dziennik pesymistyczny

Nie przystosowanie do zarabiania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Chodzisz do pracy, której nie lubisz, żeby kupować rzeczy, których nie potrzebujesz. Czy Ty też, jak ja, nie możesz pozbyć się z pamięci tego filmowego zdania, które jest we mnie zawsze? Ta zależność: praca – kupowanie – praca jest we mnie i powraca jak mantra. Nie mogę przestać myśleć, że tak właśnie wygląda moje życie. Jestem w zamkniętym kręgu zarabiania i wydawania pieniędzy. Czy jak nagle zapragnę przestać być niewolnikiem i opuszczę zaklęte rewiry konsumpcji i zarabiania to bardzo szybko trafię poza nawias społeczeństwa? Stanę się bytem nijakim? Zapomnianym kloszardem, co to pod mostem z butelką taniego wina. Bo alkohol tylko da mi zapomnienie od tego świata, który na własne życzenie opuściłem by się uwolnić.  Bo wybór jest prosty. Albo zarabiam albo mnie nie ma. Bez pieniędzy jesteś nikim. A wmawiają mi o dzieciństwa: musisz zarabiać żeby żyć. Musisz być kimś. Jestem w wielkim, ogromnym obozie pracy gdzie, codziennie miły ochroniarz kieruje mnie grzecznie, lecz stanowczo do odpowiedniej pracy. Jest miły, bo zdecydowałem się do pracy podążyć, jak co rano. Jeśli jednak zdecydujesz się na zmiany codziennego cyklu?

 

Jeśli wolisz być niż mieć to ochroniarz już nie będzie taki miły. Pozbawi Cię wszystkiego. Bo przecież wszystko, co masz wymaga pieniędzy. Masz dom? Kupiłeś go za pieniądze. Jeśli nie stać Cię było na zakup za gotówkę, bo nie wywodzisz się z rodziny nadzorców to pewnie masz dom na kredyt. Tym samym przykułeś się do swojego miejsca pracy kolejnym łańcuchem zależności. Masz samochód? Czyżby na kredyt? Kolejny łańcuch. Teraz musisz jeszcze na benzynę zarobić. Chcesz jeść to musisz coś kupić, aby zapakować jedzeniem lodówkę kupioną na raty. Żeby lodówka działała musisz zapłacić za prąd. A jeśli zapragniesz poczytać książkę a nie iść do pracy? To szybko zostaniesz z tą książką na ławce w parku. Bo przecież bez codziennego kieratu zarabiania, bez przymusu pracy nie będzie już domu, jedzenia, ubrania.

 

Urodziłeś się w wiezieniu. Tam już od małego nadzorcy przygotowywali Cię do roli niewolnika. Jeśli byłeś dość sprytny sam mogłeś zostać nadzorcą. To jedyne Twoje poczucie niezależności i wolności.  Jeśli miałeś odpowiednie talenty sam mogłeś stać się ważny na tyle, że inni nadzorcy pozwolą ci budować jeszcze wyższe mury więzienia. Jesteś trybem maszyny, co to na ósmą do pracy i tam przykuty do biurka do szesnastej. Potem chwila wytchnienia w domu i znów do pracy. Bo ty musisz pracować, po prostu takie jest twoje przeznaczenie. Bo jak nie pracujesz to właściwie Cię nie ma. Nie masz gdzie mieszkać, nie masz co jeść, nie masz prądu, wody, ogrzewania, ubrania, twoich ulubionych książek, kontaktu ze światem, bo nie ma Internetu. A jeśli porzuciłeś pracę lub ona porzuciła Ciebie i jeszcze coś masz to tylko z łaski nadzorców lub tych, co widzą, że jesteś niedostosowany do takiego życia i dzielą się Tobą tym, co już im niepotrzebne.

 

Jesteś wolny, choć za razem nie wolny. Masz wolną wolę zawierającą się jedynie w wyborze jeść lub nie jeść? Bo jeśli wnerwi Cię praca za tysiąc złotych. Jeśli wolisz spacer, książkę, niż stanie przy maszynie pod czujnym okiem nadzorcy. Zawsze możesz się uwolnić radykalnie po prostu nie jeść i nie kupować i nie opłacać rachunków. Ale czy wolność musi oznaczać śmierć społeczna czy fizyczną? Zawsze znajdzie się z tysiąc moralizatorów, którzy powiedzą: nie musisz pracować za tysiąc złotych. Znajdź pracę za osiem tysięcy. Zarób tyle, żeby potem samemu zostać nadzorcą. Zarób tyle żeby nic nie robić. Pewnie jest to wyjście, ale przypomina mi to wybór między kajdanami z żelaza a kajdanami ze złota. Wiem, bo każde dziecko to wie, takie jest życie. Ale czy nie warto przynajmniej spytać, po co takie życie? Jeśli nie można tego zmienić to, po co żyć w ten sposób? Praca uczyniła mnie wolnym? Zapłaciłem, kupiłem i uiściłem, więc mogę zacząć od nowa zarabiać żeby zapłacić, kupić i uiścić. 

 

Jesteś niewolnikiem przykutym do biurka czy maszyny. Jesteś jej częścią składową w wielkiej maszynerii społecznych i państwowych zależności. Bez ciebie nie istniałoby to wszystko. Więc choć możesz teoretycznie powiedzieć: mam dość! Nie idę jutro do pracy. Nie chcę być zniewolony przez przymus zarabiania, to właściwie nie możesz tak postąpić. Jeśli oczywiście nie jesteś samobójcą. Po co narzekam? A co mi pozostało. Nic już nie masz swojego do końca tylko wszystko na raty. Tylko to moje narzekanie na rzeczywistość jest tak naprawdę moje i nie należy w czterdziestu procentach do banku. Zmiany są możliwe, ale czy mnie na to stać? Czy jestem na tyle silny żeby być sam przeciw wszystkim i wszystkiemu? Szukam tego nadal w sobie i to, co pisze jest tego wyrazem. Ja homo sapiens zarabiający, który nadal wybieram mniejsze zło.

 

dziennik pesymistyczny

Kłamstwo, czyli prawda tendencyjna

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Kłamstwa wielokrotnie powtarzane stają się prawdą – jak to trafnie ujął niemiecki mistrz propagandy Paul Joseph Goebbels. Od czasów, w których to zdanie zostało przez niego wypowiedziane minęło wiele czasu. Ich autor już dawno rozłożył się w proch, a jego tysiącletnia rzesza, której był rzecznikiem zamieniła się w pył. A jednak te jego słowa o kłamstwie przeistoczonym w prawdę ciągle są żywe. Zapewne nikt ze współczesnych powtarzaczy kłamstwa, które ma się stać prawdą nie przyznałby się do fascynacji małym brunatnym potworkiem z dawnej wielkiej rzeszy. Pewnie też niewielu z propagandzistów swej własnej prawdy nigdy nie słyszało tego przytoczonego na początku tego tekstu zdania. Ale za to z pewnością ich wypowiedzi przesiąknięte są do cna tym kłamliwym powtarzaniem dla uzyskania swej własnej wizji prawdy.

 

Cała Polska mogła zobaczyć w telewizji TVN jak pewna zakonnica bije po twarzy i szarpie za włosy niepełnosprawną dziewczynkę. Był to ewidentny utrwalony na filmie przykład przemocy wobec dziecka. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zaprzeczałby temu, co widać było na nagraniu. Jednak znalazł się jeden, co to nawet jak zobaczy, to nie uwierzy, że możliwa jest przemoc z ręki zakonnicy wobec niepełnosprawnego dziecka. Dziennikarze pokazali materiał, który sfilmował przypadkowy turysta, staroście augustowskiemu. Tego urzędnika jednak nie przekonało to, co zobaczyły jego własne oczy. – Może ktoś się za siostrę przebrał? – rzekł w wielkim swym przekonaniu o niemożliwości dokonywania czynów niegodnych i niemoralnych, przez ludzi w habitach.

 

Miał zapewne nadzieje, że jak będzie się trzymał swej wersji prawdy i ją wielokrotnie powtarzał to ona stanie się prawdą obowiązującą.  Faktycznie, potem starosta zmienił zdanie i krewką zakonnicę zwolnił z posady w domu opieki. Ale mam jakieś takie wrażenie, że on naprawdę nadal wierzy, że to zakonnica w przebraniu mu taki medialny wstyd na całą Polskę zapewniła. Czyli przekonał do swej prawdy przynajmniej siebie samego. Sprawą znęcania się nad dziećmi z domu opieki, prowadzonego przez siostry franciszkanki zajęła się augustowska prokuratura. Mam jednak przekonanie graniczące z pewnością, że siostry zakonne nadal na rozprawach sądowych, jeśli do takich oczywiście dojdzie, będą twierdzić, że zakonnica widoczna na filmie po prostu się broniła. Przecież w prawie wszystkich komentarzach do nagrań, urzędnicy nadzorujący dom opieki, oraz siostry ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi mówiły, że w całej sytuacji nie widzą nic złego. Że to, co widać na filmie to przykład samoobrony w wykonaniu siostrzyczki zakonnej.

 

– To było w jakiejś obronie koniecznej. Ja tutaj nie widzę wyraźnie, żeby ona targała ją za włosy. Ona trzyma ją za głowę – twierdziły siostrzyczki, gdy dziennikarze TVN poprosili o komentarz do nagrań. Naprawdę trzeba mieć głęboką wiarę w dobro zakonnicy żeby na nagraniu zobaczyć, że niepełnosprawna dziewczynka sama uderza twarzą w rękę zakonnicy a następnie podstępnie atakuje ją własnymi włosami. Siostrzyczka tylko humanitarnie przytrzymuje ją za włosy, aby się nie wyrywała. Faktycznie istne miłosierdzie. Ale przecież jak się powtórzy kłamstwo wiele razy to stanie się prawdą. A cały film z przemocą wobec dzieci to przecież nagrania tendencyjne, jak stwierdziły przełożone siostry zakonnej.

 

dziennik pesymistyczny

Może pijak, ale nadal Pan

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 42

Pijany to nigdy nie ma racji, jak Cię mundurowi zatrzymają to nawet jak będziesz po jednym piwku, a im się nie spodobasz to jak nic trafisz na dechy – usłyszałem wczoraj przez przypadek rozmowę dwóch Panów na ulicy. Faktycznie nasz naród trunkowy, za kołnierz nie wylewa to i pewnie nie raz trzeba zbierać z ulic tych, co to nie dotarli do własnych domów z powodu zbyt dużego spożycia. Ale skąd takie uogólnienie i wmawianie wszystkim nawet tym pijącym sporadycznie, że są osobami posiadającymi poważny problem z alkoholem. Prawie zawsze, nawet jak ktoś jest w stanie wskazującym jest spokojny i nieawanturujący się to i tak nie ma szans w przypadkowych kontaktach z władzą, bo zawsze jak nawet jest ofiarą a nie napastnikiem to koronnym argumentem przeciw niemu jest to, że osobnik był pijany.

 

Wracasz do domu, z przyjęcia u cioci gdzie wypiłeś lampkę wina. Masz to nieszczęście, że Cię napadnięto. To i tak właściwie jest w tym zdarzeniu trochę twojej winy boś przecież pił alkohol. Choć tak naprawdę to jeden kieliszeczek słabiutkiego winka pływa w twoich trzewiach – to jesteś winny, a już na pewno nie wiarygodny – boś pijany. Chyba trzeba rozciągnąć znane hasło: piłeś nie jedź na nowe: wypiłeś nie ruszaj się z miejsca wypicia aż do całkowitego wytrzeźwienia. Bo nawet niewinny spacer może zaprowadzić spożywającego do izby wytrzeźwień.

 

Wracałem ostatnimi czasy do domu piechotą z imprezy u znajomych, na której oprócz dobrego jedzenia był też alkohol. Wypiłem na przyjęciu kilka drinków, co skłoniło mnie oraz jeszcze kilku moich współbiesiadników do spaceru do domu. Liczyłem, że w ten sposób pozbędę się z organizmu tych alkoholowych procentów. Podczas wieczornej przechadzki staraliśmy się przemknąć ulicami mojego prowincjonalnego miasta w ten sposób, aby nie rzucać się w oczy wystającym w bramach kamienic osobnikom. Szła sobie tak nasza wesoła gromadka spokojnie i choć zdarzało się, że któryś z nas zbyt głośno dyskutował ze swym towarzyszem spaceru, to w trosce o nasze bezpieczeństwo i spokój w mieście wzajemnie się uciszaliśmy. Faktycznie byłem w stanie, który służby mundurowe zakwalifikowałyby, jako wskazujący na spożycie, ale przecież daleko mi było do kroków nieskładnych.

 

Zbliżałem się do domu, więc pożegnałem się ze znajomymi, i pustawą o tej porze ulicą podążałem dalej do celu. Krok miałem zdecydowany, a że było mi raczej zimno to i tak nie miałem ochoty na śpiewy i głośna rozmowę z samym sobą. Nie śledziłem węża, nie tropiłem z nosem przy ziemi, nie zataczałem się tanecznie od krawężnika do krawężnika – po prostu zdecydowanie podążałem tam gdzie czekało na mnie ciepłe łóżeczko. Skręciłem za róg ulicy i tu nagle wyrosło przede mną jak spod ziemi dwóch Panów w czarnych ubrankach oraz w jaskrawych kamizelkach z napisem wskazującym, że to oni tu strzegą porządku o nocnej porze. Starałem się ich grzecznie wyminąć, ale usłyszałem, że mam się zatrzymać oraz natychmiast wylegitymować. Zmroziło mnie, bo mam taką traumę z dawnych czasów i na widok munduru dostaję dreszczy, ale przypomniałem sobie, że przecież teraz to oni nam obywatelom wolnego państwa służą i nas bronią, więc poczułem się pewniej. I to mnie zgubiło. Odniosłem wrażenie, że powinienem zapytać o powód zatrzymania mojej skromnej osoby przez patrol umundurowany. A na dodatek jakoś tak mi się zebrało na wywód na temat wolności i praw obywatelskich. W tak zwanym „międzyczasie” z trudem, bo jakoś zaplątałem się we własnej garderobie, znalazłem jednak dowód osobisty, który przedstawiłem do wglądu organom porządku publicznego w liczbie dwóch Panów w czerni z jaskrawymi akcentami.

 

I tu nagle mój nastrój radości nagle się zmienił radykalnie. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że jestem z tymi panami po imieniu. To znaczy oni ze mną są zaprzyjaźnieni, bo zwracali się do mnie per – Ty. Gdy bardzo grzesznie zapytałem czy ja też mogę poznać ich imiona, bo jak widzię znamy się, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć okoliczności poznania. To nagle zrobiło się nie bardzo przyjemnie. Ja nagle z osoby po kilku drinkach awansowałem na pijaka, co to nie powinien się odzywać. Po chwili dowiedziałem się też, że jak się zaraz nie zamknę to wyląduję na dołku szybciej niż zdążę to nawet zauważyć. Panowie w mundurach dali mi jasno do zrozumienia, że jak się nie zamilknę to oni już będą wiedzieć, co ze mną, pijakiem zrobić. Oczywiście nie obyło się tu bez kilku grubszych słów w stosunku do mnie, których nie przytoczę, ale każdy pewnie je zna z zapisów rozmów telefonicznych polityków podsłuchiwanych przez spec służby.

 

Zmroziło mnie i faktycznie wyłączyłem mowę wielce skruszony. Ale zabolało mnie, bo ja naprawdę nie byłem pijany, nie byłem też awanturny tylko tak jakoś mi się zebrało na otwartość w stosunku do przedstawicieli władzy. A tu nagle taka niespodziewana reakcja z tym pijakiem, co to zaraz wyląduje w klatce do wytrzeźwienia, bo się niestosownie odezwał. A ja przecież tylko grzecznie zapytałem o powód Jego protekcjonalności i fraternizacji funkcjonariuszy w stosunku do mojej osoby.

 

Bardzo daleki jestem od tego żeby nie doceniać pożytecznej pracy mundurowych, co to muszą się użerać, co noc z nietrzeźwymi. Naprawdę doceniam ich zaangażowanie, ich trud i ciężką służbę. Ale mam tylko taką maluteńka prośbę o to, żeby traktować nawet pijanego, lub tak jak w moim przypadku leciuchno zaprawionego z szacunkiem. Bo przecież, choć po kilku głębszych to jednak nadal mam swoje prawa. I zasługuję nie na tego Pana Pawła, a nie od razu pijaka. Bo przecież spożyłem alkohol za cenę zawierająca wysoką akcyzę, kupiłem go w legalnym sklepie, zapłaciłem za niego podatek VAT, więc w jakieś tam części sfinansowałem istnienie państwa zatrudniającego funkcjonariuszy w mundurach. Więc proszę z większym szacunkiem do mnie oraz do innych pijących.

 

dziennik pesymistyczny

Statystycznie nieszczęśliwy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Przeciętny, czy jak kto woli szary obywatel mojego miasta na prowincji, to osobnik żyjący na niziuteńkim poziomie cywilizacyjnym. Nie za bardzo wykształcony, biedny i chorowity jest ten mój statystyczny szarak miejski. Jak go o coś zapytać po angielsku czy po niemiecku to za nic nie zrozumie, bo nie bardzo w tych językach obcych jest biegły. Choć tą nieznajomość mowy angielskiej to bym mu jednak wybaczył, temu przeciętniakowi pospolitemu. No, bo przecież on i tak nie za bardzo majętny, pieniędzy nie ma i mieć nie będzie to i pewnie całe życie spędzi w mieście rodzinnym i styczności z obcokrajowcami mieć nie będzie. A i tu gdzie zamieszkuje prowincjusz statystyczny, nieczęsto jest okazja do konwersacji w języku Szekspira czy Goetthego. Ale tak naprawdę to jak sobie przypominam z własnych obserwacji to przeciętny mieszkaniec Wielkiej Brytanii też raczej nie włada trzema językami obcymi. Brytyjczyk przeciętniak ogranicza się w komunikacji werbalnej do swej ojczystej mowy. To może ten mój szarak ze statystyk nie jest tak daleko za przeciętniakiem Europejczykiem.

 

Taki obraz statystycznego mieszkańca mojego miasta wyłania się z przeprowadzonych badań i analiz w ramach europejskiego projektu Diagnoza Społeczna 2009. W obecnej, piątej edycji Diagnozy, przepytano dwadzieścia sześć tysięcy osób w wieku powyżej 16 lat, w tym mieszkańców naszego miasta. Moi współobywatele okazali się jednak naprawdę nie wierzyć w to, że kiedykolwiek w naszym mieście będzie lepiej. A ja dotychczas żyłem w przekonaniu, że ze swym pesymizmem pozostaję w pewnej izolacji w stosunku do reszty społeczeństwa. A tu taka niespodzianka! Badania powstają na podstawie przeprowadzanych ankiet a więc mieszkańcy mojego grodu sami wystawili sobie taką złą ocenę.

 

Nasza miejsko – obywatelska samoocena sięgnęła dna i w odpowiedziach na pytania ankieterów wykazaliśmy się kompletnym brakiem optymizmu, co do poziomu i jakości życia w naszym mieście. Tak narzekaliśmy na naszą miejską prowincjonalną rzeczywistość, że w przeprowadzonych badaniach zajęliśmy takie miejsce, jakie nasi piłkarze w rozgrywkach o mundial w RPA, czyli ostatnie wśród trzydziestu sześciu innych miast.

 

Jak się tak przyjrzeć tej diagnozie społecznej mojego miasta to obraz szaraka – przeciętniaka statystycznego nie wygląda dobrze. Szarak przeciętny jest biedny jak mysz kościelna. Nie ma on w domu nawet pralki automatycznej czy komputera. Nie wspominając już o tym, że zdecydowanie nie jest on właścicielem łodzi motorowej czy domu letniskowego. Najlepiej żeby statystyczny nie chorował, bo w tym jego mieście nie ma co liczyć na pomoc medyczną. Dostępność do lekarzy i jakość usług medycznych moi współobywatele ocenili w ankietach tak, że zajęliśmy w badaniu zaszczytne przedostatnie miejsce.

Szarak – przeciętniak – statystyczny mieszkający w moim mieście jak wynika z przeprowadzonych badań jest bardzo nieszczęśliwy. W ankietach w kategorii dobrostan psychiczny wystawili sobie mieszkańcy mojej prowincji klasycznie niską ocenę, co dało drugie od końca miejsce w tabeli. Nikt w tym mieście nie jest zadowolony z całego dotychczasowego życia. Ale jak ma być ten statystyczny mieszkaniec zadowolony i szczęśliwy jak jest coraz bardziej zestresowany. Z badań wynika, że szarak z mojego miasta jest stale nękany różnymi patologiami. A to popadnie w alkoholizm a to znów w narkomanię. Jak nie ma takich ciągotek do uzależnień, to go wysoka przestępczość dopada. Ogólnie tylko usiąść i płakać albo spakować walizki i wyjechać, jak sugeruje autor raportu.

 

Ale nie jest tak źle. Jest w moim mieście jeden zadowolony i szczęśliwy. On optymistycznie patrzy w przyszłość. No może nie jest on jedyny, ale na pewno stoi na czele tej wynikającej z błędu statystycznego mniejszości optymistów. Tym człowiekiem jest prezydent mojego miasta. Przewodzi on jeszcze armii urzędników, którzy uważają, że te pesymistyczne wizje mieszkańców na temat poziomu i jakości życia, które umieściły miasto w badaniach na szarym końcu to tylko ogólnomiejska skłonność do narzekania. A tak naprawdę to idzie ku lepszemu. Dla dobra ogółu mam nadzieję, że to naprawdę tylko skłonność do narzekania, a urzędniczy optymizm jest uzasadniony, bo mimo wszystko nie bardzo chciałbym opuszczać to moje miasto na prowincji.

 

 

dziennik pesymistyczny

Z szacunkiem do komunikacyjnej staruszki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Stałem sobie dziś rano, w ten mokry jesienny dzień na przystanku czekając na autobus, który tradycyjnie dla tej linii spóźniał się o kilka minut. Zbierałem się w myślach do powiedzenia kierowcy, gdy się już pojawi ze swym pojazdem na przystanku, kilku słów zasługujących na wykropkowanie a odnoszących się do punktualności komunikacji miejskiej. Już ułożyłem sobie w myślach zdania tak mocne w wyrazie i słowach, że nie powstydziłby się ich żaden z podsłuchiwanych obecnie przez służby polityków. Aż tu nagle uświadomiłem sobie, że nie można tak wulgarnie i dosadnie o instytucjonalnej staruszce. Że przecież komunikacja miejska mojego miasta to jedna z najstarszych firm w mieście i należy się jej oczywisty dla jej wieku szacunek. I tak jakoś głupio mi się zrobiło. I nie mogłem już swobodnie ponarzekać na spóźniony autobus, bo przecież korzystam z usług instytucji miejskiej, która jest już w podeszłym wieku a do starszych to raczej trzeba z szacunkiem i z wyrozumiałością. Wszyscy przyzwyczailiśmy się do widoku kolorowych autobusów na naszych ulicach. Są coraz nowocześniejsze, coraz bardziej przyjazne dla otoczenia. Są powszechne i przez to niezauważalne prawie. Mało, kto z pasażerów jadących rano do pracy ma świadomość faktu, że komunikacja autobusowa w moim mieście ma już osiemdziesiąt lat.

 

W tysiąc dziewięćset dwudziestym dziewiątym roku uchwałą Rady Miejskiej, mojego wtedy jeszcze bardziej niż dzisiaj prowincjonalnego miasta, powołano do życia przedsiębiorstwo pod nazwą Miejska Komunikacja Autobusowa. Spółka zakupiła cztery autobusy marki N.A.S., co pozwoliło jej na uruchomienie kilku stałych linii obsługujących pasażerów na terenie miasta. W tysiąc dziewięćset trzydziestym roku firma zwiększyła swój stan posiadania do ośmiu wozów, co pozwoliło już na obsługę ośmiu stałych tras. Pojazdy marki N.A.S. okazały się jednak nie najlepszej jakości. Były niedostosowane do polskich warunków drogowych i dlatego bardzo szybko uległy zniszczeniu. W latach trzydziestych ubiegłego wieku w Polsce, jak i na całym świecie rozpoczął się kryzys gospodarczy, co nie pozostało bez wpływu na sytuację społeczeństwa w moim mieście. Zubożałej w wyniku kryzysu ludności, na było już stać na rosnące koszty przejazdów autobusami miejskimi. W 1931 roku zlikwidowano MKA, a koncesję przekazano prywatnemu przedsiębiorcy, który uruchomił na nowo komunikację miejską. Prywatna spółka zakupiła nowiutkie autobusy Ursus z fabryki o tej samej nazwie. Jednak również to przedsiębiorstwo komunikacyjne nie przetrwało szalejącego w owym czasie kryzysu gospodarczego i komunikacja autobusowa po kilku latach działalności znów została zlikwidowana. Dostrzegam tu pewną analogię do naszych czasów. Mam nadzieję, że tym razem kryzys gospodarczy łagodniej obejdzie się z komunikacją miejską mojego miasta.

 

Kolejny raz autobusy miejskie pojawiły się na ulicach mojej prowincji za socjalizmu – 1 maja 1950 roku. Jak to w tamtych latach bywało właśnie tę datę robotniczego święta wybrano na początek działalności odrodzonej firmy komunikacyjnej. Powstała Miejska Komunikacja Samochodowa. Ta miejska uspołeczniona spółka budżetowa nie dysponowała ani własnym taborem, ani też zajezdnią. Na powstałych wówczas liniach kursowało pięć autobusów marki Leyland, wynajętymi od przedsiębiorstwa Państwowej Komunikacji Samochodowej. W grudniu 1945 roku do portu w Gdyni zawinął angielski statek z darami UNRRA (Organizacji Pomocy i Odbudowy ONZ). Jako dar, statkiem przypłynęły m.in. angielskie autobusy. Autobusy były dwojakiego rodzaju: TD2 z nadwoziem firmy Leyland z roku 1932 i silnikiem benzynowym i oraz TD4c z nadwoziem firmy Weymann z lat 1935-36 i silnikiem wysokoprężnym. Były to autobusy piętrowe, ale i też jednopokładowe i właśnie te ostatnie obsługiwały linie w moim mieście. Najstarsi mieszkańcy opowiadają, że po mieście kursował też autobus piętrowy jednak nie udało mi się potwierdzić tej informacji w żadnych źródłach. W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku łączna długości obsługiwanych tras wynosiła 21 km. W 1953 roku tabor miejskiej komunikacji powiększył się kolejnych 10 autobusów marki Chausson. Były to pierwszy powojenne autobusy z prawdziwego zdarzenia. I jak na ówczesne czasy całkiem nowoczesne. Autobus zbudowany został na podwoziu Renaulta, z silnikiem na wysokoprężnym firmy Panhard. Warto wspomnieć, że kontrakt na dostawę Chaussonów sfinalizowany był przez Polskie Ministerstwo i Centralę Handlu Zagranicznego w zamian za dostawy węgla. Do końca 1954 roku MPK obsługiwało już pięć linii o łącznej długości 37,1 km. Firma posiadała 10 autobusów, z czego codziennie po mieście kursowało siedem. Spółka nie posiadała w tym czasie pogotowia technicznego, a do uszkodzonych autobusów wyjeżdżały pojazdy z zaprzęgiem konnym.

 

Zważywszy na te osiemdziesiąt lat historii warto czasem wybaczyć staruszce to, że czasem ledwo zipie, że się spóźnia, że w autobusie zimno, bo jak wynika z historii nigdy nie było jej łatwo a ona, ta nasza komunikacja miejska trwa dzielnie przez te wszystkie lata. I robi, co może żeby dostarczyć nas z miejsca na miejsce, więc może tak z większym szacunkiem do staruszki.

 

dziennik pesymistyczny

Eutanazja zielonego miasta

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Dwieście pięćdziesiąt drzew pójdzie pod topór miejskich drwali w moim prowincjonalnym mieście. Magistrat, a właściwie jego rzeczniczka w swoich wypowiedziach dla prasy, twierdzi, że miasto nie chce usuwać zdrowych drzew. Drwale z urzędu chcą wyciąć jak mówią tylko drzewa chore lub uschnięte. Urzędnicy jak zawsze w takich wypadkach dla uspokojenia opinii publicznej twierdzą zgodnie, że w miejsce wyciętych drzew zostaną posadzone nowe. Takie tłumaczenie jest tradycyjne od lat tylko jakoś tak nie widać w mieście tych wielgachnych nasadzeń zieleni, które obiecuje urząd od lat. A jeśli nawet nowe drzewa pojawiają się w moim mieście to ich żywot jest krótki. One po prostu przez brak opieki i wandalizm spokojnie sobie umierają. Statystycznie jest wszystko dobrze, bo nawet jak wytnie się ponad dwie setki drzew to w ich miejsce miasto statystycznie wykazuje się posadzeniem powiedzmy pół tysiąca nowych. Tylko, że z pięciuset nowych drzewek przeżywa pierwsze trzy miesiące, nie więcej niż dziesięć procent.  Ale nikt miastu nie może zarzucić, że nic nie robią poza wycinką.

 

A jednak tak jest, bo przecież, jeśli drzewa są chore to nie zapadły na zdrowiu tak jakoś nagle i to w ilości, którą spokojnie można nazwać epidemią. Zapewne ich obumieranie trwało latami a więc dlaczego nikt z miejskich drwali z wydziału środowiska nie zauważył, że drzewa chorują. Mam nieodparte wrażenie, że urzędnicy miejscy odpowiedzialni za zieleń na mojej prowincji zauważają problem choroby drzew, gdy są już one w stanie agonalnym. Może liczą na to, że schorowane drzewo wybierze się do nich do urzędu, jak chory człowiek z katarem do lekarza i samo poprosi o pomoc w ratowaniu swego zdrowia? A może czekają aż drzewa poświęcą jedno z nich na papier. Potem kolejne z nich stanie się węglem drzewnym i dzięki takiej przemianie i poświeceniu zdołają napisać podanie o ratowanie ich życia. Wiadomo przecież powszechnie, że w urzędach najważniejsze są podania. Chyba naprawdę urzędnicy miejscy uwierzyli w moc przemieszczania się drzew i w możliwości ich kontaktu werbalnego ze środowiskiem urzędników, bo jak wytłumaczyć to, że nikt nigdy nie słyszał o zamiarze ratowania drzew, o ich leczeniu. Zawsze sprawy rozwiązuje się ostateczną wycinką. Zapewne magistrat uważa, że jeśli się drzewa nie skarżą to znaczy, że nie chorują. A jeśli zachorują to cóż, jest to dopust Boży, z którym nie warto dyskutować tylko należy poczekać, bo jeśli drzewo się samo uratuje to przecież widocznie miało żyć a jeśli uschnie i umrze to je się wytnie. Całe szczęście, że tej logiki nie stosuje wydział zdrowa urzędu miejskiego w stosunku do ludzi. 

 

Oprócz stosowania w odniesieniu do drzew swoistej eutanazji magistrat mojego prowincjonalnego miasta stosuje też swoistą selekcję gatunkową w stosunku do drzew.  Pod topór mają iść te niedobre drzewa, te już niemodne jak na przykład topole.  Dla konieczności „oczyszczenia kompozycji zaniedbanych” z miejskich parków znikną też jałowce, wiązy, klony, żywotniki, jabłonie, jesiony, lipy, lilaki, berberysy, akacje, śliwa drobnolistna oraz jawory. Oczywiście wszystkie nie były nigdy leczone ot tak sobie postanowiły w tym roku umrzeć, więc miasto z ich wolą usunie ich pnie żeby nie zanieczyszczały kompozycji. Pod piłę trafi nawet jeden dąb szypułkowy, bo „jest samosiejką” co czyni go suchym jak wynika z miejskiego uzasadnienia wycinki. Aby być sprawiedliwym trzeba przyznać, że jest w moim mieście jedna metoda leczenia drzew. Urzędnicy z uporem maniaka stosują metodę walki, że szkodnikami polegającą na owijaniu drzew kasztanowca lepką folią oraz na grabieniu i paleniu liści. Choć z moich obserwacji wynika, że stosuje się tę metodę wybiórczo i nie do wszystkich kasztanowców. Ten system nie bardzo się sprawdza, więc może warto poszukać alternatywy. Znalezienie dla szkodnika wroga naturalnego – grzyba czy owada? Jest jeszcze metoda szczepienia drzew. Więc może warto zmienić nieskuteczną terapię zanim pacjent umrze i trzeba go będzie wyciąć?

 

Nietrudno jest posiąść wiedzę, że do oddychania potrzebny jest człowiekowi tlen. Produkują go drzewa i krzewy. Nietrudno jest też pojąć, nawet czterolatkowi, że jak drzewo jest duże i rozłożyste to produkuje więcej tlenu niż maluteńki patyczek z trzema liśćmi, który dopiero w dalekiej przyszłości ma szanse stać się wielkim drzewem. Czyli może warto stare, wielkie i rozłożyste drzewa jednak leczyć niż je zabijać? Jak wyczytałem w Internecie jeden stuletni buk wydziela średnio tyle tlenu, co tysiąc siedemset młodych buków. Mam prośbę do miejskich urzędników, chciałbym żebyście donosili obywatelem o tym, że uratowaliście dwieście pięćdziesiąt drzew przed zagładą a nie o tym, że macie zamiar je wycinać, gdy już nic się nie da zrobić. Bo lepiej jest leczyć niż zabijać.

 

dziennik pesymistyczny

Nie wierzę politykom

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jeśli nie widać różnicy to, po co przepłacać głosiła pewna reklama. Po małej przeróbce ta maksyma idealnie pasuje to stanu naszej sceny politycznej. W nowej wersji, tej politycznej, powinna brzmieć mniej więcej tak: jeśli wszyscy politycy są tak samo źli to kogo tu wybierać. Wytworzyła się teraz sytuacja, w której nawet rozpisanie nowych wyborów niezbyt wiele zmieni. Jeśli nawet ktoś na te wybory się wybierze i tam zagłosuje, będą to wybory mniejszego zła. Teraz po kompromitacji Platformy Obywatelskiej uwikłanej w tłumaczenia się z jakichś dziwacznych oskarżeń aferalnych na scenie politycznej nie można już znaleźć ani jednej partii, która nie byłaby łączona z siłami ciemności. Każda bez wyjątku licząca się partia polityczna w naszym kraju ma coś, co dla człowieka zdrowo myślącego dyskwalifikuje ją do tego by ją w wyborach popierać. Oczywiście pozostaje tu jeszcze fanatyzm, który każe wierzyć niektórym, że ich wódz partyjny to swoisty pomazaniec boży, który uwikłany jest w afery tylko przez zazdrość i niemoralną grę przeciwników ideologicznych.

 

Faktycznie takich ludzi święcie wierzących w misję zbawienia ojczyzny poprzez własną osobę ewentualnie, poprzez osobę wodza partyjnego stojącego na czele grupy zaufanych działaczy jest wielu. Tacy ludzie nawet jakby im przedstawić niezbite dowody istnienia praktyk nieczystych w szeregach partii, którą popierają i tak by w to nie uwierzyli. Bo fanatyka nic nie przekona. On zawsze będzie wierzył w szczerość intencji i czyste ręce jego ukochanych polityków. On zawsze w każdych wyborach zagłosuje właściwie, zgodnie z wytycznymi partyjnymi, bo on wie, jest przekonany i nikt mu nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarne jak mawiał klasyk.

 

Tylko czekam teraz, jak jakiś polityk pochyli się w trosce nad naszą ojczyzną i dla dobra nas wszystkich zażąda natychmiastowych, przyspieszonych wyborów w trosce o ratowanie naszej tonącej w aferach państwowości.  I nie będzie to miało znaczenia, z jakiej strony politycznej będzie to postać. Bo i tak wiadomo, że tak naprawdę chodzi o to, żeby z atmosfery skandalu, jakim są obecne ciąłe ataki służb specjalnych na rząd wygrać dla siebie oraz własnych kolesiów jak najwięcej. Żeby poprzez obietnice wyborcze, dorwać się jak najdłużej do władzy, żeby rządzić, żeby mieć władzę, żeby zarobić jak najwięcej dla siebie i dla kolegów. Byle wygrać, byle stworzyć rząd, aby przetrwać u władzy przynajmniej cztery lata a potem się zobaczy.

 

A Polska? A naród? No tak jest jeszcze naród, ale to przecież taka widownia, dla której na scenie politycznej urządza się przedstawienia. Jak dobrze się wypadnie na premierze sztuki, czyli w wyborach, to publiczność da pograć jeszcze ze cztery lata i do tego całą tę imprezę przymusowo sfinansuje z biletów, czyli z podatków. A jak ktoś będzie niegrzecznie wyrażał o aktorach krzycząc, że to cyrk już, a nie teatr, to go szatniarz z woźnym wywalą z naszego narodowego teatru. I tak staniemy przed wyborczą urną z kartą do głosowania, gdzie będziemy mieć wybór między Platforma Obywatelską skompromitowaną obecnymi aferami, a Prawem i Sprawiedliwością, których rządy nadal odbijają się większości czkawką. Wybrać wodza z jego fanatykami czy mistrza PR? A może tych z Lewicy, co to dali nam się nam we znaki swoimi rządami? A może PSL, ale przecież oni też jakoś tak nie bardzo?   Nie wspomnę już o dawnych PiSowskich przestawkach, czy reszce prawicowych fanatyków.   Też żaden wybór ani na lewicy ani na prawicy. A wybory kosztują i to dużo. Więc może w dobie kryzysu, jeśli naprawdę nie widać różnicy to, po co przepłacać. Ja i tak już nie więrze i to wszystkim politykom.

 

 

dziennik pesymistyczny

Wojen w polityce jak grzybów po deszczu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Czasem jak tak przyglądam się polskiej polityce mam wrażenie, że jest ona już całkowicie oderwana od rzeczywistości. My tu sobie maluczcy pchamy powolutku ten nasz wózeczek zwany życiem do przodu, każdego dnia, a tam na górze toczą się walki o Polskę. My tu na dole ten nasz wózeczek po górkę i pod wiatr, a tam na szczytach władzy toczy się wojna, której echa czasami możemy oglądać w telewizji i o której czytamy w prasie. Mam coraz większe wrażenie, że to już w tej ustawicznej walce nie chodzi o Polskę w sensie dobra wspólnego obywateli naszej ojczyzny, ale o jakieś oderwane od rzeczywistości zwycięstwo jednych polityków nad innymi politykami. Taka wojna dla samego wojowania i udowodnienia innym, że jedna prawda jest ważniejsza od innej prawdy. A prawda jest taka, że to polityczne wojowanie już coraz mniej takich maluczkich dotyczy.

 

Oglądam to polityczne wojowanie na ekranie telewizora, jak seriale o dzielnych policjantach i o niezwyciężonych kosmicznych rycerzach. Dobrze się to ogląda, emocjonujące to nawet, ale przecież jakieś takie nierealne. Jak tak wczoraj przysłuchiwałem się wojennej retoryce polityków z ugrupowania rządowego oraz tych z opozycji tak mi się przypomniał wierszyk Jan Brzechwy – Grzyby, który wielokrotnie recytowałem w przedszkolu. Utwór ten jak ulał pasuje do naszej obecnej wojennej atmosfery politycznej. Tylko jeszcze nie mogę się zdecydować, kto w świecie realnym jest tym bajkowym Królem Borowikiem Prawdziwym, który wyruszał na wojnę z muchami.

 

A nastroje były w polityce prawdziwie bojowe. Co rusz na mównicy sejmowej pojawiał się kolejny polityk który „ze złości brunatny był cały, bo go muchy okrutnie kąsały”. Oczywiście chodzi mi tu o przeciwne mu politycznie owadzie kąsanie. I z góry bardzo przepraszam polityków i owadzi stan za niestosowne dla obu stron porównanie. Nie tylko tam można było zobaczyć polityków. Dzień wczorajszy przyniósł nam prawdziwy wysyp konferencji prasowych. Co raz z innej strony sceny politycznej słychać było bicie w wojenne bębny i nawoływanie do ostatecznej rozprawy. Premier przemawiał do narodu niczym, wódz waleczny prowadzący swe wojska na ostateczne starcie z wrogiem.

 

Tylko jakoś tak współrządzący z Platformą Obywatelską Ludowcy wykazywali pewne niezdecydowanie, które doskonale ilustrują strofy mistrza Brzechwy: „Odezwały się pierwsze opieńki: „Opieniek jest maleńki, a tam trzeba skakać na sążeń, gdzie nam, królu, do takich dążeń?!” Jednak były to głosy odosobnione. W Prawie i Sprawiedliwości zaprawionej w bojach od zawsze i walczących od zawsze panowały nastroje jak w pułku muchomorów:” Przychodzimy z muchami wojować, Ty nas, królu, na wojnę prowadź!” – Premier chce wyraźnie doprowadzić do wojny z PiS-em. – mówił prezes PiS niczym wódz do swej armii przed bitwą.

 

Koniec tej wojny politycznej wydaje mi się też dobrze znany. Zapewne będzie jak w wierszu: „Wojowały grzybowe zuchy, pokonały aż cztery muchy. Król Borowik winszował im szczerze i dał wszystkim po grzybowym orderze”


 

 

dziennik pesymistyczny

Tajne rządy tajnych służb

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Chyba czas przestać udawać, kto tak naprawdę ma wpływ na nasze życie polityczne i społeczne. Trzeba dać służbą specjalnym prawdziwą usankcjonowaną prawem i nowymi zapisami w konstytucji władze. I tak w demokratycznych tajnych wyborach wybieralibyśmy utajnionych i zamaskowanych tajnych agentów – polityków na tajne stanowiska na podstawie w pewnej części utajnionych programów wyborczych. I już mamy tajny rząd, więc teraz pora na utajnionego prezydenta, gdy już go wybierzemy w tajnym głosowaniu to on desygnuje tajnego premiera oraz pozostałych tajnych członków Rady Ministrów.

 

Zalety takiego rozwiązania są oczywiste. Tajny prezydent spotyka się potajemnie z tajnym prezydentem i tam w sposób tajny dogadują się, co do kwestii zasadniczych. Korzyść? Proszę – już nikt nie będzie się nabijał z tego, że najważniejsze osoby w państwie walczą o krzesła w Brukseli czy o to, komu z nich należy się bardziej przelot rządowym samolotem. Bo przecież nikt się o tym nie dowie, bo będzie to tajne. Rząd rządziłby poprzez tajne ustawy, więc jak nawet ktoś będzie tam lobbował za czymś to i tak się nie dowiemy, bo to przecież będzie tajne. Sejm będzie miał tajne posiedzenia, co oczywiście utrudni lansowanie się politykom, ale przecież jak pisałem programy partyjne oraz wizerunki posłów i tak zostaną utajnione. Więc oczywiste stanie się to, że jak nawet będzie poseł jechał samochodem sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę przy odgraniczeniu do pięćdziesięciu to nikt o tym i tak się nie dowie, bo przecież taka informacja będzie również tajna. Można też pójść dalej w utajnianiu. Tajny lekarz potajemnie zrobi nam tajne badania. Tajny policjant z drogówki wypisze nam tajny mandat. Będziemy płacić tajne podatki, a przez ich tajność nie będzie można o nich dyskutować. Taki raj i ogólna szczęśliwość w niewiedzy przez tą tajność w rządzeniu.

 

Co mnie skłania do takich surrealistycznych wizji? Ano to, że jak sobie przypominam kilka rządów, które mieliśmy po osiemdziesiątym dziewiątym roku, zakończyło swoja działalność przy udziale tajnych służb. Jak tak spojrzeć wstecz na naszą Polską politykę i funkcjonowanie państwa to widać jasno, że najlepiej działającą w tym kraju instytucją są służby specjalne. W nowej Polsce, przez te dwadzieścia lat przeżyliśmy aferę teczkową, czyli ujawnienie przez ministra spraw wewnętrznych Antoniego Macierewicza niesprawdzonych informacji o powiązaniach ze służbami bezpieczeństwa PRL niektórych posłów, senatorów oraz ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsy. Co w następstwie doprowadziło do upadku rządu Jana Olszewskiego.

 

Potem była afera Olina która wybuchła po tym, jak Andrzej Milczanowski oskarżył z trybuny sejmowej urzędującego premiera Józefa Oleksego o współpracę z rezydentami. Po wszczęciu przez prokuraturę wojskową śledztwa w tej sprawie, rząd Józefa Oleksego podał się do dymisji. Za wszystkim stał Urząd Ochrony Państwa, na którego materiały operacyjne powoływał się Milczanowski. Potem była afera gruntowa, która doprowadziła do dymisji wiceprezesa Rady Ministrów i ministra rolnictwa Andrzeja Leppera. Afera doprowadziła do rozpadu rządzącej wówczas koalicji PiS, LPR i Samoobrony. I w rezultacie do zmiany rządu. Teraz mamy aferę hazardowa gdzie znaczącą rolę odgrywa Centralne Biuro Antykorupcyjne.

 

I już naprawdę nie wiem ile w tym wszystkim jest inspiracji służb specjalnych, ile prowokacji, ile walki politycznej. Nie wiem, ale wolałbym żeby rządy w Polsce nie były odwoływane przez służby specjalne. Ja wiem, ich rolą jest wykrywanie przestępstw, ale ja mam takie wrażenie, że coś jest nie tak, jeśli co chwilę słyszę o odwołaniu rządu w aferze skandalu ze służbami specjalnymi w tle. Bo jeśli mamy tylko dobre służby specjalne to znaczy, że mamy strasznie korupcyjną i zdeprawowaną klasę polityczną. No coś tu jest naprawdę nie tak. Więc może żeby się nie denerwować społeczeństwa dobrze by było wszystko utajnić i rządzić tylko przez tych, co to są najlepsi z tych najgorszych, czyli poprzez służby specjalne. Oby jednak tak się nie stało.

dziennik pesymistyczny

Ślij STRACH na numer…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Afera hazardowa w toku. Wiatr historii wymiata ministrów i posłów, więc i ja postanowiłem przyłączyć się do ogólnonarodowego larum ze swoją własną, prywatną aferą. Dobrze, nie jest to afera a raczej denerwujący problem. Ale z pewnością ustawiczne namawianie do hazardu przez wysyłanie na telefon komórkowy o każdej porze dnia i nocy dziesiątek sms-ów, dotyczy nie tylko mojej skromnej osoby. Więc niech mi będzie wolno to moje zdenerwowanie na widok kolejnego sms-a, proponującego mi wygraną po uprzednim wysłaniu kilku wysoko płatnych wiadomości tekstowych, nazwać jednak moją własną, prywatną w mikro komórkowej skali aferą hazardową.

 

Faktycznie zdarzyło mi się ze dwa razy ulec reklamie, czy raczej namowom miłej Pani z telewizyjnego ekranu i wysłałem sms-a zawierającego zgłoszenie do konkretnej gry. Co w rezultacie okazało się podpisaniem cyrografu na wieczne otrzymywanie wiadomości tekstowych namawiających do gry o fantastyczne nagrody za niebotyczne stawki taryfowe od każdego sms-a. Więc po części sam sobie jestem winien. Ale nie do końca, bo przecież nie chciałem brać udziału we wszelkich grach, jakie przyjdą do głowy właścicielom stacji telewizyjnej tylko chciałem zagrać w jednej, tej konkretnej grze, do której wysłałem zgłoszenie. Jednak widocznie nie jestem dość szybki w czytaniu gdzie jest dostępny regulamin konkursu, bo informacja o tym pojawiła się na ekranie telewizora na jakieś cztery sekundy. W wyniku mojej naiwności, i nieznajomości regulaminu dostałem nie tak dawno kolejnego z dziesiątków podobnych sms-a informującego mnie, że w imieniu komisji konkursowej pewnej stacji telewizyjnej miło jest temu sms-owi powiadomić mnie o tym, że trafiłem do grona osób, z których każda może wygrać samochód Honda lub gotówkę. A jedyne, co powinienem teraz zrobić to natychmiast wysłać płatnego 3,66 zł sms-a na odpowiedni numer.

 

Zdziwiłem się, bo przecież od mojego kontaktu sms-owego z tą stacją telewizyjną minęło sporo czasu. Konkurs, na który wysłałem zgłoszenie skończył się miesiące temu, a tu taka niespodzianka w postaci tego, że jakaś nowa komisja konkursowa zebrała się w mojej sprawie i ustaliła, że to właśnie ja mam tą wielką szansę na wygranie samochodu lub wielkiej gotówki w ich konkursie, o czym mnie zawiadamiają prze sms-a. Już miałem wysłać zgłoszenie do gry za 3,66,  pchany wdzięcznością za okazane zainteresowanie, gdy dostałem nową wiadomość. „Namierz telefon osoby za pomocą LOKALIZATORA! Chcesz wiedzieć gdzie ktoś jest, gdy nie ma cię w pobliżu? Ślij SZUKAJ POD (…) za 6,10 z VAT. I co teraz? Wygrać w konkursie czy może skorzystać z możliwości dowiedzenia się za całe 6,10 złotych gdzie jest ktoś, gdy mnie nie ma w pobliżu?

 

Każdego dnia dostaję po kilka wiadomości z obcych całkowicie dla mnie numerów telefonicznych z mniej więcej takim tekstem: Ktoś Cię kocha, jeśli chcesz wiedzieć, kto wyślij sms na numer taki to a taki za 2,44 z VAT. Dzięki uprzejmości nieznajomego mogę się też dowiedzieć za odpowiednią opłata, kto mnie obgaduje w danej chwili lub, kto jest moim wrogiem. Niedawno dostałem nawet „Tybetański Test: pomyśl imię Bliskiej Osoby. Z jakim kolorem Ci się kojarzy? Wyślij SMS: CZERWIEŃ, BIEL, LUB ZŁOTO NA 31(…). Wynik Cię zaskoczy!” Mnie zaskoczyło to, że oni naprawdę wierzą, że ja za te 6, 10 z Vat chcę dostać w wiadomości dokładne namiary na osobę, która mnie teraz kocha lub mnie nienawidzi lub, z jakim kolorem kojarzą się moje uczucia do bliskiej mi osoby. Aferą jest tu nie tylko to, że chcą wyłudzić ode mnie pieniądze, ale jeśli to poważna oferta handlowa to skąd mają wiedzę, że ” w ten weekend zaskoczy” mnie „osoba, która o” mnie „myśli”. I jeszcze udzielają mi rady informując, że tej mi bliskiej osobie „bardzo zależy na szybkim kontakcie”, i zastało „czasu jest mało”, bo ona „strasznie tęskni”.

 

Właściciele tych numerów telefonicznych nie tylko namawiają mnie do gry o wielką gotówkę czy samochód, oni mają też jak się okazuje wiedzę nadprzyrodzoną i nie tego świata. Przypomniałem sobie, że mam w pamięci telefonu taki sms: „Słyszysz dziwne odgłosy? Czujesz kogoś, obok ale go nie widzisz? Użyj Łowcy Duchów i sprawdź czy możesz czuć się bezpiecznie. Ślij STRACH” na odpowiedni numer. Zapłaciłbym i dziesięć złotych za jednego sms gdybym mógł zwrotnie dostać informację o tym, kto nęka mnie w dzień i w nocy wysyłając mi absurdalne oferty, których nie zamawiałem i których nie chcę. Ale pewnie ten byłby bardzo drogi.