dziennik pesymistyczny

Miasto smutnych ludzi

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Moje miasto, a myślę, że cały nasz kraj zaatakowała obca cywilizacja. Tylko tak można wytłumaczyć to, co się dzieje w naszych sklepach, bankach, urzędach, restauracjach – wszędzie tam gdzie mamy kontakt z panią lub panem sprzedającym nam coś, lub nas obsługującym. Tam subiektów, urzędników i kelnerów obu płci opanowała kosmiczna rasa istot bez poczucia humoru, z tragizmem wypisanym na twarzy, istot permanentnie smutnych.

 

Moje miasto na prowincji opanowała inwazja rasy smutasów z obcej planety. Podstępni kosmici przybyli do mojego grodu i widocznie byli w stanie skopiować człowieka, tworząc klony identyczne pod względem wyglądu do ludzi, lecz całkowicie pozbawione uczuć poza jednym – smutkiem. Bo to przecież nie jest możliwe, tak przez osiem godzin pracy stać za sklepową ladą, czy siedzieć za urzędniczym biurkiem z wypisanym na twarzy tragizmem oraz tak, przez cały dzień ani razu, choć raz się nie uśmiechnąć. Ja wiem, że los kelnerki może się wydawać czarny, gdy ma się świadomość pracy za trzy pięćdziesiąt na godzinę, ale jak już to nas spotkało, to może warto przynajmniej na powitanie powiedzieć coś z uśmiechem.  

 

Idziesz człowieku rano do piekarni a tam już czeka na ciebie smutna pani sprzedawczyni. Od progu rzucasz z uśmiechem i nadzieją: Dzień dobry! A w odpowiedzi słyszysz tylko burknięcie i widzisz ten przerażający smutek na twarzy pani za ladą. Fakt, jest siódma trzydzieści rano i nie każdy tryska energią o tej porze, ale dlaczego nie być jak amerykanie czy inni na świecie i przykleić sobie uśmiech do twarzy jak nie szczery, to dla dobra kupujących przynajmniej wymuszony.

 

W urzędach za biurkami siedzą panie i panowie smutni tak, że aż strach się do nich odezwać. W knajpach i restauracjach snują się jak zombie kelnerzy z przygnębieniem i cierpieniem wypisanym na twarzach. Pytasz czy może mi pani kelnerka coś polecić a w odpowiedzi słyszysz: a bo ja tu jadam! Jest to, co w karcie i posyła ci ta pani to swoje smutne spojrzenie. Można oczywiście podzielać tragizm sytuacji ludzi zmuszanych ekonomiczną zależnością do pracy. Sam jestem w podobnej sytuacji, ale jak już stykam się z innymi obciążonymi obowiązkiem pracy, to przynajmniej staram się nie obarczać ich jeszcze tym moim pracowniczym tragizmem. Bo to może być ponad siły.

 

Sam jesteś wnerwiony, że tak na ósmą rano do pracy i jeszcze perspektywa firmowego kieratu przez kilkanaście godzin a tu jeszcze w kiosku z gazetami smutny pan, w sklepie smutna pani każdy na ulicy jeszcze bardziej smutny od poprzednika i jak już do biura docierasz to nic tylko się rozpłakać. Ja, jako wieczny pesymista też w tym swoim codziennym udawaniu się do pracy nie widzę wielu powodów do radości, ale jak już pisałem przynajmniej staram się nie epatować smutkiem.

 

Czasem tak dla dobra ogółu warto się, choć przez chwilę uśmiechnąć się, abyśmy jakoś tak razem my ludzie pracy, bo jesteśmy nimi przecież, przetrwali wspólnie kolejny roboczy dzień. A jeśli to inwazja z kosmosu to chyba jestem jednym z ostatnich ludzi starających się walczyć uśmiechem z otaczającym mnie tragizmem, bo istoty wokół już nie potrafią się uśmiechać i wszystko stracone. Na zawsze już Polska pozostanie krajem smutnych ludzi.

 

 

 

dziennik pesymistyczny

To poranne bicie dzwonów…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Obudziłem się dziś, a właściwie zostałem brutalnie obudzony o świecie biciem dzwonów kościelnych… Ich bummm, bummm, bummm… zwielokrotnione moją wyobraźnią rozsadzało mi głowę. Jakby w połowie jeszcze we śnie, a tylko w połowie na jawie widziałem siebie skulonego pod wielkim dzwonem na kościelnej dzwonnicy, ale jednocześnie świadomością szukałem potwierdzenia gdzie to się znajduję i dlaczego u licha nie w domu, w którym dzwony nie są takie donośne. Chwilę mi zajęło nim zrozumiałem i przypomniałem sobie, że postanowiłem zostać na noc u znajomych, którzy za sąsiadów przez ulicę mają katolicki kościół z dzwonnicą.

 

To wycie syren i ranne bicie dzwonów, to najpiękniejsze odgłosy tego domu…zacytowałem za Bohdanem Smoleniem, gdy siadaliśmy do śniadania i tym samym wywołałem teologiczno- społeczno – obyczajową dyskusję nad sensem kościelnego dzwonienia o szóstej rano. Grono moich przyjaciół szybko podzieliło się na dwa przeciwstawne obozy, przy czym ja starałem się zachować neutralność obracając spór o poranne dzwony w żart. Jednak nic to nie dało, bo dla dyskutantów z obu obozów było już za późno. Pochłonął ich odwieczny spór o poranne koncerty na kościelne dzwony.

 

Ja zgodnie z logiką zawartą w piosence Smolenia, że: Przez osiem godzin wylegiwania się w pierzynach już dość, Więc skąd ta poranna złość?  Starałem się przywołać do dyskusji wiekową tradycję porannego bicia w dzwony. Bo to już przecież papież Sabinian w pierwszych latach VII wieku wprowadził je do kościołów, i tę głośną, poranną funkcję pełnią do dzisiaj – zapewniałem. Jednak moje słowa stały się tylko argumentem dla tych, którzy ukochali te poranne koncerty. Moja przyjaciółka w inkwizycyjnym tonie wygłosiła słowa o dźwięku dzwonów, które zrosły się z naszą polską kulturą i towarzyszą nie tylko nam Polakom, ale i całej chrześcijańskiej Europie od średniowiecza. Mówiła o tym, że dzwonem kościelnym wzywa się lud chrześcijański na nabożeństwa od wschodu aż po zachód słońca. Że to odwieczna tradycja. – Dzwon kościelny odzywa się też na trwogę, gdy trzeba ludzi zwołać do gaszenia pożarów czy ostrzec przed napadem nieprzyjacielskim – dodała. Ale gdy wniosła się na wyżyny mowy obronnej w intencji dzwonów porannych mówiąc, że: służył on też to rozpędzenia chmur gradowych – zrozumieliśmy my, a nawet ona, że trochę przesadziła.

 

I na to mój znajomy, co dziwniejsze nie ten, co to mu te dzwony towarzyszą po sąsiedzku wygłosił pogadankę o tym, jaką to codzienną pobudkę funduje mu kościół o szóstej rano nie zwracając uwagi czy jest to poniedziałek, wtorek, ( …), sobota czy niedziela. Wspomniał też o tym, że nawet wieczorem niedane mu jest wypocząć, bo po dwudziestej pierwszej też ma wymuszoną możliwość wysłuchania koncertu na kościelne dzwony.  Widać, że mój znajomy zbadał dogłębnie problem, bo wiedział na przykład to, że granica dopuszczalnej głośności między innymi dzwonów kościelnych, w czasie dnia, w miastach powyżej stu tysięcy mieszkańców wynosi 55 dB. Na koniec zadał ogółowi pytanie, do kogo ma się zgłosić, aby złożyć skargę na poczynania kościoła tyle, że dyskretnie, bo nie chciałby wyjść na satanistę, ateistę, czy innego odmieńca nieszanującego odwiecznych uświęconych wiekową tradycją praw wiary przodków.

 

Przypomniałem sobie wtedy artykuł, który czytałem jakiś rok temu z włoskiego dziennik La Repubblica o kilkuset tysięcznym odszkodowaniu za zbyt głośne i częste bicie kościelnych dzwonów, które musiała zapłacić parafia z okolic Genui na północy Włoch pewnej nauczycielce. Może sąd to jest wyjście dla mojego przyjaciela, choć raczej nie jest to ciche rozwiązanie jego problemów. Taki sądowy proces w Polsce na pewno skazałby mojego znajomego na ciągłe występy w rządnych sensacji mediach i już po dyskrecji i prywatności. Jednocześnie przypomniałem sobie, że tej włoszce z artykułu walka z jej parafią w sprawie dzwonów zajęła dwadzieścia trzy lata, więc znając nasz polski wymiar sprawiedliwości u nas trwałoby to dosłownie wieczorność.

 

Ale chyba właśnie na cierpliwość trzeba liczyć w sporach z kościołem o rzeczy wydawałoby się nam oczywiste. Pamiętać należy, że w 1965 roku kościół rzymskokatolicki unieważnił potępienie Galileusza i dla katolików do tego czasu ziemia stała płaska. A na samo przekonanie się kościoła do tego, że nasza planeta krąży wokół słońca oraz na rehabilitację Galileusza katolicy potrzebowali trzystu pięćdziesięciu dziewięciu lat. Więc w sprawie porannych dzwonów jeszcze nie wszystko stracone… Trzeba po prostu poczekać.

dziennik pesymistyczny

Brak polityka w telewizyjnym okienku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

Jak nic nie powstrzyma już jesieni, tak nic nie powstrzyma powrotu polityków na ekrany naszych telewizorów. Skończyły się wakacje…to źle, ale najgorsze jest to, że równocześnie z latem skończyła się też przerwa w pracach polskiego parlamentu. Do ław sejmowych powrócili nasi politycy, którzy teraz znów będą mogli wystąpić w ogólnopolskim, transmitowanym na żywo i prezentowanym w licznych powtórkach oraz szeroko opisywanym w prasie show, zwanym potocznie polskim życiem politycznym.

 

Tak przynajmniej naszym ojcom narodu się wydawało i tu niespodziankę zrobił im prezes Telewizji Polskiej Piotr Farfał, który wykreślił z jesiennej ramówki transmisje z obrad sejmowych. Na Wiejskiej zapanowało wielkie oburzenie. Przecież to skandaliczny skandal! Jak można pozbawiać naród możliwości zachwycania się wyczynami oratorskimi naszych polityków? Płacz słychać było w całej politycznej Polsce. Bo to przecież tą decyzją prezes Farfał pozbawił posłów i senatorów możliwości lansu na ekranie. Teraz będą oni musieli przenieść się z występami dla wymagającej telewizyjnej publiczności z sejmowej mównicy na korytarze, na których nie wygląda się już tak pięknie.    

 

Oburzenie było tak wielkie, że nawet planowano powszechny bojkot posiedzeń sejmowych przez posłów. Chcieli oni w ten sposób zaprotestować przeciwko decyzji prezesa TVP. Ta dramatyczna decyzja o bojkocie miała zmusić decydentów z Woronicza do weryfikacji swojego stanowiska. Przecież tak nie wolno postępować z wybrańcami narodu – słychać polityczny wielogłos. Gdzie teraz parlamentarzyści maja się pokazywać swym ukochanym wyborcom, gdzie mają się teraz wdzięczyć do publiczności, gdzie teraz będą przekonywać elektorat o tym, że są niezastąpieni?   

O bojkocie posiedzenia mówili głównie politycy Prawa i Sprawiedliwości oraz Sojuszu Lewicy Demokratycznej. – Po co mamy uczestniczyć w sesji, skoro naszym wyborcom odmawia się prawa do rzetelnej informacji z jego przebiegu – mówił jeden z posłów lewicy dziennikarzowi. Faktycznie jak tu pracować, jeśli nie można swojej ciężkiej pracy dla dobra narodu pokazać w telewizji. Jak tego słucham to sam się zaczynam zastanawiać jak mogli pracować parlamentarzyści w II Rzeczpospolitej tak bez możliwości pokazywania się w telewizji?

 

Biedni ci posłowie i senatorowie, co teraz muszą nie tylko wystawać na korytarzach sejmowych w nadziei, że któryś z dziennikarzy łaskawie ich o coś zapyta i dzięki temu będą mogli się pokazać rodakom w telewizyjnym okienku. Teraz o zgrozo, jeszcze muszą oni podejmować dalekie i niebezpieczne wyprawy do siedzib TVN24, TVP Info czy Polsat News. Panie prezesie Farfał jak tak można! Przecież brak transmisji z obrad sejmowych może drastycznie odbić się na wynikach wyborów, bo w serwisach informacyjnych biedny polityk nie może, strofowany przez dziennikarza, rozwinąć w pełni skrzydeł. Jeszcze ci, co to się potrafią przebić na ekrany dzięki swej medialności to jakoś dadzą sobie radę, ale ci, co to raczej tak nie bardzo w pierwszym szeregu partyjnym, co z nimi? Oni teraz stoją na przegranej pozycji przez ten brak transmisji na żywo z ich miejsca pracy. Bo jak tu pracować, gdy nikt tego nie widzi.

 

Panowie posłowie, pozwólcie na taki mój maleńki apel do was.  Wyborcy jak mi się wydaje dali wam władzę nie po to, żeby was oglądać w telewizji. Naprawdę nie musimy was podziwiać na ekranach telewizorów jak mówicie, że coś zrobicie, lepiej po prostu to zróbcie.  

 

Przypominam wam, że uroczyście ślubowaliście rzetelnie i sumiennie wykonywać obowiązki wobec Narodu, strzec suwerenności i interesów Państwa, czynić wszystko dla pomyślności Ojczyzny i dobra obywateli, przestrzegać Konstytucji i innych praw Rzeczypospolitej Polskiej. I nie ma w tej przysiędze, ani w Konstytucji, nic o tym, że powinniście się stać gwiazdami telewizyjnymi.

 

Ja nie muszę znać z telewizji wszystkich posłów z opozycji i koalicji rządowej. Ja wolałbym wiedzieć, że ten parlament dobrze pracuje, bo wokół mnie, gołym okiem widać zmiany powstałe dzięki ich cichej, mało medialnej, ale za to owocnej pracy. Czy tak nie byłoby lepiej?

 

dziennik pesymistyczny

Szafa prawdy rodem z Misia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

  

 

 

Władze mojego prowincjonalnego miasta już wielokrotnie swymi działaniami i pomysłami udowodniły jak wielka jest ich fascynacja filmem Miś, w reżyserii Stanisława Barei. Dotychczas jednak ten zachwyt rozwiązaniami życia społecznego, pokazanymi we wspomnianej wyżej komedii ujawniał się tak jakby po kryjomu, był taki tylko sugerowany, jakby nieśmiały, ale teraz magistrat postanowił wyjść z podziemia niedomówień i już bez owijania w bawełnę pokazać, na co go stać i kto tu jest prezesem klubu… o przepraszam Prezydentem miasta.

 

Czasem, faktycznie aż oczy bolą patrzeć jak się przemęcza dla naszego miasta, Prezydent Andrzej oraz jego urzędnicy… W centrum miasta przed urzędem miejskim staraniem urzędników stanęła szafa. Jako żywo przypominająca swój pierwowzór z komedii Stanisława Barei. Wielka, drewniana skrzynia ozdobiona naklejkami promującymi miasto, nie jest może aż tak ozdobna jak ta z filmu Miś, ale za to swoją siermiężnością bardziej oddaje klimat czasów filmowego pierwowzoru. Funkcję spełnia też  podobną jak szafa z klubu sportowego Tęcza.

 

Teraz każdy obywatel, jeśli chce przekazać anonimowo jakąś krytyczną uwagę o władzach miasta, o pracy urzędu, złożyć skargę, lub coś pochwalić, a urzędnika magistratu lub Prezydenta miasta akurat nie ma w pobliżu, może w każdej chwili przyjść i nagrać co mu leży na wątrobie. By zarejestrować wypowiedź, nie trzeba wcale wchodzić do szafy. Bo przecież każdy ma prawo zaprezentować swoje poglądy publicznie i nie ma potrzeby chowania się z nimi do jej wnętrza mebla. Mikrofon dla wygody umieszczony zastał na zewnątrz. Po prostu obywatel idący ulicą, który nagle poczuje przypływ troski o swoje prowincjonalne miasto i chce się wypowiedzieć, a  nie chce przeszkadzać w pracy urzędnikom, teraz ma w końcu możliwość niczym nieskrępowanej swobodnej wypowiedzi. Obywatel staje przed skrzynią, naciska zdecydowanie przycisk znajdujący się tuż przy drzwiach szafy i przez trzydzieści sekund może całkiem bez ograniczeń wypowiedzieć to, co myśli o Prezydencie, o władzy czy ogólnie o swoim mieście. Jego wypowiedź będzie rejestrowana, a zebrane w ten sposób opinie zostaną uwzględnione podczas prac nad strategią rozwoju miasta.

 

I nie warto w tych wypowiedziach do szafy, uosabiającej powagę władzy samorządowej, kadzić, kłamać, upiększać czy przeklinać. Choć szczerość to u nas zdecydowanie norma! Należy jedynie pamiętać, że najciekawsze opinie w nagrodę dla ich twórców zostaną zamieszczone na specjalnej stronie internetowej. Jeszcze nie zdecydowano w magistracie czy pod uwagę w konkursie na najciekawszą wypowiedź do szafy będzie decydować jej forma, czyli na przykład piosenka czy melodeklamacja. Jedno jest pewne, urzędnikom w tej akcji chodzi tylko o dobro naszego klubu… o przepraszam miasta.

 

Przed urzędem miejskim ostatnimi czasy, staraniem władz miasta powstał wielki pusty plac. Wieść gminna niesie, że podobno na jego środku ma stanąć ogromny słomiany pomnik Jaśnie Nam Panującego Prezydenta Miasta. Jest to wielce prawdopodobne, znając zamiłowanie urzędników magistratu do wszelkich pomników stawianych w moim mieście na masową już prawie skalę. Będzie to podobno słomiany monument odpowiadający żywotnym potrzebom całego grodu. Pomnik na skalę miejskich możliwości. My, mieszkańcy miasta na prowincji tym pomnikiem otworzymy oczy niedowiarkom. Patrzcie – powiemy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to będzie pomnik społeczny, w oparciu o sześć instytucji, który sobie zgnije, do jesieni na świeżym powietrzu.

 

I po co jest ta szafa przed urzędem, przy której dotychczas jakoś nie widać kolejki nowych Jarząbków. I po co miałby być ten wymyślony tym razem przeze mnie słomiany monument – nikt nie wie po co, więc pewnie magistrat myślał, że nikt o to nie zapyta.

dziennik pesymistyczny

Wielka wojna z zimnolubnymi lokatorami

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

 

Kiedyś bardzo popularna idea pewnego brodatego filozofa, co to dziś nie jest już tak bardzo popularny zawierała się w słowach: „od każdego według jego siły, każdemu według jego potrzeb” – zrealizowała się ona z pewnymi modyfikacjami dopiero w czasach polskiego kapitalizmu.

 

Na obrzeżach mojego prowincjonalnego miasta jest wielkie osiedle mieszkaniowe. Tam w blokach z wielkiej płyty dawne słowa filozofa stały się ciałem a raczej ciepłem.  Lokatorzy spółdzielczych bloków w tym i moja koleżanka właśnie otrzymują rozliczenia opłat za dostarczane do ich mieszkań ciepło i po raz pierwszy wystawiono im te rachunki na podstawie wskazań uzyskanych z nowych elektronicznych podzielników. I co się okazało? Okazało się, że już nie można we własnym domu oszczędzać na cieple, bo jeśli ma się w domu osiemnaście stopni na termometrze to spółdzielcza administracja osiedla doliczy nam do rachunku domiar żeby wszystkich wyrównać do jednego poziomu.

 

Czyli dokładnie tak, że jeśli prezesom osiedla wydaje się, że ktoś ma siły płacić za ciepło powiedzmy czterysta złotych, to czy będzie oszczędzać chcąc obniżyć koszty do trzystu złotych, to mu się i tak dowali domiar, bo przecież w jego siłach i możliwościach leży zdaniem administracji wyższa opłata za ciepło. Czyli od każdego według jego możliwości. Ale jeśli ktoś pragnie afrykańskich upałów, powiedzmy do czterdziestu stopni to spółdzielcze władze też nie widzą przeciwwskazań. Można grzać do woli i za to zapłacić sporo, jeśli ma się takie potrzeby. Wiadomo, każdemu według jego potrzeb. Choć oczywiście z ograniczeniem, że dotyczy to tylko tych zdecydowanie ciepłolubnych lokatorów. Bo do tych z zimnego chowu odnosi się pierwszy człon myśli filozofa.

 

Tłumaczenie zarządu spółdzielni osiedla, na którym mieszka moja koleżanka jest takie, że nie można dopuścić do sytuacji, w której jakiś lokator siedzi we własnym mieszkaniu w puchowej kurtce oraz czapce uszatce lub grzeje się kosztem sąsiadów zza ściany, którzy nie zakręcili kaloryferów. Ja rozumiem, że technika wielkiej płyty nie pozwala na intymność, ale ta zasada przenikania ciepła przez ściany jest nader rewolucyjna.  Drugim argumentem na temat stosowanych praktyk spółdzielni ma być ochrona mieszkań lokatorów przed degradacją ze strony samych mieszkańców. Podobno zdarzały się wypadki hodowli grzybów na ścianach z powodu zimna. Logika jest tu taka, że wszyscy ci, co nie mogą płacić, bo ich nie stać, i ci, co nie płacą, bo nie kochają po prostu afrykańskiego ciepła muszą płacić po równo, bo taka jest przyjęta przez zarząd spółdzielni mieszkaniowej norma. Tylko patrzeć jak po osiedlu zaczną wędrować zimą patrole z administracji sprawdzające, czy wszyscy mają włączone kaloryfery i zamknięte okna.

 

Do niedawna jedynie wyrażałem współczucie i pocieszałem moją koleżankę, którą za jej oszczędność i zamiłowanie do niskich temperatur pokarał administrator spółdzielczego osiedla wysokim domiarem. Ale wczoraj zamontowano u mnie w domu takie same podzielniki ciepła, więc mam obawy, że i u mnie może być problem, bo ja też jestem z tych, co chcą mieć w domu chłodno, choć nie zimno.

 

Czy moja administracja też wpadnie na pomysł podobny do zarządców osiedla mojej koleżanki i uzna, że stać mnie na większe opłaty niż te, które opłacę za ciepło w ramach oszczędności i z wyboru? Na razie nie wiem, bo u mnie zarząd osiedla stosuje inne zasady z podstawową, że o niczym się nikogo nie informuje, a jeśli lokator chce coś wiedzieć, na przykład o nowych zasadach rozliczeń za ciepło to może zapytać lub najlepiej napisać list z pytaniem i spokojnie czekać na odpowiedź. Napisałem i teraz czekam odpowiedzi mając jednocześnie nadzieję, że otrzymam ją przed pierwszym śniegiem. 

 

 

 

dziennik pesymistyczny

Pracownicy na zakupach w samo południe

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 13

Dziś nie wstałem jak zwykle wczesnym rankiem, lecz pozwoliłem sobie na lenistwo do dziewiątej. Zwlekłem się leniwie z łóżka, niespiesznie dokonałem niezbędnych ablucji, zjadłem śniadanie i zamiast udać się, jak co dzień do pracy wyruszyłem na zakupy. Licząc, że w środę w południe to raczej samotnie i niespiesznie uzupełnię w sklepie to wszystko, czego już w domu nie mam.

 

Pamiętając, jakie gromy spadły na moją głowę, gdy kiedyś napisałem, że ogromnie denerwuje mnie sprzątanie sklepów przez ich personel na trzydzieści minut przed zamknięciem. Tym razem zgodnie z sugestiami niektórych moich Czytelników postanowiłem udać się na zakupy rano i poświęcić na nie cały dzień. Aby nie okazać się jednak zbytnim natrętem zdecydowałem się na wizyty w sklepach nie zaraz po ich otwarciu, lecz tak po jedenastej oraz postanowiłem pozostać na zakupach na tyle długo żeby nie przeszkadzać w ich sprzątaniu, czyli opuścić je w godzinę przed ich zamknięciem.

 

Należy zaznaczyć że dziś miałem dzień wolny od pracy. Mój przełożony okazał się ludzkim Panem i zezwolił mi na jeden dzień przerwy z moich codziennych korporacyjnych obowiązkach. Co prawda coś tam wspominał o tym, że jest sezon i że sprzedaż kuleje, i kuleć będzie jeszcze bardziej, gdy mnie ten jeden dzień nie będzie, ale gdy już miałem użyć argumentów ostatecznych o zaległych trzech tygodniach urlopu… nagle miał przypływ zrozumienia i zgodził się żebym miał ten swój jeden dzień wolności.  

 

Specjalnie na zakupy wybrałem dzień w środku tygodnia naiwnie myśląc, że jak zjawię się w centrum handlowym w środę po jedenastej rano to nie spotkam tam zbyt wielu współobywateli mego prowincjonalnego miasta robiących zakupy. I tu przeżyłem wielkie rozczarowanie. Widocznie nie tylko ja miałem dziś dzień wolny, bo w centrum handlowym było dokładnie tyle samo kupujących, co w sobotę czy niedzielę. No dobrze przesadzam, było ich ciut mniej, ale nie na tyle mniej żeby zrealizowała się moja wizja spokojnej przechadzki w pustawym sklepie oraz braku kolejek do kas.

 

A tu proszę, albo wszyscy wpadli na ten sam pomysł dnia wolnego przeznaczonego na zakupy albo, te rządowe opowieści o tym, że jest w Polsce dwudziesto procentowe bezrobocie to jakiś mit. Bo w porównaniu do soboty, wolnej ustawowo, frekwencja w sklepach nie zmniejszyła się w stosunku do pracującej środy do tych dwudziestu procent, co to legalnie nie w pracy choćby pewnie chcieli.

 

Oczywiście już widzę komentarze o tym, że przecież w tych centrach handlowych to jeszcze i emeryci, i renciści taki tłum stanowią pomieszani z tymi, co na bezrobociu. Ale sądząc po wieku to albo to czterdziestoletni emeryci mundurowi, tak tu w moim mieście obrodzili albo opieka medyczna stoi w naszym kraju na bardzo dobrym poziomie. Na o wiele większym niż to się Pani minister od zdrowia wydaje. Bo jeśli to renciści i emeryci to w przytłaczającej większości jacyś tacy żwawi i w sile wieku, czyli w okresie produktywnym. I zdolni do ciężkiej pracy sądząc po pchanych przez siebie wyładowanych po brzegi wózkach z zakupami.

 

Więc jak u licha oni tak w tych sklepach te zakupy jak ja w tym czasie w pracy? Ja rozumiem, że można się wyrwać na chwilę, bo bułeczkę czy coś innego na ząb jak się akurat przejeżdża obok centrum handlowego i szybko z powrotem do pracy, ale jakoś tak nie widziałem żeby ktoś po tym sklepie biegał gnany obowiązkiem najszybszego powrotu do pracy. Raczej wszystko odbywało się w spokojności i dostojeństwie.

 

Tak, wiem jeszcze matki z dziećmi, co to na urlopach wychowawczych oraz młodzież szkolna, co to po lekcjach, ale oni też raczej byli promilem w tłumie zakupowiczów obserwowanych przeze mnie w środę wczesnym popołudniem. A może to jakaś zmianowość powróciła do łask po latach przerwy i teraz te wszystkie urzędy, zakłady pracy i przedsiębiorstwa nic tylko na trzy zmiany. Ale jak tak rozmawiam ze znajomymi to raczej wszyscy od rana to popołudnia w pracy… więc skąd te tłumy w sklepach w godzinach pracy większości?

 

Na końcu tylko wspomnę, że ja o tych pracujących, co to nie pracy a na zakupach, tak z zacięcia obserwacyjnego a nie z czystej jakiejś złośliwości. Po prostu ja też bym tak chciał spokojnym krokiem przechadzać się w południe, w środku tygodnia po galerii handlowej a nie pracować przy biurku. Ale może ja za dużo pracuję, żeby to mieć czy jakby wołałby zapewne mój przełożony, za mało żeby taki stan osiągnąć. Sam już nie wiem. 

 

dziennik pesymistyczny

W trzydziestym dziewiątym miałam 13 lat

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Każdy pamięta czas, który przeminął inaczej, dla każdego ważna jest najbardziej jego własna perspektywa, z której patrzył na otaczający go wówczas świat. Jeśli wspomnienia dotyczą dnia, który okazał się punktem zwrotnym dla dziejów całego narodu to tym bardziej pamiętamy wszystko to, co tego dnia było naszym udziałem. 1 września 1939 roku to niewątpliwie taki właśnie dzień zwrotny w dziejach naszego narodu.

 

Pani Wanda, którą zapytałem o jej własne wspomnienia dotyczące pierwszych chwil wojny niezbyt chętnie wraca pamięcią do tamtych dni. – Przecież nikt nie chce wspominać złych chwil – mówi. I choć niechętnie ludzie starsi wracają pamięcią do tamtych dni to jednak Pani Wanda wierzy, że poprzez swoją opowieść pozostawia ślad w zbiorowej pamięci narodu. Że opowiadając swoje przeżycia, mnie przekazuje tak jakby swoje wspomnienia w depozyt mojej pamięci. Bo można wybaczać – mówi – ale nie wolno zapomnieć.

 

Pani Wanda urodziła się w 1926 roku w Niemczech w portowym mieście Rostock gdzie jej rodzice po zakończeniu pierwszej wojny światowej postanowili ułożyć sobie życie. W 1933 roku, gdy Adolf Hitler został kanclerzem, Rzesza Niemiecka okazała się nie najlepszym miejscem do pracy i życia dla polskiej rodziny. Więc rodzice małej, siedmioletniej Wandy postanowili wrócić do ojczyzny, do której i tak tęsknili. Po powrocie do kraju rodzina zamieszkała w małej miejscowości w okolicach Częstochowy gdzie Pani Wanda nie bardzo potrafiła się zaaklimatyzować, bo chodząc w Rostocku do niemieckiego przedszkola lepiej mówiła po niemiecku niż w ojczystym języku. A dzieci potrafią być najbardziej okrutne dla tych, którzy nie są podobni to nich samych.

 

Mała Wanda jednak z czasem przywykła, a rodzice też ułożyli sobie życie w Polsce. Ojciec Pani Wandy prowadził małą obwoźną księgarnię oraz kiosk z gazetami. Więc w jej domu ciągle czytało się i następnie dyskutowało w gronie rodziny i przyjaciół o spodziewanej wojnie z Niemcami. Ale też do końca wierzono, że Hitler przestraszy się siły naszej dzielnej armii i wojny nie będzie. A jeśli nawet będzie wojna, to nasi żołnierze przy pomocy sojuszniczej Anglii i Francji szybko się z Niemcami rozprawią. Jak można było w to wątpić? Przecież wszystkie gazety zapewniały o naszej potędze.

 

– Mieliśmy radio w domu, więc o wojnie dowiedzieliśmy się prawie natychmiast. My mieliśmy tylko takie małe radio ze słuchawkami. Ale taki duży i porządny odbiornik lampowy miał taki jeden właściciel sklepu, więc od samego rana słuchyć było na całą miejscowość przemówienia Hitlera na przemian z komunikatami polskiego rządu – tak Pani Wanda pamięta pierwszy września 1939 roku.  – Mój ojciec kazał zdejmować mamie ze sznurów suszące się przed domem prześcieradła, bo białe było widać z daleka. Tak się ludzie wtedy bali  niemieckich samolotów, choć teraz wydaje się to śmieszne – dodaje.

 

Po chwili Pani Wanda snuje dalej swoją opowieść: – W trzydziestym dziewiątym miałam 13 lat. Uciekaliśmy przed Niemcami aż pod Kielce na rowerach. Choć sami nie wiedzieliśmy gdzie i do kogo uciekamy. Najważniejsze było, że uciekamy przed frontem. Wszyscy przed wojną jeździliśmy rowerami. Cała rodzina. Na wycieczki, do lasu, nad jezioro. Więc ojciec powiedział, że na rowerach będzie uciekać najporęczniej.  Wszyscy sąsiedzi uciekali… to i my uciekaliśmy. Tak bardzo się wszyscy wtedy bali… Ale też wierzono, że jak przejdzie front to zaraz się do domu wróci.  Szosa, którą jechaliśmy zawalona była taborami z wojskiem, z rannymi ludźmi. Pełno tam było samochodów oraz wozów konnych załadowanymch dobytkiem. Wszędzie ludzie, konie, krowy, psy i kozy uwiązane do wozów. Na furmankach, małe dzieci i starzy schorowani ludzie jechali obok warchlaków i kurczaków. Nad szosą, co pewien czas ukazywał się samolot. Więc kto nie zdołał uskoczyć do lasu ginął na szosie, gdzie martwy lub ranny tarasował drogę innym.

 

– Pod Kielcami wpadliśmy prosto na niemiecki patrol żandarmerii wojskowej. Po przeszukaniu żołnierze Wermachtu znaleźni u mojego ojca brzytwę. Wtedy wszyscy golili się brzytwą. Jednak Niemcy uznali ją za broń. Obydwoje rodzice doskonale mówili po niemiecku, więc starali się oficerowi wytłumaczyć, że ta brzytwa to nie żadna tam broń. Ja wtedy cały czas bardzo płakałam niespokojna o los mojego ojca. Gdy niemiecki żołnierz to zauważył powiedział do mnie po niemiecku: nie płacz, my tylko sprawdzimy, kim jest twój ojciec. I go puścimy do domu. Żandarmi pocieszali mnie mówiąc, że to takie rutynowe działanie z tym zatrzymaniem mojego ojca, żebym nie płakała i się nie bała. Że na pewno wszystko się wyjaśni. Że ojciec na pewno niedługo wróci do domu.  No i go zabrali na ciężarówkę i pojechali. A ja na do widzenie dostałam jeszcze od niemieckich żołnierzy talerz zupy i kromkę chleba – wspomina Pani Wanda.

 

– Moja mama nie bardzo wiedziała, co ma w tej sytuacji robić, więc zostawiła jeden rower, ten ojca, na szosie i same wróciłyśmy z powrotem do domu. Przez nikogo tym razem nie niepokojone. W mojej miejscowości Niemcy już byli. Stali na rynku, mieli motory, ciężarówki. Wszyscy niemieccy żołnierze byli bardzo radośni i zadowoleni. Coś tam do mnie wołali, ale mama nie pozwoliła mi z nimi rozmawiać. A ja za bardzo się ich bałam. I tak zaczęło się pięć lat okupacji. Niedługo byłam w domu, w 1940 roku skończyłam czternaście lat i musiałem wyjechać do Niemiec do pracy. Wróciłam w czterdziestym piątym. A co z moim ojcem? Faktycznie puścili go, ale nie zaraz, lecz za trzy dni. Wrócił do domu na piechotę z tych Kielc – kończy swoją opowieść o pierwszych dniach wojny Pani Wanda.

 

dziennik pesymistyczny

Lotnisko z ciążącym nad nim fatum?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 29

  

 

– Jakby ktoś napisał taki scenariusz, to nikt by w niego nie uwierzył, to przecież niemożliwe żeby w tym samym miejscu, na tej samej imprezie doszło dwa razy pod rząd do tragedii z udziałem samolotów – usłyszałem wczoraj od jednego z widzów pokazów lotniczych Air Show w Radomiu.

 

A jednak tak się stało. Drugiego dnia pokazów o trzynastej siedemnaście, po dwu minutowym locie samolot należący do białoruskich sił powietrznych runął na ziemię grzebiąc w swoich szczątkach dwóch pilotów. W niespełna dwie minuty od startu samolot SU – 27 tak, jakby na chwilę zawisł w powietrzu, aby następnie runąć z niewielkiej wysokości. Po chwili widzom pokazu ukazał się dym unoszący się zza lasu otaczającego od południa lotnisko na Sadkowie pod Radomiem. Publiczność jakby od razu zrozumiała, że jest świadkiem kolejne tragedii, która dopadła radomskie pokazy lotnicze. Wśród początkowej ciszy jednak coraz wyraźniej zaczęły rodzić się pytania wyrażane coraz głośniej: jak to możliwe? Dwa razy z rzędu, nie wierzę? Przecież byłoby to jakieś fatum. Każdy nadal miał jednak nadzieję, że może tym razem los będzie dla pilotów łaskawy. Może się katapultowali? Może przeżyli wypadek? Przez bardzo długą chwilę milczenie prowadzących imprezę było bardziej wymowne niż jakiekolwiek ich słowa. Wreszcie Tadeusz Sznuk odczytał komunikat o śmierci dwóch białoruskich pilotów. Dla wielu fatum wiszące nad imprezą właśnie się wypełniło.

 

W takich chwilach myśli krążą wokół kruchości ludzkiego życia. Ale też mam wrażenie, że nie byłem odosobniony w myślach na tym, że nad radomskiem lotniskiem, nad pokazami lotniczymi w tym mieście zawisło, jak w sobotę czarne chmury nad lotniskiem – fatum. Wokół mnie wszyscy mówili o tragedii, ale też o nieuchronności, o nieodwracalności losu. Jak to możliwe, że dwa razy z rzędu w czasie pokazów lotniczych dochodzi to wypadku, w którym giną piloci? To przecież kolejna katastrofa lotnicza w historii radomskich Air Show. Przed dwoma laty, 1 września, podczas pierwszego dnia pokazów nad Sadkowem zderzyły się dwa samoloty z Grupy Akrobacyjnej „Żelazny”. Przeznaczenie to czy przypadek?

 

Czy to naprawdę jakaś nieodwołalna wola bogów, na którą my maluczcy nie mamy wpływu? Ja jestem pesymistą, ale zadziwiła mnie ta zgodność ludzi opuszczających wczorajsze pokazy w pesymistycznej wizji nieuchronności losów pokazów lotniczych w Radomiu. – To już ostatnie takie pokazy w tym mieście. – Nikt już nie pozwoli na pokazy w tym naznaczonym dwukrotną tragedią lotnisku – słyszałem wśród tłumu. Czy naprawdę jakieś fatum zaciążyło nad radomskiem Air Show? Czy to słowo – fatum powtarzane wczoraj przez tysiące ust nieuchronnie wpycha tą najważniejszą dla tego miasta imprezę w ramy nieodwracalności jej losu?  

 

Tak wiem, że zaraz oberwę w komentarzach za pseudo – filozoficzne dywagacje. Ale może warto zadać sobie teraz pytanie czy mimo wszystko, mimo tragedii nie trzeba spróbować przezwyciężyć tego fatum? Chociażby dla uczczenia tych, co polegli śmiercią lotnika.

 

dziennik pesymistyczny

Niech cały naród złoży się na nowy samolot dla Rządu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 7

Na ekranie widzimy jak grupka VIP-ów wysiada z rządowego samolotu. Na ich twarzach maluje się wielki smutek. Niejeden z polityków ukradkiem ociera łzę. Gdy tak idą przygnębieni przez płytę lotniska z samolotu z głośnym łoskotem odpada skrzydło. Politycy już wiedzą, że nic nie będzie z kolejnej podróży lotniczej. Samolot z rządowej floty znów miał awarię.

 

Następnie na ekranie pojawia się aktor przebrany za pilota trzydziestego szóstego Specjalnego Pułku Lotnictwa Transportowego, odsługującego rządowe samoloty. Spokojnym, przyjemnym głosem mówi do nas: Prezydent oraz Premier na razie nie przesiądą się do nowych samolotów. Tu aktor spuszcza smętnie głowę mówiąc: Naszego rządu, drodzy rodacy, nie stać z powodów oszczędnościowych na wyleasingowanie dwóch brazylijskich samolotów Embraer 175. Prezydent, Premier, Rząd Rzeczpospolitej wszyscy oni będą zmuszeni nadal narażać życie i latać wysłużonymi samolotami Tu-154 oraz Jak-40. To poważny problemem. Nagle aktor ożywia się i jego oblicze rozpromienia nadzieja i optymizm, mówi: Ale jest jedno proste wyjście z tej sytuacji! Teraz nawet Ty obywatelu możesz pomóc Prezydentowi i Premierowi! Jak to zrobić? Nic prostszego! Wysyłając sms o treści „Samolot” pod nr 92 942 możesz pomóc w wymianie rządowej floty powietrznej. Koszt sms-a to 3,66 zł (z VAT)!

 

Tak mogłoby wyglądać reklama społeczna zachęcająca obywateli Rzeczpospolitej do zakupu dla Prezydenta oraz rządu RP nowych samolotów, które miałyby zastąpić wysłużone rosyjskie maszyny. O wymianie samolotów dla VIP-ów mówi się u nas od kilkunastu lat. I co… i nic. Starodawne, wyeksploatowane Tu-154 oraz Jak-40 bardziej nadają się do muzeum techniki niż do podniebnych podróży. Jeśli nasi politycy nie nauczą się latać samodzielnie, jeśli nie wyrosną im skrzydła to pozostaje tylko zwrócić się do narodu o pomoc.

 

Takie liczenie na naród ma u nas długą tradycję. U nas najczęściej nie wystarczają na społecznie ważne cele podatki, które stanowią już w Polsce połowę pensji każdego pracującego Polaka. Jak tylko coś się stanie, lub po prostu na coś brak funduszy to jest u nas taka świecka tradycja, że zaraz wyciąga się rękę do narodu z prośbą o pomoc. Więc czemu nie na taki zbożny cel jak nowe maszyny dla rządu. Jęsli rząd nie ma pieniędzy pozostaje zbiórka narodowa. Jeśki nic nie zrobimy z tymi rządowymi latającymi trumnami to tylko patrzeć jakiegoś nieszczęścia. Po co kusić los.

 

Tradycja narodowej ściepy na zaszczytny cel sięga w Polsce tak daleko, że jej początki giną w mrokach dziejów. Warto chociażby wspomnieć powstały tuż przed wojną Fundusz Obrony Narodowej FON utworzony w celu uzyskania dodatkowych środków na dozbrojenie armii. Więc Polacy! Apeluję do Was! Kupmy rządowi RP ten nowy samolot, albo przynajmniej udzielmy politykom finansowego wsparcia w ich zakupie. Przecież gotowi nam się w tym Jakach i Tutkach pozabijać. A gdzie my potem sieroty znajdziemy tak światłych przywódców. Liderów tak oszczędnych, że nawet oszczędzają na własnym bezpieczeństwie i prestiżu Polski.

 

Zróbmy zrzutkę na samolot dla Premiera i Prezydenta. Musimy spróbować teraz, bo to chyba jedyne wyjście, które pozwoli Prezydentowi Kaczyńskiemu podróżować po świecie bez narażania się na kłopoty z usterkami technicznymi wysłużonej floty powietrznej. Jeśli powodem braku możliwości zakupu nowych samolotów rządowych Embraer 175 są zbyt wysokie koszty to taka zbiórka wśród rodaków może być naprawdę jedynym wyjściem.

 

dziennik pesymistyczny

Lux – Torpeda, czyli kolejowych wspomnień czar

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

Wczoraj dowiedziałem się w pracy, że na początek września szykuje się dla mnie podróż służbowa do Warszawy. W wyprawach służbowych do stolicy moja firma zaleca skorzystanie z usług Polskich Kolei Państwowych. Bo to podobno taniej i wygodniej, bo po dotarciu na Dworzec Centralny mam bliżej na planowane spotkanie i tak dalej. Szefowie wskazują też na wyższość PKP nad samochodem, bo podróżując mim zapewne utknąłbym w korkach i się zestresował, a tak mogę jeszcze w pociągu w spokoju popracować dla dobra firmy. No przynajmniej teoretycznie, bo podróże koleją z mojego prowincjonalnego miasta do stolicy nie są wcale tak łatwe i tak przyjemnie jak się moim przełożonym wydaje. A co najważniejsze są powolne oraz nużąco, przygnębiająco wolne.

 

Na ponad stu kilometrowym odcinku torów między moją prowincją a Warszawą, po jednym torze sunie sobie niespiesznie mój pociąg pospieszny tylko z nazwy. Po tym torowisku, jak zapewniają władze PKP da się jechać najwyżej od pięćdziesięciu do osiemdziesięciu kilometrów na godzinę. Faktycznie tu mają moi szefowie rację, podczas tak wolnej podróży mam czas na pracę. Przecież jadę sobie powolutku przez ponad dwie godziny pojazdem, który tylko dla ironii chyba nazywa się pospiesznym.

 

Wlokąc się tak ostatnio pociągiem do stolicy zabrałem ze sobą książkę o rozwoju techniki w II Rzeczypospolitej Polskiej. I tam z rozrzewnieniem przeczytałem po raz kolejny o prawdziwej legendzie polskiego kolejnictwa a mianowicie o pojeździe szynowym znanym Lux – Torpeda. Była to konstrukcja austriackiej firmy Austro – Daimler z 1933 roku, której jeden egzemplarz zakupiły ówczesne Polskie Koleje Państwowe. W 1936 roku fabryka Fablok w Chrzanowie na licencji Austro – Daimlera wyprodukowała jeszcze pięć zdecydowanie ulepszonych pojazdów szynowych napędzany silnikami spalinowymi.

 

Na fotografii zamieszczonej w książce widać, błyszczącą, zaokrągloną konstrukcję, która w niczym nie przypominała ciężkich, ociekających oliwą parowozów, jakie królowały wówczas na polskich torach.  Lux -Torpeda był to czteroosiowy, motorowy, 60 osobowy wagon pasażerski pierwszej klasy. Jej prędkość wynosiła sto piętnaście kilometrów na godzinę. W 1936 roku Lux – Torpeda przejechała trasę liczącą sto czterdzieści siedem kilometrów na linii z Krakowa do Zakopanego w czasie dwie godziny osiemnaście minut!  Jeśli tak rzeczywiście było, to według wszelkiego prawdopodobieństwa  byłby to nie pobity do dziś rekord średniej prędkości na tej trasie. Przecież ja sto kilometrów pokonuję moim „ekspresem” w ponad dwie godziny oczywiście planowo, bo nie pamiętam jeszcze żeby PKP przyjechała punktualnie. Zawsze musi mięć choćby minutę spóźnienia. 

 

Wczoraj przeczytałem w prasie, że PKP rozważa zamontowanie systemu urządzeń, które pomogą maszynistom sterować pociągami. Dzięki temu za dwa lata z Katowic i Krakowa do Warszawy pomkniemy z prędkością przekraczającą sto sześćdziesiąt kilometrów na godzinę. A tak czasy rekordów Lux Torpedy mają po ponad siedemdziesięciu latach znów powrócić.
– Dołączymy do światowej czołówki – zapewnia Krzysztof Łańcucki, rzecznik PKP PLK. Tak, to niewątpliwy sukces, tak po siedemdziesięciu latach powrócić do normalności. Jak z taką prędkością pojadę pociągiem do Warszawy to rzecznikowi uwierzę w tę światową czołówkę.

 

Mój przyjaciel miłośnik kolejnictwa ma nadzieje, że pozostałością po kolejowej Lux -Torpedzie, jest stojący na zapleczu Muzeum Kolejnictwa w Warszawie kompletnie zdezelowany wagon motorowy. Ale nawet on ma wątpliwości, bo słyszał, że może to być włoski wagon serii SD 80, zakupiony przez PKP już po II wojnie światowej. I jest on tylko podobny do Lux – Torpedy. Szkoda. Można by go wyremontować i znów bić obecnie te przedwojenne rekordy szybkości.

 

A może jeszcze raz zakupić licencje od Austro – Daimlera, bo przed II wojną światową, w ubiegłym wieku na mojej trasie kolejowej podróży, stu kilometrowy odcinek Prowincja – Warszawa Lux– Torpeda pokonywała, że średnią prędkością osiemdziesięciu pięciu kilometrów na godzinę to jest to znacznie więcej od obecnie deklarowanej przez PKP prędkości na tej samej trasie nie mówiąc już o tej realnej. Więc pozostaje mi jedynie życzyć Polskim Kolejom Państwowym powrotu do tradycji i korzeni oraz takich samych osiągnięć jak ponad siedemdziesiąt lat temu.