Dowód na własne istnienie
Starałem się kiedyś wytłumaczyć mojemu znajomemu urodzonemu i wychowanemu w Wielkiej Brytanii, po co mi dowód osobisty. Nie docierały do niego moje argumenty, że głównie po to noszę przy sobie ten kawałek plastiku żeby policjant, urzędnik czy inny pracownik banku mógł mnie zidentyfikować. – Przecież jak ja zapewniam policjanta, że ja jestem ja, to on nie ma żadnych podstaw twierdzić, że jest inaczej. A jak mi nie wierzy, to niech sobie gdzieś to sprawdzi. Jak można w demokratycznym kraju zmuszać do posiadania dowodu osobistego – powiedział mój „angielski” kolega. I nie chciało mi się go przekonywać, bo i sam wierzę, że takie wymuszanie przez państwo posiadania przy sobie zawsze i wszędzie dowodu swojego istnienia nie bardzo da się połączyć w ideałami wolności człowieka.
Moje państwo po cichutku, z dala od medialnej wrzawy, szykuje się do wielkiej zmiany, jakim mają być nowe elektroniczne dowody osobiste. Oczywiście dla mojego najwyraźniej bardzo bogatego i zasobnego w gotówkę państwa nie jest tu żadna przeszkodą fakt, że dwa lata temu skończyliśmy ciągnącą sie kilka lat, i wielce kosztowną akcję wymiany starych dowodów osobistych. Wtedy papierowe książeczki zastąpiły karty z plastiku zawierające dane o tym, kim to jesteśmy. Teraz mamy dostać kosmiczny, zaawansowany technologicznie plastik z wbudowanym w niego mikroprocesorem. Tam, na tej pamięci elektronicznej zawarte będą wszelkie informacje o nas.
Oczywiście ministerstwo spraw wewnętrznych i administracji twierdzi, że to jest zdecydowanie słuszne, niezbędne, oraz zapewni nam standardy, jakie mają wszystkie, wysokorozwinięte kraje. Zapewne w odróżnieniu od takich zacofanych cywilizacyjnie krajów jak Stany Zjednoczone czy Wielka Brytania gdzie propozycje wprowadzenia takich czy innych dowodów osobistych odczytano by, jako zamach na podstawowe wolności obywatelskie. Kilka lat temu rząd Francji podjął próbę wprowadzenia takich dowodów jednak musiał się ugiąć wobec protestów organizacji broniących prawa do prywatności. Obecnie elektroniczne dowody we Francji istnieją, ale nieobowiązkowe. Co innego jest u nas U nas wydany będzie ukaz władz i wszyscy będą się musieli to nowych zasad dostosować.
W nowym plastikowo – elektronicznym dowodzie zapisane będą informacje takie, jakie zawsze były zawarte w wydawanych przez państwo dokumentach identyfikacyjnych. Zgodnie, jeszcze z carską tradycją, znajdą się tam takie dane jak: imię, nazwisko, imiona rodziców, numer PESEL, obywatelstwo, płeć oraz data i miejsce urodzenia. Nie będzie zapisu o miejscu zamieszkania. Ale żeby nie było za łatwo i za bardzo wolnościowo, państwo wymyśliło procedurę zastępczą. Teraz naszym obowiązkiem będzie zgłaszanie zmiany miejsca zamieszkania w urzędzie gminy. Z dowodu znikną informacje dotyczące wzrostu i koloru oczu. Po prostu nie będą potrzebne, bo identyfikacją tego czy my to, zajmować się będzie komputer.
Nasuwa się pytanie, po co to wszystko? Chyba tylko po to, żeby wydać 370 mln złotych. W elektronicznej pamięci nowego dowodu tożsamości umieszczone będą różne dane, nie tylko te niezbędne. W projekcie mówi się o danych medycznych czy umożliwiających naszą identyfikację w internecie. Wszystkie dane z chipów dostępne będą w jednym centralnym systemie informacyjnym, do którego szeroki dostęp uzyskają różni urzędnicy. I właśnie tego się obawiam. Nikt nie będzie kontrolował, jaki to będzie urzędnik. Można sobie śmiało wyobrazić sytuację, w której Heniek z Ryśkiem z urzędu powiatowego z Psiance Dużej tak dla żartów przeglądać sobie będą prywatne i poufne dane pani Basi z księgowości. I to tylko dlatego, że po prostu mogą.
