe kolory tylko na wysokości parteru. A wyżej? No wyżej, to już wszystkie są szare i zniszczone ze starości. Ale czy to komuś przeszkadza. Urzędnikom miejskim w najmniejszym stopniu. Bo u nas szlachcic na zagrodzie – przepraszam kamienicznik u siebie – jest równy wojewodzie. Prawdziwa wolność. A ja jednak wolałbym mieć te kłopoty, które mają Anglicy ze swoimi urzędnikami w wydziału planowania.

 

dziennik pesymistyczny

Najlepsza praca w Polsce

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 70

Pamiętacie jak władze prowincji Queensland w Australii poszukiwały zarządcy wysp tropikalnych? Pewnie tak, bo wiele o tym mówiono i pisano. Media ogłosiły szybko, że jest to najlepsza praca na świecie. Można by powiedzieć, że państwo polskie też potrafi zapewnić nie gorszą posadę. My też mamy najlepszą pracę, jeśli nie na świecie czy w Europie, to już na pewno w Polsce. I nie jest to degustator czekoladek w fabryce słodyczy czy podkładacz głosu pod bohaterów kreskówek. U nas jest jeszcze lepiej! U nas potencjalnie zainteresowany posadą, oprócz licznych przywilejów- posiadacz ponadprzeciętnych zarobków – ma także realną władzę. Można by rzec że dzierży w dłoniach rząd dusz. A to przecież nie jest mało. Nie będę Państwa trzymał w niepewności. Moim zdaniem najlepszą pracę w Polsce mają parlamentarzyści. Jak jesteś zwykłym szarym, ciężko pracującym zjadaczem chleba z masełkiem, to przysługuje ci dwadzieścia sześć dni urlopu. Ale i to dopiero wtedy gdy będziesz mieć tyle szczęścia, że przepracujesz te dziesięć lat. Ale gdy masz najlepszą prace w kraju ,czyli jesteś posłem lub senatorem to możesz odpoczywać na wakacjach sześc tygodni.

Zastanówcie się Szanowni Czytelnicy czy jak byliście na wakacjach to w waszych biurach, firmach czy fabrykach, gdzie jesteście zatrudnieni trwały może jakieś remonty? Pewnie nie. A jeśli nawet tak, to nie miały one zapewne na celu podniesienia waszego standardu pracy. Ale jak się ma najlepszą pracę w kraju, to wyjeżdżając na długie, sześciotygodniowe wakacje, możecie się spodziewać na przykład wymienienia tapicerki fotela na którym zasiadacie podczas wytężonej pracy. Gdy jest już mięciutko i czyściutko, gdy już w każdym pomieszczeniu sejmowym będzie się można połączyć z bezprzewodowym internetem to warto się zabrać do roboty. A jak wiadomo w najlepszej pracy na świecie nie można się przepracowywać. Bo jak dowiadujemy się z prasy przeciętny parlamentarzysta pracuje tylko sześć do siedmiu dni w miesiącu. Do piętnastego sierpnia tego roku posłowie debatowali łącznie dwadzieścia osiem dni i przyjęli sto dwie ustawy. Czyli nie tak znowu wiele. Człowiek na najpierwszej posadzie w kraju nie zrywa się też o szarym świcie. Jego dzień pracy zaczyna się o godzinie dziewiątej rano, a kończy trzy godziny później. W piątek, przed weekendem jest jeszcze lepiej. Bo można nie przyjść do pracy wcale. Niby nie wolno wagarować ale kto cię tam sprawdzi jak to ty jesteś władzą. Pod koniec tygodnia przecież trzeba pojechać do domu na dwudniowy wypoczynek jak pan Bóg przykazał. No to w ostatnie dni tygodnia sejmowa sala obrad świeci pustkami. Powie ktoś: chwileczkę, ale przecież oni jeszcze pracują w swoich biurach poselskich. Niby pracują. Ale bardzo trudno ich tam zastać. A może oni w poniedziałki pracują koncepcyjnie? – jak mawiał mój kolega gdy został przyłapany przez swojego pryncypała na nic nie robieniu. Parlamentarzysta jak już przejdzie wyborczy casting na senatora czy posła dzięki swojej nowej posadzie otrzymuje miesięcznie dwanaście i pół tysiąca złotych pensji plus diety. Ale to nie wszystko. W budżecie kancelarii sejmu na ten rok zaplanowano prawie sześć milionów złotych na przeloty posłów oraz ponad dwa miliony na podróże koleją. PKS-em posłowie podróżują rzadko – w kancelaryjnym budżecie zarezerwowano na ten cel tylko sto trzydzieści dwa tysiące złotych.

Mój kolega bardzo się zdziwił gdy na rozmowie o pracę w dużym koncernie prasowym dowiedział się, że pensja na którą może liczyć to sześćset złotych miesięcznie plus premia. Zaraz po tej zaskakującej wiadomości dowiedział się też, że to od jego umiejętności sprzedaży zależą w całości wpływy z reklam w tej gazecie. Czyli miał pracować co najmniej osiem godzin dziennie. Miał być rozliczany z każdej nieobecności, a zarabiać maksymalnie tysiąc pięćset złotych brutto. I to w tylko w sytuacji, gdy wypracuje wyśrubowane normy narzucone przez pracodawcę, co wiązało się z bezpośrednio z premią. Jeśli nie wyrobi to tylko sześćset złotych. Nie muszę dodawać, że miał to – mój kolega – uczynić podróżując na własny koszt do potencjalnych klientów, oraz zasiadając w najmniejszym pokoiku świata. A tam przy starym i zdezelowanym biurku korzystać z komputera którego lata świetności minęły bezpowrotnie. Jakie to dalekie od najlepszej pracy w Polsce. Nie ma więc w tym nic dziwnego, że od tej pory zaczął się żywo interesować najlepszą posadą w naszym kraju. Ba, nawet poczuł w sobie wielkie pokłady prawa i sprawiedliwości. Zaczął tez szukać na prawo i lewo możliwości budowy takiej platformy, która mu zapewni objęcie tej najlepszej pracy.