dziennik pesymistyczny

Rozmowy kontrolowane?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 9

Gadaliśmy sobie z moim znajomym przez telefon jak zawsze, o wszystkim i o niczym. O tym, że jego szef nie bardzo jest rozgarnięty, że pogoda jest pod psem i nawet pozwoliłem sobie przy okazji utyskiwania na stan pogodowy na żarcik, że to pewnie wina rządu. Po pewnym czasie, gdy w najlepsze obgadywaliśmy pewną naszą wspólną koleżankę mój przyjaciel zrobił nagle pauzę w swojej bardzo obrazowej wypowiedzi a następnie dodał: dobra, starczy… to nie jest rozmowa na telefon. Zapytałem, co to jest tak tajnego, że nie można tego powiedzieć przez telefon. Bo przecież ani ja, ani mój znajomy nie prowadzimy jak przypuszczam nielegalnych interesów. Nie jesteśmy z przyjacielem współwłaścicielami kasyna gry, ani daleko nam do ministerialnych salonów, ani za niczym nie lobbujemy, więc skąd u niego taka obawa, że jakieś służby specjalne przysłuchują się naszej prywatnej rozmowy telefonicznej.

 

Mój znajomy zgodził się ze mną, gdy mu wyłożyłem moje uzasadnienie, że żadni z nas przestępcy, ale nie dał się przekonać, że należy ograniczyć szczerość w telefonicznych rozmowach. Dodał też, że powinienem wiedzieć, że tak naprawdę nie wiadomo, kto teraz nas słucha podczas tej naszej konwersacji telefonicznej. I jak widać z lektury gazet, wszystko, co mówimy może być podejrzane, choć dla nas nasze słowa brzmią w stu procentach w pewłi niewinne.

 

Faktycznie, można w tym kraju dostać paranoi, czego żywym przykładem jest na pewno zachowanie mojego kolegi podczas naszej rozmowy telefonicznej. Jak widać z doniesień prasowych w naszej ojczyźnie nawet nazwanie kogoś podczas rozmowy prywatnej zdrobnieniem imienia może być poczytane za coś zdrożnego. Może właśnie ktoś te nasze niewinne dla nas rozważania na temat urody naszej koleżanki nagrywał. Bo przecież to tylko naszą daleka znajomą jest ta Pani i nie wiadomo, kogo ona zna i czy nie jest w kręgu zainteresowań służb specjalnych. A jeśli nie daj Bóg jest w kręgu podejrzeń! Potem będzie można przeczytać w gazecie, co prawda utajniony, ale jak widać z innych przykładów nie do końca, zapis naszej rozmowy telefonicznej. A co najgorsze ja mojego znajomego w tej naszej prywatnej rozmowie nazwałem Andrzejkiem! Co prawda żaden z niego Miro lub Grzesio, ale zawsze! Użyłem zdrobnienia. I co teraz! Już widzę oczami wyobraźni jak pewien redaktor z ważnej stacji telewizyjnej nabija się ze mnie, że ja to jestem Pawełek, a przyjaciel to Andrzejek.

 

Ile to razy pytałem mojego przyjaciela czy mi pomoże rozwiązać jakiś mój problem? A co jeśli powinienem rozpisać przetarg na rozwiązywanie tego mojego problemu, a nie tak jak dotychczas autorytarnie wybrać jednego spośród wielu moich znajomych do rozwiązania zaistniałego zagadnienia? Co prawda nie jestem ministrem sportu, ustawy raczej mnie dotyczą niż je piszę, ale zawsze mogę być podejrzany w myśl starej zasady -dajcie mi człowieka to i paragraf na niego się znajdzie.

 

Nie należę do żadnej partii. A już na pewno nie jestem posłem na sejm, więc jak mnie kolega namawia na wódeczkę to chyba nie jest to lobbowanie za poparciem monopolu spirytusowego? Co prawda, faktycznie stwierdził mój znajomy w rozmowie telefonicznej, która, jak on twierdzi mogła być podsłuchiwana, że jedną odmianę wódeczki bardziej preferuje od tej innej. Ale chyba nie można tego poczytać za nielegalny lobbing? A jeśli tak?! Przez ten cholerny telefon mówiłem też, że pożyczyłem koledze sto złotych! A może trzeba było od tej pożyczki odprowadzić podatek. Zrobiło mi się gorąco. Czyli możliwe, że jak jednak ktoś słuchał to mogę się spodziewać wizyty smutnych panów.

 

Straszny jest taki kraj, w którym nie można już swobodnie porozmawiać przez telefon. Bo przecież nigdy nie ma pewności, że ktoś tego naszego przez telefon gadania o pierdołach nie słucha, jako ten trzeci. I tego, co dla nas oczywiste i niewinne nie interpretuje na swój sposób, jako nikczemnych knowań przeciw państwu i prawu. Może warto powrócić do znanej z minionych czasów informacji w słuchawkach telefonicznych o tym, że rozmowa jest kontrolowana. Wtedy nikt nie powinien być zdziwiony tym, że nie wszystko można powiedzieć przez telefon, bo przecież było ostrzeżenie.

 

dziennik pesymistyczny

Mało tajne / minimalnie poufne

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jak byłem małym chłopcem miałem przekonanie, że jak coś jest tajne to jest to wielki sekret powierzony mi w zaufaniu i nikt nie powinien się o nim dowiedzieć poza tymi, którzy mi tą tajemnice powierzyli. Wierzyłem, jak teraz widzę bardzo naiwnie, że jak ktoś powierzy mi tajemnice to nie powinienem się nią dzielić z innymi, bo przecież jak coś jest poufne, nie jawne to powinno pozostać takim z tego choćby powodu, że jak już mnie obnażono zaufaniem to nie powinienem tego zaufania zawieść przez ujawnienie tajemnicy.

 

Teraz jestem już dużym chłopcem i wiem, że przynajmniej w polityce lub w systemie państwowym nic takiego jak tajemnica nie obowiązuje. Przynajmniej, jeśli chodzi o tych na samym świeczniku władzy. Szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego Mariusz Kamiński wysłał w tajemnicy informację do premiera, prezydenta, do Sejmu i Senatu dokumenty objęty klauzulą tajne. Papiery te dotyczyły potencjalnego zagrożenia interesu ekonomicznego państwa w związku z przygotowywaniem projektu nowelizacji ustawy o grach i zakładach wzajemnych. Tajne akta wysłane zostały do dziesięciu najważniejszych ludzi w państwie. I co? I już po niedługim czasie w każdej telewizji, w każdej gazecie, w Internecie i w radio można było usłyszeć, zobaczyć, przeczytać, o czym traktuje ten tajny dokument i kogo on dotyczy. Był nadal tajny i nadal był tajemnica tylko, że już wszyscy o nim wiedzieli. Dalej wykaże się naiwnością pozostało mi z dzieciństwa, bo bardzo chciałbym wierzyć, że to nie tych dziesięciu najważniejszych ludzi w państwie przekazało prasie to, co powinno być tajemnicą. Ale jeśli nie oni to, kto?

 

Mam nadzieje, że tajemnice ujawnienia poufnych informacji wyjaśni warszawska prokuratura okręgowa, która wszczęła śledztwo w sprawie ujawnienia bądź wykorzystania tajemnicy państwowej. Bo jeśli to nie tych dziesięciu wtajemniczonych przez CBA ludzi wyniosło do jednego z dzienników materiały, które były opatrzone klauzulą ściśle tajne to naprawdę zasadne jest pytanie gdzie jest przeciek? Może w instytucji kierowanej przez Mariusz Kamiński? Ale tu obawiam się, że dziwne byłoby prowadzenie śledztwa w prawie przecieku informacji niejawnych w instytucji, która o lat bada aferę z przeciekiem informacji tajnych w sprawie o korupcję przy odrolnieniu ziemi w Ministerstwie Rolnictwa latem 2007 roku. Choć naprawdę byłaby ciekawa konferencja prasowa wzorowana ta tej słynnej z przed lat, w której teraz zobaczylibyśmy, kto, z kim spotykał się i kto komu przekazywał tajne dokumenty.

 

Teraz jest przedziwna sytuacja, w której wszyscy już o wszystkim wiedzą i żywo dyskutują o tajnych dokumentach, choć one nadal formalnie są tajne. Dzięki uprzejmości jednego z dzienników mogliśmy nawet zapoznać się z treścią prywatnych rozmów telefonicznych, co już w samym założeniu prywatności jest rzeczą dziwną. Ja wiem, że dziennikarską rzeczą jest tropić afery i o nich informować, więc nie ma pretensji to gazety, ale mogę mieć uzasadnione pretensje do tych, którzy nie przywiązują żadnego znaczenia do formuły tajności państwowych dokumentów. Jak coś jest tajne to powinno być tajne, czyż nie? Bo jeśli nie byłoby tak to niech mi ktoś powie, czy ujawnienie tajnych materiałów na temat obronności Polski byłoby złamaniem tajemnicy państwowej? Można przyjąć śmiało założenie, że w obecnej sytuacji jest możliwe, że ktoś uzna samodzielnie, że ujawni tajne materiały o obronności w imię tak pojmowanego interesu ogólnego. Czy wolno samodzielnie decydować o tym, co jest tajne i poufne a co nie jest już takie z naszego widzimisie i nadaje się do publikacji w prasie? 

 

 

dziennik pesymistyczny

Poprawiania Monteskiusza

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Bardzo dawno temu żył pewien człowiek nazwiskiem Charles Louis de Secondat Baron de Montesquieu, czyli Monteskiusz. Był to jeden z czołowych przedstawicieli wczesnego oświecenia, najwybitniejszy teoretyk monarchii konstytucyjnej. To on właśnie zaproponował zasadę podziału i równowagi władzy, którą przyjęły, przynajmniej teoretycznie, państwa demokratyczne w tym oczywiście i Polska. W zasadzie u nas obowiązuje podział władzy na sądowniczą, wykonawczo – administracyjną oraz ustawodawczą, ale w praktyce chyba coś się pogmatwało i teraz wszyscy chcą zajmować się wymierzaniem sprawiedliwości.

 

Jeśli w Polsce wybucha afera, w której są ewidentne znamiona przestępstwa to nie zajmuje się tym zgodnie z zasadą Monteskiusza jeden z organów państwa, jakim jest sądownictwo, lecz wszystkie na raz i to na wyścigi, kto będzie lepszy i kto pierwszy dojdzie swojej prawdy i kto szybciej wyda wyrok. Wczoraj Centralne Biuro Antykorupcyjne wysłało do premiera, prezydenta oraz kilku osób z Sejmu i Senatu ostrzeżenie o możliwej korupcyjnej zmianie w projekcie nowelizacji ustawy o grach i zakładach wzajemnych. Na szczęście CBA wysłało też zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa do Prokuratora Generalnego, czyli jednak nie zapomniało, kto się zajmuje tak naprawdę wymiarem sprawiedliwości w państwie.

 

Szef CBA, gdy tylko przekazał to ostrzeżenie o możliwej korupcji dał sygnał do startu w wyścigu, kto pierwszy wyda w tej sprawie wyrok. Dokument był ściśle tajny, ale co tam, od razu wszystkie media miały informacje o możliwej aferze, powtarzam możliwej. Trwa od wczoraj pierwszy publiczny sąd nad domniemanymi aferzystami tym razem sąd medialny. Ale już do osądzenia potencjalnych złoczyńców przygotowuje się ogromnie zaniepokojony prezydent. Choć tak naprawdę jeszcze nikomu nikt nie przedstawił oficjalnie zarzutów, a już afera jest porównywana przez prezydenckiego ministra do afery Rywina.  Jestem pewien, że nie minie wiele czasu jak posłowie wpadną na pomysł powołania specjalnej komisji sejmowej, która w świetle kamer wiele miesięcy będzie przesłuchiwała świadków. A posłom da możliwości zabłyśnięcia w telewizji w rolach prokuratorów, obrońców oraz sędziów jednocześnie. Na końcu sejm przez głosowanie stwierdzi, kto tu mówił prawdę a kto kłamał, kto jest winny a kto nie jest winny. Jak to miało miejsce przy aferze Rywina.

 

Po tym wszystkim władza sądownicza sprawowana w Polsce przez sądy i trybunały wydające wyroki na podstawie obowiązującego prawa niespiesznie osądzi tych, których oskarża dziś CBA. Gdy będą winni zapewne poniosą zasłużoną przewidzianą polskim prawem karę. Ale to już, że tak powiem będzie po wszystkim, bo przecież wcześniej wyrok wydadzą politycy. Wszystkie trzy rodzaje władzy powinny być równorzędne, ale to nie znaczy, że mają się wzajemnie zastępować. Chyba lepiej byłoby żeby władza wykonawcza i ustawodawcza w tym posłowie poczekali spokojnie na wyrok niezawisłego sądu a nie już teraz ferowali w prasie i telewizji swe ostateczne wyroki, kto ich zdaniem jest winny a kto niewinny.

 

Ja wiem, że często urzędnicy i posłowie z racji pełnionej funkcji mają dostęp do informacji, które przesądzają o czyjejś winie czy niewinności. Ale nie może dochodzić do sytuacji, w której społeczeństwo nie mając takiej możliwości oceny czyjegoś zachowania jak politycy musi wyrobić sobie poglądy na ten temat czyjeś winy tylko na podstawie opinii polityka czy urzędnika. Wolałbym żeby w Polsce o czyjejś winie informował mnie tylko i wyłącznie sąd w wydanym zgodnie z prawem wyroku. A nie wszyscy, którzy mogą, bo mają dostęp do informacji tajnych.

dziennik pesymistyczny

Ja tu widzę niezły burdel!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zapewne większość czytelników pamięta zdanie, które zawarłem w tytule z komedii Stanisława Barei Seksmisja. U mnie na prowincji może nie ma takiegu burdelu w sensie bałaganu jak w filmowym Genetix czy Archeo. Ale jeśli coś u mnie w mieście zasługuje na miano „niezły burdel” to na pewno sytuacja w magistracie gdzie w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęły z wydziału komunikacji urzędu miejskiego akta rejestracyjne dwóch skradzionych samochodów.

 

Ciekawa sprawa z tym zaginięciem dokumentów. Bo jeśli to przestępca włamał się nocną porą do urzędu i w swej przestępczej działalności osiągnął szczyty kryminalnego kunsztu znane mi tylko z filmów kryminalnych to znaczy, że nie są bezpieczne teraz żadne przechowywane tam dokumenty. Więc nie ma pewności, że bezpieczne są na przykład moje dane osobowe przechowywane w archiwach urzędniczych? Jeśli takie jest wyjaśnienie tej sprawy to, dlaczego nie mogę sobie przypomnieć żadnego doniesienia prasowego na temat włamania do magistratu. Przecież to nie możliwe żeby taką sprawę utrzymano w tajemnicy przed dziennikarzami. A i więc to jednak nie może być rozwiązaniem zagadki.

 

Przyszło mi do głowy nowe wyjaśnienie. Może to jakiś wyjątkowo bezczelny przestępca w biały dzień sforsował zabezpieczenia, z podrobionym certyfikatem bezpieczeństwa wydanym przez MSWiA ominął strażników, upodobnił się tak do urzędniczej braci i zupełnie niezauważony przez nikogo dostał się do pomieszczeń archiwum wydziału komunikacji. Tam odnalazł dokumenty, które mu były potrzebne a następnie przez nikogo niezatrzymywany opuścił urząd miejski. Scenariusz jak z powieści sensacyjnej. I jak by się okazało, że to jednak prawda to faktycznie w magistracie mojego miasta panuje niezły bałagan.

 

A może jest bardzo przyziemne rozwiązanie tej kryminalnej zagadki. Może to mało zarabiający urzędnik miejski skorumpowany przez organizację przestępczą dokonał zaboru akt rejestracyjnych dwóch kradzionych aut. Ale jak donosi lokalna prasa to też jest błędne założenie. Prokuratur Rejonowy dla mojego prowincjonalnego miasta prowadziła do niedawna bardzo wnikliwe postępowanie, które miało wyjaśnić czy doszło do celowego usunięcia dokumentów. Jednak okazało, że sprawę musiano umorzyć ze względu na niewykrycie sprawcy.

 

Tak, więc najlogiczniejszym rozwiązaniem, dla zagadkowego zaginięcia akt wydaje się wersja zwykłego zaniedbania, czyli po prostu bałaganu czy jak kto woli niezłego burdelu w tym moim magistracie. Czyli pewnie akta rejestracyjne samochodów przez przypadek zostały wyrzucone, może leżą sobie spokojnie pod szafą, może wylała się na nie kawa? Nikt tego nie wie, bo po prostu wyparowały. Aż mnie zmroziło, że można tak beztrosko podchodzić do dokumentów, nie ma ich i już. Gdzie zaginęły? Nikt nie wie? Czy zostały skradzione może, ale i tak nie wiadomo, kto to zrobił? Czyli nikt nic nie wie. Taki bajzel.

 

Rozbawiła mnie wypowiedz urzędniczki z biura prasowego urzędu, którą przeczytałem w prasie. Według jej słów magistrat zatrudnił dodatkową osobę, która będzie zajmowała się wydziałowym archiwum. Urząd nie wyklucza, że zostanie zatrudniona nawet kolejna osoba do pracy w archiwum! Czyli do tej pory, co tam było? Nikt tam nie pracował? Dokumenty odkładano na stertę? Jeśli tak to jasne, że zaginęły. Urzędniczka zapewnia też czytelników gazety, że wkrótce gotowa będzie dodatkowa instrukcja dotycząca korzystania z dokumentów i postępowania z nimi. A więc możemy spać spokojnie, iż nic grozi dokumentom, bo jest odpowiednia instrukcja.

 

dziennik pesymistyczny

Z szacunkiem do długopisów

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jestem zdania, że jest jeden wynalazek, który zdecydowanie wpływa codziennie na nasze życie a jednak tak jakbyśmy go nie dostrzegali. Jest z nami od dzieciństwa, zabieramy go do szkoły, potem używamy go w pracy, nosimy przy sobie, mamy go w szufladach, w kieszeniach, w teczkach i damskich torebkach. Ale jakoś tak nikt go nie docenia, nikt o nim nie pamięta. Przedmiot ten stał się dla nas tak pospolity, że aż niedostrzegalny. A może warto przy okazji urodzin jego twórcy i wynalazcy wspomnieć o nim cieplej, bo jest naszym towarzyszem dnia codziennego.

 

Przedmiotem codziennego użytku, o którym traktują powyższe słowa jest oczywiście nasz stary przyjaciel długopis. Tak on, ten, który z pewnością drogi Czytelniku znajduje się w tej chwili, gdy czytasz te słowa nie dalej niż kilka kroków od ciebie. Może jest drogi za kilka tysięcy złotych, a może jest to długopis z kiosku na rogu ulicy kupiony za kilka groszy. Ale zapewne jest on tam blisko Ciebie. I właśnie dokładnie sto dziesięć lat temu dwudziestego dziewiątego września w Budapeszcie urodził się Bíró László węgierski wynalazca, któremu przypisuje się wynalezienie długopisu w formie, jaka znana jest nam obecnie.

 

Węgier pracując, jako dziennikarz codziennie posługiwał się wiecznym piórem, więc nie obce mu były doświadczenia związane z rozmazywaniem się atramentu podczas pisania. Zauważył też, że tusz używany do drukowania gazet wysycha o wiele szybciej. Od tych obserwacji był już krok do wynalazku. W tysiąc dziewięćset trzydziestym ósmym roku wraz ze swym bratem Georgiem z zawodu chemikiem skonstruowali, a następnie opatentowali swój wynalazek, czyli nowy rodzaj przyboru do pisania.

 

László Bíró wraz z żoną oraz córką wyjechali z Węgier uciekając przed prześladowaniami ze strony faszystów. Zamieszkali w Paryżu, lecz i tu nie zaznali spokoju. Po inwazji niemieckiej na Francję rodzina Bíró opuściła Europę udając się na emigrację do Argentyny. Tam w tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim roku bracia Bíró założyli pierwszą fabrykę produkującą na skalę masowa ich wynalazek, czyli długopis. Nowe przybory do pisania spodobały się Brytyjczykom, którzy postanowili wyposażyć w długopisy załogi samolotów wojskowych. Francuski baron Marcel zbudował po wojnie na ich pomyśle prawdziwe imperium przemysłowe. Dorobił się na wynalazku Węgrów prawdziwej fortuny dzięki usprawnieniu technologii oraz uproszczeniu produkcji długopisów. To głównie dzięki jemu długopisy stały się tanie i ogólnie dostępne.

 

Mały i niepozorny przyrząd do pisania daje też pracę tysiącom ludzi prawie na całej planecie, bo do jego produkcji zaangażowane są takie gałęzie gospodarki jak przemysł wydobywczy, metalowy, naftowy oraz chemiczny. A jak działa długopis? Podstawową częścią długopisu jest jego wkład, czyli plastikowa lub metalowa rurka wypełniona tuszem. Umieszcza się ją w korpusie długopisu, który zakończony jest metalową obsadką. W niej znajduje się kulka o średnicy od pół do jednego milimetra. Podczas pisania kuleczka obraca się rozprowadzając równomiernie atrament po papierze.

 

Żeby udowodnić jak wielki wpływ na nasze życie miał niepozorny wynalazek László Bíró należy przywołać tu choćby słynny gigantyczny długopis Lecha Wałęsy, którym podpisał Porozumienia Gdańskie. Jak widać na tym przykładzie długopis jest bardzo ważny, dlatego należy mu się od nas szacunek przynajmniej w dniu urodzin jego wynalazcy.

dziennik pesymistyczny

Zakazany owoc czerwonej gwiazdy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 13

Są pewne podobieństwa między służbą zdrowia a polityką. No, może nie we wszystkich aspektach, ale na pewno w niektórych tak. W polityce często znajdują się ludzie, którzy są chorobliwie na coś uczuleniu i choć są zarażeni nie bardzo zdają sobie sprawę ze swojego stanu totalnego uczulenia. Co więcej na siłę chcą przekonywać innych, że to oni są zdrowi, a wszyscy inni chorzy.

 

Bardzo wielu politykom wydaje się, że są lekarzami dusz i jako tacy za wszelka cenę, za wymierną finansową cenę oczywiście, chcą nieść na siłę pomoc, w ich mniemaniu, potrzebującym uzdrowienia. W ostatnich dniach zebrało się w Warszawie konsylium poselskie lekarzy dusz i uchwaliło zakaz produkowania i sprzedaży komunistycznych emblematów.  Podobno pacjent, czyli społeczeństwo, w swej chorobie tak się zatracił, że już sam nie rozumie, co złe, a co dobre i trzeba go na siłę wyleczyć. Szczególnie rozwinęła się czerwona choroba w umysłach młodych ludzi, co to w swym schorzeniu utracili pamięć i jeszcze w szaleństwie pokazują na zewnątrz symbole swej totalitarnej czerwonej choroby. Ale, na szczęście jest zdrowa lekarska siła w narodzie. Są ci, co wielgachną strzykawą kodeksu karnego wepchną im do głowy przez tylną cześć ciała prawdę, czym jest sierp i młot.

 

A jak kto nie posłucha i w malignie niezrozumienia jedynie słusznych ideałów lekarzy z Wiejskiej, nałoży z młodzieńczej przekory choćby koszulkę z Leninem, to go na przymusowe leczenie sanatoryjne na dwa lata za kraty. Nie warto przecież przekonywać, że to totalitarny ustrój państwowy stoi za zbrodniami, nie warto tłumaczyć, nie warto perswadować, u nas warto tylko i wyłącznie karać. Bo przecież jak ktoś nałoży koszulkę z czerwoną gwiazdą, ma w domu portret Lenina, bo mu się akurat podoba sztuka socrealizmu do już od razy staje się złym i przewrotnie dążącym do wprowadzenia komunistycznego terroru człowiekiem. Choć tak do końca posłowie – lekarze dusz- w swej walce z komunistyczną czerwoną zarazą nie bardzo określili, czym jest sedno choroby, czyli co to jest symbol komunistyczny.

 

Czy jeśli mam w domu kilka książek Lenina, Marksa, Engelsa, bo z czystego zainteresowania tymi sprawami chciałem poznać ideologię państwa, które mnie dwadzieścia lat temu gnębiło, to teraz mam się tych woluminów pozbyć? Sam nie wiem.  Dostałem kiedyś od znajomego w prezencie czapkę uszatkę żołnierza radzieckiego ze stosowną do umundurowania gwiazdą czerwoną. To znaczy, że teraz każdorazowe jej założenie to ryzyko dwóch lat wiezienia? Mam tylko nadzieję-, że czerwony kolor jednej z moich koszulek nie zaprowadzi mnie do ciemnicy? Nie wiem jak to jest, ale u nas zawsze jest tak, że lepiej jest od razu w łepetynę ustawą i do lochu, niż zadać sobie trud edukowania i wyjaśniania. Wolałbym żeby młody człowiek nie założył ubranka z podobizną Stalina, bo wiedziałby doskonale, że ten był jednym z największych zbrodniarz w historii ludzkości. A nie, dlatego że będzie się bał policji, sądów i kary za swój koszulkowy czyn zabroniony ustawą rządową.

 

Człowiek ze swej natury jest przekorny. Jak mu czegoś nie wolno, jak mu się czegoś zabrania to zawsze zrobi na odwrót. Czy przez wprowadzenie ustawy zakazującej noszenia ubrań, emblematów, znaczków z sierpem i młotem nie tworzy się sytuacji, w której efekt będzie zupełnie odwrotny? Czy owoc zakazany nie stanie się przez to smaczniejszy? Więc, po co leczyć na siłę, może warto zastosować łagodniejszą terapię.

 

dziennik pesymistyczny

Nasz transparentyzm

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

W Polsce nikt nie docenił faktu istnienia jednego z kanałów komunikacji społecznej, który jest obecny wokół nas stale, a tak naprawdę nikt chyba na poważnie nie zajął się jego zbadaniem. Ta forma informowania o poglądach, marzeniach, niechęci lub uczuć poparcia do kogoś albo do idei nie jest taka nowa, ale na pewno na stałe weszła do naszego życia. To, o czym piszę to transparent zawieszany na ścianie budynku, w oknie, na kominach elektrowni, na bramie zakładu pracy, na stadionowych płotach. Wszędzie tam, gdzie naród chce wykrzyczeć graficznie swoje niezadowolenie lub co ciekawsze poparcie dla pewnych ideałów.  Z haseł wypisywanych na płótnie dowiadujemy się, że jest strajk w fabryce, że ktoś nie chce drogi akurat na swojej posesji, że bardzo ważne są drzewa, a dwutlenek węgla jest bardzo zły.

 

Ja tam nic nie mam do tej nowej formy malarstwa kaligraficznego. To, co piszę to raczej próba zwrócenia uwagi na bardzo niedoceniany kanał komunikacji jednostek ze społeczeństwem. Takie połączenie słowa pisanego ze sztuką malarską. Historia tej formy wypowiedzi jest stara jak świat. Choć jej gwałtowny rozwój przypada na lata rewolucyjne początku dwudziestego wieku. W Polsce rozwinęła się ta sztuka w pełni, w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku i tak sobie trawa niedoceniana przez nikogo przez te lata aż do dziś.

 

W moim mieście jest ulica, o której poeta powiedziałby zapewne: „ulica Miła wcale nie jest miła, ulicą Miłą nie chodź, moja miła”. Jest to nasze miejskie niemiłe miejsce, gdzie przebywanie dla osób niezamieszkujących tam na stałe, może okazać się niebezpieczne. Tam „domy, domy, domy surowe, trzypiętrowe, czteropiętrowe”. Gdzie codziennością jest widok smętnych panów i pań, na których twarzach rysuje się od rana zmęczenie i to wcale nie wywołane ciężką pracą ponad siły, a zgoła czymś innym. Szare kamienice z początku dwudziestego wieku, a w nich całe pokolenia ludzi permanentnie skazanych na życie poza nawiasem społeczeństwa. Ludzi w trzecim pokoleniu uzależnionych od państwowej pomocy.

 

I tu nagle i niespodziewanie na szaroburym bloku pojawiło się białe płótno z czarną farbą wypisanym napisem: „NIE DAMY SIĘ WYSIEDLIĆ MZL DO K…”., Czyli nawet tam doceniono wielką siłę transparentu! Nie wiem do końca, o co chodziło protestującym z tym wysiedleniem do – k. Może plany zarządu lokali miejskich, do których protest jest skierowany są takie, że miejscem docelowym przesiedleńców będzie kurnik? A może koszary? Bo chyba nie nad rosyjską rzekę Kołymę ich przesiedlą! Liczy się jednak to, że doceniono transparent, jako formę komunikacji z nieprzyjaznym światem. Zawsze myślałem, że jakbym tam mieszkał to zrobiłbym wszystko żeby się wyrwać z tego miejsca. Od tych kolesiów, brudu, szarości, wódeczki, płaczu dzieci, nocnych krzyków, wizyt policji o północy. Uciekałbym ile sił i jak najszybciej i to gdziekolwiek. Ale okazało się, że to tylko mnie się tak wydawało. Bo dla niektórych mieszkańców jak można wnioskować z hasła na płótnie to istna ziemia obiecany.

 

Ciekawe jest u nas to umiłowanie do transparentów. Zawsze jak coś się, komuś nie podoba lub odwrotnie to natychmiast komunikujemy się ze światem transparentem. Najlepszym miejscem do wywieszenia transparentów jest jak się wydaje jednak stadion piłkarski. Nie chodzi mi tu o tradycyjne transparentowe komunikaty w stylu „Polska gola”. Tam na stadionie od lat trwa nieprzerwana walka polityczna na hasła wypisywane na płótnie. Prekursorem tego zjawiska okazał się obecny europoseł PiS Jacek Kurski, który przyznał, że już w 1985 roku wieszał na meczu piłkarskim 12-metrowy transparent nawołujący do bojkotu przypadających tydzień później wyborów do Sejmu.

 

Teraz europarlamentarzysta też staje dzielnie w obronie hasła, jakie zawisło na stadionowym płocie. Transparent może i był całkowicie niezwiązany ze sportem, ale za to w duchu politycznego sprzeciwu moralnego. Brawo Panie pośle! Przecież każdy ma prawo do własnych transparentów i nic nikomu do tego, co tam wypisuje i gdzie to wiesza.  Nie można blokować tej prastarej formy komunikacji. A ja tak sobie przypomniałem w związku z posłową walką o stadionowy byt transparentów słowa innego poety: „Polska — ojczyzną wszystkich Polaków to hasło zwala Cię z nóg i tylko niepokój jakiś w Tobie się budzi czyżby we Francji mieszkali Francuzi?”

 

dziennik pesymistyczny

Korporacyjny dylemat czasu, czyli jak najsprawniej wylać dziecko z kąpielą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

 

Drodzy Czytelnicy czy wiecie, że u nas w Polsce jest przynajmniej jedna firma, która tak postawiła na szkolenia pracowników w dziedzinie sprzedaży, że już na samą sprzedaż nie starcza tym właśnie pracownikom czasu. Firma jest amerykańska, więc oczywiście czuje misje niesienie oświaty wśród ciemnego ludu europy wschodniej. Stąd ta wielgachna mnogość wszelkich mitingów, spotkań i szkoleń.

 

Przedsiębiorstwo to w trudzie i znoju, z udziałem kilkunastu kooperantów, po podpisaniu tysiąca umów, po wytężonej pracy setki prawników przygotowywało się przez lata do wyprodukowania produktu, który miał rzucić na kolana tak konkurentów jak i co ważniejsze klientów. Wszystko to na razie było teoretyczne, bo przecież coś, co jest warte tyle pieniędzy potrzebuje czasu na sprawdzenie wszystkich aspektów produkcji. A w Polsce nic nie jest łatwe jak trzeba załatwić formalności. Więc dział handlowy miał niełatwe zadanie sprzedać coś, co miało istnieć, ale w nieznanej dokładnym terminem przyszłości, coś wirtualnego, nie namacalnego. Firma nie szczędziła w tym pomocy swoim ludziom z działu handlowego. Przygotowano dla nich setki spotkań, szkoleń, mitingów. Spotkania z trenerami od mowy ciała, od prezentacji, od rozwoju osobowości. Podstawy metod sprzedaży bezpośredniej, trening negocjacji, zasady panujące w korporacji. Przez rok pracownicy działu handlowego dogłębnie poznali efektywne kanały sprzedaży i komunikacji z klientem. Wiedzieli jak negocjować optymalne rozwiązania i osiąganie porozumienia w trudnych chwilach. Amerykańskie metody uczyniły ich najwyższych lotów teoretykami sprzedaży.

 

Jednak jakoś tak w praktyce nie szło najlepiej, bo klient nie chciał kupować produktu, którego nie było. Nie bardzo wiadomo też było, kiedy będzie i jak będzie wyglądał. Jedyna pewnością było to, że będzie on jak już powstanie rewelacyjny i przez to drogi.  Czas płynął a szkoleń przybywało. Już nie tylko teoria się liczyła, ale odgrywano scenki rodzajowe z udziałem pracowników mające pokazać poziom wyszkolenia kardy sprzedawców. Jak już udało się zwabić klienta to poddawany od został natychmiast do perfekcji wytrenowanej obróbce mającej na celu sprzedaż. Jednak praktyka zadawania tysiąca pytań potencjalnemu nabywcy okazała się chyba nie bardzo, bo klient wiał ile wlezie po pierwszej wizycie przepuszczając zapewne, że wpadł w łapy centralnej agencji wywiadowczej. Pracownicy chcieli nawet wprowadzić modyfikacje amerykańskiego wzorca sprzedaży dostosowując go do polskich warunków i realiów, ale okazało się, że co amerykańskie to święte.

 

I nadszedł ten dzień. Firma wyprodukowała to, co tak zachwalała. Jest nowy produkt, od miesięcy wyczekiwany. Jest to, co teraz można z radością za tysiące złotych sprzedać. Przy swoich biurkach jak biegacze w blokach startowych wyczekiwali świetnie wytrenowani w amerykańskim stylu pracownicy działu handlowego. Ale jakoś tak nikt nie dzwonił zainteresowany zakupem rewelacyjnego produktu? Mimo siedmiodniowego tygodnia pracy po dwanaście godzin dziennie, nic. Mimo reklam w prasie i świetnego PR-u, nic. Mimo wysiłków i poświęceń działu handlowego dokonującego cudów, aby w jakikolwiek sposób zachęcić potencjalnego klienta. Nic się nie działo. Sprzedaż prawie żadna.

 

Nagle wiadomość! Jest ten długo wyczekiwany, jest ten mityczny, ten posiadająca zasobny portfel i zainteresowany produktem klient!  Radość było wielka, bo to przecież już od miesięcy zarząd powtarzał, że mimo tylu nakładów pracy działu trenerskiego dział handlowy nie sprzedaje tak jak powinien sprzedawać zgodnie z przesłaną z Massachusetts analizą. 

 

Ku radości wszystkich był klient, ale okazało się ku zmartwieniu wszystkich, że nie ma czasu, aby się z nim spotkać, bo całe dnie wypełnione są szkoleniami. W poniedziałek nie można, bo jest appointment w centrali, wtorek zajęty, bo trening z metod zarządzania czasem, środa spotkanie w sprawie nowej metody prezentacji oraz miting z proaktywności, w czwartek jest spotkanie, na który będą prezentowanie scenki sprzedażowe, które następnie będą oceniane.  W piątek nie można, bo to już prawie przed weekendem i trudno wymagać żeby w taki czas ktoś upoważniony z centrali fatygował się do podpisania umowy na prowincje a potem wracał w korkach. Więc może sobota? Nie, wtedy Pan od podpisywania umów ma prywatne lekcje jazdy konnej. A niedziela – wiadomo dzień Boży.

 

Dzięki licznym szkoleniom, kursom, mitingom wielu ciemnych rodaków, amerykańska firma wyszkoliła w trudnej sztuce sprzedaży. Firma ma oczywiście przecudowny produkt, którego cena liczona jest w tysiącach złotych. Posiada najlepiej wykwalifikowanych sprzedawców. Przynajmniej teoretycznie, bo jak na razie jej lokalny oddział niewiele sprzedał, bo nie ma tam zupełnie czasu na sprzedaż przez te szkolenia z efektywnego wykorzystywania czasu.

 

dziennik pesymistyczny

Sprawdzić czy nie ksiądz

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 10

Wczoraj do agencji banku PKO w Szamotułach wszedł ubrany w czarny garnitur mężczyzna. Sterroryzował kasjerkę nożem, a następnie uciekł ze skradzionymi kilkoma tysiącami złotych. Dzielni policjanci dopadli złodzieja jeszcze tego samego dnia. Rabuś poinformował stróżów prawa, którzy go zatrzymali, że jest on księdzem z Białogardu.

 

Nie wierzę, że ksiądz to zrobił, on taki miły, uczynny, grzeczny… uczył moje dzieci… to nie on…. Na pewno nie on, pewnie ktoś lub coś go do tego zmusiło – takimi mniej więcej słowami zareagowała jedna z parafianek księdza rozbójnika, gdy dziennikarz telewizyjny zapytał ją o opinię na temat napadu dokonanego przez jej byłego duszpasterza.

 

Policjanci zgodnie ze znaną z komedii Miś Barei zasadą – sprawdzić czy nie ksiądz – ustalili, że zatrzymany jest księdzem, choć od kilku miesięcy nie pracował już jako duchowny w żadnej parafii. Był zatrudniony w jednym z poznańskich supermarketów, jako ochroniarz. Do niedawna jednak rabuś pełnił posługę kapłańską w Białogardzie będąc tam wikarym. Stamtąd został przeniesiony na inną parafię. Na nowe miejsce jednak nie dotarł.  Zaginął na prawie trzy miesiące. Kościelna zguba odnalazł się w policyjnym areszcie. A następnie nieczuły na jego duchowny stan sąd, aresztował trzydziestosiedmioletniego księdza na dwa miesiące pozbawienia wolności.

 

Prawie natychmiast po tych doniesieniach prasowych kuria koszalińsko-kołobrzeska poinformowała, że wspomniany ksiądz nie jest już kapłanem. Podobno on sam miał zdecydować, czy pozostanie w stanie kapłańskim, czy z niego wystąpi. Teraz przez swój czyn, jak informuje kuria, zamknął on sobie drogę powrotu na plebanię.

Byłaby to banalna historia napadu na bank z użyciem noża gdyby nie to, że rabusiem okazał się ksiądz, czy jak woli koszalińsko-kołobrzeska kuria były ksiądz. Jednak zastanawiająca jest reakcja niektórych ludzi na wieści o napadzie.  To usprawiedliwianie na siłę, czego nie można usłyszeć jak przestępcą okazałby się – no nie wiem – może były hutnik.

 

Przykładem takich zachowań niech będzie ta zacytowana przeze mnie wypowiedź byłej parafianki księdza, który okazał się złodziejem. Przecież takich opinii jak ta wspomniana tutaj jest wiele. Jak tylko o cokolwiek jest w Polsce oskarżany kapłan to od razu znajdzie się tysiąc ludzi przekonanych o jego zupełnej niewinności. I to tylko z tego powodu, że uważają za kompletnie niemożliwe popełnienie czynu zabronionego prawem i sumieniem przez osobę duchowną.

 

Czyli jeśli murarz napadłby na bank, krawiec sprzeniewierzył powierzony mu materiał, piekarz po pijanemu potrącił nastolatka samochodem i uciekł, to oni wszyscy byliby potencjalnie winni. I nikt nie stawałby publicznie w ich obronie. Ale jeśli to ksiądz, o tu zawsze znajdzie się kilkadziesiąt osób wierzących w jego pełną niewinność. Nawet jak złodzieja złapano z pieniędzmi w garści.

 

Dlatego całe szczęście, że ten osobnik przynajmniej wykazał się przyzwoitością i był przez chwilę zatrudniony, jako ochroniarz w supermarkecie. Bo jako ochroniarz to już mógł dokonać napadu, ale jako ksiądz to nigdy. Bo przecież pewnie go ktoś namówił, a może to nie on…, bo on taki dobry. Bo on ksiądz przecież.

dziennik pesymistyczny

Ostatni zajazd na TVP?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Wczoraj przed gmachem Telewizji Polskiej mieliśmy przyjemność podziwiać przepiękny happening z udziałem starego i nowego prezesa tej instytucji. To tam właśnie ujawniła się ta słynna, ale jakoś tak z rzadka oglądana na ekranach misyjność TVP.  Jakże cudowna była ta inscenizacja Ostatniego zajazdu na Litwie w wykonaniu prezesów ex equo oraz licznych ich zwolenników. Może za bardzo uwspółcześniona była to wersja klasyki, bo to panowie szlachta nie w kontuszach, lecz w garniturach i nie na koniach, a w czarnych limuzynach, ale zawsze liczą się dobre chęci. 

 

To największe dzieło polskiej literatury romantycznej, jakim jest Pan Tadeusz Adama Mickiewicza bez wątpienia próbowano odegrać wczoraj na placyku przed drzwiami Telewizji Polskiej.  I choć wszystko rozgrywało się nie w „śród (…) pól przed laty, nad brzegiem ruczaju”, lecz w Warszawie i to współcześnie. A „na pagórku niewielkim” nie stał „dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany”, lecz raczej wieżowiec oryginalny i powyginany – to jednak czuło się  na ulicy Woronicza tę atmosferę Ostatniego zajazdu na Litwie. 

 

Historia wojny o publiczną telewizję między różnymi opcjami politycznymi, jako żywo przypomina spór o zamek, toczony pomiędzy Soplicami i Horeszkami. Wczoraj nowy prezes TVP Bogusław Szwedo przybył do siedziby Telewizji Publicznej niczym „Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki”. Czekały na niego tłumy zwolenników związkowców z kwiatami i tu należy żałować, że nie jak szlachta z Pana Tadeusza w szablami, bo to by było bardziej widowiskowe. Jednak zajazd okazał się niemożliwy, bo opór Sopliców okazał się skuteczny. Z tłumem panów braci wdarł się p. o prezes, po walkach słownych z ochroną do środka zamku, to jest siedziby TVP gdzie dowiedział się, że nie ma dla niego przepustki. Tam też bezskutecznie nowy prezes Szwedo usiłował skontaktować się telefonicznie z starym prezesem Piotrem Farfałem.

 

Były prezes niczym Sędzia z ksiąg Mickiewicza stwierdził, że to on jest właścicielem zamku TVP i jako jego zarządca, ma takie same prawa jak Hrabia – nowy prezes. Każdy z nich ogłosił wtedy, że rozpoczyna się sądowa walka o ruiny telewizji publicznej. – Wcześniej czy później wejdziemy do siedziby – powiedział dziennikarzom Bogusław Szwedo. Jednak drugi prezes, czyli Piotr Farfał nie przestraszył się oświadczając, że nie uznaje decyzji Rady Nadzorczej. Tłumaczył też, że sobotnia uchwała Rady Nadzorczej TVP została przyjęta bez przedstawicielki ministerstwa skarbu, co czyni taką uchwałę nieważną.

 

I tak wszyscy postępują w myśl zasady „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie
Ja z synowcem na czele, i – jakoś to będzie”. Nowy Prezes zostawia w
biurze podawczym Telewizji Polskiej uchwałę Rady Nadzorczej dotyczącą odwołania Farfała, która to uchwała miała mu uzmysłowić, że został odwołany ze stanowiska jakby nie wiedział tego jeszcze dotychczas. Mam przeczucie, że to tylko pierwszy akt zajazdu na Woronicza oglądaliśmy wczoraj. Bo nowy p.o. prezesa zapowiedział, że wezwie policyjne posiłki, które po pewnych modyfikacjach książkowego pierwowzoru należy chyba uznać za moskali. Oby tylko asysta policji okazała się niepotrzebna, bo to już byłaby przesada gdyby doszło do takiej bitwy o budynek jak kilka miesięcy temu pod pałacem kultury.

 

Posiedzenie nowego zarządu TVP odbyło się w siedzibie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. A jakby tak nowa rada obradująca w KRRiT postanowiła tam utworzyć drugi ośrodek nadawczy o nazwie TVP NOWA? Wtedy bardzo poszerzyłaby się nam oferta programowa telewizji polskiej i misyjność byłaby wtedy zdecydowanie podwójna.