Monthly Archives

19 Articles

dziennik pesymistyczny

Pączek ze słoninką i kieliszeczkiem wódeczki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Według statystyk przeciętny Polak w tłusty czwartek zjada dwa i pół pączka. Dzięki narodowemu dniu obżarstwa cukiernicy całkiem nieźle zarabiają na tej polskiej tradycji ludowej. Ja też nie mogłem tego uniknąć. Jak tylko zjawiłem się w biurze już na mnie czekały te lukrowane i z posypką, bomby kaloryczne. Piękne, napuchnięte, brązowo – złote, błyszczące od lukru, obficie udekorowane skórką pomarańczową. Ledwo usiadłem przy biurku, nie zdążyłem jeszcze otworzyć laptopa, a już wjechał mi pod nos pierwszy pączek dostarczony przez miłą koleżankę. – Ja już zjadłam – oświadczyła – Teraz ty. –  Ale ja nie mogę – starałem się podjąć, skazaną z góry na przegraną, walkę o nie jedzenie tego dnia kalorycznej bomby z opóźnionym zapłonem. – Masz zjeść – padł rozkaz, dla każdego przewidziane są dwa – moja pączkowa dręczycielka uzyskała wsparcie z ust koleżanki. Wiedziałem już, że z tradycją nie wygram. Tak to trafił do moich trzewi pierwszy z licznych tego dnia pączkowych prześladowców mojej, i tak dość zaokrąglającej się tu i ówdzie sylwetki.

 

Ale co zrobić. Taka wiekowa tradycja. Ona zobowiązuje. Wiernych tradycji obżerania się jest w Polsce wielu. A i handlowcy robią wszystko żeby dostarczyć wszystkim spragnionym doznań tradycyjnego napychania się pączkami. Jedna z brytyjskich sieci handlowych działających w naszym kraju planuje, że ponad dwa miliony pączków w tłusty czwartek kupią ich klienci w całej Polsce. A to przecież tylko jedna z sieci marketów. A przecież inne nie chcą być gorsze od konkurenta. Więc może padną jakieś rekordy? A przecież to nie wszystko. Mniejsze cukiernie i sklepy też nie chcą pozostać w tyle w produkcji tych słodkości. Wszyscy faszerują nas tego dnia pączkami. W imię odwiecznej tradycji oczywiście. A przecież to nie pierwsi Słowianie, którzy u zarania naszej państwowości przeszli na chrześcijaństwo wymyślili paczki. Znawcy tematu dowodzą, że pochodzi on z kuchni arabskiej. Choć nie brakuje takich, co doszukują się pierwowzoru pączka w starożytnym Rzymie. Skłonny jestem nawet przyznać im rację, w końcu Rzymianie jak nikt inny potrafili się nieźle zabawić.

 

Ja tam za słodkim nie przepadam, więc jestem za powrotem do polskiej tradycji, jeśli chodzi o pączki. W wiekach dawnych, jak właśnie wyczytałem w internecie, lud nadwiślany zwał pączki blinami lub babałuchami. I choć w niewielkim tylko stopniu przypominały te dzisiejsze wyroby cukiernicze, jestem skłonny uznać je za pierwowzór narodowej tradycji tłustoczwartkowego obżarstwa.  No i miały te starożytne polskie pączki jedną podstawową zaletę. Dla mnie bardzo ważną.  Smażono je, bowiem na smalcu. A robione były z ciasta chlebowego nadziewanego obficie słoniną, boczkiem lub mięsem. A na koniec najważniejsze. Takie mięsno – tłuste frykasy zapijano tego dnia obficie wódeczką. I to bez przypisanej pijaństwu kary boskiej. Bo przecież tradycyjny tłusty czwartek anulował grzech.  Czy nie warto, więc powrócić do tradycji przodków i przestać się faszerować tym słodkim substytutem? Niech żyją paczki ze boczkiem podawane z kieliszeczkiem wódeczki! I państwowy budżet by skorzystał, bo gorzałka przecież obłożona znaczną akcyzą. I wielu zadowolonych by przybyło tego dnia, bo jak wiadomo powszechnie: życie na trzeźwo jest nie do przyjęcia. I te mięsne pączki zgodne by były z linią programową. Jak wyczytałem w prasie lokalnej, dziś właśnie, ruszyła wielka ogólnopolska kampania wędliniarzy i masarzy. Z pomocą Unii Europejskiej będą oni nas Polaków namawiać abyśmy jedli więcej mięsa. Czyli ze swoim postulatem powrotu do tradycyjnego pączka wstrzeliłem się idealnie. 

 

Takie mnie właśnie naszły przemyślenia, gdy znów wmuszano we mnie kolejnego biurowego pączka z lukrem, z przydziału. Ja tam jestem za tradycyjnym obchodzeniem tych świąt, a nie za jakimś nowym mieszczańskim zwyczajem lukrowanych ciastko-podobnych wyrobów. Czas najwyższy wrócić do korzeni. Niech to będzie mój postulat odnowy wiekowych tradycji narodu. Precz z słodkimi dziwactwami! Niech powrócą do łask nasze, stare ludowe zwyczaje. Niech znów na przednówku na polskich stołach króluje mięsiwo suto zakrapiane wódeczką. Dość słodzenia aż do niestrawności. Niech tłusty czwartek, ten ostatni czwartek przed wielkim postem, znów jak za dawnych lat będzie tradycyjnie dozwolonym dniem obżarstwa i opilstwa.

dziennik pesymistyczny

Państwowe przedszkole

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 8

Kiedy byłem przedszkolakiem to prawie o niczym nie mogłem zadecydować samodzielnie. Zawsze był ktoś, kto wiedział lepiej ode mnie jak mam się zachować. Jak mam się ubrać, lub jak, i co mam zrobić. Miałem zakładać czapeczkę jak było zimno. Rękawiczki żeby nie marzły mi paluszki. Fartuszek z muchomorkiem żebym się za bardzo nie brudził w czasie zabawy lub w czasie jedzenia. Przymusowe było leżakowanie, czyli drzemka po posiłku. Wiele było zakazów i wiele nakazów. Ale takie jest życie przedszkolaka. Z racji młodego wieku musi od polegać na wiedzy starszych i doświadczonych.  Nic nie może robić samodzielnie, bo jest małolatem. I ciągle słyszy, że jak dorośnie to będzie mógł samodzielnie zadecydować o swoim losie.

 

Teraz jestem dorosły. No przynajmniej według obowiązujących w tym kraju standardów dorosłości. Mam bierne i czynne prawo wyborcze. A jednak w niektórych sprawach państwo traktuje mnie jak przedszkolaka. I tak jak kiedyś moi rodzice czy wychowawcy wiedzieli lepiej ode mnie, co dla mnie będzie dobre, tak teraz państwo poprzez wydawane dla mnie zakazy i nakazy dyktuje mi, co mam zrobić z własnym życiem. I nie chodzi mi tu o tak totalne panowanie nad moim życiem, które zakazuje mi skończyć z nim, jeśli tego zapragnę. Choć nie pragnę oczywiście.  Idzie mi tu o to moje prawo do eutanazji, jeśli tego będę chciał. O zwykłe prawo wyboru w świetle obowiązującego prawa. Ale pomijając sprawy ostateczne mój wielki rodzic, moje państwo, zakazuje mi na przykład palenia papierosów w pewnych miejscach. Nie palę tytoniu, ale jakbym nagle chciał zapalić w swoim prywatnym samochodzie, to w myśl nowych przepisów dostałbym mandat. Bo nie wolno oddawać się nałogowi czy przyjemnościom nawet jak nikogo z nami nie ma. Nie wolno mi oglądać reklam namawiających do hazardu. Nie wolno mi handlować w święta, jeśli bym tego nawet bardzo chciał i nie wolno mi też nic kupić w sklepie, bo przecież niewielu łamie zakazy.

 

Wiem, że wiele zakazów i nakazów państwowych jest potrzebnych, bo pokazują mi, że jeśli przekroczę pewne granice zagrożę bezpieczeństwu czy prywatności innych osób. Ale czy nakaz jazdy w pasach bezpieczeństwa łamie jakieś prawa innych? Ja wiem to takie wyświechtane stwierdzenie. Ale pokazuje, jaki stosunek do nas obywateli ma państwo. Nie wolno i już. Zakazujemy ci zginąć w wypadku samochodowym. Zapinanie pasów jest potrzebne. Jeśli ktoś chce przeżyć na drodze to powinien pasy zapinać. Zapinałbym je nawet wtedy gdyby nie było to wymagane przepisami i zagrożone mandatem. Ale nie o to tu chodzi. Chodzi o sam akt wyboru. Gdybym chciał to mógłbym zapiąć, a jeśli nie zależałoby mi na życiu i zdrowiu to mógłbym nie zapinać. Wtedy to ja dokonuje wyboru a nie ktoś robi to za mnie. A tak muszę i mam poczucie, że ktoś inny zadecydował za mnie.

 

Stale jestem w wielkim, krajowym, gigantycznym przedszkolu. I znów z każdej strony słyszę rozkazujący głos państwowej przedszkolanki. Załóż kask na stoku narciarskim! Nie zadeptuj trawników! Zapnij pasy w samochodzie!  Ten tańszy lek jest dobry, mniam a ten droższy jest be, niedobry. Nie pal publicznie ani skrycie! Chcesz się nabawić choroby? Kup wódeczkę, ale nie pij, bo ci zaszkodzi! A tak ogólnie to nie tylko tytoń szkodzi, więc nie pal tego zielonego świństwa z Holandii, bo już po jednym skończysz w mrokach narkotycznego nałogu!  I tak dalej i tym podobne głosy wielkiego nauczyciela. Oczywiście jest znacząca różnica. W przedszkolu dla maluchów, za przewinienie trafiałem do kąta. Teraz jak nie będę się stosował to poleceń, nakazów i zakazów, to mandatem mnie władza przywoła do porządku. Szkoda tylko, że jak już państwo traktuje mnie jak malucha z przedszkolnej grupy muchomorów, to za dobre sprawowanie, nie nagradza z równą sprawnością, jak karze za łamanie zasad.

dziennik pesymistyczny

Dziura wyhodowana zgodnie z normą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 7

Jak robi się żółty ser z dziurami? Bierze się dziurę, a następnie oblewa ją się serem. Przypomniało mi się to zdanie podczas postoju w korku, gdy z nudów i z przymusu obserwowałem drogowców, którzy usiłowali załatać kolejną z tysiąca dziur na jezdni. Polski drogowiec jest jak serowar. W ich przypadku też, żeby powstała zdatna do jazdy droga, budowniczy bierze dziurę a następnie oblewa ją asfaltem. Powiecie, że przecież oni dziury łatają, a nie robią. W zasadzie tak. Ale jak ktoś buduje tak, że po miesiącu się rozpada, to z zapałem buduje właśnie wielkie dziury. Nasi drogowcy są jak tak najlepsi serowarzy. Ci pierwsi starają się o swoje dziury w serze, ci drudzy budują drogi, które na pewno już po kilku miesiącach będą posiadać przepiękne zadziurzenie.

 

Jestem przekonany, że występuje u nas unikalne na skalę światową zjawisko hodowli dziur w drogach. Bo jeśli drogowcy używają technologii, która w stu procentach gwarantuje, że już po kilku miesiącach droga będzie wyglądać jak ser, to jak nie uwierzyć, że właśnie o hodowlę dziur w jedni chodzi, a nie o jej trwałość. Naszym drogowcom te dziury są niezbędne do przetrwania. Bo ileż to ludzi musi je łatać. Ile na to idzie pieniędzy. Cały drogowy przemysł istnieje wokół dziury w drogach. Na początku buduje się nową drogę, która już z założenia nie przetrwa roku. Potem się ją przez kilka lat remontuje. A następnie buduje się nową drogę. I tak w kółko. Stale i bez przerwy tysiące ludzi i kilkadziesiąt firm ma zajęcie przy nieprzerwanej budowie lub odbudowie dróg. A że to wszystko jest tylko produkowaniem dziury w całym? O to chodzi. Ważne, że interes się kręci.  Ludzie mają zajęcie. Więc może warto przyznać, że nasze drogownictwo to taka nowoczesna forma przeciwdziałanie bezrobociu. Może już czas przestać powielać w nieskończoność teorie o tym, że u nas zima jest znacznie cięższa niż sto kilometrów dalej u Niemców. I dlatego u nas dziura w jezdni musi bezwzględnie występować znacznie częściej niż na zachodzie Europy.

 

Co z tego, że szacunkowy koszt budowy drogi asfaltowej jest o około dwadzieścia procent niższy niż drogi betonowej, jeśli już po dziesięciu latach droga o nawierzchni asfaltowej najczęściej wymaga gruntownego remontu? Droga betonowa może być eksploatowana nawet przez czterdzieści lat. Więc tylko hodowlą dziur w drogach można tłumaczyć to powszechne zamiłowanie drogowców do technologii, zapewniającej im stałą i nieprzerwaną pracę. Czyli wieczny remont i łatanie asfaltowych nawierzchni.

W moim mieście panuje obiegowa opinia, że powodem występowania wiecznych dziur w jezdniach jest to, że do budowy ulic użyto złej jakości materiałów. Sprawa w przekonaniu mieszkańców jest prosta. Jeśli po kilku miesiącach na nowo remontowanych ulicach pojawiły się dziury i pęknięcia, to nie jest to wina ogólnie złej sytuacji, ale właśnie złej technologii. Czy dobrze, że przetargi na budowę dróg wygrywają firmy, które składają najtańsze oferty w przetargach, a nie te, które oferują najwyższą jakość i najwyższą trwałość nawierzchni. 

Ale to tylko opinia ludu ciemnego, bo światli urzędnicy magistratu od dróg miejskich nie podzielają tej opinii. Oni twierdzą, że do budowy ulic muszą być wykorzystywane materiały, które spełniają określone przepisami normy. Czyli norma jest właściwa tylko, że na drodze już się nie sprawdza. Mamy tu odwieczny konflikt między teorią a praktyką. Urzędnicy twierdzą, że skład warstwy bitumicznej jest zawsze przed odbiorem inwestycji przebadany w laboratorium. A jak nawierzchnia nie spełnia tych wyśrubowanych norm, to wykonawca musi zerwać to, co ułożył i wykonać pracę od nowa. Tyle teorii. Jak jest naprawdę wystarczy udać się samochodem na wycieczkę po drogach mojego miasta. Normę nawierzchnia spełniła, ale i tak się rozleciała. Ciekawe czy są jakieś normy zadziurzenia na metr kwadratowy nawierzchni.

 

dziennik pesymistyczny

Dożywocie u władzy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Kiedyś na studiach, podczas wykładów traktujących o zasadach demokracji usłyszałem, że politykiem się tylko bywa. To znaczy, że czasami naród w procesie wyborczym powierza pewnym osobom funkcje polityczne, by ci ludzie reprezentowali w parlamencie interesy tych, którzy nie chcą, nie mogą lub nie potrafią zajmować się polityką. Nie pamiętam już, kto to powiedział. Ale zapamiętałem zasadę, że jedną z podstawowych cech demokracji jest wymienialność rządów. Że bardzo ważną rzeczą jest to, że posłem, senatorem, ministrem, premierem i prezydentem tylko się bywa. Bo po to ustalono system kadencyjny, i po to dano nam prawo wyboru, żebyśmy mogli, jeśli tego zapragniemy, wymienić aktualnie rządzących na innych. Bo tylko naród jest suwerenem w państwie demokratycznym i tylko on ma prawo wyznaczać tych, których pragnie widzieć na najwyższych stanowiskach. Dlatego właśnie kadencyjność, jest według mnie jednym z filarów demokracji.

 

Jeśli przyjmiemy za prawdziwe słowa Winstona Churchilla, że demokracja jest najgorszą formą rządu, jeśli nie liczyć wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu, to warto też przyjąć, że w tym „najlepszym” systemie sprawowania władzy ważne jest to, że każdy rządzący musi się liczyć z tym, że za jakiś czas rządzić już nie będzie. Jedna z telewizji informacyjnych dotarła do założeń projektu nowej konstytucji, autorstwa platformy obywatelskiej. Na szczęście dziennikarze z TV nie zatrzymali tej wiedzy tylko dla siebie. Dzięki temu i ja mogłem się dowiedzieć, że jedna z ustaw towarzyszących projektowi nowej konstytucji, zakłada między innymi zagwarantowanie miejsca w Senacie dla każdego byłego prezydenta, oraz wprowadza zasadę dożywotniej państwowej pensji dla każdego byłego premiera.

 

Zasada dożywotności sprawowania funkcji w państwie kojarzy mi się raczej z monarchią niż z demokracją. I mam prawo do takich skojarzeń mimo tego, że pewnie wielu z moich współobywateli uważa, że jak taki zwyczaj jest stosowany w innych krajach to i u nas jak nic można go wprowadzić od zaraz. Projekt ustawy lansowanej przez Platformę Obywatelską zakłada, że każdy, kto przez ostatnie dwadzieścia lat, choć przez chwilę stał na czele rządu, dostanie specjalne, dożywotne uposażenie w wysokości pensji urzędującego premiera. Bo choć premierem się bywa, to pensja już jest dożywotnia jak wynika z projektu. Podobnie, dożywotnie uposażenie dostawaliby także byli prezydenci. Czyli w naszej demokracji będą takie urzędy, które jak już ktoś obejmie, to już na lata stanie się stałym kosztem w państwowym budżecie.  Może by tak pójść z tym pomysłem szerzej? A dlaczego dożywotnio nie opłacać ministrów, dyrektorów departamentów, podsekretarzy stanu? Przecież nie warto tracić tak zacnych ludzi i ich wiedzy, jeśli tylko zmienia się rząd. Nawet, jeśli narodowi rządy się nie podobały i je zmienił w wyborach, to nadal warto opłacić tych, co odchodzą z woli wyborców, bo jeszcze umrą z głodu jak im państwo nie zapewni pensji. Genialny pomysł, jeśli przyjmiemy założenie, że oni nic już innego nie potrafią robić jak tylko rządzić. Jednak jak widać z doświadczenia, byli premierzy i prezydenci świetnie sobie dają radę w życiu, po upływie swoich kadencji. Więc, po co ten dziwaczny pomysł?  Takie uszczęśliwianie na siłę, czy raczej pomysł na zapewnienie sobie dożywotniej posady? Bo a nuż zastanie ktoś z twórców ustawy premierem.

 

Dodatkowo nowa konstytucja gwarantowałaby prezydentowi dożywotni mandat senatora. I tu widzę kolejną niedorzeczność.  Rozważny to zagadnienie teoretycznie. Nadchodzą demokratyczne wybory. Naród pokłada zaufanie w pewnym polityku. Wyborcy wierząc w obietnice kandydata sprawiają, głosując właśnie na niego, że obejmuje on najwyższą funkcje w państwie. Mija kadencja. Większość obietnic przedwyborczych okazuje się jednak bez pokrycia.  Więc naród, rozczarowany politykiem odwołuje go ze stanowiska wybierając innego polityka na prezydenta. Zasady są proste. Podoba się, więc rządzi. Nie podoba się nie narodowi musi odejść. Dla ochrony standardów demokratycznych wprowadzono w konstytucji obecnie obowiązującej zasadę, że nie może on rządzić nawet jak się bardzo podoba więcej niż dwie kadencje. I słusznie.

 

Więc, po co w nowej konstytucji ma być zapis o tym, że jak nawet prezydent narodowi nie przypadł do gustu i go ten naród w wyborach odwołał z prezydentury, to i tak go będzie utrzymywał, bo zostanie on dożywotnio zatrudniony, jako senator. Czyli trzeba przyjąć, że jak raz już ktoś zostanie prezydentem to już na zawsze pewną władzę sprawować będzie. Pewnie, że senator to nie prezydent. Ale jak coś ma być na stałe i nieodwołalne, to raczej dalekie jest od demokracji moim zdaniem. A jeśli polityk odwołany z prezydentury okaże się być jeszcze gorszym senatorem? Oba te pomysły, ten z pensjami i senatorstwem dożywotnim, mają doprowadzić do tego, że najważniejsze osoby w państwie nie będą znikać z życia publicznego. Nawet jak się nie sprawdziły? To nader ciekawe podejście do demokracji, do kadencyjności władzy oraz do wybieralności przedstawicieli w wolnych wyborach. Bo przecież wybierając obecnego czy poprzedniego prezydenta nie wiedzieliśmy o tym, że ma on być dożywotnio senatorem, a projekt zakłada właśnie takie rozwiązanie dla naszych byłych głów państwa. Warto się nad tym zastanowić, bo nadejdą jeszcze takie czasy, że każdy prezydent miasta, burmistrz czy wójt będzie chciał zostać po odwołaniu z funkcji dożywotnim radnym, w myśl tak pojętych zasad demokracji.

dziennik pesymistyczny

(….) ocenzurowano zgodnie z ustawą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Przesłuchanie premiera naszego rządu przed komisją sejmową, powołaną do zbadania afery hazardowej trwało trzynaście godzin. Jednak żadne z pytań nie dotyczyło próby wprowadzenia przez rząd cenzury Internetu, przy okazji nowelizacji ustaw dotyczących hazardu. Tak mi się przynajmniej wydaje, bo nie wytrzymałem. I nie przysłuchiwałem się stale i bez przerwy przepytywaniu premiera przez posłów. Wszystko przez zmęczenie i nudę tym wielogodzinnym ględzeniu w kółko, o tym samym. Ale mam przypuszczenie graniczące z pewnością, że właśnie tak było. Nikt o zamiarze cenzurowania internetu nie wspominał nawet słowem. A moim zdaniem tu jest właśnie prawdziwa afera! Ale nie spodziewam się w tej sprawie powołania specjalnej komisji sejmowej, która przed kamerami, przez wiele miesięcy, będzie wyjaśniać, kto wpadł na taki pomysł. Bo po jednej i po drugiej stronie, czyli w komisji i za stołem dla świadków, często zasiadają ludzie, którzy są powiązani z państwem a więc zainteresowani cenzurowaniem na potęgę. Bo państwo uwielbia kontrolować tych, z których się utrzymuje. Czym większa wiedza o poddanym państwu człowieczku, tym bardziej jest on posłuszny. I tym bardziej jest on pracowity. A jak mu nikt nie mówi, że ma na rękach państwowe kajdany to on w swej nieświadomości płaci w podatkach na państwowych nadzorców coraz więcej i więcej. A żeby się nie domyślił człowieczek swej roli wielkiego utrzymywacza urzędniczej państwowości najlepiej żeby nic nie wiedział, albo wiedział niewiele o swym losie. I do tego jest właśnie potrzebna cenzura.

 

Każdy urzędnik państwowy wie, że nie można tak oficjalnie powiedzieć, że chce on wprowadzić cenzurę. Po co ludzi denerwować takimi wielkimi słowami? Ale też wie, że państwu do kontroli obywateli potrzebna jest cenzura. Ale może jej tak nie nazywać? Kiedyś przecież wmówiono Polakom, że poprzedni ich właściciele cenzurowali ich nielegalnie. Nowi właściciele ich od tego wyzwolili. Każdy wie, że niedoinformowanym jest łatwiej rządzić, więc cenzura państwu jest potrzebna. A przy okazji słusznej walki z hazardowym wrogiem można przeszmuglować cenzurę. Może nikt nie zauważy. Warto taki zamiar okrasić wielkimi słowami walki o moralność… I już. I po sprawie. I jeszcze tak dla uspokojenia tak zwanej opinii publicznej, zrobi się „konsultacje społeczne”. Tam sobie krzykacze niepokorni pogadają, wykrzyczą się, wyżalą i potem się odpowiednią cenzorską ustawę wprowadzi jak to zamierzono. Bo to przecież dla dobra ich, ludzi zwykłych, nie państwa. Nawet można zrobić dwugodzinne spotkanie z premierem w tej sprawie, bo jak mówi pewien klasyk z telewizji: warto rozmawiać. A że pewnie nic z tego nie wyniknie? To nieważne. Ważne, że rozmowy się odbyły. Pozory utrzymane. To najważniejsze.

 

Nowe przepisy ustawy o prawie telekomunikacyjnym przewidują utworzenie Rejestru Stron i Usług Niedozwolonych, który ma prowadzić prezes Urzędu Komunikacji Elektronicznej. Rejestr będzie zawierał elektroniczne adresy umożliwiające identyfikację stron internetowych lub innych usług, zawierających tak zwane treści niedozwolone. Będą tam rejestrowane na przykład strony internetowe zawierające treści pornograficzne z udziałem małoletniego, treści tworzone w celu dokonania kradzieży i oszustw finansowych, treści umożliwiające organizowanie gier hazardowych bez zezwolenia. Tyle teorii. I to jest właśnie ta marchewka, z opowiastki o kiju i marchewce. To, co ma uspokoić nasze sumienia. Pokazać słuszność walki dzielnych państwowych rycerzy z hydrą hazardu i pornografii. Ale jest też kij. Ukryty, ale jest. Projekt zawiera również przepisy, które mogą prowadzić do stosowania cenzury prewencyjnej. Jeden z artykułów nowej ustawy mówi, że na zasadach określonych przez przepisy odrębne, swoboda świadczenia usług drogą elektroniczną może zostać ograniczona, jeżeli jest to niezbędne ze względu na ochronę zdrowia i moralności publicznej, obronność, porządek publiczny lub bezpieczeństwo państwa.

 

W okresie Polski Ludowej głównym narzędziem tłumienia niezależnej od władz myśli i słowa była instytucja cenzury. W tysiąc dziewięćset czterdziestym szóstym roku ubiegłego wieku Krajowa Rada Narodowa uchwaliła dekret, na mocy, którego powołano Główny Urząd Kontroli Prasy, Publikacji i Widowisk. Przez niemal całe lata PRL-u, funkcjonariusze tego urzędu czuwali nad tym, by do publicznej wiadomości nie przedostawały się opinie i informacje, które władza uważa za niepożądane. Stosowne przepisy dekretu zakazywały upublicznienia wszelkich utworów zawierających treści „godzące w ustrój państwa polskiego, sojusze międzynarodowe, głoszące nieprawdę oraz naruszające dobre obyczaje”. Podobne do tych współczesnych sformułowań.

 

Interpretacja tych ogólnikowych sformułowań należała do cenzora. Podjęta przez niego decyzja była właściwie ostateczna, choć, teoretycznie można się było od niej odwołać do premiera. Teraz w zasadzie też jeden urzędnik podejmować ma decyzje, co będzie zakazane ze względu na ochronę zdrowia i moralności publicznej, obronności, porządku publicznego lub bezpieczeństwa państwa. Ale jest postęp. Teraz, teoretycznie, można się odwołać do sądu, nie do premiera. Ale jeśli rejestr stron zakazanych ma być tajny to jak się dowiedzieć, że coś zostało zakazane. A jak już wiemy, że jest zakazane, to przy opieszałości naszych sądów zdjęcie zakazu publikacji może potrwać tyle, że informacja z zakazanej cenzurą strony może okazać się przydatna już tylko historykom. I to jest właśnie stara cenzura prewencyjna w nowym e-wydaniu. A to, że po spotkaniu z premierem niektórzy uwierzyli, że cenzurowania nie będzie? Cóż… ja jednak pozostanę w tej sprawie pesymistą.

 

dziennik pesymistyczny

Niespieszny wyścig ciężarówek

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

W Ameryce mają swoje wyścigi ciężarówek potworów. Monstra na ogromnych kołach starają się wzajemnie rozjechać, żeby jak najszybciej dotrzeć do mety. Ale i my – Polacy nie jesteśmy gorsi, bo też mamy swoje motorowe sporty narodowe. Tylko, że nie uprawiamy ich na specjalnie do tego wyznaczonych torach, ale na ogólnie dostępnych drogach. Może nie wszyscy, ale nie zmienia to faktu, że jak żaden inny naród mamy zamiłowanie do szaleństw za kółkiem. Nie przeszkadza nam nawet brak samochodu sportowego. Nawet, kiedy prowadzimy kilkunastotonową ciężarówkę chętnie przystępujemy do rywalizacji na drodze. A że innym przeszkadzamy, trudno. Sport to zdrowie, a już motorowy szczególnie.

 

Każdy, kto choć raz podróżował po polskich szosach zapewne spotkał się ze zjawiskiem wyścigów między kierowcami TIR-ów. W klasycznych rajdach chodzi o jak najszybsze dotarcie do wyznaczonego punktu. W tym przypadku jest prawie tak samo. Ale jak wszyscy wiemy: prawie robi dużą różnice. Gdy pojazdy, które na polskiej drodze biorą udział tym dziwacznym współzawodnictwie są wielkimi ciężarówkami, ważącymi po kilkanaście ton to różnice prędkości miedzy nimi też najczęściej bywają znikome. I jak się łatwo domyślić taki wyścig miedzy panem Henkiem w Scanii a panem Zdziśkiem w Renault trwa przez wiele kilometrów. Ale jeśli chodzi o sportowe emocje prawdziwy zawodnik czasu przecież nie liczy.

 

Zawsze, gdy zbliżam się samochodem do ciężarówek sunących w kolumnie po dwupasmowej drodze i chcę je wyprzedzić jedna z nich właśnie wtedy zaczyna ten sam manewr. Na początku kierunkowskaz, za co oczywiście bardzo dziękuję, bo nie każdy ma to w zwyczaju. A następnie wielkie cielsko zaczyna powolny zjazd na lewy pas ruchu i się zaczyna. Czas płynie, kilometry mijają niespiesznie a Pan Heniek z Panem Zdziśkiem w swoich stalowych maszynach jadą sobie równolegle. O przepraszam, jeden drugiego wyprzedza, bo już nie mógł pewnie znieść faktu, że ten przed nim jedzie trochę szybciej. 

 

A ty człowieku suniesz sobie za nimi w swoim malutkim samochodzie z napięciem obserwując te czasochłonną i wielokilometrową rywalizację. Wszystko rozumiem, czasem faktycznie już nie można znieść tego, że samochód przed nami wlecze się wolno bez żadnej rozsądniej przyczyny. Ale jeśli ja jadę z dozwolona prędkością a przede mną z minimalnie mniejszą prędkością jedzie inny pojazd to nie wyprzedzam na siłę, żeby tylko dobić do prędkości wskazanej przepisami. A już na pewno nie wyprzedzałbym, jeśli moja moc silnika nie jest w stanie zapewnić mi prędkości tak dużej żeby manewr wyprzedzania był wystarczająco bezpieczny. Ale jak widać ta prosta prawda nie dotarła do niektórych kierowców ciężarówek.

 

dziennik pesymistyczny

Rośnie w górę Polska druga!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jak byłem jeszcze dzieckiem, dostałem w szkole nagrodę za zajęcie pierwszego miejsca w konkursie recytatorskim. Nagrodą była książka, a właściwie encyklopedia dla dzieci. Wielka księga opisująca świat widziany przez pryzmat propagandy sukcesu. Za oknami mojego rodzinnego domu panowała totalna szara rzeczywistość socjalistycznego państwa. Za to, gdy tylko otwierałem książkę, świat od razu nabierał barw. Były tam zdjęcia zwierząt, których nigdy nie widziałem, lądów, których nigdy nie zwiedziłem i ludzi, których nigdy nie poznałem. Był tam po prostu świat bardziej kolorowy od tego, który mogłem zobaczyć i doświadczać, na co dzień. Ale najważniejsze było to, że lektura książki napełniała mnie wielką dumą. Rozpierała mnie od stóp do czubka głowy ogromna duma z naszego wielkiego i zasobnego kraju, o którym czytałem w mojej książce. Towarzysz Edward Gierek z troską widoczną na fotografiach pochylał się nad dziesiątkami problemów, z którymi borykała się nasza socjalistyczna ojczyzna. Ale obraz był ogólnie przepiękny i poukładany. Polska rosła w siłę, a ludziom żyło się dostatniej. Przynajmniej teoretycznie.

 

Z mojej dziecinnej encyklopedii wynikało, że Polska lat siedemdziesiątych jest w pierwszej dziesiątce potęg gospodarczych na świecie. Że w wydobyciu węgla to nawet jesteśmy tak wielką potęgą, że zasługujemy na podium złotych medalistów. Wiedziałem od rodziców, że cukier zdrożał lub go po prostu nie było w sklepach, ale za to dzięki informacjom z książki mogłem być dumny, że lokomotywy znacznie staniały i są ogólnie dostępne.  Czyli tak naprawdę żyłem w ciągłym rozdwojeniu rzeczywistości. Z książki wiedziałem, że jest wspaniale, no może w pewnych dziedzinach jest mały zastój, ale tylko czasowy, bo ogólnie panował raj. A z tego, co mówili rodzice docierał do mnie inny obraz polskiego życia. Istne dwa światy. Realny i książkowy.

 

Tak miałem w dzieciństwie. Dorosłem i już wiem, że czasami papier przyjmuje wszystko. Że jest wytrzymały na wielkie brednie i małe kłamstwa. I że rzeczywistość opisana w książkach, nie zawsze jest taka jak za oknem. Wiem już, że to, co w gazecie nie zawsze jest tym, co w namacalnej rzeczywistości. Że na telewizyjnym ekranie świat wygląda inaczej niż ten na ulicy.  Wszystko to wiem. Ale czasami znów jak dziecko naiwnie daję się podkręcić wiadomościami o naszej polskiej wielkiej gospodarczej potędze. Dziś rano usłyszałem w telewizji słowa prezydenta i zrobiło mi się ciepło na sercu, znów poczułem dumę z naszego dzielnego narodu. – Polska gospodarka jest, według naszych obliczeń, osiemnasta na świecie. Nie będę, nie zamierzam, jako prezydent Rzeczypospolitej owijać tu spraw w bawełnę – miejsce mojego kraju jest, w G 20 – powiedział Lech Kaczyński.

Co prawda nie dalej jak kilka dni temu czytałem, że co piąte polskie dziecko jest ubogie, jak wynika z danych Wydziału Polityki Społecznej Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (OECD). Według innych danych sześćdziesiąt procent Polaków nie stać na wakacje. Nie bardzo wiadomo czy jeśli uda nam się dożyć do emerytury to ją w ogóle otrzymamy. Na wizytę u lekarza specjalisty czeka się po kilka miesięcy. W moim mieście bezrobocie przekroczyło dwadzieścia procent.  Moja znajoma opowiadała, że jej mamy z emerytury nie stać na wykupienie leków. Czyli jak jest każdy widzi. Ale tak ogólnie, tak po prezydencku, tak państwowo, tak oficjalnie to jest dobrze a nawet lepiej niż dobrze. Osiemnasta potęga na świecie.

Jak wynika z raportu OECD przeciętny dochód rodziny w Polsce należy do najniższych wśród krajów zrzeszonych w tej organizacji, ale za to jak można się dowiedzieć ze słów prezydenta Polska jest też jedną z największych potęg gospodarczych na świecie i zasługuje na zaszczytne miejsce w G 20. – Moja ojczyzna nie jest w sytuacji złej, mamy, jako jedyni w Europie dodatni wzrost gospodarczy (…), mamy niezłą sytuację finansów publicznych, są kłopoty, ale pod tym względem Polska ma warunki lepsze od przeciętnych – przekonuje mnie prezydent. I jak tak tego słucham do przypomniał mi się pewien wierszyk z filmu Stanisława Barei: Pszenny bochen od rolnika, port trącany modrą falą, metro, traktor, telewizor, huta spływająca stalą, mruczy „więc Polak potrafi”. Zadziwiona Europa, cudów dokonują ręce robotnika oraz chłopa. Gospodarzu tych dożynek, twoja przecież to zasługa, że dzień w dzień słychać meldunek: „rośnie w górę Polska druga!”.

 

dziennik pesymistyczny

Uginał się mosteczek… więc go rozebrali

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W moim prowincjonalnym mieście dokonano kolejnej dekomunizacji. Nic nowego – powiecie. Od dwudziestu przeszło lat dekomunizują stale i wszędzie tę naszą ojczyznę. Ale mylicie się bardzo drodzy czytelnicy myśląc, że wszystko już było. Tu na prowincji odpeerelowiacze zabrali się za całkiem inny symbol socjalistycznego zepsucia szpecący jedno z największym osiedli mieszkaniowych mojego miasta.  I nie jest to pomnik Lenina. Nie jest to symbol wiecznej przyjaźni z krajem rad wykuty w skale. Ani nawet nie jest to uroczyste usunięcie zasiedziałego od lat siedemdziesiątych działacza spółdzielczego. Sprawa jest bezprecedensowa. Tym razem zostanie usunięty z naszej przestrzeni miejskiej najwidoczniejszy symbol komunistycznej dominacji na osiedlu, czyli kładki dla pieszych umieszczone nad osiedlowymi uliczkami.

 

Jak donosi nasza ukochana lokalna gazeta, kładki zostały zdemontowane, bo groziły zawaleniem. I nie zostaną już odbudowane.  I słusznie powie wielu z was. Przecież jak można odbudować coś, co powstało w złych i mrocznych czasach socjalizmu! Osiedle w założeniach projektantów i budowniczych z lat siedemdziesiątych, miało być najbezpieczniejszym osiedlem mieszkaniowym w mieście, a może nawet i w kraju. Zaproponowano tam, i co najdziwniejsze wykonano, oddzielne drogi dla pieszych i dla samochodów. Wszystko zaplanowano tak żeby ciągi komunikacyjne przeznaczone dla pieszych i dla pojazdów mechanicznych nigdzie się bezpośrednio nie przecinały. Mieszkańcy osiedla, gdy napotkali na swojej drodze jezdnię a na niej auta, mogli tę przeszkodę pokonać, przechodząc górą przez mostek. Dołem jeździły samochody, a spieszeni mieszkańcy spokojnie i bezpiecznie górą. I dzięki temu nie potrzeba było żadnych przejść dla pieszych takich wymalowanych na jezdniach. Kładek dla mieszkańców było dziewiętnaście. I stały się one symbolem tego osiedla.

 

Ale jak to bywa z symbolami, ten też się zestarzał. Okazał się nieprzystających do naszych nowych czasów ogólnej oszczędności. A że ten symbol dni minionych, nie był remontowany od przeszło trzydziestu lat, to nie jest, więc dziwne, że ze starości zaczęły kładki dla pieszych się rozpadać. Nowe władze spółdzielni zgodnie z zasadą: jesteśmy w końcu we własnym domu, uznały, że kładki są w tak wyjątkowo złym stanie technicznym, że należy natychmiast się ich pozbyć. Żadna to nowina. W końcu jak się czymś nie zajmujesz i nie remontujesz tego przez lata, to nawet stalowo- betonowy symbol w postaci kładki się w końcu niszczy. A jak coś jest dodatkowo stare i nie daj Boże powstało w latach PRLu to najrozsądniej to rozebrać. Pierwsze zniknęły dwie kładki nad ulicą Gagarina i nad inną uliczką wewnętrzną na osiedlu. W pierwszym przypadku rozumiem to wyburzenie. Bo to nie dość, że szpecił stalowy rupieć to jeszcze nad źle kojarzącą się ulicą. Wszystko to razem było nie do przyjęcia dla władz osiedla.

 

I tak rozebrano mostki nad osiedlowymi uliczkami. Władze spółdzielni zapowiadały wtedy, że rozważa się w mrokach gabinetów wybudowanie nowych kładek o lekkiej nowoczesnej konstrukcji. Ale jak to często u nas bywa, jak coś znika z miasta, to najczęściej dla uspokojenia opinii publicznej, obiecuje się nowe w miejsce starego. Ale jak już coś starego zniknie, to nagle okazuje się, że nowe jednak nie powstanie, bo nie ma pieniędzy. Dziś już wiadomo, że nowych mostów dla pieszych nie będzie. Zrezygnowano też z planów rozebrania skarp, które po mostkach pozostały. Taka oszczędność. Władze spółdzielni oszacowały, że inwestycja w bezpieczeństwo mieszkańców to zbyt droga inwestycja. Unikalne rozwiązanie zapewniające bezkolizyjność ruchu pieszych i samochodów po osiedlowych uliczkach stało się sprawą nieopłacalną. Nowi spece od bezpieczeństwa na osiedlu zdecydowali, że za dużo mniejsze pieniądze po prostu uporządkują zbocza skarp i to starczy. Mostków nie będzie, ale za to po zdjęciu kładek ta część osiedla w oczach jego władz nie wygląda tak źle. –  Otworzyła się nowa, ciekawa perspektywa – mówi ważny prezes ze spółdzielni. I tak do spółki z magistratem spółdzielcy rozbiorą kładki i już nie odbudują.

A w zamian przy uporządkowanych skarpach spiętych dawniej mostkami mają powstać przejścia dla pieszych. I tak oto dokonano u nas na prowincji wielkiego skoku cywilizacyjnego. Zamieniono bezkolizyjny i bezpieczny ruch pieszych na bardziej funkcjonalne rozwiązanie, czyli na pozbawione nawet sygnalizacji świetlnej przejście, przez wiecznie zatłoczone samochodami osiedlowe uliczki. Zburzono kolejny symbol „komunistycznej bezmyślności”, czyli kładki dla pieszych, na rzecz kapitalistycznej taniej nowoczesności – zebry wymalowanej na jezdni. Nie można odmówić władzom spółdzielni kapitalistycznego podejścia do bezpieczeństwa. Taniej jest wymalować na jezdni kilka pasów niż wybudować nową kładkę nad ruchliwą drogą.  A bezpieczeństwo mieszkańców? Co tam. Najważniejsze, że starych symboli osiedla nie ma. I że jest oczywiście taniej.



dziennik pesymistyczny

Jednostronna pełna identyfikacja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Dziś przy porannej kawie i herbacie, wraz z koleżankami i kolegami z pracy, rozpatrywaliśmy zagadnienia z zakresu ochrony danych osobowych. Tak nas naszło bez żadnego specjalnego powodu czy okazji. Tak czy inaczej rozmawialiśmy o tym, że należy chronić dane osobowe i nie wolno ich umieszczać w internecie ani pochopnie przekazywać osobom, których nie znamy – przez telefon dla przykładu. Bo jak nie będziemy ostrożni, to możemy mieć tylko do siebie pretensje jak ktoś, posługując się naszymi danymi personalnymi, dokona na nasze konto przestępstwa lub oszustwa. Przy okazji dyskusji uświadomiłem sobie, że prawie, na co dzień mamy do czynienia z pewną instytucją, która prowadzi podwójną politykę identyfikacji rozmówcy przez telefon. Inną dla siebie i inną dla swoich klientów. A my nagminnie przekazujemy tym firmom nasze dane osobowe nie żądając w zamian tego samego. Takimi instytucjami są banki. A dokładnie ich centra kontaktu z klientem, czy jak oni to sobie nazywają. Oni mnie dokładnie identyfikują, a ja mam wierzyć im na słowo, że jeśli ktoś mówi, że jest z banku, to z tego banku faktycznie dzwoni.

 

Każdy z nas, kto posiada konto w banku, choć raz w życiu dostał niespodziewany telefon z instytucji bankowej, z która łączą go interesy.  Czyli ma tam konto, kredyt czy może lokatę. To nieważne. Ważny jest właśnie ten telefon. Najczęściej jest to tak. Dzwoni nasza komórka, a na wyświetlaczu pojawia się napis: brak ID abonenta, lub informacja, że numer jest prywatny. W pierwszym odruchu myślisz wtedy: zastrzeżony numer? Jak ktoś nie chce się nam przedstawić, to może nie odbierać? Ale najczęściej zwycięża ciekawość i natrętny dzwonek telefonu, który dzwoni i dzwoni.  Jak już odbierzemy to miła pani lub pan przedstawia się grzecznie informując, że jest pracownikiem banku takiego i takiego oraz zapytuje czy może z nami porozmawiać przez chwilę? Ja przynajmniej w takich chwilach, jak nie jestem bardzo zajęty zgadzam się na rozmowę, bo jak już odebrałem to niech tam – porozmawiam z nimi. Może coś ważnego ma mi do przekazania pracownik banku? Przecież nie dzwoniłby tak tylko pogadać. Mówię, więc – tak. I tu się zaczyna. – Dla pana bezpieczeństwa informuję pana, że rozmowa jest nagrywana – uprzejmie mówi pracownik lub osoba podająca się za pracownika banku. Czy zgadza się pan na to? – pada kolejne pytanie. Kiedyś w przypływie dobrego humoru zapytałem, co się stanie jak się nie zgodzę na rozmowę kontrolowaną. Pani, która jak twierdziła dzwoni z mojego banku powiedziała, że będzie zmuszona połączenie rozłączyć. Czyli albo nagrywamy albo do usłyszenia.  Mały wybór, ale zawsze.

 

Zgodziłem się na nagranie, więc pani rozpoczęła recytację: w celu pełnej identyfikacji rozmówcy proszę o podanie swojej daty urodzenia. Podałem. Proszę podać adres do korespondencji. Podałem grzecznie. Spytała jeszcze o jedną rzecz, której zazwyczaj nie ujawniam przez telefon nieznajomym paniom, ale uznając, że to pracownica banku do mnie dzwoni i to też podałem. Pani podziękowała i od razu wystartowała z recytacją oferty handlowej na nową super lokatę. I tak, dostałem telefon nie wiadomo skąd, bo brakowało ID abonenta i nie wiedziałem, kto do mnie dzwoni. Co prawda pani podająca się za pracownicę banku znała moje nazwisko i imię oraz numer telefonu, ale nie czynię z tego tajemnicy. Mam go na wizytówce. Zgodziłem się na nagranie rozmowy, choć nie wiem, do czego zostanie wykorzystywana, jak długo i gdzie będzie przechowywana.  Podałem tajne i poufne dane przez telefon, kompletnie mi nieznanej pani tylko dlatego, że podała się za pracownicę banku. Coś tu jest nie tak. Dlaczego mam takie wielkie zaufanie do kogoś, kto podaje się za pracownika mojego banku, a sam ukrywa się pod nieznanym ID abonenta?

 

Moja przyjaciółka opowiadała, że ostatnio usiłowała spłacić kredyt w placówce bankowej. Chciała go spłacić gotówką, bo wydawało się jej to wygodniejsze. Ale za każdym razem, gdy chciała dokonać wpłaty zastawała kolejkę do okienka kasowego. Sprawa była pilna, bo już dzwonił do niej kilka razy opryskliwy pan z windykacji bankowej strasząc, że jak nie wpłaci raty to wpisze ją na listę dłużników. Moja przyjaciółka nie zalega notorycznie z płatnościami, ot tak jej się zdarzyło, bo nie lubi stać w kolejkach i miała tę ochotę na płatność gotówką.  Pan z banku przedstawiał to spóźnienie, jako jej swoisty koniec finansowy, jeśli nie zrobi wpłaty dziś do pewnej określonej przez niego godziny. Przyjaciółka się naprawdę przejęła. I gdy znów zobaczyła kolejkę do okienka postanowiła zadzwonić do banku i zapytać gdzie jeszcze jest w naszym mieście placówka tego banku. Numer telefonu był na blankiecie z ponagleniem do płatności. Wykręciła numer telefonu i zapytała o adres kolejnej placówki bankowej.  Pan, z którym rozmawiała od razu zapytał o imię i nazwisko mojej koleżanki. Po co? Przecież ja tylko ten adres chcę – powiedziała.  Takie procedury wyjaśnił. Podała, więc swoje personalia. – Adres pani poproszę – zażądał pan. – Ale ja tylko…- Próbowała walczyć moja koleżanka. – Adres lub pesel proszę – napierał pan. – Panie, ja tylko o adres waszego banku chciałam zapytać, to po co panu mój adres – upierała się koleżanka? Tak się chwilę przekomarzali, aż moja przyjaciółka nie wytrzymała i spytała – A pana nazwisko, adres i pesel? Po chwili konsternacji pan stwierdził: Ja, proszę pani nie muszę pani nic podawać. No może tylko nazwisko.

 

I tak oto, jeśli dzwoni do ciebie panienka z banku to podajesz wszelkie dane. Ale jak tylko zapytasz o dane rozmówcy podającego się za pracownika banku to nic się nie dowiesz, bo to tajne. Może by tak przynajmniej można było się dowiedzieć, kto do nas dzwoni po identyfikacji numeru? A tak, mam ciągłą niepewność czy tam, po drugiej stronie linii telefonicznej na pewno jest pracownik mojego banku czy może jednak nie. Może warto tak dokonać wzajemnej identyfikacji rozmówców a nie tylko jednostronnej?