Category Archives

914 Articles

dziennik pesymistyczny

V(W) – the number 1!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Reklama. Obraz jak z dziennika telewizyjnego. Londyn. Na ekranie zlepek szybko zmieniających się obrazów pokazujących spanikowanych mieszkańców angielskiej stolicy uciekających w popłochu przed zagrożeniem. Stalowo ciemne niebo. Wycie syren. Pożary. Płacz. Krzyki. Na ulicach porzucone samochody z otwartymi drzwiami. Puste puby a w nich na stołach niedopite piwo. Tłum tratujący się na schodach do metra. Zbiegający w panice w dół do wnętrza. Puste skwery, place, ulice… ogłuszające wycie syren alarmowych. Na ekranie widzimy jak królowa brytyjska, dwór oraz rząd jej królewskiej mości w panicznej ucieczce do schronów wzajemnie się tratuje… Słychać zawodzenie policyjnych syren. Na końcu na ekranie pojawia się sylwetka samochodu Volkswagen oraz napis odczytany przez lektora: Volkswagen Scirocco. Berlin-London intinerary without refuelling! Just like V-1 flying bomb some time ago – also without refuelling! VW – the number one! Lub w polskiej wersji językowej: Volkswagen Scirocco. Trasa Berlin – Londyn na jednym baku! Tak jak kiedyś rakietą V – 1… też na jednym baku! W miejscu napisu i słów o rakiecie V – 1 pojawia się tło z charakterystycznym logo Volkswagena z dopiskiem: VW – to numer 1!

 

To tylko mój prywatny scenariusz reklamy i tylko moja prywatna odpowiedz z wyobraźni na reklamę zaprezentowaną w nadawanym na żywo brytyjskim show telewizyjnym Top Gear. W tym programie motoryzacyjnym imitowanym przez telewizje BBC 2 prezenter Jeremy Clarkson, sparodiował inwazję Niemiec na Polskę z tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku. A zawarł to wszystko w reklamie Volkswagena Scirocco.

 

W niedzielny wieczór angielscy widzowie Top Gear mogli zobaczyć reklamę w formie wiadomości dziennika telewizyjnego wykorzystującą markę handlową Volkswagena Scirocco TDI przygotowaną przez jednego z najbardziej znanych brytyjskich prezenterów telewizyjnych. Spot reklamowy pokazywał współcześnie zmontowane sceny panicznej ucieczki Polaków przed domniemaną inwazją niemiecką. Puste ulice, zatłoczone pociągi, autokary, opuszczone place zabaw dla dzieci. Stach i zagrożenie wobec inwazji, przed którą polska armia jest bezradna.

 

Reklamę ta to aluzja nawiązującą do exodusu cywilnych Polaków z początku drugiej wojny światowej. Reklamę kończy napis: Volkswagen Scirocco TDI. Berlin to Warsaw in one tank, czyli dla tych wszystkich, którzy nie bardzo czują się swobodnie w języku Szekspira: Volkswagen Scirocco. Trasa Berlin-Warszawa na jednym baku. Należy zwrócić uwagę, że angielskie słowo tank może także oznaczać czołg. I niewątpliwa wieloznaczność tego słowa może sugerować, iż inwazja niemieckich hitlerowców na Polskę niewiele ich kosztowała. Jeden tank tylko.

 

Jeśli kogoś obraziłem moją wersją reklamy Volkswagena to przepraszam. Ale tylko w takim stopniu przepraszam, w jakim ja sam mógłbym prosić o przeprosiny za to, że zostałem obrażony przez topgearową reklamę. Jeśli Jeremy Clarkson mógł to ja też mogę zostać twórcą reklam. Jeśli moją reklamą ktoś poczuł się obrażony to przepraszam. Jeśli ktoś poczuł się obrażony jego reklamą to czy on przeprosi za nią? Raczej nie. A może nic się nie stało, bo to tylko żart taki, no to wtedy i ja mogę sobie zażartować. Przecież w zasadzie chodzi i jemu i mnie o samo, o dobra zabawę. A co tam narodowe sentymenty. Jak zabawa to zabawa.  Nieprawda, panie Clarkson ?

 

dziennik pesymistyczny

NIKoMON

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Czy wojskowi naprawdę wiedzą, co mają w magazynach? A jeśli im coś zaginęło a mundurowi nie zauważyli straty?  Czy możliwe jest, że gdzieś w lesie lub na poligonie stoi czołg, o którym nikt nie pamięta?  To wszystko jest możliwe w świetle informacji zawartych w raporcie pokontrolnym najwyższej izba kontroli spisanym po inspekcji w ministerstwie obrony narodowej. Z raportu wynika, że żołnierze nierzetelnie planowani zakupy sprzętu. W MON pracowali na starych komputerach, podczas gdy nowszy sprzęt zalegał w wojskowych magazynach. Był kiedyś taki dowcip o tym jak w pewnym lesie niemiecki wermacht walczył z partyzantami. Jak opowiadał narrator dowcipu: raz Niemcy przegonili partyzantów. Raz nasi przegonili Niemców. Następnie znów naziści pogonili naszych i znów na odwrót. Aż na końcu zdenerwował się gajowy i wszystkich z lasu przegonił.

Jak czytam doniesienia prasowe o efektach kontroli w ministerstwie obrony narodowej to tak mi się zdaje, że już tak bardzo rozrosło się nasze państwo a z nim MON, że tak naprawdę nikt nie pamięta gdzie, co jest i gdzie się znajduje to, co się kiedyś zakupiło lub zeskładowało. Nie trudno, więc wyobrazić sobie jednostkę, która stacjonuje od dziesięciu lat gdzieś tam w lasach jest tak tajna, że nikt o nie wie. A w zasadzie przez tą tajność zaginęła ona gdzieś w ewidencji i jak jej nie znajdzie gajowy, leśniczy czy NIK to będzie tam trwała na posterunku z dziesięciolecia.

Według raportu najwyższej izba kontroli tylko w trzech skontrolowanych składnicach wojskowych przechowywano nieużywany sprzęt o wartości ponad dwudziestu siedmiu milionów złotych licząc po cenach zakupu. Najwięcej sprzętu zadekowano w dziewiątej Rejonowej Bazie Materiałowej. Tam też padł rekord najdłuższego magazynowania zakupionego sprzętu – dwanaście lat. Średnio okres magazynowania w wojsku wynosił blisko pół roku. W magazynach znajdował się głównie sprzęt i oprogramowanie komputerowe, czyli stacje robocze, serwery, laptopy oraz komputery dostosowane do przetwarzania informacji niejawnych. Nie trzeba byś specem a mieć w domu komputer by wiedzieć jak szybko taki sprzęt się starzeje, jak szybko straci na wartości i jak szybko jest przestarzały. Więc, po co trzymać go tyle w magazynach. Chyba tylko po to żeby stracił gwarancje.

Sprawdzono tylko niektóre wojskowe składnice a jeśli gdzieś w magazynach lub na bocznicy kolejowej stoi transport czołgów, który ktoś zakupił i o nim zapomniał lub zakupił na zapas.  A może gdzieś wypłynął nasz okręt wojenny i jakoś tak do tej pory nie powrócił. A ktoś z wojskowych zapomniał go poszukać. To możliwe, bo jakoś tak coraz mniej mamy okrętów. Może to nie prawda z tymi samolotami F – 16 że się ciągle psują. One po prostu nie latają, bo gdzieś stoją w jakimś hangarze, ale nie bardzo wiadomo, w którym. Ale czy o tym się kiedyś dowiemy. Teraz to nie, bo wszystko, co wojskowe to tajne. I trzeba liczyć na to, że NIK znów im coś znajdzie a nas przy okazji i tym poinformuje cywili. Niewykorzystywanie już zakupionego sprzętu to nie jedyna bolączka armii. Kontrolerzy NIK ujawnili, że wiele jednostek dostało komputery, mimo że ich nie zamawiały, a inne, które złożyły zamówienia, oczekują na sprzęt do dzisiaj – poinformował rzecznik prasowy NIK Paweł  Biedziak.  Mam tylko nadzieje, że do Afganistanu nie wysłano pomyłkowo okrętów podwodnych a marynarce wojennej transporterów opancerzonych rosomak.

Jako przykład rzecznik podaje zamówienie departamentu wychowania i promocji obronności MON, który w dwa tysiące siódmym roku złożył zapotrzebowanie na dwadzieścia osiem komputerów. Nie otrzymał żadnego. Za to sekretariat szefa sztabu generalnego na zamówionych dziesięć komputerów dostał tylko jeden. Z kolei w tym samym roku trzynaście komórek organizacyjnych MON otrzymało sto dziewiętnaście komputerów, pomimo że nie składały na nie zamówień. W tej sytuacji przecież nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby lotnictwo polskie dostałoby na przykład dziesięć myśliwców F – 16 na jednego pilota zdolnego nim polecieć. Albo, że istnieje w Polsce jednostka kawalerii powietrznej, która na no może ze trzy śmigłowce a powinna mieć z trzydzieści. Ale za to, że może jesteśmy obecni militarnie w Afganistanie tylko, dlatego że nikt nie wie jak wrócić do domu, bo gdzieś zaginęły w magazynach mapy i GPSy albo o zgrozo rozkazy. Jak widać w armii wszystko może się zdarzyć. I trzeba mieć nadzieje, że to, co napisałem poza danymi z raportu NIK to czysta fikcja i złośliwości. Boże, niech tak będzie, bo jeśli nie…

dziennik pesymistyczny

Sto lat 44

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Im bardziej politycy starają się odpolitycznić obchody rocznicy Powstania Warszawskiego tym bardziej je upolityczniają. Dlaczego nie może być to po prostu apolityczny dzień zadumy nad bohaterstwem warszawskich powstańców. Dzień jedności i dumy narodowej.

 

Zapewne nie może tak być, bo już od dawna wiadomo czyje to ma być właściwie święto. Jarosław Kaczyński dał jasno do zrozumienia swoją wypowiedzią, że nie będzie to święto wszystkich polaków, bo jedni byli wtedy po stronie Armii Krajowej, a inni po tej drugiej. W zestawieniu z innymi słowami brata prezydenta o tym, że jedni stoją tam gdzie stoją a inni stali tam gdzie ZOMO już wiadomo, że nie wszyscy zasługujemy na to żeby świętować rocznice powstania. Bo choć prezydent Kaczyński chce święta państwowego dla rocznicy sierpniowego Powstania dla wszystkich polaków, to prezes Kaczyński już dokładnie podzielił nas na tych, co to święto mają prawo obchodzić i na tych, którzy no nie wiem… chyba muszące je celebrować choć prawa do tego nie mają.

 

To ciekawe, że rocznica Powstania nie może być po prostu dla nas wszystkich powodem do dumy. Że za wszelką cenę ktoś zawsze chce tylko dla siebie zawłaszczyć to, z czego my wszyscy powinniśmy czerpać dumę i naukę o tym, jakim narodem powinniśmy się stać. Jakim narodem byliśmy przez te sześćdziesiąt trzy dni powstania. Że choć sprawa może być przegrana to czasami warto stanąć do walki nie o samo zwycięstwo, ale o honor. Bo czasem lepiej umrzeć stojąc, niż żyć na kolanach. I nie chodzi tu o kult martyrologii, ale o dumę narodową.

 

Ale jak ja mam być dumny, jak mam uczestniczyć w uroczystościach, jeśli za każdym razem widzę, że nie możemy być jednością nawet w takiej sprawie. Że mimo apeli ze strony kombatantów o nie upolitycznianie rocznicy Powstania politycy nie mogli wytrzymać. Co by się takiego stało jakby zniknęli na dobre na tej jeden dzień. I nie mówię tu tylko o politykach zawodowych, ale i o takich domorosłych, którzy nie mogą wytrzymać i nawet na cmentarzach nie mogą się powstrzymać od manifestacji swych politycznych poglądów.

 

Mimo apeli o godne uczczenie rocznicy Powstania Warszawskiego, pewna grupa ludzi zebranych na Powązkach nie wytrzymała i wybuczała prezydent warszawy Hannę Gronkiewicz-Waltz, marszałka sejmu Komorowskiego oraz Jerzego Buzka, kiedy opuszczali oni cmentarz. Bo tu jest zapewne ta wyznaczona przez prezesa Kaczyńskiego linia podziału na dobrych polaków, godnych obchodów narodowych świąt i na tych, co nie mogą, bo myślą inaczej cos w sprawie rocznicy powstania jak widać tak samo. I jak przystało na podział z drugiej strony też ktoś nie wytrzymał i słownie znieważał prezydenta RP, wykrzykując pod jego adresem groźby karalne. I tak sobie nawzajem buczeli, krzyczeli, klaskali i przemawiali. A nawet śpiewali sto lat prezydentowi Kaczyńskiemu!

 

A ja bym chciał czerwonej kartki w kalendarzu, jako symbolu, ale nie chciałbym dnia wolnego od pracy w dni rocznicy Powstania. Chciałbym dla bohaterów ludzkiej pamięci, chwil zadumy, milczącego zastanowienia a nie przemówień polityków tego dnia. Wolałbym cisze cmentarzy niż buczenia i śpiewania sto lat przy grobach bohaterów. Chciałbym skromnych kwiatów na mogiłach niż wielgachnych wieńców od polityków składanych, bo tak trzeba. Ale ja zapewne za wiele chce. I dostane święto państwowe i coroczne upolitycznione akademie na cześć.

 

dziennik pesymistyczny

Prawo Parkinsona w moim prowincjonalnym mieście

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Spotkałem wczoraj kolegę, który jeszcze przed klasycznym powitaniem: dzień dobry oznajmił mi, że udało mu się został urzędnikiem.  Zasilił swoja osoba szeregi zespołu informacji prasowej i publicznej urzędu miejskiego. Tym samym dołączył do sporej liczby urzędników jak na potrzeby mojego nie tak znowu dużego prowincjonalnego miasta. A mnie się zaraz po tym spotkaniu przypomniało prawo Parkinsona. Prawo to mówi o żywiołowym wzroście liczby urzędników w administracji publicznej, bez względu na ilości i rodzaj pracy do wykonania. Przed urzędem miejskim w moim mieście powinien stanąć pomnik tego urodzonego w tysiąc dziewięćset dziewiątym roku angielskiego historyka i badacza ekonomii politycznej. Kolejną rocznice jego urodzin obchodziliśmy przedwczoraj, trzydziestego lipca. Naukowiec ten jak nikt inny swoimi badaniami i sformułowanym prawem oddaje, bowiem istotę funkcjonowania urzędów i instytucji samorządowych i państwowych.

Nie trzeba nawet wchodzić do urzędu wystarczy spojrzeć na parking przed nim żeby przekonać się jak wielu urzędników w znoju i trudzie wykuwa pieczątkami nasze lepsze jutro. Ale jeśli już wejdziemy to wystarczy zajrzeć do obojętnie, którego pokoju na kilometrach korytarzy, aby się przekonać, że życie jest tam spokojne i pełne urzędowej stateczności oraz dostojeństwa. Miedzy kawką, śniadaniem, obiadkiem a dwudziesta herbatką snują się od pokoju do pokoju powolnie urzędnicy wymijani przez biegających jak w ukropie petentów. Ja jeszcze w życiu nie widziałem śpieszącego się urzędnika. O nie przepraszam, widziałem śpieszą się oni tylko przy zakończeniu pracy jak ją opuszczają. To zdecydowanie najlepszy popis działań logistycznych. W dziesięć minut nie ma nikogo w wielgachnym gmachu i nie ma też żadnych aut na urzędowym parkingu. Wtedy pospiech jest wskazany ale w czasie pracy wszystko zwalnia.

Jak już pokłonami po polsku, czapką do ziemi zdołamy zwrócić na siebie uwagę urzędnika zajętego opowiadającemu koleżankę urzędniczce o tym, jaką to wspaniała rybę kupił wczoraj na kolacje, mamy tylko ułamek sekundy szansy na zadanie pytania. Jak już zadamy i nie daliśmy się wyrzucić za drzwi standardową odpowiedzią: proszę napisać podanie. To możemy pismo do urzędu złożyć.  I teraz zaczyna się oczekiwanie. Bo urzędnik ma trzydzieści dni na to żeby nam odpowiedzieć. I nie ma, co liczyć na wcześniejsze załatwienie sprawy, bo zgodnie z prawem Parkinsona: jeżeli urzędnik ma określony czas na wykonanie danego zadania, zadanie to zostanie wykonane w możliwie najpóźniejszym terminie.

Kiedyś miałem pewna sprawę w urzędzie. W swej naiwności myślałem, że zdołam ją załatwić albo przynajmniej otrzymam odpowiedz od urzędników w ciągu trzydziestu dni zgodnie z prawem. Ale nic bardziej mylnego. Czekałem miesiąc, dwa, trzy. Zadzwoniłem i zapytałem, co z moim pismem. Urzędniczka długo szukała mojego podania a na końcu powiedział, że jest jeszcze załatwiane, więc… proszę czekać. Jak powiedziałem, że już nie trzydzieści dni czekam, lecz dziewięćdziesiąt odparła, że to nie tylko ten wydział pracuje nad moja sprawą i wyda opinie, ale wiele, wiele innych i każdy ma przecież trzydzieści dni. Po półtora rocznym oczekiwaniu i po postraszeniu urzędników skargą w sądzie administracyjny dostałem odpowiedzieć zawartą w jednym zdaniu. Dosłownie dziesięć słów odpowiedzi. Czyli mniej słów niż miesięcy oczekiwania na odpowiedz.  Jak dowodził przecież Cyril Parkinson: wykonywanie zadań wydłuża się, wypełniając cały czas pracy. Więc nawet jedno słowo urzędniczej odpowiedzi mogło powstawać w tydzień.

Pomyśleć by można, że może przydałoby się zatrudnić jeszcze więcej urzędników to prace, która jest do wykonania można by wykonać szybciej. Nic bardziej mylnego. Cyril Parkinson dowiódł, że w istocie rzeczy nie ma w ogóle żadnej współzależności pomiędzy liczbą urzędników a ilością wykonywanej pracy. Bowiem zgodnie z ta zasadą wzrost zatrudnienia będzie dokładnie taki sam bez względu na to, czy pracy będzie więcej, mniej, czy też nie będzie jej w ogóle.

Na zakończenie jeszcze dwa cytatu z praw Parkinsona jak ulał pasujące do urzędu miejskiego mojego prowincjonalnego miasta. Może właśnie myśli tego angielskiego uczonego rozjaśnią, choć trochę zagadkę ciągle rozrastającej się armii urzędników jaśnie nam panującego prezydenta mojego miasta.  A mianowicie: urzędnik pragnie mnożyć podwładnych, a nie rywali oraz takie, że: urzędnicy przysparzają sobie nawzajem pracy, jedni drugim. I od razu wszystko jest jakby bardziej zrozumiałe.

dziennik pesymistyczny

czemuś głupi – boś biedny

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Swoje rozważania zacząć muszę od podziękowania mojemu koledze Pavvlowi za zaproszenie do swojego bloga. Z kolegą Pavvlem łączy mnie nie tylko pesymizm i kilka innych poglądów na życie, ale także zainteresowanie naszym „prowincjonalnym miastem”.

 

I tu dochodzę wreszcie do wątku, któremu tekst ten ma być poświęcony. Obserwując moje miasto z przyjemnością stwierdzam, że osiedla powoli zmieniają się z szarych blokowisk we w miarę barwne skupiska, przypominające klocki, jakimi mogłoby się bawić dziecko jakiegoś olbrzyma. Oczywiście każdy remont jest godzien pochwały, ale i większości z nich można coś zarzucić. A to nowe drzwi, w których jedyna mała szybka jest umiejscowiona akurat wzdłuż klamki, prosząc się aż, żeby stłukł ją jakiś przedstawiciel lumpen proletariatu i bez problemu nacisnął klamkę od wewnątrz. A to klatka schodowa zupełnie przy remoncie zignorowana. A to wzory i kolory elewacji wywołujące nadwrażliwość zębów.

 

Są jednak nieruchomości, które wyróżniają się spośród innych wyremontowanych jedną wspólną cechą. Racjonalnością. Darmo szukać na ich błękitnych elewacjach pomarańczowych i malinowych rombów!  Nie wiem, czy można w nich natrafić na cuchnące uryną klatki schodowe, bo wstęp do tychże jest skutecznie uniemożliwiony obcym. W przypadku kamienic, czy innych budynków z dziedzińcami, spotykamy nowe piękne bramy z domofonami. Zdarzają się też rabatki i ogródki.

 

Coś jeszcze łączy te właśnie, zadbane budynki. Gustowny napis „Wspólnota mieszkaniowa”. Jakiś czas temu uderzył mnie fakt, że co zwróciłam uwagę na naprawdę fajnie odnowiony budynek, okazywał się własnością wspólnoty, a nie spółdzielni mieszkaniowej.

 

Jako lokatorka tej ostatniej od razu poczułam podwyższone ciśnienie krwi. Dlaczego od 30 lat elewacja w moim bloku się nie zmienia? Tzn. wprost przeciwnie – blaknie i jest coraz bardziej brudna. Dlaczego od trzydziestu lat nie widziałam na moim czwarty piętrze człowieka z mopem i wiaderkiem? Myślę o tym zawsze, kiedy sama myję klatkę schodową. Zastanawiam się, wycierając pot z czoła, za co płacę 350 złotych miesięcznie?        

 

Z tego wszystkiego postanowiłam dowiedzieć się, co trzeba zrobić, żeby uwolnić się spod władzy spółdzielni. Otóż mieszkańcy mogą podjąć taką decyzję, jeśli suma ich udziałów w nieruchomości jest większa, niż suma udziałów spółdzielni. Jednym słowem im więcej lokatorów mogło sobie pozwolić na wykup mieszkania, tym większa szansa na wspólnotową samodzielność. Po raz kolejny zatem sprawdza się porzekadło „czemuś głupi – boś biedny”.

 

Nie sądzę, żeby biedni byli kolejni prezesi mojej spółdzielni, odwoływani na ogół w atmosferze skandalu, po wyjściu na jaw malwersacji. Ale oni pewnie nie mieszkają w żadnej spółdzielni, tylko gdzieś w wypasionej willi, to skąd mogli znać bolączki szarego spółdzielcy?          

 

dziennik pesymistyczny

Wojny nie będzie, więc schrony do likwidacji

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

  

 

W moim prowincjonalnym mieście już nikt nie spodziewa się wojny. A nawet jakby w przyszłości nad miastem pojawiły się wrogie bombowce to i tak nie starczyłoby już miejsca w schronach dla ludności cywilnej. Nie ma w ludziach strachu i poczucia zagrożenia wojną. I niech pokój trwa wiecznie. Bo w wypadku wojny czy ataku terrorystycznego nie ma, co liczyć na ratunek w schronach. Bo te nieliczne, co jeszcze zostały właśnie są zgodnie z prawem likwidowane. Czego ewidentnym przekładem jest wyburzenie, przez jedną ze wspólnot mieszkaniowych mojego miasta, betonowej budki z czerpnią powietrza do schronu przeciwlotniczego. Znajdowała się ona do niedawna na trawniku obok bloku, w którym usytuowany jest tenże schron. A teraz pozostał tam tylko gruz i kawały betonu.

 

W piwnicach wielu budynków mieszkalnych w moim mieście znajdują się schrony powstałe głównie w latach pięćdziesiątych i sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Są to pomieszczenia przystosowane tylko do używania, jako schrony na wypadek wojny. Obecnie są one wykorzystywane głównie do celów cywilnych. Niekiedy schrony przeznacza się nieformalnie na dodatkowe piwnice, pralnie, przechowalnie, suszarnie, miejsce na wózki i tym podobne.

 

Nie są to bunkry, które znamy z filmów wojennych. Nie ma tam wind ani wielkich pancernych drzwi. Nie ma betonowych przypór z otworami strzelniczymi. Były one budowane, jako miejsca schronienia dla ludności cywilnej. Najczęściej są to pomieszczenia napowietrzane wentylatorem napędzanym zarówno silnikiem elektrycznym jak i korbą. Tylko w nielicznych jednak przypadkach do naszych czasów pozostały tam silniki elektryczne. W schronie znajduje się węzeł sanitarny i magazynek. Oraz oczywiści główne pomieszczenie o powierzchni około 30 metrów kwadratowych. Do tego schronu usytuowanego w piwnicy bloku prowadziły ciężkie drzwi ze zbrojonego betonu. Na wypadek uszkodzenie tego wyjścia zawsze było zapasowe wyjście kanałem z czerpnią powietrza, która zawsze stała w pewnej odległości od bloku, pod którym znajdował się schron. To te charakterystyczne budki na trawnikach starszych osiedli, których nie można już spotkać w nowszych dzielnicach miast. (foto.)

 

I właśnie taką betonową wiatę z kanałem ewakuacyjno – wentylacyjnym prowadzącym do schronu wyburzono na jednym z osiedli mojego miasta. Dzielni chłopcy młotami pneumatycznymi w kilka dni usunęli to, co miało przetrwać wrogie bombardowanie. I jak przepuszczam wykonano to zgodnie z prawem, bo jak poinformował mnie urzędnik, któremu chciałem donieść o tym incydencie spodziewając się nielegalności takich działań taką betonową osłonę kanału wentylacyjnego można rozebrać w pełni legalnie.

 

W wydziale zarządzania kryzysowego, ochrony ludności i spraw obronnych Urzędu Miejskiego mojego prowincjonalnego miasta urzędnik poinformował mnie mylnie biorąc mnie za kogoś ze wspólnoty mieszkaniowej, że wystarczy do nich napisać pismo, następnie oni przyjdą stwierdzą pełna dewastacje schronu oraz wietrzni. Następnie wykreślą schron z ewidencji i już mogę sobie wyburzać. Jakie to proste.  Co prawda powinienem dla przyzwoitości pozostawić kratkę nad tym kanałem wentylacyjnym, ale chyba każdy rozumie, że ktoś projektował te betonowe osłony w jakimś konkretnym celu i ta kratka, co to ja powinienem ją zostawić nie spełni wymagań wietrzni schronu przeciwlotniczego. A ja głupi myślałem, że komuś naprawdę zależy na utrzymaniu tych schronów w stanie należytym na wypadek wojny. Jak widać srodze się myliłem.

 

W odpowiedzi podsekretarza stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji na interpelację poselską nr 7606 w sprawie stanu technicznego schronów i innych instalacji oraz urządzeń mających służyć obronie cywilnej możemy przeczytać, że: (…) w Polsce w latach 2002-2003. (…) na terenie kraju znajdowało się 14 360 budowli ochronnych, których pojemność wynosiła 1 609 550 miejsc ochronnych. Z ogólnej liczby budowli 6908 stanowiły schrony. Otóż informuje uprzejmie pana podsekretarz stanu w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji Antoniego Podolskiego, który jest autorem tej odpowiedzi, że może sobie spokojnie wykreślić z liczby schronów przynajmniej tej jeden, który był w moim prowincjonalnym mieście. Oraz odpowiednio pomniejszyć liczbę obywateli, którzy znaleźliby w nim schronienie w czasie działań wojennych.

 

dziennik pesymistyczny

O wyższości rosomaka nad grypą AH1N1

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Polskiego rządu nie stać na zakup szczepionek przeciwko świńskiej grypie. Podobno nie stać nas wszystkich, czyli obywateli państwa na zakup szczepionek dla nas wszystkich. Ale to absolutnie nie przeszkadza rządowi prowadzić kosztownej wojny tysiące kilometrów od polski i na te wojnę wydawać miliony. Na to już nas stać, nas wszystkich.

Z każdym dniem przybywa osób zakażonych wirusem AH1N1 a negatywny stosunek społeczeństwa do naszego uczestnictwa w wojnie afgańskiej jest ogólnie znany wszystkim. No może oprócz rządzących, którzy mają wizje potrzeby działań militarnych w tym rejonie, której prawie siedemdziesiąt procent społeczeństwa nie bardzo rozumie i nie akceptuje. I prawie tyle samo osób zapewne chciałoby dostać nową szczepionkę na grypę. Nie stać nas na szczepionki a stać nas na zakup nowoczesnego sprzętu wojskowego. Na wynajmowanie samolotów transportowych, na utrzymywanie baz wojskowych, no i oczywiście stać nas na ofiary tej wojny. Za wytłumaczenie tego wszystkie społeczeństwu mają wystarczyć tylko słowa o zagrożeniu terroryzmem. To taka magia, jak się powie terroryzm to od razu nie wolno o nic pytać. A jak się mówi pandemia grypy do rząd mówi – nie wpadajcie w panikę.

Pytam, dlaczego polski rząd wydał już prawie pięć miliardów złotych na sześćset dziewięćdziesiąt trzy rosomaki oraz zamówi z dużym prawdopodobieństwem kolejne czterdzieści trzy pojazdy bojowe za kilkaset milionów złotych – jak donosiła niedawno gazeta Rzeczpospolita. Choć jak mówi profesor Andrzej Zieliński, krajowy konsultant epidemiologiczny – Nie ma, co liczyć, że stać nas będzie na zakup czterdziestu milionów dawek szczepionki. Jednocześnie stać nas na kosztowną wojnę a nie stać nas na zakup leków, chociaż liczba przypadków świńskiej grypy przywleczonej do Polski z zagranicy wciąż rośnie.

Według szacunków Ministerstwa Zdrowia na zaszczepienie przeciw świńskiej grypie czterdzieści procent społeczeństwa trzeba byłoby wydać prawie czterysta milionów złotych, co pozwoliłoby na opanowanie epidemii. Tymczasem rezerwa celowa w budżecie państwa na wypadek epidemii to tylko dwieście siedemdziesiąt milionów złotych. Pojazd bojowy rosomak z wieżą bojową kosztuje około dziesięciu milionów złotych za sztukę. A w tym roku wartość deklarowanych zamówień z Ministerstwa Obrony Narodowej na same rosomaki to kwota czterystu osiemdziesięciu pięciu milionów złotych. Tu liczby mówią same za siebie.

Polski rząd, jeśli chodzi o zdrowie polskich obywateli wykazuje spore opanowanie. Prawdziwym pokazem siły spokoju rząd wykazał już w dwutysięcznym piątym roku, kiedy światu zagrażała epidemia ptasiej grypy. Wtedy państwo polskie miesiącami zwlekało z zakupem szczepionek i leków, nie zwracając uwagi na zagrożenie. Cztery lat temu okazało, że się udało to pewnie teraz też się uda. Ciekawe, że w przypadku wojny afgańskiej takie pokerowe zagrania nie wychodzą rządzącym najlepiej. Może i w tym przypadku należy brać wroga na przeczekanie. A nuż nie zaatakuje naszych granic śmiałym atakiem z pustynni afgańskiej. Nie stać większości bogatych krajów europejskich na udział w kosztownym konflikcie, ale za to stać nas Polaków.  A właściwie stać rząd. Mam tylko nadzieje ze z powodu grypy AH1N1 w Polsce nie zabraknie ludzi do produkcji rosomaków oraz żołnierzy do wysłania na front.

dziennik pesymistyczny

Fontanna na upalne dni

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W moim mieście były jeszcze dwadzieścia lat temu dwa odkryte baseny rekreacyjne. Dziś już mało, kto pamięta o umierającym basenie znajdującym się przy jednym z klubów sportowych. A już pewnie tylko okoliczni mieszkańcy pamiętają basen ze skocznią, który znajdował się na skraju robotniczej dzielnicy. Jeden już prawie nie istnieje po drugim nie ma nawet śladu. Nie ma basenów i nie ma też brodzików dla dzieci. Jest za to w centrum miasta zaniedbana fontanna, która choć nie jest do tego przystosowana stała się dla dzieciarni namiastką tych miejsc, które w każdym dużym, choć prowincjonalnym mieście powinny być a ich nie ma.

Więc jak już nie ma basenów i jeszcze wiele upalnych dni minie nim powstanie, choć jeden w moim mieście to może tak przebudować fontannę tak żeby, choć tam można by znaleźć ochłodę. Nie koniecznie od razu pływać, ale może przynajmniej wejść po kostki do wody. Wiem, że to, co pisze wydaje się dziwne. Ale jeśli można teraz wejść w niektórych miastach na trawę w parku i się na niej nawet położyć nie narażając się na mandat to może warto pomyśleć o takiej fontannie, do której można by wejść i nie narazić się na karę lub utratę zdrowia.

Może właśnie to, że będzie tam można zamoczyć stopy spowoduje, że nie będzie już tylu chętnych do tego by się w wodach fontanny zanurzać, bo przecież w naturze Polaków leczy to, że co zabronione jest atrakcyjne a to, co niezabronione przestaje takim być. Może, więc warto w ogłoszonym konkursie wziąć pod uwagę to, że woda tak jak zieleń stanowią odskocznie od szarości kamienno – betonowych miast. I kontakt z nią nie tylko wzrokowy, ale i fizyczny jest mieszkańcom potrzebny. Może taka innowacja wyróżni naszą prowincje na tle innych miast.

Jeśli projektant w ogłoszonym przez miasto konkursie zgodnie z wytycznymi powinien wziąć pod uwagę to, że z placu nie możne zniknąć żadne z rosnących tam drzew. To może warto zaprojektować fontannę tak żeby w sposób przyjazny można było w niej brodzić w upalne letnie dni. Może poza funkcją estetyczną obiekt ten powinien być, choć w części rekreacyjno użyteczny.

W pewnym mieście na Słowacji widziałem fontannę, która była wykonana z kształcie rzeźby przedstawiającej wodnika, który tryska wodą. Która to woda następnie znikała i pojawiała się, co pewien czas wyskakując z dysz ukrytych w chodniku by następnie zniknąć w studzienkach. W ten sposób wodny strumień przemierzał prawie cały centralny rynek miasteczka. Ta fontanna stała się wielką atrakcja tego miasta. Bo każde dziecko i nie tylko ono chciało być trafione wodnym strumieniem. I tak, co tylko mogło stanowić monumentalna fontannę stało się ciekawa atrakcją turystyczną i nie tylko.

Ale coś mi mówi, że magistrat ma już swoją wizje zmian i coś mi się wydaje, że postawi się w niej na monumentalne w formie dzieło upamiętniającą światłe rządy obecnego prezydenta miasta ze stosowną tabliczką z mosiądzu w murowaną w cokół niż na ciekawe i nie banalne rozwiązanie.

dziennik pesymistyczny

Zapraszamy Państwa na SALE

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

 

 

 

Moje miasto to może i prowincja, ale nie widać tego, jeśli sądzić po witrynach sklepowych. Co prawda nie zobaczymy w nich kreacji od znanych projektantów mody, ale za to możemy przeczytać ogromniaste plakaty informujące, że w sklepach za tymi witrynami są… SALE. I to minus siedemdziesiąt procent lub pięćdziesiąt procent. Taka moda napisów w języku angielskim jakby sam napis miał sprawić, że sklepik staje się od razu ciekawszy a towar w nim lepszy.

 

No chyba, że naprawdę chodzi tu o polskie znaczenie słowa sale, choć w sklepach i butikach nie spotkamy wielgachnych sal balowych czy ogromniastej przestrzeni jakby sugerował napis. Już bardziej sprawdza się tu zestawienie z procentami, bo może chodzi tu o to, że kiedyś to i ta placówka handlowa miała wielką powierzchnie a teraz to te sale ekspozycyjne są o siedemdziesiąt procent mniejsze. Ale jeśli tak to gdzie tu potrzeba reklamowania tego faktu?

 

Dobrze, wiem, że chodzi tu tylko o to żeby było tak po europejsku, bo przecież nie można tak prowincjonalnie po polsku, że w sklepie jest wyprzedaż. Jak się da na cała witrynę, że są SALE to od razu jest jakoś tak światowo. A może właściciele sklepów uwierzyli, że klientami sklepów są w większości ludzie, którzy nie władają naszym pięknym językiem i jak nie walnie się od frontu napisu SALE to sklep od razu splajtuje, bo te tłumy ludzi, co to tylko angielskim się posługują nijak nie zobaczą, co tam w tym sklepie jest dla nich z rabatem siedemdziesiąt procent.

 

Ja wiem, że sklepikarzy mogą zmylić te obce rejestracje na ulicach mojego prowincjonalnego miasta. Bo po inwazji samochodów z niemiecką rejestracją kilka lat temu teraz coraz częściej pojawiają się pojazdy z angielską rejestracją i kierownicą po prawej stronie. Tu może być przyczyna tego owczego pędu ku angielskim napisom. Bo może kupcy naprawdę uwierzyli, że większość klientów ich sklepów stanowią turyści z wysp brytyjskich oraz europejczycy władający językiem angielskim. I że jak nie będzie tego SALE na witrynie sklepowej to po prostu nikt nie zawita na zakupy bo tego polskiego napisu wyprzedaż za nic nie zrozumie.

 

Już poeta Mikołaj Rej pisał, że Polacy nie gęsi i swój język mają. Ale pisał to dawno, w epoce renesansu i teraz to są całkiem inne czasy. Teraz to już nawet nie bardzo wypada mówić po polsku teraz to jak się nie zasunie w jednym zdaniu z dwóch wyrazów po angielsku to jakoś tak dziwnie. Jakiś taki jest człowiek w oczach innych mało światowy, mało europejski. A swoją droga ciekawe czy przeciętny Brytyjczyk wie, co znaczy słowo wyprzedaż tak jak my znamy i rozumiemy angielskie słowo SALE.

 

Ja wiem, że nie da się zatrzymać inwazji obcych słów do języka polskiego. Ja też przecież w barze szybkiej obsługi nie zamówię bułki z kotletem mielonym, serem oraz z przecierem pomidorowym. Lecz raczej hamburgera z keczupem.  Ale to SALE w sklepach i inne brednie po angielsku są już nie do przyjęcia.

 

Na koniec przypomnę urzędnikom magistratu w moim prowincjonalnym mieście oraz nie tylko im, że nadal obowiązuje w Polsce ustawa o języku polskim uchwalone przez polskie parlament w 1999 roku. A jeśli zawodzi urzędnicza pamięć to przypominam artykuł. 9.1. tej ustawy: Napisy i informacje w urzędach i instytucjach użyteczności publicznej( to właśnie sklepy), a także przeznaczone do odbioru publicznego oraz w środkach transportu publicznego sporządza się w języku polskim. A jeśli tak to czy nie można by tak było egzekwować prawa? I żeby w sklepach były znów wyprzedaże a nie SALE.

 

dziennik pesymistyczny

Wrak z drzewkiem w środku czyli cuda prawdziwe.

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

  

 

Ludzkość z całego świata fascynują wybory nowych największych cudów świata. I ja chciałbym się w jakiś sposób przyłączyć do prezentacji takich miejsc. To, co znajduje się w moim prowincjonalnym mieście może nie zasługuje na miano najpiękniejszego zakątka ziemi, ale zapewne zasługuje na miano najprawdziwszego cudu.

 

Nie ma na mojej prowincji wielkich jezior czy wspaniałej puszczy jak to jest u polskich półfinalistów światowego konkursu na siedem nowych cudów świata. Natura nie obdarzyła mojego miasta aż tak szczodrze, ale za to urzędnicy magistratu robią wiele, aby jak najbardziej wpłynąć na środowisko i krajobraz.  Aby tak go ukształtować, by nie można było już powiedzieć, że jest jakiś tam naturalny i nieciekawy.  My tu na prowincji też możemy się pochwalić prawdziwymi cudami. To nasze, mówią urzędnicy miejscy, za nasze pieniądze i nie jest to nasze ostatnie słowo. Że zacytuje klasyków.

W odległości około kilometra od centrum miasta, ale za to prawie 3 kilometry od jego granic czyli krótko mówiąc prawie w centrum. Znajduje się osobliwy skansen dokonań człowieka w dziedzinie motoryzacji i zmian w środowisku. Wśród wysokiej trawy, pięknych kwiatów, wśród wysoko rosnących drzew i krzewów znajduje się miejsce gdzie człowiek zapewne jakiś artysta rozrzucił urokliwie wśród dziko rosnących traw kilkadziesiąt rozbitych i przejętych przez policje samochodów. Tu na nieutwardzonej dziewiczej łące wiele, wiele lat temu porzucono niczym kwiaty wśród łanów traw i chwastów wraki pojazdów rozbitych lub takich, które nie powinny znajdować się już u ich wcześniejszych posiadaczy.

 

Zapewne takie działanie mało na celu próbę połączenia piękna ludzkiej inżynierii i pięknem natury. Każdemu bez oporów poleciłby kilkuminutowy spacer z centralnej ulicy aż w okolice komendy wojewódzkiej policji. Tam przeniesiemy się w całkiem inny świat, w przepiękny świat połączenia na wieki tego, co stworzyła ludzka rękę, tego, co potem człowiek zniszczył i tego, co porzucił następnie z… dziewiczą bujną przyrodą. Pisze o wiecznym połączeniu, bo z wraków samochodów pozostawionych tu i pozostawianych tu nadal po wypadkach i kolizjach, wyciekło już zapewne tyle paliwa i oleju do gleby, że ślad tu pozostanie po tym wieczny.

Mamy tam prawdziwe perełki motoryzacyjne z przed lat współistniejące w harmonii z dziką naturą. Na szczególna uwagę zasługuje wypalony wrak samochodu dostawczego Nysa produkowanego od lat pięćdziesiątych do lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku. Możemy podziwiać niesamowite w formie połączenie pięknych rudawo w barwie rdzewiejących linii pojazdu z zielonością bujnie porastającej go roślinności. Gdzie jak nie tu najbardziej widoczna jest odwieczna walka człowieka z przyrodą. Wśród kwiatów i traw można spotkać bardzo ciekawe formy tego, co stanowiło kiedyś chlubę rodzimej i światowej motoryzacji. Polonezy, duże i małe fiaty, syrenki, volkswageny, peugeoty a w ich wrakach kilkunastoletnie drzewa i krzewy. Bogactwo barw spłowiałych lakierów na karoserii w połączeniu ze stonowaną zielenią roślin.

 

Wszystko to przepięknie podświetlone w nocy przez uroczo pochylające się ku ziemi kilkunastoletnie latarnie. Całość ogrodzona z dwóch stron betonowym parkanem ozdobionym przez miejscowych artystów graffiti a z dwóch pozostałych stron przez szczątki siatki. Poza płotem, jako taki symbol tego, co za nim znajdziemy stoi porzucony kilka lat temu wypalony wrak półciężarówki Robur LD 3000 produkowanej przez Industrieverband Fahrzeugbau w skrócie IFA, czyli po polsku Zjednoczenie Przemysłowe Zakładów Budowy Samochodów, państwowy konglomerat firm produkujących środki lokomocji w Niemieckiej Republice Demokratycznej w ubiegłym stuleciu. I ten wrak pięknie wkomponowany jest w zieleń traw i żywe kolory kwiatów. Przepięknie konweniuje z białą bryłą kontenerowej skrzyni ładunkowej porzuconej nieopodal lata temu.

 

To wszystko, co opisałem to najprawdziwszy cud. Cud, że roślinność jednak nie daje za wygraną, cud urzędniczej głupoty, i naszego polskiego urzędniczego zamiłowania do życia na cywilizacyjnym śmietniku. I to wszystko sprawia, że moje prowincjonalne miasto może być jednak najprawdziwszym siódmym cudem współczesnego świata.