dziennik pesymistyczny

Dowód na własne istnienie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Starałem się kiedyś wytłumaczyć mojemu znajomemu urodzonemu i wychowanemu w Wielkiej Brytanii, po co mi dowód osobisty. Nie docierały do niego moje argumenty, że głównie po to noszę przy sobie ten kawałek plastiku żeby policjant, urzędnik czy inny pracownik banku mógł mnie zidentyfikować. – Przecież jak ja zapewniam policjanta, że ja jestem ja, to on nie ma żadnych podstaw twierdzić, że jest inaczej. A jak mi nie wierzy, to niech sobie gdzieś to sprawdzi. Jak można w demokratycznym kraju zmuszać do posiadania dowodu osobistego – powiedział mój „angielski” kolega. I nie chciało mi się go przekonywać, bo i sam wierzę, że takie wymuszanie przez państwo posiadania przy sobie zawsze i wszędzie dowodu swojego istnienia nie bardzo da się połączyć w ideałami wolności człowieka. 

 

Moje państwo po cichutku, z dala od medialnej wrzawy, szykuje się do wielkiej zmiany, jakim mają być nowe elektroniczne dowody osobiste. Oczywiście dla mojego najwyraźniej bardzo bogatego i zasobnego w gotówkę państwa nie jest tu żadna przeszkodą fakt, że dwa lata temu skończyliśmy ciągnącą sie kilka lat, i wielce kosztowną akcję wymiany starych dowodów osobistych. Wtedy papierowe książeczki zastąpiły karty z plastiku zawierające dane o tym, kim to jesteśmy. Teraz mamy dostać kosmiczny, zaawansowany technologicznie plastik z  wbudowanym w niego mikroprocesorem. Tam, na tej pamięci elektronicznej zawarte będą wszelkie informacje o nas.

 

Oczywiście ministerstwo spraw wewnętrznych i administracji twierdzi, że to jest zdecydowanie słuszne, niezbędne, oraz zapewni nam standardy, jakie mają wszystkie, wysokorozwinięte kraje. Zapewne w odróżnieniu od takich zacofanych cywilizacyjnie krajów jak Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania gdzie propozycje wprowadzenia takich czy innych dowodów osobistych odczytano by, jako zamach na podstawowe wolności obywatelskie.  Kilka lat temu rząd Francji podjął próbę wprowadzenia takich dowodów jednak musiał się ugiąć wobec protestów organizacji broniących prawa do prywatności. Obecnie elektroniczne dowody we Francji istnieją, ale nieobowiązkowe. Co innego jest u nas U nas wydany będzie ukaz władz i wszyscy będą się musieli to nowych zasad dostosować.

 

W nowym plastikowo – elektronicznym dowodzie zapisane będą informacje takie, jakie zawsze były zawarte w wydawanych przez państwo dokumentach identyfikacyjnych. Zgodnie, jeszcze z carską tradycją, znajdą się tam takie dane jak: imię, nazwisko, imiona rodziców, numer PESEL, obywatelstwo, płeć oraz data i miejsce urodzenia. Nie będzie zapisu o miejscu zamieszkania. Ale żeby nie było za łatwo i za bardzo wolnościowo, państwo wymyśliło procedurę zastępczą. Teraz naszym obowiązkiem będzie zgłaszanie zmiany miejsca zamieszkania w urzędzie gminy. Z dowodu znikną informacje dotyczące wzrostu i koloru oczu. Po prostu nie będą potrzebne, bo identyfikacją tego czy my to, zajmować się będzie komputer.

 

Nasuwa się pytanie, po co to wszystko? Chyba tylko po to, żeby wydać 370 mln złotych. W elektronicznej pamięci nowego dowodu tożsamości umieszczone będą różne dane, nie tylko te niezbędne. W projekcie mówi się o danych medycznych czy umożliwiających naszą identyfikację w internecie. Wszystkie dane z chipów dostępne będą w jednym centralnym systemie informacyjnym, do którego szeroki dostęp uzyskają różni urzędnicy. I właśnie tego się obawiam. Nikt nie będzie kontrolował, jaki to będzie urzędnik. Można sobie śmiało wyobrazić sytuację, w której Heniek z Ryśkiem z urzędu powiatowego z Psiance Dużej tak dla żartów przeglądać sobie będą prywatne i poufne dane pani Basi z księgowości. I to tylko dlatego, że po prostu mogą.

 

dziennik pesymistyczny

Precyzyjnie mówiąc wielka ściema

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Zerwałem się z łóżka dokładnie o siódmej rano, bo starałem się dnia poprzedniego dość precyzyjnie nastawić budzik na tę właśnie godzinę. Spojrzałem na padający śnieg za oknem. Padał tak od rana na moje prowincjonalne miasto, pokrywając precyzyjnie białą kołderką dachy domów, chodniki i ulice. Poczłapałem do łazienki gdzie precyzyjnie i dokładnie dokonałem porannych ablucji. Potem zrobiłem i spożyłem precyzyjnie przygotowaną kanapkę zapijając ją precyzyjnie zaparzoną herbatą. 

 

Dlaczego mam taką jazdę na precyzję? Już tłumaczę. Wszystko to przez nowe hasło, wokół którego, władze mojego miasta chcą zbudować silną markę promującą moją prowincję. A głosi ono, hasło owe, że właśnie „Siła w precyzji”. I że prezycja  jest tą unikalną cechą mojego grodu i jego mieszkańców. I tak się bardzo tym hasłem przejąłem, że chciałbym każde swoje działanie jak najszybciej dopasować do tej precyzji zawartej w nowym sloganie reklamowym. Przecież, jeśli przez blisko sto pięćdziesiąt dni pewna firma z Krakowa na zamówienie magistratury przygotowywała za gigantyczne pieniądze (przepraszam za nieprecyzyjność) strategię marki mojego miasta to ja, jako mieszkaniec chciałbym się jakoś w tą unikalną cechę, z takim trudem odnalezioną wpasować. Choć nie zauważam tej precyzyjności w moim mieście to przecież, czym jest moja obserwacja rzeczywistości, przy wiedzy i doświadczeniu strategów marketingu z miasta Krakowa. Jak powiedzieli, że cechuje mnie precyzja to trzeba się wpasować choćby na siłę. Przecież nawet prezydent mojego miasta stwierdził, że znaleziono to „coś”, co wyśmienicie nas mieszkańców cechuje.

 

A zadanie było ciężkie. Nie szczędzono na nie ani sił, ani środków. Przeprowadzono wiele badań w różnych częściach kraju i zewsząd płynął jeden wniosek. Większość Polaków nic nie wiedziało na temat mojego miasta na prowincji. Jednak to okazało się atutem, na który czekali stratedzy z firmy o nowej strategii marki. Przecież jak nikt nic nie wiem to znaczy ze można uznać, że miasto me, jest jak czysta biała kartka czekająca na zapisanie jej nowymi śmiałymi ideami i sloganami. I tak oto okazało się nagle i niespodziewanie, że jesteśmy w swojej masie wszyscy razem i każdy z osobna precyzyjni jak nikt inny w Polsce, a być może i na świecie. Z dnia na dzień, moje miasto rodzinne stało się światowym centrum techniki precyzyjnej. – Miasto przedsiębiorczych ludzi, w którym panuje zdrowe podejście do życia i pracy, – że zacytuje lokalną gazetę. No jakoś tego nie zauważyłem, ale jak już pisałem, to nie ja tu biorę kasę za ustalenie strategii marki. 

 

I co najciekawsze okazało się, że ja od lat żyłem w nieświadomości wraz z tysiącami współobywateli mojego grodu. I dopiero spece z Krakowa rozjaśnili nam precyzyjnie w głowach. Ponoć nowy pomysł na markę Radomia ma uzasadnienie historyczne. Specjaliści z byłej stolicy sięgnęli w przeszłość, do momentu powstania, gdy moje miasto wykluwało się z mrocznej skorupki dziejowej przed wiekami. Jakieś tam wtedy wytwarzano precyzyjne narzędzia! – Zachwycali się znawcy rzeczy precyzyjnych z Krakowa. Precyzja, jako słowo definiujące moje miasto zawładnęło wyobraźnią twórców strategii marki mojego miasta. I tu już był tylko krok do dopasowywania historii na potrzeby nowej marki z jej unikalną precyzyjną cechą. Precyzyjna fabryka broni z jej precyzyjnymi wyrobami. Precyzyjne telefony i precyzyjne kierunki na miejskiej uczelni. Szkoda tylko, że nie ma w zakładach zbrojeniowych precyzyjności w sprzedaży karabinów. Bo ostatnio robotników precyzyjnie wysłano na przymusowy urlop, bo nie było zamówień. A telefony okazały się tak precyzyjne, że nikt ich nie kupował i firma upadła. Co do nauczania to precyzyjnie dobrane kierunki na uczelni „produkują” przeważnie nowych bezrobotnych.

 

Nie ma, co się pastwić. Najczarniejszym humorem można określić dopasowanie precyzji do pokazów lotniczych odbywających się w moim mieście. Dwukrotnie odwołanych z powodu katastrof samolotów. Naprawdę trzeba odwagi żeby dopasować precyzję tam gdzie jak widać precyzji zabrakło. Mamy, więc Nową Strategię Marki. Połączyła ona w zachwycie wszystkich z władz miasta. Nie dziwię się. W końcu jak ja bym wydał na coś tyle pieniędzy też bym starał się zachwycać. Ale najciekawsze będzie to, co czeka teraz magistrat, czyli wcielenie jej w życie. Jak trzyletni program wdrożeniowy wprowadzić w życie, żeby ta precyzyjność z hasła nie wyszła nam wszystkim bokiem. Ale prezydent miasta i tu ma precyzyjne rozwiązanie. – Sukces tego przedsięwzięcia będzie zależał od wszystkich mieszkańców naszego miasta – przekonuje prezydent. Wygląda to na precyzyjne przeniesienie odpowiedzialności w myśl zasady: założenia strategii były zdecydowanie słuszne tylko społeczeństwo nie podołało. Czyli wszystko było precyzyjnie zaplanowane, ale wyszło jak zawsze.

 

 

dziennik pesymistyczny

Hieny w muzeum

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W moim prowincjonalnym mieście jest pomnik, który ktoś systematycznie okrada. Pewnie wielu moich krajanów tak jak ja, zadaje sobie pytanie jak to jest możliwe, że ofiarą kradzieży stał się posąg odlany z brązu przedstawiający bohatera narodowego. Oczywiście, że jest to możliwe. U nas, w kraju nad Wisłą wszystko jest możliwe. Raz za razem postać herosa utrwalona w metalu traciła szable. Komu jest potrzebna szabla z brązu? Można ją oczywiście oddać na złom. Można potraktować ją jako swoistą zdobycz czy trofeum, którym można się pochwalić przed znajomymi. Pewnie można. Choć wydaje się to bardzo abstrakcyjne. Zdecydowanie, motywy działania złodziei są tak dalekie od logiki, że aż niepojęte.

 

Podobnie ma się sprawa z kradzieżą w Oświęcimiu. Dziś rano wszystkie media doniosły, że nieznani sprawcy ukradli w nocy napis Arbeit macht frei z głównej bramy muzeum Auschwitz-Birkenau. Po co on komuś? Nikt nie potrafi tego racjonalnie wytłumaczyć. Ale fakt jest faktem. Jakiś idiota odpiłował napis znad głównej bramy dawnego obozu zagłady i go uprowadził w nieznanym kierunku. Jeśli co pewien czas dowiaduję się z gazet, że okradane są groby na cmentarzach, to pewnie nie powinienem się dziwić, że ktoś dokonał profanacji w miejscu gdzie zginęły miliony. Taki już jest ten świat, że nic nie jest święte.

 

Zastanowiłam się, co jeszcze może paść łupem złodziei. Naprawdę, jeśli jutro rano przeczytam w gazecie, że nieznani sprawcy ukradli dzwon Zygmunta znajdujący się na wieży w północnej części katedry wawelskiej to nawet się specjalnie nie zdziwię. No może tylko zastanowię się nad tym jak to jest możliwe, że ktoś zdołał tego dokonać. Podobnie pomyślałem o kradzieży w Oświęcimiu: jak to jest możliwe, że ktoś dokonał kradzieży z głównej bramy pod okiem strażników i kamer ochrony? Tak samo jak przestaje mnie dziwić to, że nikt niczego u nas tak naprawdę nie może upilnować. Niby jest ochrona, nadzór kamer, a jednak ktoś wlazł na główną bramę obozu i odpiłował napis. To przecież nie jest batonik z supermarketu, który można schować do kieszeni. To musiało złodziejowi zająć chwilę, choć jak widać, nie tak długą żeby to zauważyli strażnicy muzealni.

 

Kolejną ciekawostką jest fakt, że rzecznik Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau zapewnił, że teren muzeum jest dobrze chroniony. Jakby był naprawdę chroniony poprawnie, to pewnie nikt nie dokonałby tej zuchwałej kradzieży. Rzecznik wyraził też nadzieję, że dane z monitoringu pozwolą schwytać sprawców kradzieży napisu z bramy głównej muzeum. Też mam taką nadzieje, ale wolałbym żeby ktoś na bieżąco sprawdzał monitoring, bo chyba po to zainstalowano kamery żeby dzięki nim lepiej kontrolować teren muzeum, a nie po to żeby po fakcie zobaczyć jak można dokonać takiej kradzieży.  Jak donosi portal tvn24 złodzieje z tablicą ważącą kilkanaście kilogramów pokonali ponad 400 metrów, rozcięli drut kolczasty w podwójnym ogrodzeniu, a potem przez półmetrową dziurę w betonowym płocie wydostali się na drogę. I nikt tego nie zauważył!? Mimo dobrej – zdaniem rzecznika – ochrony.

 

Tłumaczenie rzecznika jest bardzo kuriozalne. Mnie to tej pory wydawało się, że najbardziej w muzeach są chronione główne wejścia. To mniej więcej tak jakby zorganizowana grupa przestępców o trzeciej nad ranem włamała się do wyśmienicie strzeżonego muzeum i ukradła zabytkowe drzwi wejściowe. Dla mnie kradzież w muzeum Auschwitz-Birkenau to zdarzenie kompromitujące zarząd muzeum. Tak samo jak przeraża mnie myśl, że ktoś mógł wpaść na pomysł kradzieży takiego symbolu, jakim jest napis znad bramy obozu, tak samo jestem przerażony, że tak łatwo można było tego dokonać.

dziennik pesymistyczny

Nie tylko sny muszą być prawomyślne.

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Każdy ma tajemnice, których nie chciałby ujawniać innym. Zazwyczaj jest to nie tyle coś wstydliwego, co prywatnego, o czym nie chcielibyśmy informować innych. To jest nasze i tylko nasze. Nie chodzi tu o czyny karalne, niemoralne czy niegodne. Chodzi mi tu o tę strefę prywatności, która nie powinna być nigdy przekraczana, bo jest tylko nasza i nikogo więcej. Jeśli nie robimy nikomu krzywdy, jeśli nie jesteśmy o nic oskarżani, to nasza prywatność jest najważniejsza. A ja mam coraz silniejsze wrażenie, że państwo coraz bardziej zaczyna mi zaglądać przez ramię, gdy pisze prywatnie do przyjaciela o prywatnych sprawach. Chce wiedzieć gdzie aktualnie przebywam oraz z kim i o czym rozmawiałem.  I nawet jak nic nikomu nie zrobiłem, nikomu nie zagrażam, to takie informacje o mnie, państwo chce zbierać, lub już zbiera tak na wszelki wypadek, oraz skrupulatnie przechowuje.

 

Prawo do prywatność to jedno z podstawowych praw wolności człowieka i obywatela. Można uznać, że definicją tego prawa jest stwierdzenie, że każdy człowiek ma przynależne prawo do bycia pozostawionym w spokoju. Czyli rozumiem, że nie można mnie uznać za potencjalnego przestępcę, gdy nie mam nawet zamiaru popełnić czynu karalnego. Coraz bardziej jednak nabieram przekonania, że we współczesnym świecie każdy człowiek jest dla państwowej machiny kontroli i przymusu potencjalnym zagrożeniem. W myśl zasady, że każdy jest winny, tylko, że nie wszystkim to jeszcze udowodniono. Taka zasada jak nic pasuje do nowej unijnej dyrektywy o retencji danych. Nasze Ministerstwo Infrastruktury pracuje właśnie nad doprecyzowaniem tych przepisów i dostosowaniem ich do sytuacji na naszym rynku telekomunikacyjnym. Nowe przepisy, które wejdą w życie pierwszego stycznia 2010 roku zmuszają operatorów do przechowywania wszystkich danych o lokalizacji użytkowników telefonów komórkowych w momencie nawiązania przez nich połączenia oraz przez cały czas trwania rozmowy. Po co moje państwo chce wiedzieć gdzie się znajdowałem w momencie rozmowy z moją ciocia Jadzią? Nie wiem? Ale ważne jest to, że takie dane o moim prywatnym życiu rząd zbiera i przechowuje.

 

Centralne Biuro Antykorupcyjne, Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego oraz Polska Policja też chętnie zobaczyłyby, co tam ciekawego pisałem ostatnio do mojej koleżanki w mailu. Jak donosił nie tak dawno dziennik Rzeczpospolita siły specjalne chcą mieć dostęp do informacji o internautach. Tajni agenci rządowi ochoczo zapoznawaliby się zapewne z tym, jakie to portale i strony internetowe przeglądam, jakie pisałem maile i tak dalej.  Śledziliby komunikatory internetowe, fora, portale społecznościowe oraz blogi. Oczywiście wszystko bez mojej wiedzy. Dane takie zdaniem spec służb, powinny być przechowywane przez operatorów przez kolejnych pięć lat. Ten dziwaczny pomysł to projekt nowelizacji ustawy o świadczeniu usług drogą elektroniczną.

 

Nie wiem, po co mojemu państwu ta totalna wiedza o tym, co robię i gdzie przebywam. Teraz rząd chce wiedzieć gdzie dzwoniłem, o czym rozmawiałem i gdzie wtedy byłem. Chce wiedzieć, co oglądam w Internecie i o czym i do kogo piszę. Do tego jeszcze dochodzą kamery na każdym skrzyżowaniu, na każdej ulicy oraz w każdym sklepie. Nie jest też pewnie problemem dla tajnych służb dowiedzieć się, co jem i co kupuję w sklepach, jeśli płaciłem za to kartą płatniczą. Chyba jeszcze nigdy nie byłem poddawany tak ustawicznej obserwacji. I jeszcze chyba nigdy nie występowałem bez mojej wiedzy w tak wielkiej liczbie baz informacyjnych. Tylko, po co ta wiedza? Jak mówiłem nie wiem, choć się domyślam. I to budzi we mnie strach.

 

Przypomniał mi się fragment z książki Georga Orwella – Rok 1984 – który pozwolę sobie zacytować na zakończenie tych moich rozważań o granicach prywatności przekraczanych przez zamiłowanie państwa to prewencyjnej inwigilacji. – Jeśli chce się zachować tajemnicę, należy ukryć ją nawet przed sobą. Trzeba pamiętać o niej bez przerwy, lecz dopóki nie nadejdzie właściwa chwila, nie należy ani ubierać jej w słowa, ani pozwolić, aby przeniknęła do świadomości. Od tej chwili nie tylko jego myśli, ale również odczucia i sny muszą być prawomyślne.

 

dziennik pesymistyczny

Budżet dzielony przez duże uproszczenia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Gdy po raz kolejny siedziałem z ołówkiem w ręku licząc, ile to mi jeszcze pieniędzy zostało do pierwszego, usłyszałem w wiadomościach telewizyjnych, że nie tylko ja mam kłopot z ustaleniem równowagi między wydatkami a dochodami. Jak widać moje państwo, którego jestem obywatelem przez zasiedzenie i z racji urodzenia, też jest podobne do mnie, jeśli chodzi o ten ciągły brak równowagi finansowej. Jak podaje Centrum Informacyjne Rządu, projekt budżetu państwa przewiduje, że dochody wyniosą 245 miliardów 500 milionów złotych, wydatki zaś nie powinny przekroczyć 297 miliardów 700 milionów złotych. No jak by nie liczyć brakuje. Ale w odróżnieniu ode mnie państwo jakoś sobie poradzi. Gorzej ze mną.

 

Ja jak bym nie liczył to i tak wychodzi, że zarabiam mniej niż wydaję. Zawsze pod koniec każdego miesiąca zdarza się przedziwnym trafem, że jestem zmuszony szukać pomocy w kwestiach finansów. I żeby załatać dziurę w domowym budżecie pożyczam pieniądze. Oczywiście, żeby nie angażować w te moje prywatne operacje kapitałowe urzędu skarbowego, od znajomych pożyczam zawsze małe sumy, o których nie muszę informować urzędników. Czasem też życie uratuje mi kredyt bankowy. Więc zdecydowanie sobie radzę. Całkiem jak nasze państwo. Ono też zawsze wyjdzie zwycięsko z każdej opresji monetarnej.

 

Skuteczne zarządzanie budżetem domowym według ogólnych zasad sprowadza się w do jednej podstawowej zasady. Trzeba wydawać mniej niż się zarabia. Ale nie dotyczy to wydatków państwa. Jak mnie nie stać na nowy samochód to żebym nie wiem, co zrobił to i tak go nie kupię. Nawet jak podkoloryzuję rzeczywistość, dokonam kreatywnej księgowości i wszystko to przedstawię w banku, a następnie zdarzy się cud i dostanę kredyt to i tak za nic w świecie nie uda mi się go spłacić. Więc po prostu, jeśli mnie na coś nie stać to tego nie posiadam. Ale jeśli państwo ma rozjazd między wpływami a dochodami to takie zjawisko nazywa się dziurą budżetową. I w tym przypadku nie przeszkadza to na przykład w wydawaniu pieniędzy na prowadzenie wojen, na które nas nie stać.

Naszego domowego sukcesu finansowego – według rad, które odkryłem w Internecie – nie należy opierać na poziomie naszych dochodów, ale na sposobie, jakim nimi zarządzamy. I jak słyszę rząd mojego państwa robi wszystko, co w jego mocy żeby oszczędzić. To znaczy dużo się mówi o oszczędności, ale jak słyszę, te najbardziej kosztowne przedsięwzięcia jakoś tak nie zostały odwołane. Nie wiem jak państwo, ale ja jak nie mam pieniędzy to jest u mnie bardzo źle. Po prostu oszczędzam na wszystkim. Z państwem jest inaczej. Odnoszę wrażenie, że jeśli chodzi o oszczędności to są one widoczne zawsze tam gdzie zawsze było nienajlepiej z pieniędzmi. Ale są też dziedziny, w których tak jakoś nie widzę znacznych oszczędności. Ale może tylko mnie się tak wydaje? A może jest inaczej? Nie tylko państwo więcej wydaje na zbrojenie naszych żołnierzy zaangażowanych w Afganistanie, ale coraz więcej wydaje też na organizowanie sportowych igrzysk. Czyli jak nie ma na chleb to niech przynajmniej będą igrzyska.

W Polsce mieszka około 38, 1 miliona Polaków według stanu na 2008 rok. Rozumiem, że prawie każdy dorosły obywatel płaci podatki, które składają się na te dochody państwa. Oczywiście w dużym uproszczeniu. Tak sobie pomyślałem- znów w zupełnym uproszczeniu, – że, utrzymanie mnie, jako obywatela też sporo kosztuje moje państwo. Jeśli na mój budżet domowy składają się dochody moje i mojej dziewczyny, to na zasadzie analogii wszyscy zarabiamy na utrzymanie 38.1 milionów obywateli. Czyli jeśli wszystkie wpływy do budżetu wyniosą znacznie ponad 297 miliardów to znaczy, że koszt utrzymania jednego Polaka mieszkającego w kraju wyniesie jakieś 779 527 559! Sporo, prawda? Przerażająco dużo! Ja to bym się z tej kasy utrzymał do końca życia! Ale pewnie to za duże uproszczenie.

 

dziennik pesymistyczny

Pierwszy dzień wojny

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Co Pan robił trzynastego grudnia panie Janku? – Zapytałem sąsiada, gdy tak sobie wspólnie staliśmy w niedużej kolejce w kiosku z gazetami przyglądając się tytułom prasowym. Tamtej zimy? – Odpowiedział pytaniem na moje pytanie Pan Janek, jednocześnie wskazując wzrokiem zdjęcie w jednej z gazet, przedstawiające żołnierzy patrolujących ulice w dniu ogłoszenia stanu wojennego w grudniu tysiąc dziewięćset osiemdziesiątego pierwszego roku. Tak w wojnę – odpowiedziałem. Pan Janek popatrzył na mnie i rzekł: Eeee, Panie, co to za wojna była? Ja tam nawet przez pierwszy tydzień to czołgu nie widziałem.

 

Amerykanie często zadają sobie wzajemnie pytania w stylu: co robiłeś, gdy zamordowano prezydenta Kennedyego? Tak jakby ta jedna minuta, w której zastrzelono człowieka miała jakieś wyjątkowe znaczenie. I pewnie ma, bo w większości przypadków każdy Amerykanin pamięta, co właśnie wtedy robił i gdzie przebywał. Na takiej samej zasadzie postanowiłem przepytać Pana Janka – mojego sąsiada – który z racji tego, że jest ode mnie starszy, zapewne pamięta o wiele lepiej pierwszy dzień stanu wojennego.

 

Jak to było Panie Janku? – No niech Pan opowie zachęcałem, gdy już z nowo nabytymi gazetami kierowaliśmy się z powrotem w stronę naszej kamienicy. – A co tu opowiadać? – stwierdził krótko sąsiad. – Nudno było – zaczął jednak swoje opowiadanie Pan Janek. – Obudziłem się w jakieś takiej strasznej ciszy i miałem takie uczucie, że coś się stało niedobrego. Z kuchni obok mojego pokoju słyszałem przez ścianę ponurą i żałobną muzykę. Matka raz po raz zmieniała stację, szukając czegoś, co nie będzie uwerturą, ale jakoś tak z pisków i trzasków wyłaniała się tylko chopinowska jednostajność. Ojciec z drugiego pokoju narzekał na telewizor, który znów się popsuł. I tak leżałem wsłuchując się w narzekania rodziców na to, że komuś w radiu odbiło z tą muzyką, i że nasz telewizor znów wyzionął ducha. Nagle zadzwonił dzwonek przy drzwiach, co nie było czymś normalnym w niedzielny poranek. I tak z krzyku znajomej moich rodziców dowiedziałem się, że jest wojna.

 

– Wojna? To było takie abstrakcyjne – kontynuował opowieść Pan Janek. Od razu przed oczami stanęła mi cała piątka pancernych z serialu, licząc też psa. Zobaczyłem w wyobraźni Niemców i Hansa Klossa. Rosjan biegnących do ataku z okrzykiem: uuuuuurarararrara!!!! Czyli klasycznie. Ale jak już się wyjaśniło, że tak naprawdę nikt na nas nie napadł i że to wojsko wypowiedziało Solidarności. Po początkowej panice rodzice postanowili zorganizować wraz z sąsiadami wyprawę do kościoła po mąkę i mleko w proszku. Bo i tak je rozdawali. A ja miałem, jako ten najmniej, rozsądny z rodziny zastać w domu i nigdzie nie wychodzić.

 

Oczywiście jak tylko zamknęły się drzwi za rodzicami zjawiło się u mnie kilku kolegów, których rodzice jak i moi zajęci byli organizowaniem się na czas wojny – wspomina Pan Janek. Jeden z nich przytaskał do mnie wielkie stare radio i zaczęliśmy szukać wiadomości z wolnego świata. Już nawet nie pamiętam czy słuchaliśmy Wolnej Europy, czy to inne polskojęzyczne radio było. Ważne jest to, co usłyszeliśmy. Podano mianowicie wiadomość, że toczą się walki i że na głównym placu naszego miasta stoją czołgi.  Czołgi rozpaliły naszą wyobraźnię. Postanowiliśmy razem z kolegami, że zobaczymy, czym to dysponuje nasza armia. Przez nikogo niezatrzymani pobiegliśmy zobaczyć to, co do tej pory widzieliśmy tylko na filmach. I tu spotkał nas zawód. Nie tylko nie spotkaliśmy żadnych czołgów, ale nawet wozu pancernego. Kompletnie nic. Tylko dwóch przemarzniętych milicjantów przy koksowniku. Taki był ten pierwszy dzień stanu wojennego – zakończył swoją opowieść Pan Janek.

 

dziennik pesymistyczny

Emerytura unplugged

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 25

Przeraziła mnie pewna pani z telewizji.  I choć to, co oglądałem w tym czasie to nie był horror, to jednak powiało z ekranu grozą. Pani z telewizyjnego okienka poinformowała mnie, że wszystko wskazuje na to, że w przeciągu najbliższych lat ceny prądu wzrosną w Polsce o ponad siedemdziesiąt procent. Aż tyle! Zmroziło mnie i ściemniało mi w oczach. Ze smutkiem popatrzyłem na palącą się na stole lampę. Wsłuchałem się z ciche mruczenie lodówki oraz posapywanie pracującej zmywarki. Ze smutkiem zajrzałem w ekran telewizora. No tak, pomyślałem, jeśli do tego dojdzie to chyba będę musiał z was zrezygnować drogie sprzęty na prąd. Jeśli teraz płacę jakieś dwieście pięćdziesiąt złotych za elektryczność, to za te kilkanaście lat z paninej przepowiedni będę zmuszony płacić firmie energetycznej prawie pięćset złotych miesięcznie. A na, dokładkę zakładając, że nasza ojczyzna jest w permanentnym stanie kryzysu od jakichś czterdziestu lat to z pewnością nic się na lepsze nie zmienni. A jeśli nawet się coś zmieni to na gorsze, więc moje płatności za energię jeszcze bardziej wzrosną.

 

Zarabiam tyle, że nie bardzo zbliżam się do tej mitycznej przeciętnej krajowej. Więc pewnie nie mam, co liczyć na wielgachną podwyżkę mojego wynagrodzenia, która pokryje ten siedemdziesięcioprocentowy wzrost opłat za prąd, za te najbliższe kilkadziesiąt lat. Pewnie szybciej doczekam się tego, że znów jakiś nowy przywódca narodu i wizjoner gospodarki poradzi mi żebym zacisnął pasa i czekał na lepsze czasy, które nastąpią po okresie kryzysu. Więc z żalem trzeba będzie się pożegnać ze sprzętem domowym działającym na prąd. Może jak już będę w podeszłym wieku to żelazko zniknie z mojego domu? Może pralka? A może nastąpi u mnie wielki powrót do lampy naftowej! Choć pewnie wtedy okaże się, że ceny nafty tak wzrosną, że nie będzie mnie stać na to paliwo.

 

Moje przerażenie pogłębiło się jeszcze bardziej, gdy wyczytałem, że obecne trzydziestolatki, które mają przeciętną pensję, mogą liczyć za kilkadziesiąt lat na świadczenia odpowiadające około sześćdziesięciu procent ich ostatnich miesięcznych zarobków. Upss… no to mnie załatwili. Nie dość, że podwyżka o te siedemdziesiąt procent to teraz jeszcze to sześćdziesiąt procent moich wynagrodzeń przeciętnych wypłacanych, jako emerytura ma mi zapewnić byt godny i przy włączonym elektrycznym świetle. Po roku 2050 ponad 3/4 społeczeństwa będzie miało więcej niż sześćdziesiąt pięć lat. Można przyjąć, że tych szczęśliwców, którzy uzbierali sobie oszczędności, które pozwolą im na pełną niezależność finansową jest znacznie mniej niż tych, dla których emerytura będzie jedynym źródłem dochodu. Więc przyszłość rysuje się bardzo mroczna w sensie dosłownym. Mroczna, bo bez światła, na które po prostu przyszłych emerytów nie będzie stać.

 

Jednego, czego możemy być pewni to tego, że podwyżki cen energii na pewno nastąpią. Jeśli zaś chodzi o nasze emerytury to raczej wszystko jest tu czystą futurologią. Za bardzo nie mogę sobie wyobrazić, że ta część emerytury pochodząca z otwartych funduszy emerytalnych (OFE) będzie tak wielka, że zapewni mi ten upragniony dostęp do elektryczności po opłaceniu rachunków. A obecny kryzys finansowy upewnił mnie w przekonaniu, że lokowanie tam moich pieniędzy przeznaczonych na starość to jeden wielki hazard. Który może i ma swoje plusy, ale ważne żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów – jak mawiał klasyk. Na państwo, czyli na Zakład Ubezpieczeń Społecznych odpowiadający za pierwszy filar mojej przyszłej emerytury też nie mam co liczyć, więc pozostaje mi tylko głęboka nadzieja, że przez te lata, które zostały mi do emerytury ktoś wymyśli jakieś tańsze źródło energii i światła. Bo jak nie to czarno to widzę.

dziennik pesymistyczny

Prawa jednego człowieka

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Dziś rano po zerwaniu kolejnej kartki z kalendarza dowiedziałem się, że dziesiątego grudnia obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka. Święto to ma upamiętniać uchwalenie Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. I tak mi się przypomniał plakat, który widziałem kilka miesięcy temu na ścianie zaniedbanej kamienicy stojącej przy jednej z głównych ulic mojego prowincjonalnego miasta. Afisz sygnowany przez nieznaną mi bliżej organizację anarchistyczną zadawał pytanie skierowane bezpośrednia do czytelnika. Napisano tam wielkimi czarnymi literami: Czy uważasz, że odcinanie wody i prądu jest łamaniem praw człowieka.

 

Nie wiem, dlaczego zapamiętałem ten plakat. Może, dlatego że od tego czasu, gdy go zobaczyłem po raz pierwszy dręczy mnie to pytanie z afisza. Czy jeśli w domu, który wygląda na taki, co to się ma za chwilę zawalić mieszkają ludzie, i ci ludzie są tak biedni, że ich nie stać na opłacanie rachunków za prąd i wodę, to czy odebranie im tych podstawowych zdobyczy cywilizacyjnych w myśl zasady, że nic nie jest za darmo jest słuszne? W zasadzie zgadam się, że wszystko ma swoją wartość. Że jak się korzysta z prądu to on kosztuje. Ale jeśli wyłączenie zasilania następuje zimą to w wyobraźni od razu widzę zmarzniętych i głodnych ludzi.  I już trudniej mi jest zrozumieć twarde zasady kapitalizmu. Jeśli ktoś nie płaci z biedy za wodę to czy należy go jej pozbawić? No chyba nie. Nie mieszkamy przecież w lesie a w mieście, więc jest mała szansa, że człowiek pozbawiony wody a spragniony, tę wodę znajdzie w przeczystym źródełku. Więc jednak pozbawienie kogoś biednego wody i prądu jest złamaniem praw człowieka? No jest czy nie jest?

 

Urodziłem się w Polsce i automatycznie stałem się obywatelem państwa polskiego. Nikt nigdy nie zadał mi pytania czy tego chcę. Z góry uznano, że jak już przyszedłem na świat w tym właśnie miejscu i czasie to jestem tego państwa własnością. No, bo ono akurat wtedy sprawuje tu swe rządy. Mam kochać i szanować swój kraj i jeszcze konstytucyjnie narzucono mi ku temu obowiązek. Mam być wierny i oddany państwu nie zważając na to, jaką aktualnie prowadzi politykę. Mam obowiązek ujawnienia ile to teraz zarabiam i od tego mam płacić podatek, którego granica górna nigdy nie została ustalona. Więc teoretycznie mogę płacić podatki powyżej dziewięćdziesięciu procent, jeśli włodarze mojego istnienia wpadną na taki szatański pomysł. Jeśli płacę te obowiązkowe składki to powinienem wiedzieć, na co są one wydawane. Ale oczywiście jest to tak zagmatwane, że nikt nie jest w stanie powiedzieć gdzie te moje podatki konkretnie trafiają. Czy na nową szkołę przy mojej ulicy, czy na nowy czołg wysłany do Afganistanu? A może ja bardziej od finansowania wojny chciałbym finansować ten właśnie prąd i wodę dla biednych, jak już muszę to płacić przymusowo.

 

I tak ciągle mam wątpliwości czy niełamane są te moje podstawowe prawa człowieka. Pewnie gdzieś na świecie jest zdecydowanie gorzej. Są gdzieś tam tortury, śmierć i zniewolenia, przy których moje problemy są niczym. Ale jak już przyszło mi żyć tu i teraz, to chciałbym żeby te moje podstawowe prawa człowieka były respektowane. A jak jest? No jest jak jest. A usprawiedliwieniem takiego stanu jest to, że przecież u nas jest lepiej niż na przykład w Afganistanie.

 

dziennik pesymistyczny

Pomyśl zanim usiądziesz za kierownicą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Była kiedyś taka akcja społeczna, która miała odstraszać pijaków od prowadzenia pojazdów pod wpływem alkoholu. Hasłem kampanii była sentencja – Pomyśl zanim usiądziesz za kierownicą. Ale od wczoraj powinna ona mieć przypisek brzmiący: sprawdzić czy nie ksiądz. Po tym jak usłyszałem wypowiedź ojca dyrektora na temat pijanych duchownych za kierownicą wiem już na pewno, że jest jedna przynajmniej osoba w naszym kraju nad Wisłą, która nie myśli. Nie ma refleksji na temat własnych zachowań i słów nie tylko jak ma zamiar zasiąść za kierownicą. Ta osoba duchowna po prostu nie myśli trzeźwo.

 

Od wielu lat ukazuje się w moim prowincjonalnym mieście lokalna gazeta, która walczy z brukowcami ogólnopolskimi na tytuły, które mają zainteresować czytelnika na tyle by go skłonić do kupna tej właśnie gazety. Czym bardziej szokujący i jednoznaczny tytuł – tym lepiej. Dla tej gazety niczym nadzwyczajnym byłby tytuł: pijani mordercy za kierownicą. Lecz tym razem redaktorom najwyraźniej zabrakło polotu i krótka notkę opatrzyli tytułem nie za bardzo krwawym i nie za bardzo morderczym. Czyli typowa medialna notka o typowej sprawie z nietypowym dla tej gazety tytułem. Może, dlatego że ileż to razy można pisać o tym samym, czyli o tym, że po raz kolejny policjanci zatrzymali pijanych kierowców.

 

Z gazety dowiedziałem się, że skontrolowany na pewnej ulicy mojego miasta trzydziesto dziewięcioletni kierowca audi miał ponad 3 promile alkoholu w organizmie. A za to blisko dwa promile wykazało badanie u kolejnego kierowcy, który prowadził ładę. Na innej ulicy policjanci zatrzymali kobietę, która kierowała volkswagenem. Miała 0, 9 promila alkoholu. Za to 0, 8 promila miał inny kierowca, a 0, 54 promila mężczyzna, który kierował mazdą. I to wszystko w ciągu jednej nocy. Rekord? Nie sądzę, raczej norma. Ilu z tych ludzi to katolicy? Nie wiadomo. Ale zapewne wielu, bo przecież każdy Polak to katolik. No przynajmniej, jeśli wierzyć statystykom kościoła o tym, że wierni w Polsce to dziewięćdziesiąt osiem procent obywateli.

 

Ja wiem, że u nas tylko statystycznie, według kościelnych badań oraz nominalnie w wielu przypadkach jesteśmy katolikami. Ale chciałbym żeby, choćby tylko, co dziesiąty z tej wielkiej „wierzącej” masy stosował się podstaw wiary, z którą się identyfikuje. Żeby, choć jeden na dziesięciu mniej więcej kontaktował, że piąte przykazanie Boże zabrania mu zabijania. I chciałbym żeby przynajmniej w tej kwestii stosował się do tej bardzo surowej moralnie wiary, do której przyznaje się choćby uczestnicząc w niedzielnych nabożeństwach. Takie mam marzenie. Ale to tylko chyba taka bezpodstawna wiara, bo jak widać nie jeden z tych, co wypiją jakoś tak nie pojmuje, że może zabić. Ja wiem, czasem jest tak, że pić trzeba, bo życie na trzeźwo jest nie do przyjęcia – jak mawiał klasyk. I jeszcze mogę zrozumieć skacowanego, co to wpada w porannym amoku na pomysł jazdy samochodem. Rozumiem, choć też potępiam. Ale nie mogę znaleźć usprawiedliwienia dla osoby, która chla do nieprzytomności a następnie wsiada za kierownicę i jedzie po śmierć dla siebie i innych.

 

Może i lekko naciągane byłoby to dopasowywanie katolitów do wielkiej masy pijanych na drogach gdyby nie jeden fakt medialny. Pewien ksiądz i zarazem ojciec dyrektor medialnego imperium stojąc przed ołtarzem Boga, którego jak mniemam jest nadal kapłanem, podzielił się ze zgromadzonymi w świątyni refleksją, że jest wśród wyznawców tego Boga jedna kasta, która może naginać dowolnie przykazania Boże! A mnie się naiwnemu wydawało, że w przykazaniach bożych nie występuje dopisek: nie dotyczy osób duchownych. Może tylko ja to tak postrzegam, ale mam prawo do tego słuchając słów księdza Tadeusza bagatelizujących problem pijanych na drogach. – I co, pojechał, lekka stłuczka i krzyczą o tym na cały świat – mówił do wiernych ksiądz dyrektor odnosząc te słowa do księży, którzy zostali zatrzymani przez policję za jazdę po pijanemu. Wydźwięk tych słów jest jednoznaczny. Można czasami jak nikt nie widzi wybrać się na ulice samochodem po pijaku, a już szczególnie jest do tego uprawniony ksiądz proboszcz na przykład.

 

Pamiętam jak kilka lat temu chorwaccy księża zapragnęli, aby nie obowiązywało ich nowe prawo przewidujące zero tolerancji dla pijanych kierowców. Argumentując, że muszą pić wino podczas mszy. Jak nic nasz polski ojciec dyrektor postanowił rozwinąć tą nowatorską propozycję chorwackich duchownych. – Gdzieś, kiedyś zdarzyło się, że ksiądz, duchowny wypił kieliszek koniaku. No podnieście rękę, kto kiedyś nie wypił kieliszka koniaku czy jakiegoś tam piwa? – Dywagował ojciec dyrektor. Na zdrowie. Kieliszeczek koniaczku i za kierownicę. Przecież jest przyzwolenie. Bo nawet ksiądz dyrektor uważa, że można! Czyżby do była jakaś nowa, niestandardowa metoda na jak najszybsze wyprawienie wiernych do nieba?

 

 

 

dziennik pesymistyczny

Śledczy taniec z gwiazdami w komisji

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Czy zauważyłeś drogo Czytelniku dziwaczne podobieństwo między pewną komisją śledczą pewnego parlamentu kraju środkowoeuropejskiego a telewizyjnymi programami pokazującymi szerokiej publiczności przed ekranami niesamowite talenty ludzi, których byśmy o wyjątkowy kunszt nawet nie podejrzewali spoglądając na nich po raz pierwszy? Czyż ostatnia komisja śledcza, nie ma czegoś z atmosfery telewizyjnego show – Tańca z gwiazdami? W tym programie, tak jak w komisji, na początku zastanawiamy przez kilka pierwszych odcinków, kto tu jest naprawdę gwiazdą a kto tylko jest i tańczy? Czy gwiazdami są osoby z jury? Bo wszystko wskazuje na to, że to największe tam gwiazdy. Ale one nie tańczą. Więc może to jednak ci, co przesuwają się na parkiecie? Ale w tym przypadku, jeśli mają status gwiazd, to przecież powinniśmy ich znać choćby z widzenia czy ze słyszenia. A często tak nie jest.

 

Z komisją śledczą jest podobnie. Jest tam kilku panów, co to niewątpliwie na status gwiazdy zasługują, bo w telewizyjnym okienku goszczą częściej niż niejedna domniemana gwiazda z parkietu tanecznego. Jest tam też kilku posłów kompletnie nieznanych, co to dopiero mają być gwiazdorami i usilnie na to pracują. Na razie z twarzy są zupełnie podobni do nikogo. Ich nazwiska nic nam nie mówią, bo i też oni mówili w parlamencie do tej pory nie za wiele, więc niby skąd mamy ich znać. Jest jeszcze jedno podobieństwo między popularnym programem telewizyjnym a komisją śledczą. Bardzo często zdarza się tak, że ten, który był faworytem okazuje się nie spełniać pokładanych w nim oczekiwań. A ten, co to nie był kreowany na najjaśniejszy punkt w gwiazdozbiorze jednak okazuje się największym odkryciem i najjaśniejszym zaczyna świecić blaskiem. I tak trwa ten taniec „powolny, poważny, spokojny, pogodny, półcichy, (…) tłumny, w ścisku”.  W telewizyjnym show w tańcu, a w parlamentarnej komisji w utarczkach słownych i proceduralnych sporach.

 

W telewizji jest taki program w formie konkursu z nagrodami, co to trzeba się w nim wykazać talentem żeby go wygrać. I faktycznie często jest tak, że ten, co ma wrodzony i autentyczny talent naprawdę go wygrywa. Ale jest tam też komisja, która śledzi poczynania pretendentów do sławy i jak tylko coś szanownemu jury się nie podoba to delikwentów skreśla. A nad głowami nieszczęśników od razu pojawiają się złowrogie trzy iksy. Po takim sygnale pechowiec musi przerwać swój występ przed publicznością i opuścić scenę. Z komisją śledczą ostatnio było podobnie. Członkowie komisji wykluczyli ze swojego składu jednego pana i pewną panią, którzy choć prawi i sprawiedliwi, w oczach większości komisyjnej okazali się mieć za duży talent do hazardu. I tak oto nie przeszli do finału. A ja naprawdę miałem wrażenie oglądając doniesienia telewizyjne z sali obrad komisji podczas wykluczania posłów, że nad ich głowami zapaliły się te czerwone iksy oznaczające brak dalszej możliwości występu. I ten smutek przy opuszczaniu sali i te żale w kuluarach na tych, co nie poznali się na ich talencie. No to już prawie tak samo jak w telewizyjnym show.

 

A ja mam takie nierealne marzenie. Ja to bym chciał zobaczyć w końcu nie taniec z gwiazdami w parlamencie, nie to, że ktoś ma talent, ale rzetelną pracę. Takie trudne pytania jak w milionerach chciałbym usłyszeć i sensowne odpowiedzi, które wyjaśnią jak zostaje się właśnie milionerem. Lub przynajmniej niech to będzie jak w teleturnieju Jeden z dziesięciu. Niech po wzajemnych wykluczeniach zostanie przynajmniej jeden, co potrafi odpowiedzieć na wszystkie pytania. Bo jak na razie to z samego tańca nic nie wynika. Choć niewątpliwie, niejeden w tej komisji ma talent.