dziennik pesymistyczny

Państwo ściśle utajnione

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Dlaczego prawie wszystko, co dotyczy działalności państwa jest dla obywatela tego państwa takie tajne? Ścisłe, poufne i z zakazem rozpowszechniania. Najlepiej, żeby nikt nikomu nic nie mówił. Żeby wszyscy cichuteńko i sumiennie pracowali i najważniejsze, żeby za dużo nie gadać. W latach pięćdziesiątych były popularne w Polsce takie plakaty przedstawiające mężczyznę schowanego w mroku, a napis głosił: bądź czujny wobec wroga narodu. Teraz zapewne tych wrogów jest zdecydowanie mniej i w zasadzie, wokół nas sami przyjaciele. A i też wrogów wewnętrznych jest jakby mniej, bo przecież wszyscy jesteśmy we własnym domu. Ale paranoja państwa, które wszędzie widzi podsłuchujących i skrzętnie notujących tajne informacje wrogów pozostała. Ważni politycy światowych mocarstw, jak już się w Polsce zjawią, nie bardzo chyba wiedzą jak ten nasz kraj się nazywa. Takie ma się czasami wrażenie. Ale jak popatrzymy na naszą wszechobecną tajność wszelkich państwowych informacji to wynika z tego, że wywiady wszelkich światowych rządów nic innego nie robią tylko nas śledzą.

 

Można nawet zrozumieć to, że coś jest tajne, jeśli ujawnienie tej informacji mogłoby spowodować istotne zagrożenie dla podstawowych interesów Rzeczypospolitej Polskiej, a w szczególności dla niepodległości lub nienaruszalności terytorium, interesów obronności, bezpieczeństwa naszego państwa i jego obywateli, albo narazić te interesy, na co najmniej znaczną szkodę. Że tak tu prawie dokładnie zacytuję stosowne dokumenty do spraw tajności. Ale mnie bardziej chodzi o objęcie klauzulą tajności tego, co dotyczy przede wszystkim spraw działalności państwa w ujęciu bardziej przyziemnym. Czyżby obywatel nie miał prawa poznać jak działa jego własne państwo? Jak coś w państwie nie działa tak, jak powinno, to u nas nie ma potrzeby, żeby obywatel się o tym dowiedział, bo, po co go niepokoić? Ta sytuacja przypomina mi słowa piosenki:, po co babcię denerwować niech się babcia cieszy. W grudniu zakończył się audyt w centralnym biurze antykorupcyjnym. Kontrola dotyczyła struktur służby, polityki kadrowej, służbowych aut i lokali oraz wszelkich finansów biura. Czyli wcale nie spraw istotnych dla integralności terytorialnej RP.  O tym wszystkim poinformował posłów z sejmowej komisji do spraw służb specjalnych nowy szef CBA. Ja dowiedziałem się o tym z gazety, bo przewodniczący komisji coś niecoś ujawnił. Ale przecież nie wszystko, bo studziewięćdziesięcioośmiostronicowy raport z audytu jest tajny. Poseł przewodniczący w oszczędnych słowach wspomniał tylko o korupcji, protekcji, wykorzystywaniu mienia państwowego do celów prywatnych. Tylko wspomniał, bo przecież nie mógł dokładnie poinformować, bo to tajne.

 

Czyli, jeśli kluczowe stanowisko w CBA dostała osoba z towarzyskiego lub partyjnego klucza, to o takich działaniach nie dowiemy się nigdy, bo, po co nas denerwować? Lepiej utajnić i powiedzieć opinii publicznej, że odpowiedni ludzie się tym zajmą w odpowiednim czasie. Jeśli ktoś zatrudniony CBA nie robił nic, ale za to korzystał ze służbowych luksusowych lokali, to lepiej żeby nie informować o tym dokładnie obywateli, bo, po co ich denerwować. Lepiej to utajnić. Przecież jak coś jest tajne, to prasowe przecieki sprawiają wrażenie nierzetelnych. A zresztą, jak jest tajne to jak to sprawdzić? I tak niby coś wiadomo, niby posłowie wiedzą, ale nie podzielą się tą wiedzą z wyborcami, bo obywatel nie jest widać godny tego, żeby tak wszystko wiedzieć. Jeszcze straci zaufanie, że oni tam wszyscy w rządzie tak dla jego dobra ciężko pracują, choć czasami, jak wiadomo z przecieków z audytu, bez żadnych efektów.

 

Trochę poszperałem i ze zdziwieniem odkryłem, że jest mnóstwo przepisów w naszym państwie, które nakazują obywatelom zachowanie milczenia. Zapewne niektóre są dobre i właściwe, ale czy nie jest przerażające, że doszukałem się ponad sześćdziesięciu specjalnych ustaw i aktów prawnych tyczących zasad zachowania tajemnicy państwowej lub służbowej.  Skąd u nas te zapędy do czynienia wszystkiego tajnym? Fakt, ja też nie mówię wszystkiego wszystkim. Mam swoje tajemnice. Ale jak państwo jest moje to czasem chciałbym dowiedzieć się, jak wydatkowane są moje pieniądze. A często nie mogę, bo to tajne i poufne. Czyli ja mam państwo dokładnie informować o tym, ile zarabiam i ile płacę podatków, ale jak ja chcę się dowiedzieć ile z moich podatków zostało wydanych na tajnego agenta CBA, który przez całe swoje zatrudnienie w tajnej służbie nic nie zrobił, to nie mam takiej możliwości – bo to ściśle tajne. Czy moje państwo ma być dla mnie tajne??

dziennik pesymistyczny

Zaraz wracam, czyli względność czasu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Dwadzieścia dwa stopnie zimna. Stoję przy kiosku z gazetami wpatrując się w okienko, w którym właściciel zawiesił karteczkę z informacją dla klientów: zaraz wracam.  Właściwie to powinienem już odejść, bo spieszę się do pracy, ale informacja, że pan kioskarz zaraz wróci, trzyma mnie jak przymarzniętego. Gdy zatrzymałem się po gazetę, to słowa z kartki, że pan zaraz powróci, wydawały mi się jakimiś trzydziestoma sekundami. Tyle zamierzałem tam poczekać.  Tak sobie to oceniałem. Jak postałem sobie trzy minuty, to słowo zaraz, zapisane na karteczce, już mi się nie wydawało takim krótkim odcinkiem czasu. Zawsze w takich chwilach oczekiwania, na „zaraz wracających” mam dylemat, czy już mija ten określany, jako zaraz, odcinek czasu, czy może jeszcze nie. Jak już stoję te cztery minuty na mrozie, to mi się wydaje, że jak odejdę to właśnie wtedy minie to zaraz i pojawi się ten, na kogo czekam.

 

A może dałoby się dokładnie określić ile to jest to: zaraz wracam. Tak jak dało się określić w czasie, spóźnienie na wykłady studenta czy wykładowcy. Tam miarę niestawienia się, lub dopuszczalnego spóźnienia, określono na piętnaście minut. Czyli słynny studencki kwadrans. I już tam wszystko wiadomo. Piętnaście minut i po wszystkim. Nie ma gościa, więc nie ma, co na niego czekać. A tu w okienku kiosku informacja: zaraz wracam, i nie wiem, czy to zaraz dotyczy minut czy godzin. Stojąc tak wdałem się w rozważania filozoficzne nad czasem. I wydaje mi się, że chwila to jednak jest krócej niż zaraz. Jeśli widzę na drzwiach informację o tym, że pani, no na przykład urzędniczka, wraca za chwilę, to jakoś tak oczekuję, że czas jej powrotu na miejsce pracy będzie liczony w minutach pojedynczych niż w dziesiątkach minut. Choć kiedyś zdarzyło mi się czekać na lekarza przed jego gabinetem, gdy ten wywiesił karteczkę z informacją: wyszedłem na chwilę ponad godzinę. Więc nie powinienem mieć pretensji o to moje stanie z przymarzaniem, przed zamkniętym kioskiem z gazetami, bo to tak płynna miara czasu to – zaraz wracam – i przyklejonej na kiosku karteczki.

 

Problem nie dotyczy tylko takich przyziemnym sytuacji, jak kartki pozostawione na drzwiach kiosku, zieleniaka czy poczty.  Są przecież instytucje państwowe, które tak jak my maluczcy, mają do czynienia ze względnością czasu. Jak wysyłasz do urzędu pismo z prośbą o odpowiedź, to oni tam mają ustawowo trzydzieści dni na jej udzielenie. I prawie zawsze jest tak, że dostaję odpowiedź po ustawowo przyjętym terminie. Nigdy w dokładnie określonym czasie. I nigdy wcześniej. Za to zawsze później. Natomiast, jak ja spóźnię się z czymś do urzędu, to każdy dzień ma ogromne znaczenie. Czyli dla urzędu czas płynie inaczej niż dla szarego obywatela. Jak masz jeden zegarek to wydaje ci się, że wiesz dokładnie, która jest aktualnie godzina. Ale jeśli masz dwa, lub nie daj boże więcej, to już sam nie wiesz, która jest naprawdę godzina, bo możliwe, że każdy pokazuje inną. Czyli zawsze można powiedzieć, że na moim zegarku jest właściwy czas i nikt nie może mieć pretensji.

 

Ale co tam moje dylematy z czasem! Inni to mają zdecydowanie gorzej! Jak bardzo zagubieni w czasie musieli czuć się posłowie, pracujący w komisji sejmowej do spraw afery hazardowej, gdy okazało się, że ich przewodniczący całkiem inaczej oblicza czas niż inni? I to pewnie inaczej niż na przykład w oparciu o czas Greenwich. Przesłuchanie posła Chlebowskiego przed komisją trwało cały dzień i zakończyło się nieoczekiwanie ustanowieniem przez posła Sekułę nowego wzorca trwania przerwy dziesięciominutowej. Dwie minuty po godzinie dwudziestej pierwszej, przewodniczący ogłosił dziesięciominutową przerwę, która trwała jednak sześć minut. O dwudziestej pierwszej osiem, poseł Sekuła wrócił na salę obrad komisji, i choć na sali był sam, wznowił posiedzenie uznając, że przerwa się skończyła. Czyli dla wszystkich upłynęło sześć minut, a dla posła Sekuły aż dziesięć.  

 

Czas to pojęcie złożone i niejednoznaczne. Ale dotychczas wydawało mi się, że jak coś ma trwać sześć minut to te sześć minut trwa. A jak dziesięć to dziesięć. A tu sejmowa komisja dała nam przykład w osobie swego przewodniczącego, że pojęcie czasu jest względne.  Wiadomo, że czas w ujęciu filozoficznym to proces zmian niekończących się i niezaczynających nigdy. I jako taki czas nie ma żadnych reguł. Upływa sobie spokojnie we własnym i właściwym dla siebie tempie. Nie można, więc znaleźć obiektywnej miary czasu. Ludzkość jednak już dość dawno umownie przyjęła jednostkę określającą czas by łatwiej go było zrozumieć. I tak właściwie większość z nas się tych ustaleń trzyma, ale jak widać u niektórych ta niemierzalność czasu w ujęciu filozoficznym bierze górę na fizyczną stroną zjawiska.  U pana posła, przewodniczącego komisji, czas biegnie szybciej. A u pana kioskarza: zaraz wracam trwało dziewięć minut. Jak widać czas i określenia jego upływu są względne. Szczególnie jest to przykre, gdy termometr wskazuje minus dwadzieścia dwa stopnie.

 

dziennik pesymistyczny

Wyburzyć, parkingi porobić!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Jest w moim prowincjonalnym mieście plac, który jakoś nie ma szczęścia właściwego zaistnienia w przestrzeni miejskiej. Plac ten od zawsze z założeniu włodarzy grodzkich, miał być miejscem reprezentacyjnym, ale jakoś tak zły los sprawiał, że było inaczej. Działo się to zapewne zgodnie z odwieczną zasadą panującą nie tylko naszym mieście, ale chyba w całej naszej ojczyźnie, która brzmi: chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze. I na tym placu, mimo szczerych intencji zmieniających się na przestrzeni dziejów magistratów, zawsze jakoś wychodziło inaczej niż władza zamierzała. Gdy plac wytyczano w zamierzchłych czasach carskich rządów, nazwano go Placem Rajszula. Potem, zgodnie z tym, co działo się w mieście przy okazji zmiennych losów historii, plac zmienił nazwę na Jagielloński. W czasach wojennych był nazwany Reichplatz. Potem był znów Placem Jagiellońskim, by po pewnym czasie, na wiele lat zamienić się w plac Zwycięstwa, a następnie w naszej wyzwolonej z PRLowskiego ucisku ojczyźnie, powrócić do królewskiej nazwy Plac Jagielloński.

 

Jeśli jest plac to zwyczajowo w Polsce musi się przy nim, lub na nim, znajdować kościół albo pomnik. Są oczywiście warianty obejmujące oba te przypadki. Jest tak jakoś dziwnie w naszej ojczyźnie, że puste place w centrum miasta bardzo drażnią samozwańczych społecznych działaczy oraz włodarzy, którzy zawsze dążą do postawienia tam właściwego pomnika. W mrocznych czasach komunizmu na placu Zwycięstwa stał obelisk ku czci wyzwolicieli i dla upamiętnienia wiecznej przyjaźni między nami a naszym wielkim bratem w socjalizmie. Oczywiste, że jak tylko nastała nowa władza, jedną z pierwszych jej decyzji było pozbycie się pomnika z placu.  A że zwycięstwo, które upamiętniała nazwa, okazało się okrutną okupacją to i nazwa placu zmieniła się na neutralnie, lecz królewsko – na Jagielloński.

 

Jednocześnie z wyburzeniem starego i niegodnego pomnika, władza oraz dzielni działacze, co raz wpadali na inny, ale zawsze lepszy od poprzedniego, pomysł udekorowania placu nowym słusznym pomnikiem. Bo wiadomo przecież, że przyroda jak i władza nie znoszą pustki, a na placach to już w szczególności. A pomysłów nie brakowało. Jedni mówili – pomnikiem uczcijmy króla Kazimierza Jagiellończyka. Inny upierali się przy upamiętnieniu monumentem Żołnierzy Armii Krajowej. Byli i tacy, którym pasował górujący nad placem z cokołu Witold Gombrowicz. Nie brakowało też takich, którym najbardziej podobał się pomysł pomnika upamiętniającego protesty robotnicze w siedemdziesiątym szóstym roku ubiegłego wieku. Pomysłodawców łączyło jedno – wszyscy widzieliby swoje pomniki na placu Jagiellońskim.

 

Mijały lata i plac miał rożne zastosowania. Ale nigdy nie udało się znaleźć aż tylu entuzjastów pomnikowej idei żeby zrealizować choć jeden zamysł. I tak plac, co pewien czas staje się lodowiskiem, potem miejscem rozgrywek zawodów piłki ręcznej. Sezonowo rozstawia się tam ogródek piwny. Czyli nic na długo i nic konkretnego. Ale to może dobrze. Kiedyś czytałem, że mieszkańcy Skandynawii mają taki zwyczaj, że jak już wybudują osiedle to wszędzie między nowymi blokami sieją trawę. A potem czekają aż ludziska wydepczą sobie ścieżki, pozajmują miejsca dla samochodów i dopiero na tej podstawie tworzone są trwałe place, chodniki i parkingi. U nas przez przypadek stało się podobnie.  Od wyburzenia pomnika Zwycięstwa plac, co roku stawał się coraz większym parkingiem. Na początku nieśmiało parkowano tam kilka samochodów i autokarów dowożących dzieciarnię na przymusowe oglądanie przedstawień w pobliskim teatrze. Ale gdy w ostatnich tygodniach, gdy miasto wpadło na pomysł poszerzenia płatnej strefy parkowania, samochodów na placu jest tyle, że nie da się tam nie tylko wepchnąć samochodu, ale nawet roweru.

 

I tak oto, mieszkańcy mojego prowincjonalnego miasta, na przekór wszelkiej maści pomnikowym stawiaczom, zaanektowali plac na parking. Widocznie nie obelisk ku czci króla czy dawnych bohaterów jest najbardziej potrzebny w centrum miasta, ale wielki bezpłatny parking. Te setki parkujących na placu Jagiellońskim samochodów, są ucieleśnieniem słów wypowiedzianych przez jednego z bohaterów filmu Szczęśliwego Nowego Yorku, które mniej więcej brzmiały tak:… te wasze (..) cmentarze, pomniki… a wyburzyć… parkingi porobić… może by się Wam w głowach rozpogodziło. Jak widać rozpogodziło się i rozjaśniło, bo po wyburzeniu pomnika powstał tam piękny parking.

 

dziennik pesymistyczny

Wejdź i włóż

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Pewnego razu oprowadzałem węgierskich znajomych po moim prowincjonalnym mieście. Nagle jedna z pań spytała – wskazując na szyld zawieszony na jednej z secesyjnych kamieniczek – czy nie przeszkadza nam, w tak katolickim kraju, taka instytucja użyteczności publicznej umiejscowiona przy głównej ulicy miasta. Zdziwiłem się wielce, bo Węgierka wyraźnie wskazywała na szyld sklepowy i nie wiedziałem, co ją tak przeraziło w damskiej odzieży. I dlaczego miała taki wielki dylemat moralny. Na początku myślałem, że to zwykle nieporozumienie spowodowane barierą językową, ale mój gość z kraju naszych bratanków był coraz bardziej zgorszony tym szyldem reklamowym.

 

Należy się czytelnikowi wyjaśnienie, co tam właściwie na kamienicy zobaczyła moja znajoma.  Reklama przedstawiała kobietę w kusej spódniczce oraz wielkim dekoltem prezentująca swoje walory w sposób jednoznaczny. Wszystko utrzymane było w krwistej czerwieni. Nad panią z plakatu, autor umieścił wielki napis – Megi. Oczywiście wiedziałem, że w tej kamienicy znajduje się sklep z damską odzieżą, bo kiedyś towarzyszyłem mojej wybrance serca w wielogodzinnym rajdzie po sklepach w poszukiwaniu odpowiedniej dla niej kreacji. I ten właśnie lokal handlowy był na trasie naszego marszu. Dla mnie, więc był to tylko kolejny butik z ciuchami. Ale gdy postanowiłem postawić się na miejscu mojej węgierskiej koleżanki nieznającej języka i naszej lokalnej specyfiki reklamowej zrozumiałem, że czerwona pani z reklamowego afiszu przekazuje jednoznaczny komunikat. Że tak powiem, seksualny, zachęcający komunikat.

 

Jeśli oderwiemy się od naszych przyzwyczajeń w postrzeganiu szyldów, to faktycznie można zrozumieć, że ta panienka z plakatu, rozebrana bardziej niż ubrana, mogła zdecydowanie komuś nieobeznanemu z naszą prowincjonalną estetyką reklamową skojarzyć się z miejscem publicznym. Z domem publicznym, zwanym u nas światowo agencją towarzyską. No dobrze, każdemu kojarzy się inaczej, ale gdy starasz się piątce Węgrów wytłumaczyć, że to nie burdel za przeproszeniem, ale zwyczajny sklep z odzieżą to masz już wątpliwości czy to naprawdę tak niewinnie wygląda. Moi znajomi dali się przekonać, że to reklama sklepu dopiero jak do niego weszliśmy.  Ale po ich minach nadal było widać, że podejrzewali, iż butik to tylko przykrywka dla ukrycia erotycznego interesu, który zapewne znajduje się na zapleczu. Bo przecież, po co wieszać czerwoną latarnię i szyld z prawie nagą panienką przed wejściem do zwykłego butiku. Chyba, że celem było przyciągniecie za wszelką cenę klientów nawet tych zszokowany prowokacyjną reklamą.

 

Teraz już każdą wycieczkę spoza mojego miasta zawsze zaprowadzam w to samo miejsce testując ich skojarzenia, co do czerwonej panienki z reklamy. I w dziewięciu przypadkach na dziesięć zawsze im się kojarzy tak samo, czyli z seksualnym zarobkowaniem. Więc może coś w tym jest, że jak coś jest czerwone, migające, przestawiające rozebraną panienkę to przeważnie jest to instytucja publicznych uciech, a nie niewinny sklep? Szyld ozdabia kamienicę w centrum miasta od lat i pewnie my mieszkańcy się do tego przyzwyczailiśmy. I tylko tym, co nie widzą plakatu, co dnia, jakoś tak się to jednoznacznie kojarzy.  Więc nie byłem wcale zaskoczony jak tą samą drogą poszedł inny sklep. Choć chyba nigdy się nie dowiem czy był to przypadek, czy świadome działanie twórców reklam sklepów, nawiązujących do szyldów seksualnych instytucji.

 

Ostatnio zobaczyłem na ulicy reklamę sklepu. Napis: wejdź i włóż nałożony został tam na fotografię damskiej pupy ubranej w bardzo obcisłe jeansy. Od razu pomyślałem, że to pewnie takie samo zagranie reklamowe jak w przypadku czerwonej Megi z butiku na głównej ulicy. Choć przecież zdjęcie i slogan przyznać należy wzbudza dość jednoznaczne skojarzenia.  Ale na wszelki wypadek przeprowadziłem prywatne badania, aby upewnić się czy to nie daj Boże, tylko ja mam takie zbereźne skojarzenia. I okazało się, co mnie uspokoiło, że nie tylko ja tak to postrzegam. I tak oto mam kolejny punkt wart odwiedzenia przez wycieczki w moim mieście. Już widzę te nieprzebrane tłumy turystów, które zwiedzają z napięciem moje prowincjonalne miasto w poszukiwaniu reklam niejednoznacznych.

 

dziennik pesymistyczny

Królicza nora, królicza dola

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Mam czasem wrażenie, że wszyscy wpadliśmy do wielkiej króliczej nory. Takiej, w jakiej znalazła się Alicja – bohaterka książki Charlesa Lutwide’a Dodgsona. Wrażenie to spotęgowało jeszcze u mnie to, że wczoraj w każdym programie informacyjnym słyszałem wielokrotnie i na wszelkie sposoby odmienione zadanie o pewnym pędzącym króliku.  I wcale nie chodziło tu o tego książkowego Białego Królika w kamizelce z kieszonkowym zegarkiem w łapie, ale o nazwę pewnej restauracji w Warszawie, która będzie znana teraz głównie, jako miejsce, w którym znani politycy dobijają targów w swych mrocznych interesach ze światem biznesu. Oczywiście, jeśli wierzyć w to, co mówi pewien polityk przed komisją śledczą.  I tak przez przypadek ten króliczek stał się dla mnie synonimem sytuacji w naszym kraju. Może by tak zmienić naszego orła w koronie na królika w kapeluszu?

 

Czasami wydaje mi się, że wszyscy zbiorowo, zupełnie jak książkowa Alicja, podążamy za białym królikiem w głąb króliczej nory. W roli puchatego zwierzątka występują tu politycy mamiący nas wizją krainy czarów. U nas jest nawet lepiej niż w bajkowym pierwowzorze. W naszym krajowym przypadku polityk jest jednocześnie twórcą i tworzywem. Czyli, w prawdziwie magiczny sposób mami nas tak, że idziemy dzielnie za nim w zbiorowym amoku w głąb króliczej nory.  Zaś przy okazji kolejnych wyborów ten sam polityk zamienia się w iluzjonistę wyciągającego kolejne obiecanki jak króliki z kapelusza. Oczywiście te zaklęcia przedwyborcze z czasem stają się coraz bardziej nierealne, a po pewnym czasie zupełnie znikają. Czyli polityk nasz krajowy jest takim podwójnym królikiem.

 

Prawdziwą magiczną sztuczką jest też to, że przyjęliśmy za coś zupełnie normalnego sytuację, w której polityk obiecuje gruszki na wierzbie w czasie kampanii wyborczej, a potem spokojnie, po głosowaniach, danego słowa przeważnie nie dotrzymuje. Już dawno przekonano nas, że wszystko jest dobrze, kulturalnie i właściwie przy takich oszustwach. Bo takie kłamstwa i obiecywanie na wyrost to przecież zwyczajna polityka. Czyli w zasadzie, jeśli ktoś kłamie tak prywatnie to jest to naganne i złe. A jak mija się z prawdą tak państwowo, w służbie narodu, to jest to jak najbardziej godne i możliwe do przyjęcia, bo to przecież tylko polityka. I to jest właśnie istna kraina czarów.

 

W polityce najważniejsze są pogonie za królikiem. Nie za bardzo ważny jest kryzys, bezrobocie, gdy można się wzajemnie poganiać w politycznym polowaniu. A gdzie będzie lepsze miejsce na wieczne łowy na białego króliczka, niż kolejna komisja sejmowa? Pewnie i tak się tam nic nie wyjaśni, ale zawsze można zapolować na politycznego wroga w świetle kamer. Można pokazać się, jako wielki łowczy, co to żadnemu królikowi nie przepuści.  Bo przecież marchew na tym politycznym polu jest zawsze we władaniu tych, co to mają większe strzelby i potrafią zrobić większy raban przy przedwyborczej nagonce. I jak się pojawi jakiś obcy królik to go zaraz pogonią. I tak komisja za komisją, jeden śledczy, za kolejnym posłem i prokuratorem, wyruszają na kolejne polowanie na królicze afery.  Bo przecież w tej grze politycznej nie chodzi o to by złowić króliczka, ale by gonić go.

 

I tak pędzi sobie ten króliczek przez nasz polityczny świat. I jak to te zwierzątka puchate mają w naturze produkuje kolejne króliki, które produkują kolejne polityczne króliki.  Mnożny nam się i rozrasta świat wiecznych króliczych gadaczy. Komisje, spotkania, sesje plenarne i zwyczajne, komisje i podkomisje, zespoły robocze i podzespoły, dyrektorzy departamentów, ministrowie, sekretarze stanu, posłowie, posłanki, senatorzy, radni. Wszędzie wystają puchate uszy. No istne zgromadzenie przyjaciół i znajomych królika. No i tak kotłujemy się w tym króliczym raju, w norce codziennych absurdów. A ja? Ja też jestem jak ten Biały Królik z Alicji w Krainie Czarów. Tak samo jak on boję się wszystkiego. A najbardziej tego, że jestem już spóźniony. Że choć obserwuję ten nierealny świat i nawet on mnie w pewnym sensie dotyczy to jest on czasami tak inny, że mam poczucie, że spóźniłem się już dawno na ten realny, normalny, uporządkowany świat. Że już na zawsze zostanę w króliczej norze.  

 

dziennik pesymistyczny

Bo im się wszystko źle kojarzy…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jest taki stary dowcip o Jasiu, któremu wszystko kojarzyło się z pewną częścią ciała, którą wszyscy mamy z tyłu. Nieważne, co to jest, i tak nieodmiennie wszystko kojarzy z tym, na czym my wszyscy siadamy, czyli z dupą. Może to niezbyt wyszukana i śmieszna opowiastka, ale najciekawsze w tym wszystkim jest to, że wokół nas pełno jest takich Jasiów, którym się wszystko nie tak kojarzy. No może nie od razu z tą utrwaloną w dowcipie częścią ludzkiego ciała, ale na pewno z rzeczami, na które nikt by nie wpadł tak od razu.  Może to jakiś podświadomy wynik nadprodukcji wyobraźni zafiksowanej na jednym skojarzeniu? Nie wiem, ważne jest to, że jak już im się zacznie kojarzyć to nie pozostawiają tego skojarzenia dla siebie, ale za wszelką cenę starają się wszystkim wmówić, że to właśnie ich wizja jest jedyna słuszną interpretacją zjawiska w sztuce ulicy, które zaobserwowali.

 

Na stacji warszawskiego metra pojawił się ostatnio nowy mural.  Jego autorką jest pani Julia, absolwentka warszawskiej Akademii sztuk Pięknych. Obraz nie pojawił się tam przypadkowo, ale w wyniku konkursu organizowanego pod patronatem Metra Warszawskiego. Autorka jest właśnie laureatką w tym konkursie. Artyści w nim uczestniczący mieli wypełnić „przestrzeń publiczną dla sztuki” na stacji metra Marymont. Dzieło Pani Julii to mural o wysokości trzech metrów i szerokości trzydziestu pięciu metrów, przedstawiający stadko białych i czarnych baranków latających wśród chmur i obłoczków nad warszawskim Pałacem Kultury. Zapewne nie wszystkich to dzieło sztuki ulicy zachwyciło, ale też pewnie jest wielu takich, którym to się bardzo podoba. No cóż to kwestia gustu. Ale jak zawsze w sytuacji styku sztuki z miejscem publicznym znalazło się kilku osób, którym mural, a właściwie to, co na nim przedstawiono, źle się skojarzył. 

 

Mnie się to od razu skojarzyło z balonikami – dmuchanymi zabawkami dla dzieci. Bez żadnych podtekstów. Takimi dla milusińskich, jakich pełno na straganach w dzień targowy. Jednak malowidło ścienne ze stacji metra Marymont zatytułowane Baranki Boże wzbudziło niezdrowe emocje u pewnych ludzi. Nie wiem jak to jest, że istnieje wśród nas pewna grupa ludzi, którym wszystko kojarzy się z seksem. A jak już im się coś nawet niewinnego z tym seksem skojarzy, to od razu uważają ze to obraża ich uczucia religijne. Mnie się zawsze wydawało, że sacrum i profanum egzystują w pewnym oddaleniu, ale jak widać nie dla wszystkich. Jest pewna grupka osób, którym owe baranki z muralu przypominają dmuchane lalki z sexshopu dla zoofilii. Naprawdę trzeba jakiejś dewiacyjnej osobowości, żeby tak skojarzyć te dmuchane zabawki z zabawkami dla dorosłych. Poza tym trzeba też poczynić baczne obserwacje w sklepach z erotycznymi zabawkami, żeby wiedzieć, że takie zabaweczki tam występują. Choć nie uważam się za purytanina, to do wczorajszej emisji materiału telewizyjnego o kontrowersyjnym obrazie z warszawskiego metra nie wiedziałem. Nie wiedziałem też o istnieniu takich erotycznych dmuchanych gadżetów.

 

Mural będzie eksponowany do końca kwietnia, co oznacza, że będzie tam go można zobaczyć podczas Wielkanocy.  I to właśnie bardzo drażni tych, którym obraz z metra źle się skojarzył. Jakoś tak w ich mózgach zestawiły się myśli o baranku bożym i tym baranku boskim w sensie religijnym. Faktycznie prawie tak samo, ale jak mawiał klasyk prawie robi wielką różnicę. Ja tam inaczej pamiętam jego wyobrażenie przedstawiane na obrazkach świętych. Ale ja, to ja, inni mają jak widać inne skojarzenia. I tak stowarzyszenie, o którego istnieniu nie wiedziałem do wczoraj rozpoczęło wielki protest wysyłając listy protestacyjne do dyrekcji metra warszawskiego z zadaniem by obraz zniknął ze stacji Marymont. Czasami faktycznie artyści w ramach prowokacji używają zestawień symboli seksualnych z religijnymi. Mogę zrozumieć, że to razi. Ale w przypadku tych baranków z muralu, trzeba naprawdę wielkiej wyobraźni i nieczystych skojarzeń żeby dostrzec tu profanację symboli religijnych. Jak pisałem na wstępie, rzeczywiście już tak jest, że niektórym wszystko się kojarzy… tym razem z profanacją uczuć religijnych.

 

dziennik pesymistyczny

Dwa w jednym, czyli herb w herbie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

O ile wiem to każde miasto, małe czy duże, ma swój herb. Mój prowincjonalny gród ma nawet dwa herby.  Jeden taki codzienny – powiedzmy roboczy – oraz drugi na specjalne okazje, czyli odświętny. Przypomina mi to sytuację, o której opowiadał mi mój kolega ze szkoły, który miał w swojej domowej garderobie zawsze dwa oddzielne zestawy ubrań. Te robocze, codzienne do pracy oraz takie do kościoła, oficjalne i odświętne. I za żadne skarby świata nie wolno mu było używać odświętnego ubrania w dni powszechne. To było ubranie niedzielne, do kościoła, i było zarezerwowane tylko na ten dzień. I właśnie to „kościelne” określenie w stosunku do herbu mojego miasta pasuje tu idealnie. Bo symbol mojego miasta w wersji uroczystej zawiera po prawej stronie bramy herb papieża Jana Pawła II oraz labry z pokryciem białym i takim samym podbiciem.

 

Ostatnio stolica apostolska wydała komunikat, w którym informuje, że posługiwanie się papieskim imieniem, obrazem czy herbem, a także samym określeniem „papieski”, musi być uprzednio zatwierdzone przez Watykan. Kilka tygodni wcześniej odbyła się w moim mieście uroczysta sesja naukowa poświęcona herbowej symbolice.  Spotkali się na niej historycy, politycy, nauczyciele, pracownicy archiwum, przedstawiciele miejskich instytucji oraz wszyscy zainteresowani tym tematem. Jednak nawet wtedy, jak wynika z doniesień prasowych, nie zajmowano się istnieniem herbu w herbie. Ale chyba w obecnej sytuacji powinna się jednak odbyć kolejna sesja, na której by ustalono ponad wszelką wątpliwość, czy przypadkiem używanie herbu papieskiego nie narusza zasad ochrony wizerunku i tożsamości papiestwa. Pamiętam, że ponad dziewiętnaście lat temu, gdy uchwałą rady miasta wprowadzano obecnie obowiązujący herb miasta, jakaś delegacja wybrała się do Watykanu, jeśli mnie pamięć nie myli prosić o specjalne zezwolenia na używanie papieskiej symboliki. Ale czy takie uzyskała? Nie wiadomo. Nie ma o tym żadnej informacji w oficjalnych dokumentach na temat herbu, znajdujących się na miejskiej stronie internetowej. A w obecnej sytuacji, chętnie przeczytałbym stosowny komunikat magistratu, który rozwiałby całkowicie moje, oraz nie tylko moje wątpliwości, co do legalności używania herbu papieskiego w miejskim herbie.

 

Sytuacja, w której odświętny symbol miasta wzbudza wątpliwości, szczególnie w obliczu komunikatu stolicy apostolskiej, powinna być szybko wyjaśniona. Jeśli stolica Piotrowa pragnie ograniczyć posługiwanie się imieniem bądź herbem papieskim dla celów i czynności, nie mających nic, bądź niewiele wspólnego z kościołem katolickim, to może warto sprawdzić czy używanie takiej symboliki w herbie miasta nie narusza tych zasad. A chyba używanie papieskiego symbolu w herbie miasta niewiele ma wspólnego z działalnością tej wspólnoty wyznaniowej. Na stronie miejskiej możemy za to wyczytać, że herb mojego prowincjonalnego grodu, zawierający jednak odniesienia światowe może być „używany w celach identyfikacyjnych jedynie przez organy i instytucje miejskie, miejskie jednostki organizacyjne, osoby prawne, których jedynym właścicielem jest miasto oraz spółki prawa handlowego, których wszystkie akcje lub udziały są własnością miasta”. W świetle tych słów zasadne jest pytanie czy miasto ma pozwolenie na używanie papieskich symboli, jeśli tak dokładnie zadbało o to żeby każdemu, kto zapragnie używać miejskiego herbu przechodził procedurę uzyskania stosownego pozwolenia.

 

Przez ostatnie dwadzieścia lat, nie można było ustalić herbu takiego, który byłby poprawny i nie mieszał rożnych stylów, pojęć i gatunków. A jest w nim pełno nieprawidłowości.  I teraz do wątpliwości związanych z kolorystyką herbu, umieszczeniem tam koloru żółtego, jako synonimu złota doszła kolejna wątpliwość. Niepoprawnie – zdaniem specjalistów – jest umieszczona korona w herbie. Jak wyjaśniają specjaliści, koronę umieszczano bezpośrednio nad literą, gdy mamy do czynienia z inicjałem królewskim. Natomiast, gdy chodzi o monogram miasta królewskiego, korona powinna się znaleźć nad tarczą, nie literą. Ponadto nie powinniśmy mieć dwóch różnych wersji herbu. Podobno nasz herb jest pokazywany na wykładach na uniwersytecie, jako negatywny przykład – twierdził podczas wspomnianej już tu specjalnej sesji poświęconej miejskiej heraldyce, pewien radny miejski. Symbol mojego miasta zdecydowanie zasługuje na to, żeby nie budzić żadnych wątpliwości. A teraz do tych wątpliwości, które mieliśmy od lat należy dodać kolejny: czy herb w herbie jest legalnie używany?

 

dziennik pesymistyczny

Zrób to sam

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Kilka dni temu, w jednym z tekstów tu publikowanych napisałem, że straszliwie mnie denerwuje sytuacja, w której ktoś wymaga ode mnie opłaty za to, że czegoś nie zrobił. Jak za coś zapłaciłem to chciałbym żeby to było zrobione bez żadnych dodatkowych ponagleń z mojej strony. I takie zachowanie wydawało mi się całkowicie normalne. Lecz jak widać myliłem się bardzo. Z kilku komentarzy czytelników, zamieszczanych pod moim tekstem wynikało jasno, że jestem rozpieszczonym paniczykiem, co to jak płaci to jeszcze i wymaga, i że powinienem mimo poniesionych opłat sam zabrać się do roboty. Nie czekać aż ci, co powinni wykonać swoją pracę, zrobią to sami z własnej inicjatywy.

 

Jak widać część naszego społeczeństwa opanowało zbiorowe przekonanie, że trzeba być samowystarczalnym na wszelkie możliwe sposoby. Nie wolno krytykować kogoś tylko za to, że nie zrobił czegoś, choć mu za to zapłacono. Ba, nawet powinno się płacić słono za niewykonaną pracę, bo przecież trzeba sobie wzajemnie pomagać. To znaczy wykonać coś za kogoś tak z czystej życzliwości. Swoim tekstem chciałem tylko zaapelować do administracji, aby ta, bez moich ponagleń sama zainteresowała się zalegającym śniegiem na parkingu i go uprzątnęła. Za to przecież im płacę i to sporo. I właśnie taką postawą naraziłem część czytelników. Co prawda, jak co rano, kilka minut poświęcałem na odgarnianie śniegu, bo inaczej bym nie wyjechał do pracy samochodem, ale widać nie miałem prawa domagać się żeby ci, którym już zapłaciłem za tę pracę, zrobili to za mnie.

 

Lubię pomagać, ale przecież nie mogę tego robić przez cały czas. Czasami mam takie przekonanie, że jestem zmuszany do tego żeby zrobić samemu coś, za co już wniosłem stosowną opłatę komuś innemu. Jest tak najczęściej w przypadkach, w których nie przekazuję opłaty z ręki do ręki, a wnoszę ją w miesięcznych opłatach. A przykład idzie z góry. Płacę w podatkach na służbę zdrowia, ale jak już przyjdzie do tego, że potrzebuję skorzystać z pomocy lekarza specjalisty, to albo mam spokojnie czekać w nieskończoność albo zapłacić jeszcze raz, czyli prywatnie sam sobie pomóc. Zawsze jak czegoś chcesz od państwa, to ono traktuje cię jak petenta, starającego się złodziejsko coś dla siebie wyłudzić. Przykładem może być tu instytucja dobrze znana wszystkim, czyli Zakład Ubezpieczeń Społecznych. Kiedyś choroba zmusiła mnie to skorzystania z prawnie gwarantowanych mi świadczeń. I tak dostałem się w tryby machiny, w której czułem się złodziejem, który stara się coś ukraść państwowej instytucji. Raz za razem byłem wzywany do ZUS-u na przesłuchania, gdzie po raz kolejny musiałem tłumaczyć przypadkowym osobom, że jestem chory naprawdę i naprawdę potrzebuję pomocy. Wszyscy jasno dawali mi do zrozumienia, żebym raczej dał już spokój i sam sobie pomógł. I tak też się stało. Nie wytrzymałem i zrezygnowałem.

 

Zawsze jak zacznę krytykować kogoś za to, że nie robi tego, za co płacę, od razu staje za nim chór obrońców, którzy głośno sugerują, że to raczej ja mam zrobić coś sam, a nie marudzić, że nie jest jeszcze zrobione. Jak narzekam na obsługę w sklepie to zaraz słyszę, że nie mogę tak robić, bo panie tak długo i ciężko pracują. Nawet jak widzę, że nic nie robią, to i tak powinienem iść sam poszukać w półkach tego, co mnie interesuje, bo przecież jak tak można krytykować i jeszcze czegoś wymagać. Jak list spóźni się trzy tygodnie, to przecież poczta jest niewinna tylko ja, bo przecież wiem, że jest z tym kłopot, więc, po co list wysyłam? Mailem nie mogłem? I tak ze wszystkim. Czyli jak kran cieknie to zamieniam się w hydraulika, bo nie ma co czekać na fachowca. Jak coś mnie denerwuje w telewizji nie ma, co narzekać czas założyć własną! Jak urzędnik mnie wnerwia bezczynnością to lepiej samemu załatwić, bo, po co go odrywać od tego, co on tam robi lub czego nie robi. Jak samochód nawali, choć dwa dni wcześniej był u mechanika,   nie należy składać reklamacji. Po co gościa denerwować? Przecież można jeszcze raz zapłacić. A już najlepiej żeby samemu zabrać się za naprawę. I już nie wiem czy to dobrze czy może źle, że chcę tego, za co płacę. Boję się, że to jakieś moje fanaberie są tylko. Że może tak już jest, że są pewne opłaty, za które nie powinienem spodziewać się wykonania pracy.

 

dziennik pesymistyczny

Drugi policzek

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Bardzo trudno znaleźć granicę między sztuką a bluźnierstwem. Cztery lata temu wielkie oburzenie w świecie islamu wywołały karykatury Mahometa, autorstwa duńskiego rysownika Kurta Westergaarda. U nas w Polsce nikt nie atakuje jeszcze z nożem i siekierą w dłoni domów tych, którzy dopuścili się obrazy uczyć religijnych. Ten, kto w przypływie dziwnie pojętych działań artystycznych drze na strzępy biblię może u nas liczyć, co najwyżej, na rozgłos związany z oskarżeniem i rozprawę przed sądem, która pewnie nie skończy się skazującym go wyrokiem. Jest to jednak wielka różnica. I zapewne to właśnie zachęca niektórych artystów czy jak kto woli pseudoartystów to zamanifestowania tego, że nie podzielają poglądów katolików. I robią to czasami w sposób, powiedzmy to sobie jasno – żenujący.

 

Ale czy od razu Polak katolik musi biec do sądu? Wolałbym żeby takie czyny raczej zasługiwały na pogardę i litościwe popukanie się w czoło, sugerując stan umysłowy artysty, niż żeby politycy w gniewie i oburzeniu składali doniesienia o popełnieniu przestępstwa obrazy uczuć religijnych w prokuraturze. Bo mam wrażenie, że jeśli dziś nie mamy do tego dystansu, to potem rozwinie się to nam w inkwizycję i zapachnie wszędzie dymem ze stosów. U nas wszystko, co dotyczy religii jest czarno – białe. Jest jedna strona kościoła „wow”, z nominalni milionami wyznawców, pielgrzymkami, telewizją katolicką, niedzielna mszą i pierwszą komunią oraz to wszystko, co jest po drugiej stronie, czyli Ci, co przez głupotę lub z rozmysłem zapragnęli pokazać, że nie bardzo im po drodze z rzymskimi katolikami. Oczywiście jest jeszcze środek. Czyli tacy, co nie wpadają w ekstrema. Ja raczej nie jestem wiernym wyznawcą, ale też z szacunkiem podchodzę do tych, którzy wierzą. Czyli jestem szary.

 

– Mówimy nie, obrazie naszych chrześcijańskich wartości i symboli. Powołując się na wolność słowa i swobodę wypowiedzi pseudoartyści nie mogą bezkarnie obrażać naszej wiary katolickiej – powiedziała pewna pani poseł przy okazji składania zawiadomienia o popełnieniu przestępstwa obrazy uczuć religijnych przez pewnego artystę. Jak to się ma do słów Jezusa: „Wciąż miłujcie swych nieprzyjaciół, czyńcie dobrze tym, którzy was nienawidzą”. Moim zdaniem lepiej jest jednak przekonywać, że ktoś robi źle, niż zamykać go w więzieniu.  Polemizować z nim, rozmawiać niż całą tę sprawę sprowadzać do sądowego wyroku i do wymierzenia kary. Tam gdzie chodzi o religię czy wiarę chciałbym bardziej rozwiązań o charakterze religijnym niż prawnym. Bo przecież powiedziane jest w piśmie „nie sądźcie, abyście nie byli sądzeni”.

 

Wolałbym też postrzegać rzymski katolicyzm, jako religię miłości, bo przecież na taką się kreuje. Jak ktoś grzeszy to raczej niech mu będą odpuszczone te grzechy. Po co w to mieszać świeckie sądy? „Odpuszczają się tobie grzechy twoje”, – jak rzekł Jezus do niewiasty przyłapanej na cudzołóstwie i do niego przyprowadzonej: „Ja cię nie potępiam – idź w pokoju i nie grzesz więcej”.

 

W pewnym piśmie katolickim przeczytałem takie zdanie: „Pan Darski ma szczęście, że nie mieszka w państwie muzułmańskim. Gdyby znieważył Koran, miałby już podcięte gardło lub musiałby uciekać przed fatwą”. Sądzę, że nie można tego rozpatrywać w kategorii szczęścia. Jeśli mamy się odróżniać od tamtych zachowań, od tamtej kultury, to raczej nie powinniśmy tłumaczyć, że takie zachowanie jak niszczenie biblii może kogoś obrazić. A już na pewno nie możemy podrzynać gardeł, jeśli ktoś w naszym przekonaniu grzeszy. Wiem, może to naiwne. Ale nadal chciałbym postrzegać religię rzymskich katolików, jako wyznanie przebaczenia i miłości a nie religię kary za grzech przed świeckimi sądami.

 

Chrystus żywił dla swych wrogów tylko współczucie nie wrogość. Dlatego chyba warto nawracać, pouczać, przekonywać niż po prostu karać.  Przecież powiedziane jest w piśmie: „tak samo w niebie większa będzie radość z jednego grzesznika, który się nawraca, niż z dziewięćdziesięciu dziewięciu sprawiedliwych, którzy nie potrzebują nawrócenia. (…) Tak samo, powiadam wam, radość powstaje u aniołów Bożych z jednego grzesznika, który się nawraca.” Tak chyba będzie dla wszystkich lepiej, dla wierzących i niewierzących.

 

dziennik pesymistyczny

Urzędnicze nagrody pocieszenia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Z czym wam się kojarzy nagroda? Zapewne z czymś przyjemnym. Większość z nas musi wykonać coś nieprzeciętnego żeby otrzymać nagrodę. Jeśli ktoś jest sportowcem to za swoje osiągnięcia otrzymuje medale. Jeśli wysoko lub daleko skoczy na nartach lub bez, przybiegnie pierwszy na metę, przepłynie dystans na zawodach pływackich najszybciej ze wszystkich – wtedy czeka go nagroda. Jeśli w szkole byłem najlepszy z klasy z pewnego przedmiotu, to mogłem się na koniec roku spodziewać za to nagrody – najczęściej książkowej. Bo byłem najlepszy. Jak ktoś bierze udział w konkursie na przykład telewizyjnym to wygrywając odbiera nagrodę. Jest jednak jedna instytucja, no może nie jedyna na świecie, ale tą jedną znam, która rozdaje nagrody za samą pracę. Zatrudniając się w urzędzie miejskim na mojej prowincji możesz spokojnie liczyć na nagrodę za uczestnictwo, czyli za sam fakt wykonywania swoich obowiązków służbowych.

 

Definicja słownikowa słowa nagroda to: dyplom, odznaczenie, pieniądze lub wartościowy przedmiot będące formą uznania lub wyróżnienia za osiągnięcia, zwycięstwo w konkursie, w zawodach i tym podobne. Czyli jak pisałem na wstępie wynika z tego, że jeśli ktoś zrobi coś wybitnego, ponadprzeciętnego, wykaże się ponadstandardową pracą, to za swoje osiągnięcia otrzymuje nagrodę finansową będącą formą uznania. Przez cały ostatni rok nie słyszałem, aby któryś z urzędników magistratu dokonał czegoś godnego specjalnej nagrody. A zapewne wydział prasowy urzędu miejskiego już dawno by się czymś takim pochwalił, bo to przecież takie rzadko widziane zjawisko w naszej prowincjonalnej rzeczywistości. Na pewno nie utrzymywałby takiego zjawiska w tajemnicy. Skromność to na pewno ostatnia rzecz, o którą podejrzewałbym urzędników na mojej prowincji.

 

W lokalnej prasie przeczytałem dziś, że urzędnicy magistratu w moim mieście dostaną nagrody.    Nie żeby pojedyncze osoby dostały wyróżnienia! Na urzędników miejskich spadł prawdziwy deszcz nagród.  Po osiem tysięcy złotych wypłacono pracownikom wydziału projektów strukturalnych, którzy przygotowują wnioski unijne. Ja tam nie pamiętam żebyśmy, jako miasto, zostali ostatnimi czasy zasypani unijnymi dotacjami, ale może jednak jakiś podpowierzchniowy ciągły strumyczek tych pieniędzy z Brukseli do nas płynie. Może? Czyli oni tak w trudzie i znoju pracują, ale się tym specjalnie nie chwalą. I za to właśnie dostali nagrodę.  Po osiem tysięcy za skromność? Całkiem nieźle. Pracownicy kancelarii prezydenta dostali średnio po cztery tysiące złotych. Niestety lokalna prasa nie donosi, jakie to specjalne osiągnięcia zdecydowały o tych nagrodach. A szkoda, chętnie dowiedziałbym się, za co ktoś dostaje cztery tysiące złotych nagrody. Może coś nam się w końcu udało a tu żadnej informacji.

 

Nie tylko te wydziały były w ostatnim roku szczególniej wybitne.  U nas na prowincji cały urząd jak się okazuje wykazał się w ostatnim roku czymś szczególnie wybitnym. Niestety nie dowiedzieliśmy się, czym, a szkoda. Całkiem niepotrzebnie pan prezydent mojego miasta utrzymuje taką tajność i poufność, co do ponadprzeciętnych osiągnięć swoich urzędników. Ja, jako obywatel chętnie dowiedziałbym się, co każdy z tych tysięcy urzędników dokonał niezwykłego wykraczającego poza jego normalne obowiązki służbowe. Jeśli, jak wynika z informacji prasowej, wszyscy zatrudnieni w urzędzie dostali w nagrodę za swój trud od półtora tysiąca do trzech tysięcy złotych, to pewnie za coś konkretnego.

 

Jest jeszcze jedno wytłumaczenie tej nadnaturalnej aktywności miejskich urzędników godnych takich nagród. Słownik daje jeszcze dwie definicje słowa nagroda.  Pierwsza to taka, że nagroda to wynagrodzenie za poniesione straty lub cierpienia. Jeśli tak jest, to praca w magistracie jest prawdziwą gehenną wartą specjalnej nagrody za cierpienia. A może to – zgodnie z kolejną definicją – nagroda pocieszenia, niewielka gratyfikacja przyznawana po zakończeniu konkursu lub zawodów tym, którym nie udało się zdobyć głównej nagrody. No, jeśli jest tak jak w tej ostatniej definicji, to częściowo mogę zrozumieć przyznawanie takiej ilości nagród dla urzędników. Tym bardziej, że kierownictwo urzędu miejskiego tłumaczy, że tego rodzaju nagrody to rekompensata za brak regularnych podwyżek. Nawet nie wiedziałem, że tam tak źle zarabiają i tak ciężko pracują, że na koniec roku trzeba urzędnikom wypłacać nagrody pocieszenia. W życiu nie chciałbym pracować w urzędzie!