dziennik pesymistyczny

Strzelanie z armaty do historii

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

Będąc dzieckiem w telewizji oglądałem radzieckie kreskówki, w których występował niedobry Wilk i pozytywny bohater – sprytny Zając. Postacie te to klasyczne archetypy dobra i zła. Wilk to zło w najczystszej formie niszczący wszystko na swej drodze oraz Zając, jego przeciwieństwo, pozytywny bohater uosobienie niewinności oraz ucieleśnienie rosyjskiego chłopskiego sprytu zmieszanego z szaleńczą odwagą. Nikt nie chce być tym złym, przerażającym Wilkiem a raczej każdy chciałby być dobrym Zającem. W tym kontekście nie dziwi to, że rosyjski rząd od kilku lat systematycznie zmienia i dostosowuje historię tak, aby Rosjanie ze złego Wilka w oczach świata przeobrazili się na powrót w dobrego Zajączka.

 

W ostatnich dniach Rosyjska państwowa telewizja informacyjna Wiesti przedstawiła film dokumentalny zatytułowany Sekrety tajnych protokołów, poświęcony paktowi Ribbentrop-Mołotow, w którym zarzuciła Polsce sprzymierzenie się z hitlerowskimi Niemcami przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Film prezentuje z rosyjskiej perspektywy wydarzenia, do jakich dochodziło w Europie od zawarcia Traktatu Wersalskiego aż do podpisania układu niemiecko-rosyjskiego. Jest w tym filmie tylko trochę więcej prawdy historycznej, niż w obrazie fabularnym wyprodukowanym na zamówienie Kremla przez wytwórnie Trite Nikity Michałkowa. Chodzi mi tu o film Rok 1612, który ostatnio niestety miałem nieprzyjemność zobaczyć chcąc przekonać się na własne oczy, jak prezentuje się rosyjska wersja dziejów Rosji i Polski od dawna ze sobą bardzo mocno powiązanych.

 

Z telewizyjnego dokumentu prezentowanego przez Wiesti słychać wypowiedzi rosyjskich historyków i politologów, którzy twierdzą, że pakt Ribbentrop – Mołotow był jedynym wyjściem dla Związku Radzieckiego w tamtejszej sytuacji politycznej. Słychać w filmie o tym, że Rosja Sowiecka była ostatnim krajem, który zawarł pakt o nieagresji z Niemcami. A podobne układy i tajne protokoły były normą europejskiej polityki w tamtych latach. Więc w zasadzie nie było w tym nic dziwnego i niestosownego. W dokumencie zaznaczono, że z hitlerowskimi Niemcami, jako pierwsza porozumiała się Polska. Rosyjscy dokumentaliści nie wspominają jednak, że wcześniej w 1932 roku Polska zawarła pakt o nieagresji również z ZSRR, i że respektowała go do końca, czyli do radzieckiego najazdu 17 września 1939 roku.

 

W wybielaniu historii autorzy filmu Sekrety tajnych protokołów posunęli się nawet do stwierdzenia, że to Polska zagrażała Związkowi Radzieckiemu, czego dowodem ma być ujawniona informacja radzieckiego wywiadu o tym, że Polska i Niemcy dadzą Japonii gwarancję, że wystąpią przeciwko ZSRR nazajutrz po rozpoczęciu wojny między Japonią i Związkiem Radzieckim. ZSRR stanąłby wtedy wobec perspektywy wojny na dwa fronty. Autorzy filmu, jako przyczynę inwazji wojsk Rosji Sowieckiej na Polskę 17 września 1939 roku wymieniają złamanie przez Niemcy paktu Ribbentrop-Mołotow przez zajęcie Lwowa. I takiego naciągania i przeinaczania historii jest wiele. Film ten to taki jeden wielki zlepek półprawd i przekłamań.

 

Całkiem jak w rosyjskiej superprodukcji filmowej 1612 – istnym manifeście artystycznym nowej Rosji. Tu też możemy zobaczyć jak źli, okrutnymi Polacy grabią i mordują świętą matkę Rosję. Prawie cały film wypełniają krwawe pojedynki, wzajemne zarzynanie oraz mordobicia. Furkoczą skrzydła polskiej husarii, wszędzie śmierć, zgryzota i niepewność.  Aż tak chce się, żeby ktoś silna ręką zapanował nad osieroconym i przez to krnąbrnym rosyjskim ludem. I pojawia się syn carskiego cieśli Andrejka jak żywo przypominający swoim niesamowitym talentem do wszystkiego, osobę najważniejszą dziś w rosyjskiej polityce.  Chłopski syn Andrejka w tej filmowej opowieści dziwnym zrządzeniem losu staje na czele armii i gromi nieprzyjaciół zadziwiając tym cały świat. Taki po prostu jest urok tych rosyjskich baśni ludowych.

 

A czegoż tam w tym filmie nie ma, cała fabuła pełna jest cytatów z historii jak i z fantastyki. Po równinach i ostępach galopuje biały jednorożec. Jest tam jakby żywcem wyjęta z Tolkiena białobroda postać, czyli prawosławny mnich starzec słupnik. Istne szaleństwo z wyraźnie wpisanym przekazem, że Rosjanin jak uwierzy w swoje powołanie do sprawowania władzy nad światem to automatycznie i nadprzyrodzono staje się niepokonany. Nawet dla tak złych i okrutnych wrogów, jakim są Polacy.

 

Zgodnie z zasadą chcieć to móc, dla Rosjan nie ma rzeczy nie możliwych. Z równą łatwością Rosjanie dopasowują historię do swoich potrzeb, jak bohater filmu 1612, robi armatę ze skóry i wstrzeliwuje się z niej prosto w polski skład prochu. A prawda historyczna? No cóż można wystrzelić ją w powietrze z armaty. Dokładnie tak jak w filmie 1612 gdzie zwęglone ciało i kości Dymitra Samozwańca rzesza chłopstwa i wojska z uciechą depcze, by następnie ku ogólnej swej radości wystrzelić je z armaty.

 

dziennik pesymistyczny

Wielkie sportowe emocje pozastadionowe

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Nie jestem wielkim kibicem sportowym, a już nie jestem absolutnie wielbicielem piłki nożnej. To, że istnieje sport zawodowy przyjmuję raczej do wiadomości, ale oglądanie zmagań zawodników na stadionach już mnie nie interesuje. Oczywiście jak nasi biało – czerwoni grają mecz, to daję się ponieść wielkiej fali narodowego entuzjazmu, ale raczej wśród moich kolegów jestem tym, który co do wyniku spotkania przejawia największy pesymizm.

 

Jednak jest jedna dziedzina, która mnie nieodmiennie zadziwia i wzbudza większe emocje. Jest nią wszystko to, co dzieje się w okolicach sportu, czyli poza boiskiem czy stadionem. Nie będę tu pisał o oczywistych oczywistościach (cytując klasyka), z których wynika, że za chwilę nie będzie już prawie żadnych sędziów piłkarskich w Polsce, bo prawie wszyscy częściej wyjeżdżają na spotkania do wrocławskiej prokuratury niż wychodzą na boisko. Chodzi mi tu o niekończący się serial emocji związanych z udziałem czy nie udziałem Widzewa Łódź w rozgrywkach polskiej Ekstraklasy piłkarskiej

 

U nas już tak jest, że na równi z emocjami sportowymi mamy emocje związane z działaczami sportowymi. Wielkim sukcesem są liczne medale dla polskich zawodników na zawodach lekkoatletycznych w Berlinie, ale nie mniejsze ekscytacje wzbudza to, co dzieje się w sprawie piłkarskiej Ekstraklasy. Co to za napięcie, co za dramaturgia, te ciągłe zmienne koleje losu bohaterów… czegoś takiego nie można zobaczyć na boisku, no chyba, że na trybunach podczas zadymy pseudokibiców, ale to już całkiem inna historia.

 

Serial związany z łódzkim klubem Widzew trwa od kilkunastu miesięcy. Początkiem serii pasjonujących wydarzeń było zapewnienie sobie w ostatnim sezonie przez tę drużynę awansu do najwyższej klasy rozgrywkowej. Co nie jest bez znaczenia. Stało się to, jak trzeba wierzyć na boisku. Następnie Wydział Dyscypliny przy Polskim Związku Piłki Nożnej skazał łódzką drużynę piłki nożnej na karę degradacji do pierwszej ligi za działalność korupcyjną, której dopuścili się działacze sportowi tej drużyny w przeszłości. I wszystko wydawało się przesądzone. Ale tu dopiero zaczyna się prawdziwa rozgrywka.

 

Widzew odwołał się od decyzji, ale Trybunał Piłkarski PZPN podtrzymał pierwszą decyzję o degradacji. Dwudziestego trzeciego lipca 2008 roku Działacze Widzewa odwołali się ponownie od decyzji do Trybunału Arbitrażowego do spraw Sportu przy Polskim Komitecie Olimpijskim, który uchylił decyzję organów dyscyplinarnych PZPN o degradacji łódzkich piłkarzy. Organ ten stwierdził w swym postanowieniu, że czyny korupcyjne Widzewa uległy przedawnieniu. Z tą decyzją nie zgodził się następnie PZPN, który w Sądzie Najwyższym złożył skargę kasacyjną. Dziesiątego czerwca 2009 roku SN uchylił wyrok Trybunału Arbitrażowego i nakazał mu ponownie zająć się sprawą łódzkiego klubu.

 

Komisja ds. Nagłych PZPN nie czekając na orzeczenie trybunału przy PKOL uznała, że po wyroku SN obowiązują kary nałożone wcześniej przez piłkarskie organy związkowe, więc Widzew obecny sezon musiał rozpocząć w pierwszej lidze. Wczoraj, dwudziestego piątego sierpnia Trybunał Arbitrażowy przy PKOL uchylił decyzję Wydziału Dyscypliny PZPN o degradacji Widzewa Łódź z Ekstraklasy do I ligi. Trybunał zasugerował jednocześnie, że Wydział Dyscyplinarny przy PZPN powinien teraz, przy kolejnym rozpatrywaniu podobnych sprawy, postąpić zgodnie z obowiązującym w PZPN od lipca 2009 roku prawem, które zakazuje degradacji klubów za korupcję.

 

Mam nadzieję, że niczego nie pokręciłem, bo akcja w tym serialu sportowym jest tyleż pasjonująca co zawiła. Ale za to jak trzyma w napięciu. Każdy dzień może przynieść zaskakującą zmianę akcji. Daj Boże, żeby tyle emocji dostarczali nam piłkarze polskiej reprezentacji, co działacze sportowi. I najważniejsze, że nie widać końca tej historii, a w zamian rodzi się wiele nowych możliwości jej rozwoju.

 

Rozgrywki Ekstraklasy już się zaczęły i co teraz? Czy wszystko będzie trzeba zaczynać od początku? Może anulować wyniki czterech kolejek? Można oczywiście rozważyć scenariusz, że drużyny z piłkarskiej Ekstraklasy wyrażą zgodę, by Widzew Łódź dołączył do rozgrywek w ich trakcie, nadrabiając wcześniejsze zaległości. Ale wtedy Liga będzie liczyła siedemnaście drużyn, więc ich liczba będzie nieparzysta. Szykuje się, więc ciąg dalszy piłkarskich emocji pozastadionowych. Ach, te sportowe emocje!

dziennik pesymistyczny

Prawo do zaśmiecania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Dwa niewielkie traktorki rolnicze sunęły sobie niespiesznie dziś rano poprzez plac należący do Komendy Wojewódzkiej Policji Państwowej w moim prowincjonalnym mieście.  Ciągnęły za sobą przyczepki wyładowane ponad miarę wyciętymi gałęziami drzew i krzewów. Obserwowałem tą walkę niewielkiej maszyny z ogromnym ciężarem, jakim je obarczono zastanawiając się gdzie jest cel ich podroży. Ciągniki minęły powoli bramę komendy policji i ruszyły droga dojazdową. Ale niezbyt daleko, bo po kilkudziesięciu metrach wjechały na pusty plac znajdujący się między budynkami zajmowanymi przez stróżów prawa a osiedlem mieszkaniowym i tam kierowcy traktorków spokojnie rozładowali swój zielony ładunek. Gałęzie drzew i wycięte krzewy utworzyły spory stos dołączając do znajdującego się nieopodal wraku samochodu, który powinien się zapewne znajdować na terenie pobliskiego policyjnego parkingu, ale jakoś tam przed laty nie dotarł.

 

Nie jest to odosobniony przypadek wykorzystywania pustego placu obok komendy na składowisko odpadów oraz tego, co już policjantom nie jest potrzebne. Wcześniej trafiały tam już wspomniane wraki samochodów, potem podczas budowy jednego z nowych budynków policyjnych, ziemia z wykopów pod jego fundamenty. Teraz dołączyły wycięte krzaki oraz gałęzie drzew. Oczywiście nie jestem stałym strażnikiem tego terenu, ale częstym gościem firmy znajdującej się nieopodal i dlatego czasami mogę obserwować to, co się dzieje na placu. Więc nie do końca wiem, kto jeszcze tam zaśmieca. Ale to, co widziałem dziś rano jasno dowodzi, kto jest jednym ze sprawców.

 

Zastanawia mnie ta niesamowita łatwość w łamaniu prawa przez osoby, które z racji pełnionej służby powinny świecić przykładem przestrzegania porządku prawnego. Ktoś z osób decyzyjnych w Komedzie przecież zlecił tym robotnikom wykonanie tego zadania. Nie wierzę, żeby działali oni bez porozumienia z policjantami, żeby mundurowi nic o tym nie wiedzieli. Jeśli są świadomi poczynań robotników zaśmiecających miejsce publiczne to, dlaczego pozwalają na takie łamanie prawa dosłownie pod swoimi oknami? Czyżby naprawdę było tak, że jak obywatel prywatnie na swym podwórku ma nieporządek to od razu mandatem go, a jak pracownik policji zaśmieca, ogólnie dostępny plac, poza terenem należącym do tej instytucji to już jest wszystko dla stróżów prawa w porządku. Jest tu jakaś tragiczna niekonsekwencja w działaniu. Nie ma to jak stać na straży praworządności i samemu prawa nie przestrzegać.

 

A może po prostu chodzi tu o zwykłą nieznajomość prawa przez ludzi powołanych do ochrony prawa i kontroli jego przestrzegania. Jeśli tak to uprzejmie informuję Pana Komendanta Miejskiego Policji Państwowej, że: artykuł. 145 Ustawy z dnia 20 maja 1971 roku. Kodeks wykroczeń (j.t. Dz. U. z 2007 r. Nr 109, poz. 756 ze zm.), mówi: kto zanieczyszcza lub zaśmieca miejsca dostępne dla publiczności, a w szczególności drogę, ulicę, plac, ogród, trawnik lub zieleniec, podlega karze grzywny do 500 złotych albo karze nagany.

 

dziennik pesymistyczny

Uliczna kaligrafia abstrakcyjna

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 11

  

 

 

Moja babcia mawiała, gdy coś zepsułem lub uszkodziłem: ale z ciebie artysta, coś ty tu znów najlepszego zmalował. Dlatego też, od razy przepraszam wszystkich prawdziwych artystów za to, że używam słowa artysta na określenie osób, których działalność ze sztuką nie ma wiele wspólnego, a najbliżej im do zwykłego wandalizmu.

 

Takich artystycznych czasów wolności doczekaliśmy, że prawie każdy, kto zakupi w sklepie puszkę farby w sprayu lub marker od razu czuje się artystą zaangażowanym i chce swoją boleść duszy przelać na mury lub gdzie jego ręka popadnie. Ja wiem, że od lat trwa dyskusja na temat wolności w sztuce zwanej graffiti, i naprawdę, nie chcę tu piętnować tych wszystkich, którzy tworzą murale tak piękne, że chcielibyśmy je oglądać przez wiele lat. W sztuce tej bardzo często widać prawdziwy talent i nawet jak powstaje w miejscach, no powiedzmy nie bardzo się do tego nadających, to jakoś tak nie bardzo mamy sumienie to, co jest prawdziwą sztuką niszczyć.

 

W moim mieście nie sposób przejść kilkunastu metrów żeby nie natknąć się na inną formę wyrazu za pomocą markera lub farby w sprayu. Nie jest to graffiti, bo z takimi działaniami sztuki ulicy nie bardzo ma to coś wspólnego. Są to wykonane farbą lub markerem napisy. W tej prymitywnej „sztuce ulicy” można jednak śmiało wykreślić dwa kierunki. Jeden to przekaz polityczno – sportowo – społeczny drugi to czysta w formie abstrakcja. Jeśli chodzi o pierwszą grupę to najczęściej możemy spotkać napisy, negujące przynależność etniczną niektórych drużyn sportowych, oraz sugerujące ich związki z pewnymi organami płciowymi oraz nawet z przedstawicielkami najstarszego zawodu świata. I nie chodzi mi tu o kamieniarzy. Zdarzają się też napisy o charakterze politycznym, ale te wychodzą już z mody. Częściej zdarzają się takie, sugerujące policji odbywanie pewnych praktyk seksualnych mijających się z ogólnie przyjętą normą społeczną.

 

Te napisy można jeszcze mimo pewnych zastosowanych autorów skrótów myślowych jednak zrozumieć, choć nie pochwalać ich umieszczania na murach. Osobnym jednak kierunkiem jest abstrakcja w napisach coraz bardziej rozpowszechniona i coraz bardziej widoczna na naszych ulicach. Jeśli ktoś nie bardzo radzi siebie z kolorami i jak coś namaluje, to raczej jest to bardzo naiwne i prymitywne, to pozostaje mu jak widać tylko sztuka abstrakcyjnej kaligrafii. I ta forma wyrażanie zapędów artystycznych wśród młodzieży najbardziej się przyjęła. Choć jak możemy zobaczyć na ulicach naszych miast jest ona na razie w fazie sztuki prymitywnej właśnie. Jeśli w ogóle można te bohomazy nazwać sztuką, a nie zwykłym wandalizmem.

 

Przez lata na murach i płotach można było przeczytać zwykle nabazgrane wyznanie miłości lub niechęci do kogoś. W latach komunizmu doszły to tego jeszcze wypowiedzi polityczne malowane farbą na murach. Teraz wyewoluowało to w formę całkowicie abstrakcyjną, bo jestem przekonany, że jak już ten niby artysta coś nabazgrze na ścianie czy na szybie autobusu farbą lub markerem to tylko on jeden wie, co chciał tym przekazać i nikt inny za nic nie zrozumie, o co mu chodziło.

 

Więc, po co ta autosztuka przemawiania bohomazem wykaligrafowanym na świeżo odnowionej ścianie kamienicy, jeśli odbiorcą przesłania jest tylko i wyłącznie ten, kto to napisał. I nikt inny, nawet po głębszych badaniach, nie bardzo może zrozumieć, o co niby artyście chodziło poza oczywistą chęcią dokonania zniszczenia tego, co niezniszczone było dotychczas.

 

Daleki jestem od stawiania tamy rozwojowi artystycznemu młodzieży. Ale może sztukę kaligrafii abstrakcyjnej można rozwijać w inny sposób mniej destrukcyjny. Błagam oszczędźcie mury kamienic, domów, płoty, tablice informacyjne, klatki schodowe, autobusy, pociągi i wszystko to, co nadaje się to pisania po tym, tylko z waszej chęci pisania dla samego pisania. W supermarketach są bruliony po osiemdziesiąt groszy, więc nie ma bariery cenowej i można tam pisać do woli. A jak chcecie się kaligrafią abstrakcyjną pochwalić wystarczy ją pokazać kolegom i koleżankom w szkole. A jeśli już koniecznie ktoś chce prezentować to, co wykaligrafował na ulicy pozostaje jeszcze własne czoło.

 

dziennik pesymistyczny

Syzyfowe prace drogowców

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 7

  

 

 

W moim prowincjonalnym mieście remonty dróg trwają właściwie przez cały czas. Drogowcy ze swoimi maszynami pojawiają się, co chwila w innej dzielnicy miasta. I bardzo dobrze, bo jeśli coś jest w złym stanie i wymaga remontu to trzeba to jak najszybciej naprawić. Ale zauważyłem też, że bardzo często remonty dotyczą tych samych ulic, które zastały wyremontowane przed kilkunastoma miesiącami.

 

Nie inaczej dzieje się na pewnej spokojnej uliczce w starej dzielnicy mieszkaniowej mojego miasta. Od kilku dni trwają tam w najlepsze prace remontowe. Drogowcy zerwali już na całej długości jezdni asfalt przy pomocy wielgachnej machiny i teraz zabrali się do zabezpieczania wystających studzienek kanalizacyjnych oraz do wyrównywania tego, co znaleźli pod zerwanym asfaltem. Sporo robotników w odblaskowych kombinezonach, kilka samochodów, huk maszyn oraz charakterystyczny zapach smoły w powietrzu to wszystko wydawało mi się jakoś tak znajome w tym miejscu. I nagle mnie olśniło! Nie tak dawno przecież, bo przed kilkunastoma miesiącami widziałem dokładnie tą sama scenę w tym samym miejscu. 

 

Uliczka, na której pojawili się drogowcy to nie żadna tam uczęszczana arteria komunikacyjna narażana na ogromny ruch kołowy. To mała, cicha i spokojna uliczka osiedlowa gdzie samochody niespiesznie przejeżdżają raz na jakiś czas. Na poboczach wieczorami parkują samochody, czasem przejedzie jakaś śmieciarka a ruch zwiększa się nieznacznie tylko w czasie zajęć szkolnych, gdy rodzice podwożą dzieci na zajęcia. Poza tym jest tam z zasadzie minimalny ruch. Przed kilkunastoma miesiącami zakończył się tam remont i faktycznie niedługo potem pojawiły się koleiny, dziury i wybrzuszenia asfaltu. I w zasadzie w moim mieście jest to normą. Jak tylko znikają drogowcy to zaraz pojawiają się w jezdni rozpadliny.

 

Od lat trwa w Polsce, i także na mojej prowincji zażarta dysputa, jakie drogilepszeasfaltowe czy te z betonu. Zwolennicy obu opcji przekonują się na argumenty technologiczne, cenowe oraz dotyczące trwałości nawierzchni. I jak widać na razie wygrywa opcja cenowa z nawierzchnią asfaltową. Ale coś chyba w technologii wykonania takich dróg szwankuje, jeśli trzeba je poprawiać już po kilkunastu miesiącach mimo tego, że jak na tej osiedlowej uliczce ruch był tam praktycznie żaden. A jednak nawierzchnia drogi tak się rozpadła, że potrzebne było jej całkowite zerwanie.

 

Jeśli nawiązać do mitologii, to jest to mniej więcej tak. Na początku Zeus ogłosza przetarg na wtoczenie kamienia pod górę. Wygrywa go Syzyf, który wtacza głaz na szczyt i za to bierze pieniądze. Wykonuje to jednak najtaniej i jak już tak wepchnie Syzyf ten kamień w znoju i trudzie to zakres przetargu się kończy, a kamień po pewnym, ale niezbyt długim czasie znów stacza się pod szczyt. Więc Zeus domaga się reklamacji, po której Syzyf znów wpycha kamień na górę. Potem, gdy Syzyf zakończy robotę reklamacyjną a kamień znów stoczy się pod szczyt Zeus ogłasza nowy przetarg i znów Syzyf pcha swój głaz na szczyt.

 

Podobnie jest z inwestycjami drogowymi w moim mieście. Urząd ogłasza przetarg, potem następuję jego wykonanie, ewentualna reklamacja pracy, potem przetarg, wykonanie, znów reklamacja, przetarg wykonanie i tak dalej. Czyli co kilka miesięcy drogowcy mają, co robić i tak trwa ta odwieczna symbioza urzędników i drogowców w syzyfowej pracy nad utrzymaniem w przejezdności miejskich dróg.

 

Nie mam złudzeń, że coś się zmieni, ale mam takie marzenie, że dożyję kiedyś czasów, kiedy urzędnik ogłosi przetarg na odbudowę drogi. Wygra go firma, która zagwarantuje jej trwałość przez dwadzieścia pięć lat, potem ta firma wykona drogę w technologii, która tą trwałość zapewni a droga, o której mowa przetrwa ćwierć wieku lub więcej. Ale to jest mniej realne niż mitologie.

dziennik pesymistyczny

Wojna to czy nie wojna ?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Często jest tak, że wszystkim się wydaje, że coś jest a tak właściwie czegoś nie ma. Niby wszyscy wiedzą, że Państwo Polskie nie prowadzi wojny z Afganistanem a tylko jest tam w ramach misji stabilizacyjnej a jednocześnie prawie każdy polski polityk mówi o naszym zaangażowaniu militarnym tysiące kilometrów od naszych granic nie inaczej, jak tylko o wojnie. Skończyły się czasy, gdy politycy w swych wypowiedziach używali słów o prowadzonej w ramach NATO misji ISAF. Teraz z ust polityków i wtórujących im dziennikarzy nie schodzi słowo wojna.

 

Może to i dobrze, że w końcu to, co zastępowano synonimem „misja stabilizacyjna” zaczęto nazywać po imieniu, ale należy też pamiętać, że mimo tego, co mówią nasi najwyżsi urzędnicy państwowi, wojskowi oraz niektórzy dziennikarze, Polska nie jest w stanie wojny z Afganistanem. Przynajmniej zgodnie z polskim prawem w takim stanie się nie znajduje.

 

Zgodnie z artykułem 116 Konstytucji RP z 1997 roku, punkt drugi: „Sejm może podjąć uchwałę o stanie wojny jedynie w razie zbrojnej napaści na terytorium Rzeczypospolitej Polskiej lub gdy z umów międzynarodowych wynika zobowiązanie do wspólnej obrony przeciwko agresji. Jeżeli sejm nie może się zebrać na posiedzenie, o stanie wojny postanawia Prezydent Rzeczypospolitej”. A ja sobie nie przypominam faktu uchwały sejmowej w tej sprawie, nie pamiętam też żadnego oświadczenia, które padłoby z ust Pana Prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej o wypowiedzeniu przez Polskę wojny Afganistanowi.

 

Mimo tego, piętnastego sierpnia tego roku, prezydent Lech Kaczyński powiedział o naszym militarnym zaangażowaniu w Afganistanie, co następuje: – Wojna jest wojną. Na wojnie są ofiary, ale nasze siły zbrojne muszą w tego rodzaju operacjach uczestniczyć. Koniec cytatu. Tak, więc nasza ojczyzna zgodnie z prawem jest w stanie wojny czy też nie? Bo ze słów Pana Prezydenta wynika jedno, a z konstytucji RP drugie.

 

Należy przypomnieć, że Polska armia z Afganistanie znajduje się w ramach Międzynarodowych Sił Wsparcia Bezpieczeństwa (ISAF) stworzonej decyzją Rady Północnoatlantyckiej. Według stanu na lipiec tego roku ISAF liczy około sześćdziesięciu czterech i pól tysiąca żołnierzy z czterdziestu dwóch krajów. W tym polski kontyngent w prowincjach Ghazni i Paktiti liczy około dwóch tysięcy żołnierzy. I to jest jedyna znana mi podstawa prawna naszej militarnej obecności w Afganistanie. Ale nie znajduję tu żadnych słów o tym, że Polska przyłączyła się to jakieś wojny. Wręcz przeciwnie, wiele tu słów o szkoleniach afgańskiej armii oraz policji. Jest też mowa o zapewnieniu bezpieczeństwa ludności oraz administracji prezydenta Hamida Karzaia. Ale nie ma tu nic o wojnie.

 

– Jeśli coś wygląda jak wojna, brzmi jak wojna, pachnie jak wojna, smakuje jak wojna – to jest wojną. Dlatego uważam, że niezależnie od tego czy politycy proklamowali tę wojnę czy nie, naszym żołnierzom ten medal by się należał – takie słowa wypowiedział szef polskiego Ministerstwa Spraw Zagranicznych Radosław Sikorski. Dziwne. Prawda?

 

Nie stawiam żadnych zarzutów nikomu, ale chciałbym wiedzieć czy te wypowiedzi najwyższych urzędników państwowych nie łamią polskiej konstytucji. Bo z nich wynika, że prowadzimy wojnę, której jednak nikt nigdy nie wypowiedział zgodnie z polskim prawem i konstytucją.

 

dziennik pesymistyczny

Koniec trudnych dni, nadchodzą gnidy i wszy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Ostatnio przetoczyła się przez media dramatyczna dyskusja na temat, skądinąd całkowicie potrzebnej, reklamy społecznej promującej bezpieczna jazdę samochodem. Że niby za drastyczna, że emanuje przemocą, lub odwrotnie, że angielskie reklamy społeczne są jeszcze bardziej brutalne a przez to skuteczniejsze. Chyba każdy widział spot, w którym młody chłopak dowiaduje się po tragicznym wypadku na drodze, że samochód to nie zabawka. Reklama społeczna często korzysta z drastycznej formy wypowiedzi. Jednak ta odwaga w prezentacji trudnych tematów rozprzestrzeniła się też na reklamy komercyjne, które dotychczas w swej przeważającej liczbie były bardzo zachowawcze.

 

Po latach reklam, które uparcie przypominały mi, że kobieta to nie ma łatwo w życiu, bo co chwila dopadają ją „trudne dni” i tylko „skrzydełka” oraz specjalna powlokła może zatrzymać na swoim miejscu „niesforne krople wilgoci” teraz nastąpiło w reklamie totalne wyzwolenie. Ale nie tak od razu, wszystko postępowało drobnymi kroczkami. Zaczęło się, przynajmniej w mojej obserwacji, od nazwania po imieniu płynu do higieny intymnej płynem do higieny intymnej, ale tu zastosowano manewr odwracający uwagę słuchacza od tak drastycznego nazwania intymnym rzeczy intymnych. W reklamie radiowej możemy usłyszeć jak kobiecy głos po informacjach na temat wyjątkowości tegoż płynu do utrzymania higieny dodaje na zakończenie wzmiankę o tym, że donosiła o tym Żanetkaleta. Specjalnie zapisałem to w taki sposób, bo naprawdę potrzebowałem na to trochę czasu, żeby dojść do tego, że to nie jakaś zdziecinniała panienka mówiąca o sobie Żanetka Leta, tylko raczej Jeannette Kaleta.

 

Potem w nazywaniu po imieniu tego, co powinno być tak nazwane poszło lepiej. Do bólu zieje drastycznymi scenami oraz mrożącymi krew w żyłach odgłosami w reklamie pasty do zębów przeciwko paradontozie. Takiej ilości krwi oraz takich odgłosów wpadających do umywalki zębów delikwenta, który nie używał właściwej pasty mógłby pozazdrościć najlepszy horror. No, tu już nie można powiedzieć, że reklamę zrobiono z „pewna dozą nieśmiałości”. 

 

Podobnie jest z reklamą środka odświeżającego powietrze w toalecie. Tu widzimy jak mały brzdąc nie chce zrobić kupy w domu, ale chętnie to zrobi na gościnnych występach u kolegi Jacka. Bo u tego kolegi w toalecie to jest jakiś rewelacyjny odświeżacz powietrza, a w domu to raczej śmierdzi.  Tu też należy nagrodzić bezprzykładną odwagę twórców reklamy w uświadomieniu milionom faktu, że kupa jednak śmierdzi i że trzeba sobie to bez niedomówień jasno powiedzieć.

 

Jednak największym osiągnięciem w mówieniu wprost w reklamie, bez owijania w bawełnę jest spot środka owadobójczego przeciw wszom i gnidom. To nie żadne tam „ trudne dni”, lecz prawdziwa wojna z robactwem na ekranie. Z kilkunastosekundowej reklamy dowiadujemy się, że wystarczy spryskać preparatem głowę delikwenta i już po chwili możemy wyczesać z włosów metalowym grzebieniem (!) to, co padło w nierównej walce środka owadobójczego z insektami. I jakby kto nie wierzył w skuteczność preparatu oraz prawdziwy pogrom gnid i wszy to może sobie to dokładnie w tej reklamie obejrzeć, bo twórcy nie omieszkali zaprezentować martwych owadów widzom.

 

Więc po latach niedomówień nareszcie w reklamie będzie prosto z mostu powiedziane, co, do czego oraz na co i w które dni to stosować. Ale może teraz warto pomyśleć o tym, żeby reklamy – horrory nadawane były w stosowych późno wieczorowych porach. Mam takie wrażenie, że czasem w reklamach brakuje jakiegoś wyśrodkowania. Bo albo na siłę się nie chce oczywistości nazwać po imieniu, albo wręcz przeciwnie oglądamy martwe wszy i gnidy.

 

 

dziennik pesymistyczny

Sporty narodowe Polaków

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Łatwość oceniania nieznajomych i obrażanie współobywateli w niewybrednych słowach to nasz sport narodowy. W przypięciu komuś łatki Żyda, masona czy bolszewika jesteśmy szybsi niż niejeden czarnoskóry biegacz w swoim fachu. Przysłuchiwałem się ostatnio rozmowie kilku osób w wieku średnim podczas wspólnej z nimi jazdy autobusem. Nie to żebym podsłuchiwał, po prostu słyszałem, bo zacne grono dyskutantów wyrażało swe opinie głośno, a w komunikacji miejskiej i tak nie ma nic innego do roboty.

 

Ja rozumiem ludzką potrzebę krytykowania wszystkiego i wszystkich, sam nie jestem od niej wolny. Ale, po co od razu do krytyki dokładać jakieś wulgarne epitety. A jak nie wulgaryzmy to przynajmniej jakieś oceny, co do rasowego pochodzenia obmawianego delikwenta.

 

Towarzystwo bawiło się w najlepsze krytykowaniem wszystkich i każdego, kto im się tylko przypomniał. Ale za każdym razem jak już nawet coś słusznie skrytykowali i ocenili merytorycznie jakieś niedociągnięcia innych to przy okazji dokładali jeszcze od siebie kilka „ miłych” słów pod adresem ocenianych.

 

Jeśli zawinił im polityk, to w ocenie moich współpasażerów natychmiast stawał się Żydem. Jak coś nie tak napisali w gazecie na temat jednej z piosenkarek, co to wszyscy powinni ją znać, a mnie się tylko kojarzy z ptakiem Dodo – to wiadomo w gazetach pracują same buraki no i oczywiście Żydzi.  Jak zobaczyli piękne dziewczę w kusej spódniczce za oknem autobusu to od razu wiedzieli – dziwka.  Potem dowiedziałem się, że jeden z ich sąsiadów, co to nie ma zbyt długo dziewczyny to z pewnością pedał.  Zgodzili się wszyscy, a jedna z pań dodała – ja to go nigdy w kościele nie widziałam. No i poszło, bo nie ma to jak w Polsce spotkają się w jednym miejscu oskarżenia o to, że jest się wyznania mojżeszowego, innej orientacji seksualnej lub, co najgorsze, nie chodzi się do kościoła! Trzy polskie podstawowe grzechy główne. Gdzie od razu można być winnym, osadzonym i skazanym.

 

I teraz już poszło po całości: w rządzie sami Żydzi, w telewizji – dziwki i pedały no i jeszcze Żydzi oraz neofaszyści w odwiecznej karuzeli etatów z komunistami. Gazety kłamią, – bo żydowskie ewentualnie komuna tam siedzi. Drogo w sklepach – spisek, wiadomo kogo. Drogi wyboiste, bo ukradli pieniądze ci, co je budowali czyli oczywiście komuchy. Doznałem wrażenia, że tak ogólnie to wszyscy oprócz bliskich znajomych i rodziny autobusowych dyskutantów powinni tą naszą Najukochańszą, Świętą i Katolicką Polskę natychmiast opuścić. Bo nie ma tu miejsca dla nich.

 

I po co nam policja polityczna z tym całym jej aparatem inwigilacji. Jeśli chcemy o kimkolwiek cokolwiek wiedzieć to wystarczy zapytać polaka na ulicy. U nas pełno jest takich, co doskonale wiedzą, kto kim jest, kim byli jego rodzice, z kim kto sypia no i najważniejsze czy jest lub był bolszewikiem. Wielu jest takich, co to doskonale wiedzą, że każdy oprócz nich to burak, cham, nierób, matoł, pijak i złodziej oraz, że prawie każdy tu w Polsce na niczym się nie zna, a jak coś nawet już zrobi to może, co najwyżej swoją pracą osiągnąć poziom żenady. I jest tu całkowicie obojętne, że nikt z takich dyskutantów autobusowych nie zadał sobie zapewne trudu zbadania dogłębnie na przykład pochodzenia ocenianego czy jego poglądów politycznych. Nikt z nich nie podjąłby się nawet przez chwile takiej pracy, którą tak łatwo oceniają, ale opiniować i dokleić łatkę najbardziej potrafią.

 

I tak przysłuchiwałem się tej przepięknej afirmacji polskich wartości chrześcijańskiego miłosierdzia w stosunku do bliźnich do momentu, jak jeden z panów z koła dyskusyjnego zobaczył, że się im przyglądam i zapytał:, co się patrzysz, chcesz w ryj? Nie chciałem, więc czym prędzej wysiadłem na najbliższym przystanku.

 

 

dziennik pesymistyczny

Woda to czy wódka, oto jest pytanie…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

Panie!, Coś mi Pan tu sprzedał wodę! Jakbym, chciał kupić sobie wodę to bym o te wodę poprosił! – takie słowa skierowane do sprzedawcy usłyszałem w jednym ze sklepów z alkoholem. A wykrzykiwał je Pan, który wyglądał na potrzebującego wsparcia alkoholowego, natychmiast. Nie znam do końca historii tej reklamacji, bo obsługująca mnie ekspedientka nagle przyspieszyła swoje czynności w wydawaniu mi reszty i po trzykrotnym: Dziękuje Panu! -wprosiła mnie ze sklepu. Ale zastanowiło mnie jedno czy w butelce z wódeczką, którą dzierżył w dłoniach zdenerwowany klient sklepu monopolowego na pewno była woda czy jednak alkohol? A jeśli tak to czy to, co ja nabyłem w tym sklepie to na pewno jest to, o czym informuje etykieta?

 

Pan, który awanturował się w sklepie trzeba przyznać od razu, nie wyglądał na takiego, który mógłby pomylić wodę z wódką. Więc mój niepokój wzrósł jeszcze bardziej. Postanowiłem poczekać na Pana i zobaczyć jak zakończy się reklamacyjna awantura. Niestety miałem tylko obraz bez fonii, bo właściciel zamknął sklep zaraz po moim wyjściu i miałem tylko możliwość dyskretnej obserwacji zza szyby.

 

A tam trwało wielkie machanie rękoma, wygrażanie pięściami, gesty świadczące o rozpaczy i o tym, że nikt nie jest winny. W końcu klient awanturujący się opuścił sklep z nową butelką i do mnie, jako do świadka tej dramatycznej sceny rzekł: Starego pijaka chcieli oszukać! Co ja jestem zwierze żeby wodę pić! A ja miałem nadal wątpliwości czy to, co ja mam w swojej nowo nabytej butelce na pewno w stu procentach jest tym, za co powinno uchodzić sadząc po etykiecie i po cenie. Przecież ze mnie żaden tam pijak – znawca to, że czasami chce mi się rozłączyć z rzeczywistością za pomocą alkoholu nie czyni ze mnie jeszcze takiego eksperta żebym zaraz miał poznać czy to produkt potrójnie destylacji czy raczej woda ze spirytusem za wschodniej granicy. Bo jak pokazał przykład pokrzywdzonego Pana nie zawsze to, że kupujemy w sklepie i za spore pieniądze daje gwarancje autentyczności.

 

Co wiec możemy zrobić?  Przecież nie otworzymy w sklepie butelki z alkoholem i nie skosztujemy na miejscu, bo przecież w sklepie nie można. Noszenie przy sobie zestawu młodego chemika z alkoholomierzem też jakoś tak nie bardzo. W badanie organoleptyczne autentyczności akcyzy też nie ma, co liczyć. A jak w domu otworze butelkę z wódeczką a okaże się ona tylko słabym koktajlem wodnym z niewielką zawartością spirytusu to, co mam zrobić?

 

Tak wiem, najlepiej nie pić wcale, tak będzie zdrowiej. Ale jak już Państwo Polskie obłożyło niemałą akcyza to, co by w chwilach szczęścia lub nieszczęścia spożyć mamy to wolałby żeby to było zawsze to, co kupuje a nie podróbka. Bo tak to nie tylko mnie się odszukuje, ale nas wszystkich… polaków.

 

A najważniejsze, że nie można tego oszustwa w żaden sposób udowodnić. Bo przecież jak udowodnić właścicielowi sklepu, że to nie ja jestem oszustem, który po skonsumowaniu w domu połowy butelki wódki dolał do niej wody i teraz staram się wyłudzić kolejna? Tylko dobra wola właścicieli sklepu może ich skłonić do wymiany towaru. Można zawiadomić inspekcje handlową o fakcie zakupu towaru, który wzbudził nasze zastrzeżenia, co do oryginalności. Ale czy po otwarciu butelki znów nie stajemy przed faktem udowadniania, że nie jest się wielbłądem.

 

Sytuacja jest bez wyjścia, bo podróbka mogła zaistnieć w śród legalnych butelek już na etapie produkcji, mogła dołączyć do legalnych butelek w hurtowni, mogła też być podrzucona w sklepie przez nieuczciwą konkurencje. Pozostaje tylko apel do oszustów. Nie podrabiajcie przynajmniej wódki. Bo gdy będziecie w potrzebie może się i wam zdarzyć picie wody zamiast wódeczki.

 

dziennik pesymistyczny

Święto chwały i refleksji

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Piętnasty sierpnia to dla większości Polaków data szczególna i w swej odświętności oczywista. Na dzień ten przypada jedno z najważniejszych świąt kościoła rzymsko – katolickiego w Polsce oraz jest to dzień kolejnej rocznicy bitwy warszawskiej z tysiąc dziewięćset dwudziestego roku. W tradycji narodowej data ta stała się świętem wojska polskiego. Ale na połowę sierpnia przypada też, dwieście czterdziesta rocznica urodzin cesarza francuzów napoleona Bonaparte.

Jak widać ten jeden sierpniowy dzień był bardzo znaczący dla historii Polski i Europy. Mnie jednak przyszło na myśl inne skojarzenie związane z tą tak świętami obleganą datą. Dotyczy ono właśnie cesarza Francuzów oraz wojska polskiego. Nikt nie zaneguje oczywistych związków Bonapartego z polską wojskowością. Możemy się o tym przekonać podczas każdej prawie uroczystej parady wojskowej, oglądając żołnierzy w strojach wojsk polskich z okresu wojen napoleońskich.

Jednak niewielu pamięta, że po bohaterskich czynach u boku cesarza polscy żołnierze zostali przez Bonaparte wysłani w tysiąc osiemset trzecim roku na wyspę Haiti wówczas zwaną Santo Domingo będącą kolonią francuską. Sześciotysięczny legion Dąbrowskiego brał wówczas udział w walkach, których celem było poskromienia buntu Mulatów i Murzynów pod wodzą Toussaint-Lavontoure’a przeciwko restytucji niewolnictwa. Polacy z Legionów Polskich znaleźli się w zupełnie obcym dla siebie środowisku. Ciężkie dla Europejczyków warunki klimatyczne, żółta febra i walki zdziesiątkowały interwentów i zmusiły ich do rychłej kapitulacji. Podobno nie była to nawet wojna, choć faktycznie nią była. W założeniach Bonapartego miała to być szybka interwencja policyjna, mająca na celu zapewnienie spokoju i ładu w tej zamorskiej francuskiej kolonii.

Zostali oni wplątani rozkazem w wojnę, przez dowódców, polityków i cesarza. W wojnę, która ich nie dotyczyła, w której nie mieli ochoty walczyć i ginąć i w której słuszność wątpili. A na dodatek zdawali sobie sprawę, że takiej walki nie można wygrać.  Nie mogli się pogodzić z rolą okupanta dławiącego opór niewolników. Część z nich zaczęła sympatyzować ze sprawą Haitańczyków oraz masowo dezerterować do armii czarnego generała Toussaint-Lavontoure’a.

Co ma to wspólnego ze współczesnością? No może niewiele gdyby nie to dziwne moje przeświadczenie, że podobnie jest teraz z naszą interwencją zbrojną w Afganistanie. Tam też od siedmiu lat giną polscy żołnierze wplątani w wojnę przez polityków. Biorą udział w wojnie nigdy niewypowiedzianej, na obcej ziemi tysiące kilometrów od polskiej granicy. Wykonują rozkazy najlepiej jak potrafią i za to należy im się szacunek. Ale też należy zadać głośno pytanie, po co ponoszą najwyższą ofiarę. Po co od siedmiu lat okupujemy Afganistan biorąc udział w wojnie, której nawet politycy nie mają odwagi nadal nazywać misją stabilizacyjną. Po co ta wojna? Dla prestiżu polskiego państwa na świecie? Dla zobowiązań, które ktoś kiedyś podpisał? Dlatego, że nie ma nikt pomysłu jak to zakończyć? Pomijam już fakt, że na to wszystko nas, jako państwa po prostu ekonomicznie nie stać? Może najwyższy czas to zakończyć z godnością, abyśmy nie musieli kiedyś tej polskiej misji w Afganistanie wspominać tak, jak wspominamy udział Polaków w walkach na Haiti.