Monthly Archives

19 Articles

dziennik pesymistyczny

Triskaidekafobia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Dziś rano pani sprzedawczyni w sklepie spożywczym, do którego zachodzę prawie codziennie w drodze do pracy, podając butelkę napoju z półki zrzuciła stojącą obok, a ta z wielkim hukiem roztrzaskał się o podłogę. Usłyszałem wtedy od tejże pani, poza wielce zrozumiałą w tej sytuacji wiązanką słów mocnych i dosadnych, także jej narzekanie na pecha. I wcale nie chodziło tu o skład PH w ustach szanownej pani zza lady, który gwałtownie zmienił się zapewne na gorszy pod wpływem niecenzuralnego słownictwa, lecz o tego pecha, co to jego działanie nasila się zdecydowanie właśnie w piątek trzynastego.

 

A że mamy dziś właśnie piątek i do tego trzynasty dzień miesiąca to już na pewno złe fatum jest odpowiedzialne za wszystkie zdarzające się nam tego dnia nieszczęście. Tego dnia, jeśli jesteśmy przesądni to najlepiej jest zostać w domu i nic nie robić, nikomu nie otwierać drzwi, nie odbierać telefonów i ogólnie najlepiej taki czas przespać. Bo jak jeszcze tego dnia pechowego wstaniemy lewa nogą, lustro w łazience nagle nie wiadomo, dlaczego pęknie samo z siebie, przy śniadaniu rozsypiemy sól, wychodząc z klatki schodowej przejdziemy pod drabiną, a drogę przebiegnie nam czarny kot, to mamy pewność, że nieszczęście nas nie ominie. Jesteśmy skazani na totalnego pecha i nawet armia kominiarzy nas od tego fatum nie uratuje. Takiego dnia trzynastego i w taki piątek to nawet odpukiwanie w niemalowane drewno, spluwanie przez lewe ramię i inne odczyny tajemne nic nam nie pomogą. Prawie cały nasz kraj zaraża się tego dnia zbiorową triskaidekafobią, czyli strachem przed feralną liczbą trzynaście.

 

I pomyśleć, że to wszystko przez jedno wydarzenie z przeszłości, które dało nam sposobność do tego żeby, choć w tym jednym dniu mieć poczucie, że nic od nas do końca nie zależy a wszystko złe, co nas dotyczy nie jest do końca spowodowane naszym własnym działaniem, lecz panującym tego dnia ustawowym pechem. I choć naród nasz pobożny w swej przytłaczającej dziewięćdziesięcio kilku procentowej większości, to jednocześnie też jakiś taki strasznie przesadny. W Polsce bez trudu można znaleźć hotele, w których nie ma pokojów o numerze trzynaście, nie ma tez całych pięter o tym numerze. Jeśli nawet jesteśmy odważni z natury i nie wierzymy w przesądy to podczas lotu samolotem, jeśli nawet chcielibyśmy na przekór wszystkiemu zasiąść w fotelu oznaczonym trzynastką to nie będzie to nam dane, bo w samolotach kilku popularnych linii lotniczych brak jest foteli oznaczonych tą właśnie liczbą.

 

Na karierę trzynastki, jako wielce pechowej liczby miał wielki wpływ kościół rzymsko katolicki. Pierwszego wielkiego zbiorowego pecha mieli zakonnicy ze zgromadzenia templariuszy. To właśnie oni w piątek trzynastego października 1307 roku zostali pojmani i w większości zamordowani przez siepaczy króla Francji Filipa IV, zwanego Pięknym. Aby uzyskać papieską zgodę na ich aresztowanie spreparowano nawet przeciw nim oskarżenie o herezję, bezbożność i sodomię. I tak oto zeszli z tego świata w piątek trzynastego, a od tego czasu jakby na wieczna pamiątkę dzień ten źle nam się kojarzy. Choć podobno już Babilończykom źle kojarzyła się ta cyfra, więc to może nie przypadkiem właśnie na zagładę templariuszy wybrano tę pechową z zasady datę? W starożytnej Babilonii posługiwano się systemem liczbowym, opartym na liczbie dwanaście. Dlatego liczba dwanaście była uznawana za liczbę świętą a trzynastka pewnie za pechową.

 

Trzeba przyznać, że kościół wielokrotnie nauczał, że Bóg brzydzi się przesądami. Ale jakoś tak to na większości owieczek pobożnych w Polsce nie zrobiło wrażenia. I choć nie wolno, bo to zakazane, to jednak tak jak to czynią owieczki kościoła w wielu sprawach ważniejszych i mniej ważnych mają Polacy na ten temat własne znanie. Inne od kościelnego, choć wiara w zabobony, gusła oraz różne praktyki magiczne stanowi pewnie jakąś formę bałwochwalstwa. Czyż nie? 

 

Ja mam takiego pecha, że jak coś napiszę w tym miejscu niezgodnego z prawdą objawioną, to prawie na pewno pojawi się komentarz od pobożnych, nawracający, mnie oraz moich czytelników. Więc ja też chciałbym zacytować Biblię, tak dla podkreślenia, że ja jednak czytałem i nie trzeba mi jej ciągle przypominać: „Gdy wejdziesz do kraju, który ci daje Pan, Bóg twój, nie ucz się popełniania tych samych obrzydliwości jak tamte narody. Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, uprawiał wróżby, gusła, przepowiednie i czary; nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych. Obrzydliwy jest, bowiem dla Pana każdy, kto to czyni.”

dziennik pesymistyczny

Zmienność poglądów na sputniki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

 

Każdy może zmienić w dowolnym czasie swoje poglądy, to niezaprzeczalny fakt. Bo przecież jak głosi znane i przez wielu powtarzane powiedzonko: tylko krowa nie zmienia poglądów. Choć w przypadku tego sympatycznego zwierzęcia nie bardzo rozumiem skąd ta pewności, co do stałości krowich poglądów zawarta w odnośnym zdaniu. Nie inaczej stało się z poglądami moich znajomych na temat kina rosyjskiego czy radzieckiego. Do niedawna, no może tak z kilka lat wstecz, nie bardzo mogli oni zrozumieć moje zainteresowanie tym wszystkim, co dzieje się w kinie naszych wschodnich sąsiadów. Od razu podczas dyskusji na ten temat usadawiali mnie w fotelu naszego prowincjonalnego kina, z lat osiemdziesiątych, na seansach przeglądu kina radzieckiego. Za nic, ci moi znajomi, nie mogli zrozumieć, że moje zamiłowanie do kina i literatury rosyjskiej nie wynika z jakiegoś przywiązania do dawnej ideologii panującej w imperium na wschodzie Europy. 

 

I choć od czasu wyśmiewania mnie i wmawiania mi wstecznictwa za każdym razem jak tylko wspomniałem w gronie przyjaciół o nowym filmie czy książce rosyjskiej, minęło nie tak znowu dużo czasu, to jednak poglądy na temat kultury Rosjan, u znajomych uległy zasadniczym zmianom. Teraz już nie jest dobrze, czy może bardziej nie jest „cool”, wyrażać się źle o osiągnięciach kina rosyjskiego. Teraz w modzie jest uwielbienie dla wszystkiego, co dokonało się i dokonuje w kinie radzieckim i rosyjskim. A ja z osoby wyśmiewanej i obdarzanej szyderczymi spojrzeniami awansowałem, czy raczej zostałem przeflancowany na grządkę z napisem: osoba ulegająca modzie. Teraz to już prawie nikt nie pamięta, że ja tak z tym kinem ze wschodu miałem od zawsze prawie bliskie spotkania. Teraz jestem jednym z, wielu, którzy przy okazji koleżeńskich spotkań rozprawiają o radzieckich filmach epoki filmu niemego. A nie było tak jeszcze kilka miesięcy temu.

 

Dokonała się w prawdziwa nowa rewolucja. Jak wystrzał z pancernika Aurora podziałał na umysły moich przyjaciół I Festiwal Filmów Rosyjskich noszący nazwę Sputnik nad Warszawą. To kulturalne wydarzenie stało się sygnałem do wielkich zmian w poglądach moich koleżanek i kolegów. I teraz pan redaktor ze znanego prowincjonalnego tygodnika i pani dyrektor ze znanej w moim mieście firmy, i pani nauczycielka i pan policjant… i kudłate i łaciate, pręgowane i skrzydlate, te, co skaczą i fruwają… na nasz festiwal zapraszają. No dobrze, przepraszam… może przesadziłem z tymi odzwierzęcymi porównaniami. Ale przecież już na początku zacząłem z tą krową od zmiennych poglądów, więc mi się tak jakoś samo kontynuowało.  

 

Czyli dokonała się wielka zmiana na lepsza i wielkie zapomnienie tego, co było. Teraz zapanowała wielka i zbiorowa amnezja oraz nowa euforia. Nikt już nie pamięta, jaki to ja byłem „ niemodny”, gdy wspomniałem czasem o filmach Andrieja Tarkowskiego. I to może właściwe i dobre, i do tego słuszne, że dokonała się taka zmiana na lepsze, wśród moich przyjaciół. Teraz tylko patrzeć jak na kolejnym spotkaniu przy piwie w lokalnym pubie zaczniemy rozmawiać nie o futbolu, ale o Biesach Fiodora Dostojewskiego. Już na ostatnim spotkaniu z rozrzewnieniem wspominaliśmy czasy, gdy na budynku nieistniejącego już kina Przyjaźń, pojawiał się rokrocznie w latach minionych z początkiem listopada, wielki transparent informujący o kolejnym przeglądzie dokonań kina radzieckiego. Ach, ile było emocji, gdy jedna z moich koleżanek na nowo odkryła film Pancernik Potiomkin w reżyserii Sergieja Eisensteina i postanowiła się podzielić swoją ekscytacją w gronie znajomych. Według mnie wróciliśmy do normalności, czyli jednak to dobrze, że tylko krowa nie zmienia poglądów. 

 

dziennik pesymistyczny

Klimat szarości

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Wiem, że narzekanie na coś nie ma sensu wtedy, gdy na tą rzecz, wydarzenie lub zjawisko nie mamy absolutnie żadnego wpływu. Zawsze słyszę wtedy od znajomych czy rodziny słowa -po co marudzisz, przecież i tak tego nie zmienisz. Ale ja lubię sobie ponarzekać, co chyba już wielokrotnie poprzez moje pisanie w tym miejscu udowodniłem. Bo jeśli nie to gderanie to, co by mi pozostało, jeśli i tak, na niektóre zjawiska – jak to wielokrotnie mi udowodniono – nie mam żadnego wpływu.

 

Faktycznie jest jedna dziedzina, na którą nie mam absolutnie żadnego wpływu-lub mam znikomy w wymiarze globalnym – a na którą to dziedzinę wprost uwielbiam zrzędzić.  Nic nie sprawia mi większej uciechy i nic bardziej nie denerwuje moich bliskich jak moje totalne i monotonnie powtarzalne narzekanie na stan pogody oraz na wszystko, co się z pogodą w naszym kraju wiąże. Jest polskie lato za oknem, to oczywiście w Polsce oznacza deszcz. Więc jak tu nie marudzić. Jak już się natura zlituje i zza chmur wychynie słońce to oczywiście pali żarem nieprzerwanym przez tygodnie, tak, że wyjście na zewnątrz z klimatyzowanego pokoju grozi natychmiastowym ugotowaniem się we własnym sosie. Jak jest zima to oczywiście taka, co to nie przynosi z sobą nawet płatka śniegu, a jak już śnieg jednak spadnie to natychmiast zamienia się w błotnistą breję. Oczywiście, żeby mnie dobić, od czasu do czasu mamy atak zimy zamieniający nasz piękny kraj w jedną wielką śnieżną pustynię, ale to zjawisko jest u nas stosunkowo rzadkie.

 

No to teraz mamy jesień. Jak tak patrzę na sytuację za oknem, to mam wrażenie, że czas pięknej złotej polskiej jesieni odszedł i muszę na wybuchy barwnych liści na drzewach czekać znów przez kolejny rok. Tym razem kolorowa jesień ograniczyła się do kilkunastu dni w październiku.  Teraz nastała w Polsce najważniejsza pora roku. Najważniejsza, bo najdłuższa. Pora ciemności i szarości. Najbardziej charakterystyczna dla Polski pora roku, trwająca od listopada aż po początek maja. Na drzewach brak liści, zimno, mokro, mgliście. Na drogach i chodnikach wieczne błoto. A jedyne kolory to dominujący i przygnębiający brązowo – czarny oraz szary. Drogi czytelniku czy ty też ulegasz wrażeniu, że w doniesieniach telewizyjnych z zachodu Europy wszystko wydaje się jakieś takie jaśniejsze? Oglądam doniesienia z Berlina, a tam jasno na tych niemieckich ulicach. Za chwilę doniesienie z Polski, a tu szarość i ciemność rozświetlona tylko światłem znad kamery. Przecież te miejsca nie są oddalone od siebie o setki tysięcy kilometrów? Więc, dlaczego tam jest jaśniej?  Prawdziwa zagadka na długie jesienne wieczory.

 

Po szarych ulicach snują się szarzy ludzie w szarych ubraniach. Mijają ich szare samochody, które, choć nawet mają lakier na przykład w kolorze czerwonym, to i tak jest on ledwo niewidoczny spod warstwy brudu. Więc i tak auto do wiosny pozostanie szarobure. Szare domy, szare kamienice, szare wieżowce i szare bloki. Szare chodniki i trawniki. Smętne i pozbawione liści drzewa i krzewy.  To obraz, który pozostanie z nami przez najbliższe miesiące. I jak tu nie narzekać! Dobrze, ja wiem taki klimat. No nic tu się nie zmieni. Pozostaniemy w tej zawiesinie średnio ciepłej szarości aż do wiosennego lekkiego ocieplenia. Taki klimat i moje narzekanie go nie zmieni. Bo to przecież ani jesień ani zimna ani wiosna. Taka nowa pora roku – szarość. W odróżnieniu od tego, co mamy w następnym półroczu, czyli od tego, co przypomina lato.  Wtedy jest zieleń na drzewach i odrobinę cieplej.

 

A teraz? No przez te kilka godzin, gdy jest jasno na tyle, że widać szarą rzeczywistość można tylko narzekać. Oczywiście można też narzekać, gdy zapadnie mrok. A jest, na co.  Poza tym, że odwiecznie panuje w tych dniach półzmierzch. Nawet jak już jest ta czwarta po południu i znów robi się ciemniej to można by się spodziewać, że rozbłysną latarnie uliczne i zrobi się jaśniej, ale gdzie tam. W ramach oszczędności zamontowano u nas latarnie, które pomarańczowym światłem raczej sygnalizują swoje istnienie niż cos oświetlają. I tak tu nie gderać? Nie dość, że ciemno z założenia klimatycznego to jeszcze w depresje wpędza mnie to oświetlenie uliczne. No tak! I jeszcze do tego zaczęło padać za oknem, jakby na podkreślenie tego wszystkiego, co napisałem.

 

dziennik pesymistyczny

Socjalne bezpieczeństwo w rocznice zburzenia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Dziś jest rocznica upadku muru berlińskiego. To wydarzenie stanowi przynajmniej dla Europejczyków moment przełomowy. Dwadzieścia lat temu przestała istnieć symboliczna granica dzieląca nasz kontynent na dwa systemy gospodarcze czy polityczne. Jak to czasem bywa z rocznicami nie da się od nich uciec i o nich nie pamiętać. Bo zawsze znajdzie się ktoś, kto ci o nich przypomni. Słuchając radia, oglądając telewizję, czy czytając gazety jesteśmy porywani przez wielką falę rocznicowych informacji. A jak to bywa z wielką falą informacji, nie ogranicza się ona do samego sedna, do głównego nurtu, ale zawiera w sobie wszystko to, co się komukolwiek z wielką rocznica skojarzy.

Stałem sobie w korku słuchając radia. To znaczy jechałem, czyli stałem. No dobrze, właściwie usiłowałem dojechać samochodem do pracy. Bo wtedy siedziałem w aucie i jedyne, co mogłem robić to poza jednostajnym podjeżdżaniem autem o kolejny jeden metr do przodu to słuchanie radia. A tam w jednej ze stacji komercyjnych pewien bardzo miły pan prezenter kojącym głosem przypominał mi wszystko to, co jego zdaniem powinienem wiedzieć i sobie utrwalić z okazji przypadającej wielkiej rocznicy wyburzania muru z mieście Berlin. Dowiedziałem się, więc że dziś w rocznicę dawnego zburzenia runie tysiąc nowych kolorowych bloków ustawionych wzdłuż linii przebiegu dawnego muru berlińskiego w centrum niemieckiej stolicy. Tym razem bloki nie będą betonowe a styropianowe. I wywalą się w przepiękny sposób niczym gigantyczne domino.

Pan z radia zachwycił się też tym, że na obchodach rocznicowych w Berlinie będzie premier Donald Tusk, choć jednocześnie miał pan prezenter jakiś taki żal do wszystkich, że nie ma tam naszego prezydenta. Dowiedziałem się też, że niemieccy organizatorzy nie zapomnieli nawiązać do Polski i do Solidarności. Pierwsza kostka berlińskiego domina została podpisana przez byłego przywódcę Solidarności Lecha Wałęsę, a młodzież szkolna Berlina wymalowała na niej biało-czerwoną mapę Polski, Okrągły Stół oraz Pomnik Poległych Stoczniowców. Czyli dostałem w kilkuminutowej pigułce informacyjnej wszystko to, co powinienem wiedzieć o rocznicowych obchodach zburzenia muru.

I wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że pan z radia postanowił mi na koniec swojego informowania mnie o rocznicy wyburzania wspomnieć też o badaniach, z których wynikało, że około dwudziestu procent Polaków chciałoby powrotu do dawnej sytuacji z przed upadku muru berlińskiego. Pan prezenter dodał, że to zapewne, dlatego chcą wracać ci niegodziwcy do starego ustroju, bo za władzy ludowej mieli „większe poczucie bezpieczeństwa socjalnego”. Wszystko to, co Pan prezenter zawarł w swoim komentarzu do przedstawionych badań zabrzmiało tak jakby to jakieś fanaberie i nieuzasadnione pretensje pchały tych ludzi z powrotem w mrok socjalizmu. To, że te dwadzieścia procent ludzi chce mieć swoje bezpieczeństwo socjalne z powrotem okazało się powodem oskarżenia ich o niepojmowanie bezgranicznej wolności, jaka teraz panuje. Tak jakoś się panu z radia złożyło w tej wypowiedzi, że zabrzmiało to jak wmawianie tym, co to nie rozumieją, że mają wolność i jeszcze z tej wolności im się zachciewa powrotu do socjalnego bezpieczeństwa. No i teraz już nie te klocki domino z historycznymi malunkami mi w głowie, lecz to bezpieczeństwo socjalne, którego pragnie te dwadzieścia procent naszego społeczeństwa..

Podstawowe funkcje państwa z definicji to między innymi strzeżenie obywateli przed ingerencją zewnętrzną, dbanie o porządek wewnętrzny, funkcja wychowawcza i kulturalna. Ale też funkcja gospodarcza no i właśnie socjalna. Czyli zapewnienie bezpieczeństwa socjalnego obywatelom. A tu tak jakoś tak wyszło z tej wypowiedzi, że strasznym wstecznictwem i rewizjonizmem jest to, że się właśnie te funkcje opiekuńcze państwa z rozrzewnieniem wspomina i chce się do nich wracać. Tak jakby samym w sobie było złem pragnienie obywateli, aby ich własne państwo dbało o ich bezpieczeństwo socjalne.

 

dziennik pesymistyczny

Komisja do spraw lansu i promocji

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Tak, stało się! Dziś właśnie powołano do życia w naszym sejmie kolejny niezwykle ważny dla każdego obywatela z osobna i dla wszystkich polaków skupionych w narodowej jedności twór o nazwie komisja śledcza. Tak nam się przynajmniej wmawia. Tym razem siedmiu wspaniałych posłów zasiądzie za stołem w Sali Kolumnowej naszego parlamentu by pochylić się z troska nad niuansami afery hazardowej. No może jeszcze nie wszyscy członkowie komisji śledczej są wspaniali i powszechnie znali, ale po to właśnie powstała ta komisja, która dla nich, tych wybrańców losu, jest jak zbawienie. Jest biletem do popularności i zaszczytów. Przecież gdzie jak nie w komisjach śledczych można się doskonale zaprezentować milionom wyborców. Gdzie jak nie tam można zabłysnąć przesłuchując przed kamerami największych stacji telewizyjnych najważniejsze osoby w państwie? Tylko tam czeka nieznanego lub zapomnianego przez wyborców posła rozgłos i wielka chwała obrońcy konstytucji oraz wszelkich praw obywatelskich.

 

Tak, dziś powstała kolejna komisja. Tym razem ma ona za zadanie zbadać sprawy związane z aferą hazardową. Ale czy posłowie naprawdę znajdą czas na wnikliwe wyjaśnienie wszelkich kwestii związanych z tym przekrętem? Po tym, co zobaczyłem w telewizji przy okazji prac innych komisji sejmowych szczerze wątpię? Widywałem już wielogodzinne spory o nic miedzy panem przewodniczącym i panią zasiadającą w komisji. Czasochłonne i zażarte spory o to, kto zadaje pierwszy pytanie a kto jest do tych pytań nieuprawniony.  Popisy oratorskie i wzajemne oskarżanie się posłów o to, kto jest a kto nie jest jak rozpędzony pociąg pancerny. Czy nie lepiej byłoby raz powiedzieć, o co w tym naprawdę chodzi i nazwać to miejsce wiecznych sporów po prostu komisja do spraw lansu?

 

Według internetowego Słownika Slangu i Mowy Potocznej celem lansu jest pokazywać się publicznie z jak najlepszej strony. I jak tu nie przyjąć za pewnik, że do tego właśnie służyły wszelkie powstałe do tej pory komisje śledcze w naszym parlamencie. To oczywiście moje subiektywne zdanie, które wyrobiłem sobie na podstawie doniesień prasowych i relacji telewizyjnych. Może i przy okazji wiecznych sporów udało się tam coś jednak wyjaśnić, ale przecież to nie jest tak medialne, więc jakoś tak informacja o sukcesie w wyjaśnieniu kolejnej afery przez komisje do mnie nie dotarły. Bardzie dociera do mnie i do osób, z którymi rozmawiam obraz komisji, która służy do kreowania i budowania pozycji posłów przed kolejnymi wyborami. Oczywiście oficjalnie chodzi w pracach komisji o dobro publiczne. Gdy pierwsza sejmowa komisja śledcza pojawiła się w naszym parlamencie po raz pierwszy pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku była kompletnie nieznaną wcześniej w polskiej praktyce parlamentarnej instytucją. Nieznani też byli prawie posłowie, którzy tam zasiedli. Ale wystarczył wielkotygodniowy spektakl telewizyjny z ich udziałem a od razu stali się znanymi powszechnie i popularnymi posłami.

 

Podczas prac w komisji do spraw afery Rywina wylansowało się kilku polityków. Wspomnieć należy przynajmniej Renatę Beger czy może, oczywiście nie porównując – Jana Marie Rokitę. U już na pewno na gwiazdę wypłynął poprzez komisje śledcze poseł Zbigniew Ziobro. Jemu to nawet nie tyle zaszkodziło, co pomogło to, że jeden ze świadków przesłuchiwanych przed komisją, były premier nazwał go zerem. Teraz to on jest wielkim pogromcą wszelkich układów a premier jest po prostu – byłem premierem. Tak czy inaczej o wielu posłach nie usłyszelibyśmy nigdy gdyby nie mieli możliwości lansowania się w komisji śledczej. Więc dla nich to na pewno takie spotkania przed kamerami w sali kolumnowej to czysta okazja do darmowej prezentacji. A dla wyjaśnienia sprawy? Nie wiem… może tym razem się uda…, ale ja tradycyjnie dla siebie pozostanę pesymistą.

dziennik pesymistyczny

Po co od razu karać…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Podziwiam głęboką wiarę naszych posłów. Wierzą w to, że tylko oni stanowią awangardę naszego narodu, a reszta obywateli, tego prawie czterdziesto milionowego kraju to ułomne stworzenia błądzące we mgle, niewiedzy i niezrozumieniu. To istoty, które nic nie wiedzą, nic nie pojmują i jak małe dzieci są podatne na wszelkie złe wpływy. Palcem trzeba wskazywać, co jest złe, a co dobre. Co wolno im czytać i oglądać? Bo jak im się czegoś nie zabroni ustawą, nie zapisze w prawie karnym, że czegoś nie wolno, to jak nic posłuchają złych podszeptów, niedobrych i złośliwych doradców i przejdą masowo na ciemną stronę mocy.

 

Rozumiem, że zawsze powinny istnieć jasno określone normy społecznego współżycia. Przyjmuję do wiadomości istnienie prawa, w którym jest zapisane, że nie wolno na przykład kraść czy zabijać. To oczywiste. I nie ma, co nad tym dyskutować i się o to spierać. Granica wolności człowieka powinna być tak ustalona, że wolność osobista jednostki kończy się tam gdzie jej postępowanie wpływa na dobro i życie innej osoby. Jednak wolałbym żeby w Polsce nie zabraniano myślenia. Żeby w Polsce nie zabraniano i karano za swobodne wyrażanie swoich poglądów na świat. Mogę zgodzić się, i nawet pochwalam prawo, które pozwala mi na życie bez poczucia zagrożenia ze strony przestępców. Ale nie mogę się zgodzić na to żeby nazywano mnie przestępcą, jeśli zapragnę myśleć inaczej, niż zgodnie z ogólnie przyjętą linią aktualnie rządzących.

 

A tak się niebawem stanie Sejm zatwierdzi nowelizację kodeksu karnego, która do zakazanych dotychczas symboli nazistowskich dodaje te komunistyczne. Jakoś tak trudno mi jest przyjąć do wiadomości, że za posiadanie znaczka z Leninem, książki Marksa czy proporczyka z sierpem i młotem na czerwonym tle trafię do wiezienia. A wszystko wskazuje na to, że nasi posłowie, nasi duchowi nauczyciele, którzy za nas wiedzą lepiej co jest dla nas dobre, a co nam zaszkodzi jednak zdecydują się na karanie nas słabych i podatnych na złą ideologię za posiadanie nośników nikczemności.

 

Jak dotąd tylko za propagowanie faszyzmu i totalitaryzmu można było trafić do więzienia. Można było trafić podkreślam, bo z tym pobytem w celi za propagowanie to już różnie bywało. Restrykcje karne nie powstrzymały paru miłych chłopców od pozowania do fotografii w znanym geście, który dla niektórych oznacza zamawianie pięciu piw. Mimo zakazu prawnego w Polsce od lat istnieją grupy, które jawnie na manifestacjach, w miejscach publicznych propagują treści, które śmiało można nazwać totalitarnymi. I nikt ich za to z zapałem nie ściga. Wręcz przeciwnie, co niektórzy trafiają nawet na zaszczytne miejsce prezesa w państwowej telewizji. Mimo tego, że w wielu przypadkach prawo to okazuje się martwe to jednak we wrześniu Sejm przyjął poprawkę do tegoż prawa, która to poprawka, za produkowanie i posiadanie wszelkich nośników o treści komunistycznej straszy karą nawet do dwóch lat więzienia.

 

Ale nie tylko w przypadku złych ideologii posłowie postanowili, że będą profilaktyczne karać by się zaraza nie rozniosła. To taj jak w przypadku grypy, lepiej jest izolować pacjenta, aby się inni od niego nie zarazili. Aby się za bardzo Polacy nie rozpuścili w hazardzie to przecież można zabronić im grania na automatach. Minister od finansów idzie nawet dalej w swym likwidowaniu zagrożeń. Teraz wymyślił, że z ulic znikną także automaty z maskotkami Jak już mają oddawać się hazardowi to najlepiej temu państwowemu. Najlepiej jest karać i zabraniać, bo to przecież ciemny ten nasz naród i za nic nie pojmie, że źle robi.  Nie grać, nie czytać Marksa, nie nosić koszulek z podobizną Ernesto Rafaela Guevara de la Serną, bo przecież jak nic się zarażą zła ideologią. A leczyć potem trudno. A może ktoś chciałby do tej mądrości, którą jak widać posiadają panowie i panie w sejmie dojść samodzielnie? Nie wolno? Jak widać nie, bo niektórzy wiedzą lepiej, co dobre a co złe.

 

dziennik pesymistyczny

Oby była mądrość przed szkodą…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Dlaczego w Polsce tak jest, że na początku wszelkich zmian musi być wielka tragedia. Nic się w naszym kraju nie zmienia tak po prostu, tak ewolucyjnie. U nas sygnałem do zmian zawsze lub prawie zawsze musi być ludzkie nieszczęście. Każdy chyba pamięta, jak wyglądały samochody pogotowia gazowego i na jakim sprzęcie musieli pracować technicy tam zatrudnieni, jeszcze kilka lat temu. Trzeba było wielkiej tragedii, trzeba było wybuchu gazu w wieżowcu, żeby w końcu ktoś coś zauważył i dokonały się zmiany. O wałach przeciwpowodziowych myśli się Polsce przede wszystkim wtedy, gdy zagraża wielka woda. Jak przejdzie fala powodzi od razu urzędnicy dostają zaniku pamięci i znów z niepokojem czekamy na wielkie opady deszczu.

 

O tym, że w Polsce pada śnieg i o tym, że jak mamy płaski dach to trzeba go odśnieżać przekonali się niektórzy z decydentów jak zawaliła się hala w Katowicach. Wtedy od razu znaleźli się ludzie od sprawdzania stanu dachów. Do walki z zalegającym śniegiem wyruszyły zastępy strażników i urzędników od wlepiania mandatów, za niesprzątnięty biały puch. Ogólnie trzeba było wielkiej tragedii, żeby wszyscy zauważyli, że śnieg z dachów trzeba sprzątać, bo jak się tego nie zrobi to zagraża to ludziom. Ale zapał szybko zanikł i już w ostatnim roku wszystko wróciło do stanu pierwotnego. A jak będzie w tym roku? Pewnie jak zawsze, czyli źle. Taki stan oczekiwania na tragedię, która da impuls do zmian, jest w prawie każdej dziedzinie życia w naszej ojczyźnie. Jak jest wypadek na drodze, to zaraz postawią znak z ograniczeniem prędkości. Tak jakby nie można było go postawić przed tym, jak zostali tam ranni ludzie. Oczywiście od tej zasady są wyjątki ale one raczej potwierdzają regułę. 

 

Za naszą wschodnią granicą szaleje grypa. Ale minister zdrowia Ewa Kopacz zachowuje spokój. Jest w stu procentach przekonana, że sytuacja w Polsce nie daje powodów do niepokoju i wszczynania alarmu. Minister w swoich wypowiedziach wielokrotnie podkreślała, że decyzję o zakupie szczepionek przeciwko grypie musi poprzedzić wiedza o wynikach badań klinicznych nad skutkami ich przyjmowania. A takich badań według pani minister nadal nie ma. Na europejskim rynku medykamentów od początku października dostępne są szczepionki przeciw grypie. Ale nie w Polsce, bo nasze służby zdrowia bardziej jak widać wnikliwie dbają o to, żeby zaaplikować Polakom sprawdzone szczepionki. Nie to, co na przykład Anglicy. Ci postąpili bardziej nieodpowiedzialne, bo u nich w aptekach szczepionki na nową odmianę grypy dostępne są już od dawna. Wydawałoby się, że to taki rozsądny i przewidujący naród. A tu proszę takie niedopatrzenie i nieodpowiedzialność. Szczepionkę dostępną w europejskich aptekach zaakceptowała Europejska Agencja ds. Leków. Ale polski rząd nadal jest w trakcie negocjacji z producentami szczepionek.

 

Należy mieć jednak nadzieję, że to nie dlatego czekamy, że u nas tradycyjnie czeka się na najgorsze które da sygnał do zdecydowanych działań. Naprawdę szczerze podziwiam odwagę pani minister od zdrowia, bo ja bym nie wytrzymał takiej presji. W Europie się szczepią na potęgę, a my sobie spokojnie czekamy na wyniki badań. Oby tylko nie było jak zawsze. Czyli tak jak w przypadkach opisanych wyżej.

 

 

dziennik pesymistyczny

Moje małe paranoje

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Był jesienny wieczór. Mgła zasnuła moje prowincjonalnie miasto. Siedzieliśmy sobie z kolegą na ławce w parku, obserwując w światłach latarni, jak liście z drzew spadają masłem na dół – jak śpiewała Krystyna Prońko. Z tej jesiennej melancholii ma nas wyrwać – jak zapewnia mój kolega – butelka piwa wypita jak za starych czasów w parku, na ławce. Ja to tam nieszczególnie mam ochotę na piwko w parkowej jesiennej scenerii. Ale kolega usilnie namawia. Mnie się zawsze wydawało, i teraz też się tak było, że jak siorbniemy sobie po browarku na łonie natury, to jak nic, natychmiast zjawią się przy nas panowie w mundurach i wlepią nam mandaty za spożywanie napojów alkoholowych w miejscu publicznym. Jak już wspominałem nieszczególnie przepadam za piciem piwa na ławce, bo mam lekką paranoje. Jaką? Już wyjaśniam: jak tylko przystawię butelkę do ust i jak popłynie mi przez gardło pierwszy łyk złocistego napoju, to od razu widzę za każdym drzewem, stróżów prawa z bloczkami mandatowymi.

 

– Masz zdecydowanie paranoję – zapewnia mnie mój kolega. A ja, choć ze strachem, to jednak ulegam jego namowom na to jedno piwko na ławce. – Ma być jak za starych, dobrych czasów – ustalamy z kolegą. Może to z sentymentu do tamtych dni gdzie wszystko było jakby prostsze, a piwo smakowało jakoś tak inaczej, skusiłem się na to łamanie zasad współżycia społecznego. Sam nie wiem, ważne, że tak czy inaczej zasiedliśmy wspólnie z kolegą na ławce w najdalszym zakątku parku. Jak najdalej od głównych alejek i jak najdalej od oczu ciekawskich przechodniów. Ale przede wszystkim, chcieliśmy być jak najdalej się da, od wzroku policjantów i strażników miejskich. Trzymam w dłoni butelkę ze złocistym płynem i od czasu do czasu popijam z niej. Ale moja paranoja coraz bardziej daje znać o sobie. Jeden łyk i od razu nerwowo rozglądam się wokół siebie w poszukiwaniu mundurowych.

 

– Ty zdecydowanie jesteś królem paranoików – nabijał się ze mnie mój kolega. A ja coraz bardziej pogrążałem się w pewności, że naprawdę nic nam nie grozi. Przecież jesteśmy schowani we mgle. Nie kłujemy nikogo w oczy tym naszym popijaniem piwa na świeżym powietrzu. Nabierałem przeświadczenia, że mój strach przed karą za to jedno piwko, wypite w pięknych jesiennych okolicznościach przyrody, nie jest oparty jest na żadnych racjonalnych przesłankach. Ale coś tam we mnie ciągle zaprzeczało faktom i zapewnieniom kolegi.

 

Siedzieliśmy i popijaliśmy to piwko nielegalne. A ja nagle zauważam radiowóz, który powoli jedzie przez główną alejkę parku. Zmroziło mnie, ale kolega uspokajał – jesteśmy przecież ze sto pięćdziesiąt metrów od nich. Więc teoretycznie nic nam nie groziło.  Ale ja już miałem motylki w brzuchu i oczami wyobraźni widziałem jak z mojego portfela znika kilka stówek na mandat.  – Paranoik – usłyszałem znowu znajome słowa mojego kupla. A samochód policyjny tymczasem znikał rozpływając się we mgle. I znów zaczynałem wierzyć, że mam poważny problem z psychiką. Ostatni łyczek piwa i wstajemy. I do domu. Nie ukrywam, że cieszyłem się, że udało nam się nie dostać mandatu za spożywanie w miejscu publicznym.  Wstajemy z ławki i przed sobą widzę – no, kogo? Jak myślicie? Oczywiście! Policjanta w pełnym umundurowaniu! I co, czy mam paranoje? Oczywiście, że nie! To ja miałem rację, a kolega się mylił. Choć oczywiście wolałbym być tylko paranoikiem w takiej sytuacji.

dziennik pesymistyczny

Na rozstaju dróg gdzie drogowskazu nie było…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Drogowskaz słownikowo to słup przydrożny z tabliczkami informującymi o kierunku i odległości do danej miejscowości. No i wszystko jasne. Ileż takich oznakowań stoi przy naszych drogach. Ale ja dziś chciałbym wspomnieć o tych drogowskazach, które u nas przy drogach nie stoją, ale jak najbardziej powinny się tam znaleźć. I to jak najszybciej. Jazda po polskich drogach przypomina bieg terenowy na orientację. To, że nasze szosy to prawdziwe wyzwanie nawet dla tych, co uwielbiają jazdę po wertepach, nikogo przekonywać nie muszę. Ale trzeba mieć naprawdę wyjątkowy zmysł orientacji w terenie i umiejętność wyznaczania kierunku jazdy z położenia gwiazd, żeby w Polsce powiatowo – gminnej znaleźć właściwą drogę i właściwy kierunek.

 

Oczywiście można zaopatrzyć się w system nawigacji satelitarnej, aby trafić do celu. Można kupić dokładna mapę drogową. Ale jak GPS zaczyna prowadzić nas tak, że po dwunastu jego nakazach miękkim kobiecym głosem: skręć w lewo, znajdujemy się w tym samym miejscu, z którego wyruszyliśmy, zaczyna do nas szybko docierać, że mamy poważny problem. Wtedy pozostaje nam nawigacja analogowa, czyli mapa. Ale jeśli ona aktualnie znajduje się na naszym biurku, a nie w samochodzie przy nas, to naprawdę już prawdziwy dylemat. Bo na to, że zorientujemy się gdzie się aktualnie znajdujemy i dokąd zmierzamy z drogowskazów przy drogach nie ma, co w Polsce peryferyjnej liczyć.

 

Właśnie w takiej sytuacji znalazłem się ostatnio. Stałem swoim samochodem w szczerym polu na skrzyżowaniu dróg.  Nie wiedziałem czy w prawo mam jechać? Czy w lewo? Może prosto? Nie wiadomo. Wszystkie drogi takie same. A zapytać nie było kogo, bo to prawie noc i do tego istne odludzie. Nawigacja głosem miłej pani zapewniała, że mam zawrócić. Ale przecież z tego kierunku przyjechałem i nie mam zamiaru wracać. Krążyłem po okolicy nieskutecznie już dłuższy czas i nie dojechałem tam gdzie chciałem.  Mapy jak już wspomniałem nie miałem przy sobie. Ale na nic by się zdała, gdy i tak nie miałem żadnego punktu odniesienia. No i wtedy jak nic przydałby się drogowskaz wskazujący właściwy kierunek. A tam nic takiego nie było. Tylko skrzyżowanie pustych dróg prowadzących w nieznane cztery strony świata.

 

Choćby na tym rozstaju dróg przydrożny Chrystus stał, bo może wtedy mógłbym się do niego pomodlić o wskazanie drogi. Ale nawet świątka w kapliczce nie było. Tylko te cztery drogi po horyzont. Gdzieś przeczytałem, że pierwsze znaki drogowe na ziemiach polskich zostały wprowadzone w 1908 roku. W tym też czasie rozporządzenie rządowe wprowadziło obowiązek ustawiania drogowskazów na skrzyżowaniach dróg państwowych, wojewódzkich wszelkiej kategorii oraz przy wyjeździe z miast, miasteczek i osiedli. I niby tak jest do tej pory, ale wystarczy zjechać z głównej drogi na te mniejsze, węższe i nie w pierwszej kategorii odśnieżania, jak mawiają drogowcy, aby trafić do świata gdzie kompletnie nieznane są drogowskazy. Ja wiem, że niezbyt często zapuszczają się tam ludzie nie miejscowi, a ci, co tam mieszkają, czyli tutejsi i tak znajd a drogę do domu bez znaków przy drogach. Ale jak już się tam znalazłem, ja obcy i nie miejscowy, to też chętnie dowiedziałbym się jak mam dalej jechać. Więc jak nic potrzebny staje się wtedy drogowskaz z podanym kierunkiem jazdy. A u nic tylko pustka aż po horyzont i to w czterech kierunkach.