dziennik pesymistyczny

Cały ten porządek jest dla zysku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 20

Czym się różni kapitalizm od socjalizmu? Różni się tym, że w kapitalizmie panuje wyzysk człowieka przez człowieka a w socjalizmie odwrotnie. Ta prawda zawarta w starej anegdocie obowiązuje do dziś. Tylko, że aktualnie systemy społeczne nam się zamieniły miejscami, i tylko zasada wyzysku człowieka przez pracodawcę pozostała nadal aktualna.

 

Wykorzystywanie pracowników jest we współczesnej Polsce dość powszechne, ale zastanawiamy się nad nim dopiero wtedy, gdy dochodzi do tragedii. U nas jest tak, że na papierze wszystko wygląda wspaniale, a z praktyką jest jak zawsze, czyli źle. Mamy teoretycznie najlepsze prawo pracy, a jednocześnie sprawozdania Państwowej Inspekcji Pracy pokazują z jak wielką skalą naruszeń praw pracowniczych mamy do czynienia.

 

Telewizja TVN24 ujawniła nagranie, mające świadczyć o tym, że fałszowano wskaźniki metanu w kopalni Wujek-Śląsk. I to w wyniku tych praktyk doszło do tragedii. Przy okazji tych doniesień usłyszałem w telewizji wypowiedź górnika, który mówił, że jeśli nawet pracownicy kopalni zdają sobie sprawę z występującego zagrożenia wybuchem metanu to, choć ryzykują życiem nie przerywają pracy. Bo mają dzienną normę wydobycia. I tak naprawdę pracodawcę nie interesuje ile czasu zabierze im wykonanie narzuconej normy. A jak przestaną pracować, powiedzmy na trzy godziny, by w tym czasie dokonano przewietrzenia zagrożonych wybuchem chodników, to oni i tak tą narzuconą normę muszą wykonać po godzinach. Czy to nie jest wyzysk, gdy ktoś ryzykuje życiem dla utrzymania pracy? Widać tu, że jak śpiewał Dezerter: wszystko dla zysku, wszystko dla zysku, cały ten porządek jest dla zysku. Tylko, kto tu tak naprawdę zyskuje?

 

Nagminne jest u nas zmniejszanie zatrudnienia, które jednak nie pociąga za sobą zmian w ilości pracy do wykonania. Z łatwością można znaleźć przykłady gdzie zmusza się pracownika do wykonywania pracy, która kiedyś była rozłożona na dwa lub na trzy etaty. Nagminne jest łamania praw pracowników do godzin nadliczbowych. Masowo w Polsce łamie się prawo pracy zmuszając ludzi do pracy kilka godzin dłużej niż na to pozwalają przepisy. I zawsze i wszędzie jak tylko robotnik podniesie głowę z pytaniem: jak można tak łamać prawo, słyszy jedną odpowiedź: jak się nie podoba to wynocha! Na twoje miejsce jest stu innych, którzy nie będą zadawać takich pytań.

 

To ciągłe widmo utraty pracy zmusza nas pracowników do ulegania wyzyskowi. Bo jeśli tracisz pracę natychmiast trafiasz za nawias społeczeństwa. Powie ktoś, przecież jest roczny czas z zasiłkiem dla bezrobotnych, który pozwala na znalezienie kolejnej, lepszej pracy. Ale co w takim razie ma powiedzieć mój znajomy, który właśnie stracił pracę po dziesiątej kolejnej odnawianej cyklicznie umowie o pracę. Czyli pracował dziesięć miesięcy, a żeby otrzymywać zasiłek trzeba przepracować miesięcy dwanaście.

 

Przesuwanie terminu wypłaty, opóźnienia w płatności premii, zmiany zasad przyznawania premii w czasie trwanie tych przepisów, to też jedne z najczęstszych dziś nieprawidłowości w stosunkach pracownik pracodawca. Inny mój znajomy naraził się pracodawcy, gdy poinformował go, że zgodnie z przepisami pracownik, który pracuje od 9:00 do 17:00 czyli osiem godzin, i na drugi dzień przyjdzie do pracy na 7:00 rano, a nie na 9:00, to wówczas przysługują mu dwie godziny nadliczbowe. Mój znajomy usłyszał, że jak się mu nie podobają zasady, jakie panują w tej firmie to zawsze może przecież zrezygnować z pracy. No i już po stosowaniu przepisów. Można się jeszcze poskarżyć w PIP, ale jak tylko pracodawca dowie się, kto raczył na niego donieść to już możemy się pakować.

 

I tak chodzimy do pracy, w której dajemy się wykorzystywać, bo jak kajdany wiszą nam u rąk nasze rachunki, które musimy opłacić. I co możemy zrobić? Nic, bo jak się nam przecież nie podoba to na nasze miejsce jest setka innych, którzy już zaznali wolności na bezrobociu.

 

dziennik pesymistyczny

Amerykańskie okręty podwodne na Hradczanach

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Proszę pana, proszę pana, zaszła u nas wielka zmiana – tak zaczyna się wierszyk Jana Brzechwy zatytułowany Kłamczucha. U nas też od wczoraj zaszła wielka zmiana. Okazało się, że Amerykanie wycofali się z podpisanych z nami wcześniej umów na budowę elementów tarczy antyrakietowej. Fe, nieładnie! Któż tak kłamie? – należałoby powiedzieć cytując poetę.

 

Ponad rok temu sekretarz stanu USA Condoleezza Rice i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski po długich negocjacjach podpisali umowę w sprawie instalacji antyrakietowych w Polsce. A od wczoraj wszyscy wiemy, co warta była taka umowa. Prezydent Barack Obama w swej łaskawości zadzwonił nawet do naszego premiera żeby poinformować go o zmianie swojej decyzji, czyli mówiąc inaczej o niedotrzymaniu amerykańskich zobowiązań. Za telefonowanie wziął się prezydent USA oczywiści zgodnie z tradycyjną dla tego narodu logiką, w swój dzień, jakoś tak nie zauważając, że w Polsce będzie wtedy środek nocy. Oczywiście, jak większość Amerykanów miał też za nic to, że wybiera na to telefoniczne oznajmienie niedotrzymania obietnicy nie najlepszy dzień. Bo siedemnasty września to symboliczna data dla Polaków.

 

Prezydent Barack Obama w swoim wczorajszym przemówieniu podkreślił, że nadal chce utrzymać silne więzi między Polska a USA. Faktycznie są one silne. Podpisaliśmy nawet dla podkreślenia tych silnych relacji umowy między naszymi państwami. O tym ile jest warte amerykańskie słowo w sprawie tarczy antyrakietowej pisałem już powyżej. Drugim przykładem niech będzie umowa offsetowa na dostawę samolotów F-16 przez Lockheed Martin, którą rząd polski podpisał w kwietniu 2003 roku. Jak wykazała niedawna kontrola Najwyższej Izby Kontroli do tej pory zrealizowano 83 procent wartości amerykańskich zobowiązań i nie ma żadnych gwarancji maksymalizacji efektów offsetu z punktu widzenia potrzeb modernizacyjnych polskiej gospodarki. Czyli zapłaciliśmy ponad sześć miliardów dolarów za samoloty F-16, w których według słów dowódcy Sił Powietrznych, generała broni pilota Andrzeja Błasika z 2008 roku – odnotowano w sumie 1117 awarii, usterek i niesprawności. I wszystkie z winy producenta. 

 

Teraz słychać o nowym pomyśle Amerykanów, mającym zastąpić pustkę po wycofaniu się administracji USA z budowy tarczy. Sekretarz Obrony Robert Gates mówi teraz o systemie Standard Missile 3. Jest to jeden z systemów antyrakietowych, w które wyposażone są amerykańskie okręty. Jakoś mogę sobie z trudem wyobrazić, że amerykańskie okręty stacjonować będą na Bałtyku. Jednak moja wyobraźnia przegrywa z wizją stacjonujących okrętów podwodnych czy nawodnych na terenie Czech. Chyba, że Amerykanie zaparkują swoje okręty na rzece Wełtawie przepływającej przez czeską stolicę. Wiem, że Pentagon pracuje też od jakiegoś czasu nad lądową wersją systemu SM -3. Ale takie zapewnienia, że to wszystko trafi do Polski czy Czech w świetle „dotrzymywania” przez Amerykanów umów wygląda tak, że szybciej zobaczę amerykański okręt podwodny zakotwiczony naprzeciwko Hradczan niż amerykańskie instalacje wojskowe u nas.

 

Można nabierać cały świat przez jakiś czas i kilka osób cały czas, ale nie można nabierać wszystkich ciągle – powiedział Abraham Lincoln. I chyba najwyższy czas zrozumieć prawdziwość tych słów. Nie jesteśmy dla Stanów Zjednoczonych żadnym partnerem, żadnym sojusznikiem. Bo sojuszników i przyjaciół się tak nie traktuje.

dziennik pesymistyczny

Niewidzialna ręka to także… prywatna firma

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

W moim prowincjonalnym mieście odrodziła się ponownie idea niewidzialnej ręki. Od razu wyjaśniam, że chodzi mi tu o program telewizyjny emitowany w Telewizji Polskiej w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, a nie o niewidzialną rękę rynku, jako metaforę użytą przez ekonomistę Adama Smitha.

 

W moim mieście stoi sobie pomnik, który ma upamiętniać dawne słuszne protesty robotnicze. Jest to wielki, grubo ciosany kamień z czarna tablicą. Obelisk jest jak najbardziej słuszny, odbywają się pod nim liczne uroczystości ku czci, w odpowiednie ku temu rocznice. Pomnik został postawiony lata temu jeszcze w ciemnych czasach komunizmu, więc trochę przez ten czas stał się przyszarzały, a w niektórych miejscach poczerniały.

 

Ostatnio kręciło się przy nim kilku robotników w maskach ochronnych, którzy oczyszczali za pomocą sprężonego powietrza pomnik z brudu osiadłego na nim przez te wszystkie lata. To ich zamaskowanie wydawało mi się normalne aż do momentu, w którym przeczytałem w jednej z lokalnych gazet, że magistrat nic nie wiedział o poczynaniach robotników. Wtedy zrozumiałem, że nie tylko chodziło tu o ochronę pracowników przed szkodliwym pyłem powstałym przy pracy, ale maski te stanowiły zapewne zasłonę dla chroniących swoją tożsamość dobroczyńców, którzy tak w czynie społecznym i w tajemnicy przed władzą chcieli czynić dobro.

 

Formuła programu telewizyjnego zatytułowanego Niewidzialna Ręka zakładała wyrobienie w ówczesnych młodych ludziach zachowań prospołecznych, kierując ich energię na pomaganie potrzebującym. I jak widać ziarno tam rzucone teraz dopiero zaczęło kiełkować. Prywatna firma z własnej inicjatywy, nie mówiąc nic nikomu rozpoczęła prace remontowe przy pomniku stojącym przy jednym z głównych skrzyżowań w moim mieście. Prace były tak tajne i tak poufne, że nawet w biurze prasowym urzędu miejskiego mojego prowincjonalnego miasta nic nie wiedziano o renowacji pomnika.

 

Jak donosi lokalny dziennik robotnicy pracujący przy obelisku nie byli zbyt rozmowni. Nie chcieli zdradzić dziennikarzowi na czyje zlecenie wykonują swoją pracę. Ich twarze skrywały maski, co najwyraźniej było nawiązaniem do dawnego programu telewizyjnego. Tam też twarz prowadzącego audycję telewizyjną skrywał cień. A wszystko odbywało się w specyficznej atmosferze niesamowitości.

 

I wszystko odbyłoby się w całkowitej tajemnicy gdyby nie wścibscy dziennikarze. Tajemnicza firma w odruchu czystego altruizmu oczyściłaby pomnik. Władze miasta nic by się o tym nie dowiedziały. No, bo niby skąd miałyby wiedzieć, co się dzieje przy głównej ulicy zarządzanego przez nich miasta, jeśli nikt z dziennikarzy by do nich nie zadzwonił.

 

Trzeba pochwalić prywatną firmę za inicjatywę renowacji pomnika czynu robotniczego. Rzadkie są teraz przypadki takich nieliczących na zysk zachowań firm i osób prywatnych. Trzeba też pochwalić dziennikarzy lokalnej prasy za obywatelską czujność. Tylko jakoś tak nie mogę pochwalić urzędników magistratu, którzy mimo kamery monitoringu miejskiego zawieszonej dokładnie naprzeciwko pomnika nic nie wiedzieli o, skądinąd słusznej inicjatywie prywatnej firmy.

 

dziennik pesymistyczny

Przemoc jest w nas, w naszych ciałach i umysłach…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

 

Pewien Pan Ryszard znany, jako raper Peją, podczas koncertu zbluzgał ze sceny własnego widza, który pokazywał mu środkowy palec. Potem słownie aprobował to, co pod sceną zrobili z gościem jego koncertu inni fani rapera. A my możemy to całe zdarzenie od rana oglądać w telewizji i tam też wysłuchać głosów świętego oburzenia na zachowanie Pana Ryszarda. Już nawet pewna pani zdążyła napisać list do redakcji całodobowej stacji informacyjnej, w którym przekonuje widzów, że: Poznań przeprasza za Peje.

 

A co miał niby zrobić Pan Ryszard? Czego się po nim spodziewały piętnujące go dziś media? Miał na palczasty międzynarodowy znak dezaprobaty zareagować listem otwartym do publiczności opublikowanym w największych dziennikach? Miał zawiadomić organy ścigania o tej zniewadze, a następnie wytoczyć pokazującemu palec widzowi proces cywilny o zniesławienie? Przecież to śmieszne. Zachował się dokładnie tak, jak się tego po nim spodziewano. Po co więc teraz ta rozpacz, lament i dezaprobata?

 

Czy naprawdę wszyscy ci, którzy dziś krytykują Pana Rysia nie wiedzieli, że takie zachowanie – gangsterskie, ostre – to znaczna część tak zwanej kultury, rap czy jak kto woli, hip- hopu? No może nie całej, ale na pewno znacznej części. Nie trzeba prowadzić nad tym zjawiskiem muzycznym i kulturowym głębokich badań. Wystarczy nastawić telewizor na obojętnie którą stacje muzyczną, aby już po chwili zobaczyć na ekranie gibających się kolesi śpiewających o przemocy, gwałtach, bogactwie i panienkach.

 

Nie wiem, jaka odmianę rapu wyznaje pan Ryszard, bo pewnie w chwili, gdy to piszę na świecie powstają właśnie kolejne odłamy tej muzycznej kultury. Jednak przecież od lat wiadomo wszystkim i wszędzie, że istnieje model rapu gloryfikujący przemoc, brutalność i niebezpieczny tryb życia. Czy komuś to przeszkadzało? Raczej nie. Bo były z tego pieniądze. Dla muzyków, dla wytwórni płytowych, dla organizatorów koncertów, dla mediów. Co raz można nawet w telewizyjnych programach porannych zobaczyć facetów zachowujących się i mówiących o sobie, że są raperami, czyli w ich mniemaniu twardzielami i nawet bandziorami. Taka moda i taki styl. Taka forma słownej wypowiedzi i taka forma zarobkowania. W tekstach deklamowanych przez raperów pełno jest przemocy i nawoływania do rozwiązań ostatecznych. I gdy słowo nagle stało się ciałem… podniósł się krzyk, że jak tak można, że to nawoływanie ze sceny do linczu. Zapewne jakby słowa Pana Ryszarda nie zostały wprowadzone w czyn przez skorych do bitki fanów, to nikt by o tym nie usłyszał, bo żadna telewizja by się tym nie przejęła. Dopóki tylko śpiewał, to było wszystko dobrze.

 

Teraz mały cytat z twórczości Pana Ryszarda, czyli Peji: „Przemoc k….a przemoc to gówno jest w nas w naszych ciałach i umysłach, uaktywnia się, co czas”. Pan Ryszard śpiewa też innym razem o tym, że: „Przemoc fizyczna to nie jest rozwiązanie”. Ale jak widać, co pewien czas to „gówno” przemocy mu się „uaktywnia”.

 

Jeśli słowa Pana Ryszarda nam nie przeszkadzały dotychczas, bo do tej pory nikt nich nie przekuwał w czyn, to przynajmniej nie oskarżajmy go teraz o to, że ktoś go w końcu posłuchał. Nie czas teraz na rozdzieranie szat i święte głosy oburzenia, bo to hipokryzja.

 

 

dziennik pesymistyczny

Państwo, jako konieczność życiowa?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się drogi Czytelniku, czym jest państwo? Nie takie w formie narodowej wspólnoty wyrażonej w godle i fladze, we wspólnym języku, kulturze i pamięci historycznej, ale raczej w takiej rozumianej, jako wszechogarniająca i regulująca Twoje życie we wszelkich aspektach instytucja totalna. Czy zastanawiałeś się nad tym, czy państwo istnieje dla nas, a może raczej my dla niego?

 

Państwo często rozumie się, jako twór, bez którego współczesny człowiek nie może już istnieć, bowiem jest to dla niego przymus i konieczność życiowa. Tak przynajmniej nakazuje Ci wierzyć następująca po sobie władza polityczna potocznie nazywana rządem. W danym okresie dziejowym jedna z klas społecznych w państwie okazuje się silniejsza   i przez to zdolna do przejęcia władzy i utrzymania jej przez pewien czas. I tak oto państwo ma kolejny rząd a my rządzących nami. I tak to się już rozwinęło przez wieki, że państwo stało się instytucją samą w sobie, działająca na swoją korzyść, a nie na korzyści własnych obywateli. A co ciekawsze instytucja państwa stwarza przymus, który zmusza cię do trwania w nim.

 

To właśnie Ty utrzymujesz instytucje państwa pracując tylko i wyłącznie na nie przez pół roku a dopiero potem drugie pół, już tylko dla siebie. Mniej więcej do połowy czerwca obywatel państwa polskiego płaci daninę w formie podatków na funkcjonowanie państwa z własnej pensji w całości. Ale w zamian powinien teoretycznie dostać to, za co płaci, bo taka jest podstawowa funkcja państwa. W gospodarce państwo jest jak przedsiębiorca koordynujący procesy gospodarcze tak, żeby żyło nam się lepiej. Albo przynajmniej przyzwoicie. A u nas przez całe moje życie mamy totalny kryzys, a jedyny rozwój widać tylko w zakresie rozszerzania się instytucji państwowych i powiązanych z nimi ściśle klas posiadających. Bo jeśli chodzi o państwo, jako przedsiębiorcę, to odniosło ono w tym roku absolutny sukces. Przyszłoroczny deficyt budżetowy wyniesie aż 52,2 miliarda złotych! Brawo!

 

Jeśli zaś chodzi o funkcje socjalne i oświatowe to wyraźnie widać jak państwo jest skuteczne na przykładzie reklamy telewizyjnej gdzie mała dziewczynka o imieniu Małgosia prosi o wsparcie współobywateli. Bo jako mały obywatel państwa chodzi do szkoły głodna. I tylko dzięki hojności dobrych ludzi wspierających szkoły może tam zjeść swój jedyny talerz zupy. Bo w domu to nie zawsze. I tak to sami dzielimy się z Małgosią posiłkiem, bo na pomoc opłacanego przez nas państwa nie ma, co liczyć.

Ale już prawdziwym hitem w relacjach państwo obywatel jest funkcja socjalna państwa. Polega ona teoretycznie na przejęciu przez wyspecjalizowane instytucje państwowe opieki nad tymi, którzy z racji swego wieku lub choroby takiej opieki wymagają. Płacili oni zresztą na tę opiekę swymi podatkami przez całe życie i to przymusowo. A teraz zostaje im jedynie samodzielne opłacenie sobie kosztów leczenia za pieniądze uzyskane z kredytów. Dotyczy to także usług, które powinny być bezpłatne. A więc nie tylko zabiegów upiększających.

 

Trwa u nas nieprzerwana reforma służby zdrowia od dziesięcioleci. I jedyne, co dostaliśmy do tej pory od państwa, oprócz obietnic poprawy sytuacji, to oferty kredytów bankowych z przeznaczeniem na cele leczenia lub zabiegów. Teraz każdy ubezpieczony przymusowo w państwowej instytucji obywatel, prywatnie może na raty rozłożyć swoje koszty operacji chirurgicznej, okulistycznej czy ginekologicznej. Na kredyt może sobie pozwolić nawet osoba z minimalnymi dochodami 200 złotych. I mam wrażenie, że reforma w lecznictwie państwowym idzie w tym kierunku, że nie chcąc czekać latami na darmowy zabieg będziemy zmuszeni sami za niego płacić. Teoretycznie jednak mamy nadal konstytucyjne gwarancje równego dostępu do opieki zdrowotnej, finansowanej przez państwo dla wszystkich obywateli.

 

Więc, jeśli państwo nie sprawdziło się, jako rządca naszych pieniędzy i przedsiębiorca, nie zapewnia nam opieki socjalnej i zdrowotnej to, po co utrzymywać darmozjada? Odpowiedź jest prosta. Państwo, jako instytucja totalna jest formalnoprawnym przymusem i koniecznością życiową. Więc wyjścia nie ma?

 

 

dziennik pesymistyczny

Park by night

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

 

Jeszcze do tej pory można spotkać gdzieniegdzie, bardzo kiedyś popularne karty pocztowe, na których widać, to znaczy nie widać było nic. A dokładniej pocztówka była najczęściej czarną kartą z podpisem: pozdrowienia z nocnego… i tu padała odpowiednia nazwa miejscowości. Były też wersje angielskojęzyczne dla tych zagranicznych turystów, których interesował nocny wygląd naszych miast w pewnym zaciemnieniu.

 

Doświadczenia z fotografii pocztówkowej prezentującej nocne widoki miast w pełnym zaciemnieniu postanowił wykorzystać Urząd Miejski mojego prowincjonalnego grodu. Na ustawionej kilka tygodni temu tablicy informacyjnej znalazła się fotografia, na której widać to… że nic nie widać. Jednak dzięki tablicy informacyjnej ustawionej przy głównej ulicy każdy obywatel mógł przeczytać, co tam nowego nasi rajcy miejscy przygotowali dla roślinności w parku. Każdy przechodzień mógł się zapoznać z tym, co było tam napisane, na tej reklamie. Ale jeśli chodzi o zdjęcia tam umieszczone to zastosowano starą i sprawdzoną metodę z pocztówek, o których pisałem wyżej. Czyli magistrat w tej tablicowo – ogłoszeniowej formie komunikacji ze społeczeństwem bardziej postawił na słowo pisane niż na obraz, czyli wizualizacje zamierzeń architektów.

 

Na ustawionej w centrum miasta tablicy informującej o rewitalizacji parku urzędnicy miejscy umieścili zdjęcia między innymi parkowej altany, pomnika pewnego kompozytora oraz głównej alejki parkowej w dzień oraz w nocy. I właśnie nocna wizualizacja alejki jest tam po prostu czarną plamą. Jeśli naprawdę tak będzie wyglądać w przyszłości główna aleja miejskiego ogrodu, to mam pewne obawy, że nikt tam się nie pojawi od zmierzchu aż do świtu.

 

Jest w moim prowincjonalnym mieście jeden z nowopowstałych ogrodów miejskich gdzie latarnie stanowią jedyna ozdobę na pustawej przestrzeni. Bo drzewa i krzewy z różnych przyczyn nie wyrosły tam od lat. Więc może rajcy zdecydowali, że dla odmiany park w centrum będzie pozbawiony nocnego oświetlenia tak dla równowagi. Z tym nowatorskim pomysłem władz każdy może się już teraz zapoznać z zamieszczonej na tablicy informacyjnej fotografii przedstawiającej ciemność panująca w parku by night.

 

c 

dziennik pesymistyczny

Gotowość do solidarnego działania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Gdy dwadzieścia lat temu powstawał rząd Tadeusza Mazowieckiego Polska Zjednoczona Partia Robotnicza liczyła formalnie prawie dwa miliony członków. Jej władza w kraju była totalna. W każdej instytucji państwowej i w każdym przedsiębiorstwie istniała jej podstawowa organizacja, skupiająca w swoich rękach jak nie prawdziwą władzę, to przynajmniej sprawująca kontrolę nad nią. A jednak 24 sierpnia 1989 roku Tadeusz Mazowiecki powołany został przez sejm na stanowisko premiera, a następnie 12 września powołał rząd. Czy możliwe było zaistnienie takiego rządu bez przyzwolenia władz PZPR?  Zdecydowanie nie.

 

Dlatego trochę dziwi mnie postawa niektórych posłów z Prawa i Sprawiedliwości, choć nie tylko ich, którzy podczas wczorajszej debaty sejmowej w sprawie uchwały mającej na celu upamiętnienie powołania pierwszego po II wojnie światowej niekomunistycznego gabinetu w Europie Środkowo-Wschodniej, jakby zapomnieli, że w tamtejszej sytuacji politycznej, zgoda na powołanie rządu Mazowieckiego była zdecydowanie uzależniona od zgody władz PZPR.

 

Do tanga trzeba dwojga, tak i w tamtejszej sytuacji ważne było, że po stronie Solidarności i po stronie PZPR znaleźli się ludzie gotowi do rozmów i do kompromisów. Ludzie zdolni to współpracy ze sobą, a nie obrażania się na siebie i do ciągłej wojny. Bo jeśli wtedy do władzy doszliby ludzie bardziej w typie braci Kaczyńskich, co jest, zważywszy na ówczesne realia polityczną fikcją, to już w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku mielibyśmy poza nawiasem społeczeństwa ponad dwa miliony Polaków. Jakiś radykalista w typie ministra Ziobry już by się postarał o szybkie sądy wywalające w pracy wszystkich choćby podejrzanych o współpracę z PZPR.

 

Wielu powie, dobrze tak komuchom, ale należy pamiętać, że te dwa miliony ludzi to jeszcze drugie tyle Polaków z nimi związanych. Ich rodziny, dzieci, znajomi, przyjaciele. Czy taki podział Polski na dwa wrogie i rządne odwetu obozy nie doprowadziłby to jakieś eskalacji agresji? Ja już wolę rozmowy i kompromis. Bo jak mówi pewien klasyk z telewizji: warto rozmawiać!

 

– Prawda o tym rządzie jest także taka, że pojawiły się trzy miliony bezrobotnych. Prawda jest też taka, że pojawiły się patologie w zakresie gospodarki i wielu dziedzin życia społecznego (…)  które trawiły i trawią Rzeczpospolitą – mówił podczas debaty sejmowej poseł Zbigniew Girzyński z PiS. Tak, to prawda. Prawda jest jednak i taka, że gdyby nie porozumienie z osiemdziesiątego dziewiątego roku dotyczące wejścia do rządu Tadeusza Mazowieckiego przedstawicieli z PZPR i z partii jej satelickich, to poseł Girzyński raczej nie miałby teraz możliwości wygłaszania swoich mądrości z mównicy sejmowej. I to jest podstawowa prawda historyczna.

 

Gabinet Mazowieckiego tworzyło jedenastu ministrów wywodzących się z Solidarności, po czterech z ZSL i PZPR, trzech z SD i jeden niezależny. Był nim szef MSZ Krzysztof Skubiszewski. Każda z głównych sił politycznych tego okresu miała ponadto swojego wicepremiera. – Nikt i nic nie zmusi mnie do poparcia uchwały wyrażającej wdzięczność Czesławowi Kiszczakowi – mówił wczoraj w sejmie Ludwik Dorn. Możliwe, ale może warto pamiętać, że bez zgody Kiszczaka nie byłoby możliwe powołanie takiego rządu.

 

Jak już się sejm bierze za ustalanie prawdy historycznej w trybie głosowania do może warto przypomnieć sobie słowa wypowiedziane przez premiera Tadeusza Mazowieckiego podczas jego sejmowego expose: Przychodzę, jako człowiek Solidarności, wierny sierpniowemu dziedzictwu. Pojmuję je przede wszystkim, jako wielkie zbiorowe wołanie społeczeństwa o podmiotowość, prawo decydowania o losach kraju, oraz jako gotowość do solidarnego działania, aby te cele osiągnąć. I chyba najważniejsze jest to solidarne, czyli wspólne działanie dla dobra Polski.

dziennik pesymistyczny

Leo Beenhakker alias Nikodem Dyzma?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 16

Może i nasi reprezentacyjni piłkarze od kilku lat nie odnieśli znaczących sukcesów, ale za to jedna z polskich powieści okresu międzywojennego wywarła ogromny wpływ na los przynajmniej jednej osoby liczącej się w piłkarskim świecie. Z moich obserwacji wynika, że ukochaną pozycją książkową naszego byłego już trenera reprezentacji Leo Beenhakkera jest Kariera Nikodema Dyzmy, autorstwa Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Bo jak inaczej wytłumaczyć te niesamowite podobieństwa w przypadku obu karier? Tej trenerskiej w przypadku  Leo i tej politycznej, choć fikcyjnej w przypadku Nikodema Dyzmy.

 

Już początki Leo Beenhakkera w polskim świecie piłki były zaskakująco zbieżne z książkowym pierwowzorem. Leo jak Dyzma wdarł się na salony i wywrócił do góry nogami wszystko w polskim światku piłkarskim. Nie był on naszym polskim trenerem, lecz przybyszem z Holandii, który w nieznanym większości języku zaczął pouczać nas wszystkich w dziedzinie, na której każdy polak się zna się przecież najlepiej już od dzieciństwa.

 

Wcześniej, gdy Beenhakker miał już ponad sześćdziesiąt lat wielu uważało, że powinien odejść na zasłużoną emeryturę. Jednak Leo ciągle powtarzał, że futbol już go, co prawda męczy, ale jest jak narkotyk i po kilku miesiącach bezczynności znów go do siebie przyciąga. Holender przejął, więc reprezentację Trynidadu i Tobago, która pod jego przewodem awansowała do Mistrzostw Świata w Niemczech. Wtedy to zapewne nasi działacze pomyśleli, że jeśli drużyna z najmniejszego państwa świata, jakie dotychczas grało na MŚ zaliczyła tak udany debiut, na mundialu to, co dopiero będzie czekać polską reprezentację pod przewodnictwem Leo.

 

Beenhakker jak Dyzma na raucie u premiera, radził sobie doskonale z reprezentacją Trynidadu i Tobago, nie wchodząc nikomu w drogę, aż do czasu, gdy nasi polscy działacze piłkarscy nie wpadli na pomysł zapoznania się z trenerem. Dyzmie wytrącono na przyjęciu z ręki talerz z sałatką, a Leo zaproponowano kontrakt na prowadzenie polskiej reprezentacji. To były momenty zwrotne dla nich obu. Od tego czasu Leo, jak Nikodem robił zawrotna karierę w Polsce. Nie tylko w sporcie, ale też w reklamie.

 

Leo Beenhakker rozumiał już zapewne wtedy, że kontrakt na kierowanie Polską reprezentacją to nie to samo, co związanie się z Trynidad Tobago. Tam były pieniądze, owszem, ale prawdziwa kasa to jest jednak w Europie. I nie zawiódł się. Dopiero w Polsce zaczął dobrze zarabiać. Czterdzieści tysięcy euro inkasował miesięcznie na początku pracy dla Polaków. Teraz jest to już siedemdziesiąt tysięcy plus dodatki. Więc nic dziwnego, że mimo licznych i postępujących po sobie porażek Holender cały swój spryt włożył jak sie może wydawać  w to, aby jak najdłużej utrzymać się na stanowisku trenera. Robił zapewne wszystko by Polski Związek Piłki Nożnej utwierdzić w mylnym przekonaniu o swej nieomylności, oraz o posiadaniu wizji, by jak najdłużej pobierać tę pensję.

 

Utrzymanie i mieszkanie będzie darmowe. Wydatki, zatem ograniczą się, do zaledwie, kilkudziesięciu, niech tam nawet kilku tysięcy złotych miesięcznie. Zatem ile to oszczędności na starość!. Ba! Żeby, chociaż ze trzy lata wytrwać. A może cztery… – myślał zapewne Leo Beenhakker. Później można by na procenty chociażby pożyczać i żyć jak jaśnie pan, nic nie robiąc lub robiąc jak dotychczas w Polsce – niezbyt wiele. Czy naprawdę taki był zamysł Holendra? Nikt tego nie wie, ale sadząć po jego poczynaniach mogło tak własnie być.

 

Tylko trzeba było kołować PZPN oraz wszystkich kibiców piłki nożnej w Polsce jak najdłużej i mieć się na baczności, żeby się nie wsypać. Dyzma miał plan uratowania polskich rolników. Leo Beenhakker też miał podobno plan, jak uratować polską reprezentacje od pasma klęsk. Wiele mówił, obiecywał, pouczał, snuł rozważania, krytykował – licząc, że w ciągu czterech lat musi w końcu przyjść dobra koniunktura no bodaj raz, i że Polacy muszą zacząć wygrywać. Zapewne liczył na cud… a cudu nie było. Ale szkoda.

 

Z całej tej historii doprawdy zadziwiające byłoby to niesamowite podobieństwo karier Beenhakkera i Dyzmy gdyby ten pierwszy naprawdę nie znał swego książkowego pierwowzoru. Więc jest tu jednak jakieś zwycięstwo, nie piłkarskie, ale zawsze.

 

dziennik pesymistyczny

Premier bez korony, czyli niedotrzymane obietnice

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Kiedyś na jednym ze szkoleń biznesowych dotyczących zasad panujących w sprzedaży jeden z prelegentów powiedział, że lepiej jest powiedzieć: nie wiem – niż obiecać coś, a następnie nie dotrzymać danego słowa.  Mówił, że takie zasady powinny obowiązywać nie tylko w biznesie, ale w całym życiu społecznym. Dodał też, że jak zaczniemy w swoich obiecankach mijać się z prawdą, to już nikt nigdy nie potraktuje naszych słów poważnie, a w takiej sytuacji nie mamy czego szukać w sprzedaży. Ten mój prelegent wypowiadał te słowa dawno temu na początku naszej wielkiej pokomunistycznej transformacji, więc nie mógł przewidzieć, że jego słowa o prawdomówności nie będą w żaden sposób dotyczyły polityków, a już premiera Rzeczpospolitej w szczególności.

 

Naprawdę trzeba uważać na obietnice. Ja wiem, każdy ma prawo do błędów, ale zdecydowanie lepiej byłoby czegoś nie obiecywać, niż obiecać coś publicznie, a następnie się z tego wycofać mówiąc, że się do tych złamanych obietnic przyznajemy z odwagą. A tak właśnie postąpił premier Donald Tusk, gdy zdecydował, że nie odwoła ministra skarbu Aleksandra Grada.

 

Dwudziestego czwartego lipca Premier RP podczas konferencji prasowej zapowiedział, że jeśli do końca sierpnia nie uda się dokończyć z sukcesem sprzedaży stoczni w Gdyni i Szczecinie to minister Grad definitywnie pożegna się ze swoim stanowiskiem. I taka sytuacja trwała w zapewnieniach rządowych aż do końcówki sierpnia. Potem nastąpiło zmiękczanie stanowiska premiera w sprawie odwołania ministra. Donald Tusk zaczął wyjaśniać opinii publicznej, że potrzebuje jeszcze kilku dni na szczegółowe wyjaśnienie sprawy. Zaznaczył też, że każde rozwiązanie jest możliwe.

 

Podczas konferencji prasowej ósmego września wszystko stało się jasne. Minister Aleksander Grad wcale nie pożegnał się ze swym stanowiskiem, mimo porażki ze sprzedażą stoczni. – Korona mi z głowy nie spadnie, jeśli przyznam, że wycofuję się z wcześniejszej zapowiedzi. Powiedziałem, że minister Grad straci stanowisko, jeśli do końca sierpnia nie znajdzie inwestora dla Stoczni Szczecińskiej. Po długim zastanowieniu zmieniam zdanie – oznajmił Premier, a wszyscy mogli to sobie zobaczyć w telewizji.

 

I co? Niby wszystko jest w porządku. Premier jest szaleńczo odważnym politykiem, bo przyznał się do nie dotrzymania danej obietnicy, lub jak kto woli do zbytniego optymizmu w sprawach stoczni, jak to określa w swych wypowiedziach sam zainteresowany Minister Grad.  Ja jednak czuję pewien niesmak. Bo czy nie lepiej Panie Premierze byłoby po prostu nic nie mówić lub przynajmniej nie obiecywać tak kategorycznie, gdy nie miał Pan pewności, że słowa dotrzyma? A tak, jaką ja mam pewności, że każde Pana kolejne słowo, każda obietnica będzie prawdą, że będzie zrealizowana? Szczerze mówiąc, żadnej takiej pewności nie mam. Tym bardziej, że nie jest to pierwsza Pana wpadka Panie Premierze, jeśli chodzi o niedotrzymywanie obietnic.

 

Słyszałem ja i cała opinia publiczna też mogła usłyszeć, jak Premier zapewniał, że wyborcze okręgi jednomandatowe to najlepsze rozwiązanie dla Polski, słyszałem o cudzie gospodarczym, o potrzebie kastracji chemicznej pedofilii, ostatnio o ratowaniu stoczni a następnie słyszałem, że premier przemyślał swoje obietnice i już nie są one aktualne. Według zapewnień rządu Aleksandr Grad pozostał na stanowisku by przeprowadzić bardzo ambitny plan prywatyzacji oraz zakończyć ważne negocjacje w sprawie PZU i Eureko, w których Polska porażka może kosztować państwo kilkadziesiąt miliardów złotych.

 

W świetle wypowiedzi i poczynań Premiera nie można mieć żadnej pewności, co do prawdziwości tych zapewnień, oraz co to przebiegu tych działań ministra. Przecież to pozostawienie Aleksandra Grada na stanowisku też może się okazać za kilka miesięcy zbytnim optymizmem Premiera. Następnie zwoła się konferencję prasową gdzie Donald Tusk wygłosi kolejne oświadczenie o tym, że korona mu z głowy nie spadnie, jeśli przyzna, że wycofuje się z wcześniejszej zapowiedzi i po prostu zmienił zdanie. Nie żeby obiecywał ponad miarę i możliwości. O nie! On tylko zmienił zdanie.

 

dziennik pesymistyczny

Pocztowa beznadzieja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Poczta Polska powinna nad wejściem do swych placówek umieszczać słowa Dantego z Boskiej Komedii – Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie. Bo naprawdę nie ma nadziei dla tych, którzy muszą korzystać z usług polskiego dominanta na rynku pocztowym.

 

Właśnie dostałem wczoraj list, który wysłał do mnie kolega pięć miesięcy temu. Przeważnie takie przesyłki podróżowały do mnie tydzień lub dwa, choć Poczcie zdarzały się też rekordy takie jak trzydniowy termin doręczenia, ale ta feralna przesyłka pobiła normę dwutygodniową i gdy już porzuciłem wszelką nadzieje nagle zjawiła się u mnie w skrzynce na listy. Pomyślałby, kto że jeśli już Poczta Polska nie jest szybka to przynajmniej dokładna, bo jednak mimo kilku miesięcznego spóźnienia list jednak dotarł. Ale nie wiem jak w tym wypadku traktować przesyłkę, którą wysłał mój znajomy do mnie trzy lata i dwa miesiące temu i która dotychczas do mnie nie dotarła. Czekać z nadzieja czy ją porzucić? 

 

Ciekawym doświadczeniem jest dostanie listu z rachunkiem, w którym jest termin płatności mijający na przykład tydzień wcześniej licząc od daty doręczenia przesyłki. Już kilkukrotnie zwracałem uwagę rożnym instytucjom, że mimo pracy nad sobą nie posiadam nadal umiejętności przenoszenia się w czasie i nie dam rady zapłacić na czas rachunku, gdy Poczta Polska dostarczy mi go z tygodniowym opóźnieniem od daty ostatecznego terminu płatności zapisanym w wyliczeniu.

 

Ale według mnie najciekawsza w Polsce jest głęboka wiara instytucji państwowych w tym sądów, w skuteczność i terminowość Poczty Polskiej. Bo jeśli na przykład mamy dostać wezwanie do sądu na rozprawę to jest one wysyłane listem poleconym na nasz adres. A gdy nas nie ma w domu, bo powiedzmy jesteśmy na delegacji lub na urlopie to awizo z poczty oczekuje na nas odpowiedni czas i jeśli nie podjęliśmy przesyłki w terminie jest ona zwracana sądowi.  I tak zgodnie z polskim prawem instytucja państwa przyjmuje, zatem, iż dla skuteczności doręczenia wezwania sądowego istotne jest tylko czy obywatel miał możliwość zapoznać się z wezwaniem, a nie to czy faktycznie się z nim zapoznał.  I jak to znacznie ułatwia pracę instytucjom państwa. Nie trzeba jak ci dziwaczni amerykanie, którzy muszą doręczać osobiście wezwań do sądu. U nas wystarczy je wysłać… i już.  Jeśli nawet nie będzie awizo w naszej skrzynce, bo w niewyjaśnionych okolicznościach zaginie, jeśli nawet list do nas nie dotrze, bo zaginie na poczcie to i tak jak wysłano to mamy się domyślić i w sądzie się stawić.

 

To samo dotyczy mandatów wystawianych przez na przykład Straż Miejską za przekroczenie prędkości. Mandat jest do delikwenta wysyłany pocztą i nawet jak przyjdzie do nas w końcu dzięki uprzejmości poczty, to termin płatności mandatu wynosi siedem dni. Więc sprawa wygląda w skrócie tak: strażnik wystawia mandat, następnie wysyła go pocztą, potem my jesteśmy akurat w domu i od razu płacimy za ten mandat i to wszystko w tydzień! Oj głęboka jest wiara polskich organów władzy w szybkość i skuteczność Poczty Polskiej. A jeszcze jedna uwaga, niech wam nie przyjdzie do głowy płacić mandatów na Poczcie, ma ona, bowiem zgodnie z tym, co usłyszałem w okienku pocztowym, aż dwa tygodnie na przesłanie naszych pieniędzy na wskazane przez nas konto. Więc tym bardziej nie ma nadziei na terminowość.