dziennik pesymistyczny

Budujemy mosty dla Pana starosty…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Jest u nas w Polsce taka zasada niezmienna od niepamiętnych czasów, że jak coś władza buduje dla społeczeństwa to robi to latami a jak już wybuduje to otwiera to zawsze ze swym udziałem z wielką pompą i jest to niezmiennie ogromny sukces władzy na miarę pierwszego lotu człowieka w kosmos. U nas w Polsce oddanie w użytkowanie czegokolwiek nie może się odbyć bez udziału pań i panów w garniturach, ważnych przedstawicielu urzędów, ministrów, podsekretarzy stanu, posłów, senatorów, sekretarzy, naczelników, dyrektorów wydziałów oraz duchowieństwa oczywiście. I nie jest ważne to czy chodzi tu o otwarcie nowego boiska szkolnego czy nowego odcinka autostrady.

 

W takich razach władza może się pokazać z lepszej ludzkiej strony. Jaka to jest dla społeczeństwa dobra i społeczeństwo może spontanicznie poprzez krakowiankę małoletnią z kwiatami wylewnie podziękować władzy za okazana dobrać i zrozumienie potrzeb i bolączek obywateli.  Zawsze przy okazji otwarć obecność władzy jest jednak obowiązkowa. Ale z oczywistych względów nie zawsze przecinać wstęgę może premier czy minister. Czasem szanse ma pokazanie dobroci urzędu na prezydent miasta czy starosta.

 

Tradycja uroczystego otwarcia z udziałem najwyższych czynników oraz duchowieństwa jest u nas stara jak nasza państwowość. Już przecież od najmłodszych lat każde dziecko wie, że: „budujemy mosty dla Pana Starosty”. I choć rymowanka traktuje w całości, o czym innym to chyba władzy państwowej to jedno zdanie z wierszyka się szczególnie utrwaliło. Że jak się coś wybuduje to przecież za ich sprawą się to stało, przez nich i dla nich. I to władza w osobie Pana Starosty lub ministra może, ale nie musi przekazać w użytkowanie to, co sama przecież zbudowała społeczeństwu. Tak żeby każdy znał swoje miejsce i wiedział, od kogo ta dobroć płynie.

 

Czternastego sierpnia 2009 roku została otwarta autostrada A4 na odcinku Zgorzelec-Krzyżowa. Ruch został puszczony o godzinie dziesiątej zaraz po oficjalnym otwarciu z udziałem władz państwowych, samorządowych i samego wicepremiera. Drogowcy ukończyli drogę znacznie wcześniej, niż było zaplanowane i zażądali za to premii. Ministerstwo się podobno nie zgodziło na dopłatę i w związku z tym na w pełni wykończonej autostradzie “kontynuowano prace wykończeniowe” aż do terminu założonego w umowie. Taka kuriozalna sytuacja trwała od marca. Tak przynajmniej władza informuje oficjalnie, ale mnie się wydaje, że po prostu minister i wicepremier w jednej osobie nie miał terminów wolnych w marcu i trzeba było poczekać do sierpnia z otwarciem. I udało się! Uroczyście otwarto pięćdziesiąt trzy kilometry autostrady! Byli oficjele, flagi, przecięcie wstęgi, gratulacje, przemówienia oraz pozowanie i uśmiechy dla telewizji oraz licznych fotoreporterów.

 

Za PRlu jak coś nowego udało się zbudować do czekano z uroczystością otwarcia nawet kilka miesięcy tak, aby dopasować się do jakiegoś święta państwowego lub odwrotnie przyspieszano termin otwarcia by wypadło we właściwy dzień. Ale to przecież mroczne czasy, więc pozostaje tylko mieć nadzieje, że z otwarciem tego odcinka autostrady nie czekana na wigilie jutrzejszego kościelnego święta i na wolny termin wicepremiera.

 

dziennik pesymistyczny

Kreatywność korporacyjna

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Pewnie wielokrotnie wam się zdarzyła w pracy taka sytuacja. Ktoś miał dla was przygotować, część zadania, którą potem sami mieliście wykorzystać we własnej pracy. I ten wasz współpracownik nie zrobił tego na czas lub zrobił tak, że to, co wykonał nadawało się tylko do umieszczenia jego pracy w okrągłym segregatorze. Bo ta robota dla was była wykonana niedbale i widać było, że zrobiono ją w dziesięć minut, choć osoba, która ją przegotowywała miała na to tak jak sama sobie przecież życzyła dwa tygodnie. Pewnie zdarza się to, co chwila i jest to zawsze tak, że czym większa firma to tym bardziej praca wzajemna miedzy współpracownikami się komplikuje. Jeśli do współpracownika mamy dwa biurka to przypilnujemy go i on przypilnuje nas, ale jak jest do niego sto pięćdziesiąt kilometrów to już jest trudniej. A właściwie w korporacji jest to nie możliwe. Tym bardziej, że nie możesz czasem przygotować czegoś sam, bo w korporacji jest zasada, że jak coś jest do zrobienia to, jeśli jest jakiś wyspecjalizowany dział od tego zrobienia to on to musi zrobić, choć tobie zajęłoby to pięć minut a im pięć tygodni. Taki podział pracy i usprawnienie korporacyjne.

 

W moim prowincjonalnym mieście jest lokalna redakcja jednej z wielkich gazet a w niej pracują ci, co dla tej gazety przynoszą pieniądze. I w tym wydawnictwie prasowym pracuje mój kolega. Jest jednym z ostatnich pracowników firmy, która w ramach oszczędności tak się zmniejszyła, że w zasadzie prawie znikła z mojego miasta.  Ale on trwa na posterunku i jeszcze przynosi nie mały dochód dla gazety sprzedając to, co w gazecie jest do sprzedania.

 

I właśnie wpadł do mnie wczoraj wieczornym mój znajomy cały w nerwach, choć w zasadzie to niespotykanie spokojny człowiek jest i od progu zaczął coś krzyczeć, o tym, że już ma dosyć tej swojej firmy, że ma dość korporacji, że ma dość ogólnie i że już chyba czas się z tą korporacją wydawniczą pożegnać definitywnie. Jak już się trochę uspokoił i cholera mu minęła to dowiedziałem się, że w zasadzie sprawa jest prosta i tradycyjna dla stosunków korporacyjnych.

 

Otóż ktoś z bardzo ważnego działu w centrali gazety, z działu o nazwie tak długiej i tak skomplikowanej, że … no nie ważne, miął przygotować dla mojego kolegi prezentacje. Mój kolega potrafiłby taką prezentacje zrobić sam i to w dziesięć minut, bo składać  się miała z kilku slajdów, ale nie, to okazało się nie możliwe w zależnościach korporacyjnych. Nie po to firma zatrudniła za wielgachne pieniądze kogoś w centrali by teraz jakoś chłopina z prowincji odbierał mu prace. Prezentacje ma przygotowywać dział do tego powołany przez szefów i nikt inny.

 

I tu zaczęły się schody. Geniusze z centrali zażądali na to bardzo skomplikowane zadanie trzech tygodni. Mój kolega musiał na ich życzenia przygotować dokładne notki o tym, co to ma się znaleźć w tej prezentacji, zbierać mnóstwo danych, o których on wiedział, ale przecież nie ci pracownicy z ważnego działu w jeszcze ważniejszej centrali korporacji, potem fotografie, linki do stron, streszczenia artykułów, dodatkowe informacje o oczekiwaniach swoich i klienta, dla którego mała być zrobiona zamówiona prezentacja. Słowem tony dokumentów wysłał mój kolega i poświecił, na co mnóstwo czasu.

 

Po czterech tygodniach i po kilkunastu ponagleniach ze strony mojego kolegi dział przesłał prezentacje. Potem mój znajomy dostał prawie zawału, wydzierał się przez godzinę na wszystkich swoich przełożonych a ma ich sporo, potem wpadł jak burza do mnie i ja teraz mogłem zobaczyć to dzieło pracowników wielkomiejskiej centrali korporacji.

 

Było to coś przedziwnego, nie chodzi o to, że wykonano to tak jakby to robił ktoś, kto ma osiem lat i bawi się po raz pierwszy programami graficznymi. Ale ta prostota wykonania wskazywała ze ktoś zrobił to w jakieś dziesięć minut i do tego na pewno nie czytał tej tony dokumentów wymaganych przecież do produkcji tego dzieła. Przyznałem koledze racje w jego gniewie, to ciekawe, że człowiek musiał mysleć cztery tygodnie i wymyślić coś, co składało się z tekstu i nałożonego na niego zdjęcia złej, jakości wyciętego pospiesznie z folderu reklamowego nierówno nożyczkami. Dodatkowo ułożonego tak, że częściowo zasłaniał sam tekst czyniąc go nieczytelnym.

 

A teraz najważniejsza informacja. Dział ten w korporacji wydawniczej nazywał się działem kreatywnym. Więc wszystko jasne. I czego się tu denerwować? I znów musiałeś wyjaśniać mojemu koledze przy wódeczce, że w korporacjach nie ma zdrowego rozsądku i jak się chce tam pracować to trzeba przywyknąć.

 

dziennik pesymistyczny

Urzędnicza wina bez kary.

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Wczoraj w pracy miałem bardzo ważne zadanie do wykonania. Dowiedziałem się o nim rano, więc, uznałem, że mam jeszcze czas na jego realizacje, przecież cały dzień przed mną. Krótko mówiąc wiedziałem, że zdążę. Potem zaczęły się zwyczajne obowiązki, jak to w pracy.  Następnie przerwa na kawę, obiadowa, po nich i miedzy nimi zwykła praca. Pod koniec dnia zaczęło się istne pandemonium, telefony, maile, jakieś pytania od współpracowników. Już na nic nie miałem czasu i nagle mnie olśniło … zapomniałem to, co było tego dnia najważniejsze do wykonania. Zapomniałem i nie zrobiłem tego, co przecież było tak bardzo ważne. Zawaliłem. Przyznaje. I za swoje lenistwo, niedbalstwo, za spychologie czasową, że przecież jeszcze mam czas spadła na mnie kara. Zakończyło się to strata finansową. Niewielką, ale zawsze bolało.

 

Od razu też zacząłem się usprawiedliwić przed samym sobą. Przecież było tyle pracy do wykonania, nie miałem znów aż tak dużo czasu i tak dalej w podobnym tonie. Te telefony, maile, te pytania i moja potrzeba na nie odpowiedzi to wszystko sprawiło, że zabrakło mi czasu na to, co było przecież najważniejsze do wykonania. I już tak jakby mnie bolało. Byłem winny, ale usprawiedliwiony.

 

I tak sobie pomyślałem, że zachowałem się całkowicie jak państwo polskie. To znaczy jak urzędnicy państwowi lub politycy pełniący państwowe funkcje, oni też nigdy nie są winni niczemu. To tylko jakieś czynnik nieprzewidywalny pogrążył ich starania. Oni nie są winni zaniedbań tylko ogólna sytuacja polityczna, społeczna czy ekonomiczna, tu do wyboru. Czasem winę urzędnika bierze na siebie przyroda. Czasem jakiś układ. Czasem niemożliwości prawne lub po prostu złe prawo. Czasami, i to jest najczęstsze usprawiedliwienie, jakieś złe działanie urzędnika poprzedniej kadencji. Ale przenigdy nie jest winny ktoś, kto jest u władzy tu i teraz. Ja przynajmniej za swoje zaniedbanie poniosłem karę a oni?

 

I tak robi zawrotną karierę wina bez kary. To znaczy wina jest zawsze, ale też zawsze po stronie tego czegoś nie poznawalnego, magicznego, tajemniczego wręcz boskiego. Jak powódź a wały nie zabezpieczone – kara boska, przecież deszczu nie przewidzisz. Jak dług w szpitali dwadzieścia pięć milionów – ludzie za dużo chorują, prawo chore, to nie wina dyrektora, czyli jest to dopust boży. Jeśli droga nie przejedna, bo się rozpadła po roku od remontu – to przecież nie wina urzędnika obecnego, bo poprzednik na emeryturze i to on tą specyfikacje zatwierdzał. I tak dalej:, jak krysys to przecież nie wina rządu, to światowy kryzys. Jak stocznia upadła i ludzie na bruku – to Brukseli spisek. Jak bezrobocie – kryzys. Jak na wojnie giną nasi żołnierze w bezsensownej wojnie bez widoków na zwycięstwo – to wina Talibów, nie tych, co wojsko do Afganistanu wysłali i wysyłają nadal.  Jak dziura w budżecie państwa, że dna nie widać – to przecież nie ministry winne, tylko tak jakoś się porobiło w ekonomii i jeszcze ci poprzednicy, co knuli ich to wina.  Służba zdrowia kuleje od dwudziestu lat i ministrów od zdrowia było więcej niż reform w lecznictwie to przecież nikt temu nie winny. Tak jakoś się stało. A minister Kopacz przecież od dwóch lat tylko. I już teraz mogę się założyć, że za dwa lata też nic się nie stanie nawet jak wszystkie szpitale upadną. Bo to niczyja będzie wina. Sprywatyzuje się i po sprawie. Przykłady winy można mnożyć, ale kary za złą prace nie widać.

 

Jak minister coś zawali to nie wywala się go dyscyplinarnie, o nie… on odchodzi z honorami żegna się go, ściska rękę… daje pióro pamiątkowe na dowidzenia i odprawę, jakie ja nigdy nie zarobię choćbym lata przepracował. I przenosi się go na inne stanowisko. Jak do zamrażalki, bo przecież nie na bruk.  Urzędnika z politycznego nadania! Nigdy! Bo gdzie tu jego wina, on chciał dobrze, ale tak jakoś wyszło.

 

Przecież nie zawsze karą jest to, że w wyniku wyborów po prostu złego urzędnika czy polityka odsuniemy od władzy. Bo on i tak zawsze wypłynie tylko w innej konfiguracji a to, co narozrabiał wcześniej już zostało wymazane i teraz można rozrabiać z czystym kontem. Bo przecież ma się już całkiem nowy mandat zaufania. A winą… Przecież jak nie pamiętali wyborcy to jej nie ma. Jak mawiała Madzia Karwowska z Czterdziestolatka: bry, bry, bryyyy… wymazujemy, nie ma. Nikt nie jest winny przecież oni chcieli dobrze a wyszło… jak zawsze.

 

 

dziennik pesymistyczny

„Powinieneś opuścić Polskę, bo to nie miejsce dla takich jak ty!”

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 6

Droga Wiktorio, postanowiłem odpowiedzieć na twój list do mnie, który znalazłem pod moim artykułem, publicznie a nie prywatnie. Bo uważam, że warto przy okazji odpowiedzi Tobie napiętnować poglądy, którym dajesz wyraz w liście. Nie znam Cię, więc zapewne nie mam pełnego oglądu na to, jakim jesteś człowiekiem, ale jeśli ty pozwoliłaś sobie na analizowanie mojej osoby nie znając mnie osobiście to i ja mam prawo do wyrobienia sobie poglądu na twoją ideologie i osobowość na podstawie tego, co piszesz.

 

Przyjaciele mówili mi: zostaw to, nie warto Ona i jej podobni i tak nie pojmą tego, co chcesz im przekazać. Ale ja uważam, że zawsze jednak warto spróbować, bo może,  właśnie ten jeden raz uda się do kogoś dotrzeć. A człowiek ten, choć w części się opamięta i zrozumie, że własną nienawiść i zwykłą głupotę nie zawsze można tłumaczyć głęboka fanatyczną wiarą.

 

Piszesz, że „jako emerytowana nauczycielka poświęcasz wiele czasu na tropienie paszkwili wypisywanych na temat naszego kościoła Katolickiego”. Gratuluje misji, jakiej poświęcasz swój czas. Mam tylko wątpliwość czy dobrze obrałaś cel swojej krucjaty. Twój cały wpis pod moim tekstem sugeruje, że dopuściłem się w nim czegoś, co słownik języka polskiego określa, jako artykuł, utwór lub jakakolwiek inna publiczna wypowiedź szkalująca lub zniesławiająca kogoś, czasami także ubliżająca komuś. Ale ja w swoim artykule nikogo nie obrażam, zadaje tylko pytanie czy funkcjonariusz świeckiego państwa powinien być służbowo oddelegowany do religijnych czynności. Bo wydawało mi się, że w Polsce nadal obowiązuje konstytucja, w której jest wyraźny rozdział miedzy wiarą a życiem świeckim.

 

Podobno po raz kolejny według Ciebie swym pisaniem obraziłem uczucia religijne „naszej polskiej katolickiej społeczności Kościoła katolickiego”. Jeśli pytanie o granice wpływu kościoła i fanatycznych grup religijnych działających w jego łonie na życie świeckie jest obrazą dla kościoła to faktycznie daleko mi to takich wspólnot, ale nie obrażam ich. Daleko mi po prostu do ludzi, którzy zabraniają mi stawiać pytania i dociekać prawdy.

 

Kilka razy w swym liście do mnie używasz zwrotu „naszego Kościoła Katolickiego” mam nadzieje, że chodzi Ci o kościół Rzymsko – Katolicki. Bo w Polsce działa też kilka innych kościołów ze słowem katolicki w nazwie. Przyjąłem, że tak jest. Co do słowa „nasz” to rozumiem, że nie chodzi Ci o to, że jest on, Kościół naszą wspólnotą twoja i moją, bo ty jak widać już uznałaś jakimś nadanym Ci niewiadomo, przez kogo prawem, że ja jak owca zbłądziłem już i nie ma dla mnie miejsca w tym, co ty nazywasz „naszym” Kościołem? Jeśli tacy ludzie jak ty będą, wydawać w kościele sądy to faktycznie nie ma, co tam szukać. Ale jak na razie nie złożyłem aktu apostazji, więc nadal mogę się uważać za kogoś związanego z kościołem rzymskim, choć stojącego blisko odejścia od niego. W czym i ty masz swój udział.

 

Piszesz Wiktorio za nic mam nauki o miłości bliźniego, ale czy ty im jesteś wierna? Znasz zapewne, mam nadzieje słowa: „Masz miłować swego bliźniego jak samego siebie”. Oraz słowa: „Nie stawiajcie oporu niegodziwemu; ale temu, kto cię uderzy w prawy policzek, nadstaw i drugi”. Więc jeśli ty naprawdę uważasz, że moje wątpliwości, co do prawdziwości wiary niektórych ludzi, co to ich intencji, co to braku podziału miedzy polską świecką a klerykalną są obrażaniem czyjś uczuć religijnych to jak wyglądną to, co piszesz w świetle słów kogoś, kogo uważasz za Boga?

 

Piszesz do mnie, że jesteś emerytowaną nauczycielką, to przerażające. Czytam twoje słowa:

„Powinieneś opuścić Polskę, bo to nie miejsce dla takich jak ty!” i jestem przerażony. Jako nauczycielka, kogoś ty wychowała z takimi poglądami?! Jak czytam coś takiego to od razu przychodzi mi na myśl ta cała moczarowa banda, która teraz ubrała się w katolicko – narodowe szaty i jak diabeł ogonem w kościele dzwoni.

 

Jakie masz prawo, i kto ci je dał żeby negować moje miejsce na tej ziemi? Prawo do życia w tym miejscu, gdzie od pokoleń mieszkają moi dziadowie i ojcowie. Którzy ginęli za ten kraj i dla jego dobra pracowali przez lata!  Jakie masz prawo sugerować, że nie ma dla mnie miejsca w Polsce tylko, dlatego że myślę inaczej niż ty! Co za buta, co za ordynarność! I twoja wiara nie jest tu żadnym usprawiedliwieniem dla takich słów!

 

Możemy się spierać, dyskutować, możemy się nawet nienawidzić, ale to jest nasz kraj twój i mój i ja, choć nie podzielam twoich poglądów wcześniej bym zginął niż pozbawił Cię prawa do ich głoszenia na tej ziemi. A już na pewno nie pisałbym, że nie masz prawa do życia w Polsce. Piszemy tym samym językiem, ty i moi rodzice wznawiali tą sama wiarę, jestem narodowości polskiej i to jest mój kraj i tu w tym języku, na tej ziemi mam prawo do wyrażania swoich podglądów w moim ojczystym języku. I nie masz prawa nawet sugerować ze jest inaczej.

 

Pełen tekst listu Wiktorii do mnie zamieszczony jest w komentarzach do artykułu: Religijny spór o straznikow miejskich.

dziennik pesymistyczny

Jeśli nie widać różnicy to, po co przepłacać czyli zagadki Sopot Hit Festiwal

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

 

Zakończony wczoraj sopot hit festiwal był dla mnie, widza z przypadku niezwykłym wyzwaniem intelektualnym. Nie jestem zwolennikiem krzyżówek, nie lubię szarad i zagadek a w ostatni weekend telewizyjna dwójka zafundowała mi nie lada łamigłówkę. Oglądając festiwal przez cały czas musiałem się zastanawiać, kto to jest ten pan lub pani, którzy aktualnie znajdują się na scenie. I dlaczego wyśpiewuje ten ktoś całkiem nieznany coś całkiem nieznanego ze sceny a prowadzący gale nazywają to hitem lata?

 

Telewizja to teraz jedna wielka TV powtórka, więc naprawdę z nudów postanowiłem zobaczyć, co telewizja z misją ma mi do zaoferowania w weekendowy wieczór. I jeśli chodzi o rozrywkę intelektualną to się nie zawiodłem. Już jedna z osób prowadzących festiwal była wielce zagadkową postacią. Konferansjerką zajmowały się dwie pary Monika Richardson i Rafał Królikowski oraz Beata Sadowska i Krzysztof „Jankes” Jankowski. I właśnie ten ostatni był dla mnie tajemnicą. Nie mogłem za nic dojść, kto zacz jest ten pan z twarzy podobny zupełnie do nikogo. Przecież wszyscy moi znajomi zarzucają mi, że nic innego nie robie tylko wpatruje się w telewizje. Więc jeśli jest znany tak jak inni prowadzący to powinienem jankesa znać z widzenia.  Bo przecież, dlatego prowadzącym festiwal zostaje ktoś taki jak popularny aktor żeby jeszcze bardziej przyciągnąć tych, co ich twarze kojarzą przed ekrany. A tu nic. Kompletna pustka. Zacząłem wydzwaniać do znajomych, ale oni tylko byli zdziwieni tym, że zadaje sobie tortury oglądaniem festiwalu. Ale kto to jest Jankes… nie wiedzieli. Dopiero po pewnej chwili, po wykorzystaniu zasobów internetu i po skojarzeniu, że partnerem polskiej telewizji w imprezie jest pewne radio doszedłem, kto zacz jest ten dziwnie wystrojony pan obok znanej mi z tvwidzenia Beaty Sadowskiej.

 

Ale to nie jedyna zagadka wieczoru z sopot hit festiwal. W plebiscycie na zagraniczny hit lata wzięło udział łącznie piętnastu wykonawców. O zwycięstwo walczyli jednak młodzi artyści, którzy byli mi kompletnie nieznani i przypuszczam, że nie znało ich wielu spośród festiwalowej publiczności. Potem po wielu poszukiwaniach w internecie dowiedziałem się, że jest to taka zbieranina młodzieży, której największym osiągnięciem jest wygranie jakiegoś telewizyjnego programu dla amatorów w swoim kraju. Bo kto zna takich wykonawców hitów lata według TVP jak: Agnes, Bel-Mondo, Daniela, Jay Delano, Gathania, Lagaylia, Neo, Gorchitza, Queensberry oraz Marius. Po wielu podskokach na scenie oraz trelach konferansjerzy ogłosili, że piosenka w wykonaniu Katerine „Ayo Technology” pokonała w ścisłym finale utwory śpiewane w Operze Leśnej przez rumuńską wokalistkę występującą pod pseudonimem Inna oraz Stefanie Heizmann ze Szwajcarii. Wszystkim tym, którzy jeszcze nie wiedzą, co to takiego i chcieliby się zapoznać, co jest hitem lata radze to zrobić szybko, bo zapewne po kilku miesiącach już nikt nie będzie pamiętał, kto wygrał festiwal. Więc należy się naprawdę spieszyć.

 

Polskim zwycięzcą festiwalu została Czeszka z polskimi korzeniami.  W finale pokonała takie formacje jak Pectus czy Chłopacy (?). Ewa Farna, bo o niej tu mowa z „przebojem” zatytułowanym „Cicho” wygrała w konkursie na polski hit lata 2009 podczas Sopot Hit Festiwalu. No i na tym zakończę, bo to przecież dziecię jeszcze i nie można dzieci do muzyki zrażać. Może kiedyś o niej usłyszę a teraz cóż, jeśli to, co usiłowała panienka zaśpiewać jest naprawdę hitem lata, to proszę… niech czytelnik sobie zanuci to cicho tak z marszu teraz, no proszę… A ja zawsze, myślałem, że słowo hit odnosi się do czegoś znanego ogólnie teraz a nie w przyszłości.

Wszystko stało się dla mnie zrozumiale podczas występu sobotniej gwiazdy festiwalu Paulli, która wykonała piosenkę „Od dziś”. I po wysłuchaniu tego utworu zrozumiałe, że mottem przewodnim festiwalu są zapewne słowa znane z reklamy:, jeśli nie widać różnicy to, po co przepłacać!

 

Bo jeśli organizatorów nie stać było na Edytę Górniak to zaangażowali jej kopie Paulle. I tak zrobiono zapewne z resztą wykonawców, jeśli nie stać ich było, bo kryzys na prawdziwe gwiazdy to, po co przepłacać można zawsze dąć szanse młodym i tańszym.

dziennik pesymistyczny

Co jest żartem a co obrażaniem?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Widzowie porannego programu w tvn24 mogli się przekonać na własne oczy i uszy, że obrażanie prezydenta jest całkowicie w porządku, gdy to się zaprawi żartem. A najlepiej, jeśli żarcik jest nie z naszego prezydenta a z premiera i byłego prezydenta obcego mocarstwa.

Ileż to było na ekranie śmiechów i chichotów, gdy prezenter tvn24 Jarosław Kuźniar porównał Władimira Putina premiera Rosji do Chucka Norrisa bohatera niewybrednych dowcipów.

Chyba nie muszę nikomu wyjaśniać, że takie porównanie szefa obcego rządu, do kogoś, kto jest postacią powiedzmy kontrowersyjną to dla tego pierwszego może być obraźliwe. Pomijam już osobę aktora, który z niejasnych powodów stał się powodem do żartów. Ale on przynajmniej nie jest byłem prezydentem kraju, z którym mamy od lat nienajlepsze stosunki.

Szanowni Państwo z tvn24, tytuł Waszego porannego programu brzmi: wstajesz i wiesz. A ja od kilku dni naprawdę nie wiem, choć wstaję codziennie rano i Was oglądam. Nie wiem, dlaczego, choć sami o tym donosicie, jedno znieważenie jest dla was żartem a drugie żartem nie jest. Rozumiem, że nie jest Waszą rolą wyjaśnianie zawiłości, co jest żartem a co obrażaniem, ale proponuję neutralność w sporze i unikanie takich dwuznaczności jak żart pana Jarosława Kuźniara z porównywaniem premiera Putina do Chucka Norrisa.

Jak donosiła nie tak dawno tvn24, na Jasnej Górze, dyrektor radia maryja przedstawił publicznie czarnoskórego misjonarza słowami: Boże… on się nie mył wcale…

I wtedy ze zrozumieniem wysłuchałem rozmów i przemyśleń zaproszonych do porannego programu gości, którzy wraz z prowadzącym dziennikarzem byli święcie oburzeni tą wypowiedzą. Byłem nadal zgodny w oburzeniu z dziennikarzami z tvn24, gdy prokuratura nie znalazła podstaw do wszczęcia śledztwa w sprawie tej wypowiedzi ojca dyrektora. Ale pomyślałem sobie, że może rację ma częstochowski prokurator, który uznał, że wypowiedź ojca Tadeusza Rydzyka nie miała zamiaru poniżyć czarnoskórego zakonnika i co najwyżej można ją traktować, jako niestosowny żart. A jak wiadomo poczucie humory można mieć rożne.

Można na przykład jak minister Radosław Sikorski opowiedzieć dowcip o tym, że prezydent USA na związki z naszym krajem, bo jego dziadek zjadł polskiego misjonarza. I być spokojnym, że nie będzie to powodem skandalu międzynarodowego, bo prokuratura uważa, że on nawet tego dowcipu nie opowiadał, tylko minister cytował go, jako przykład niestosownych i niesmacznych żartów po wyborze  Obamy.

Podobno, jak dowiedziałem się z tvn24 sąd okręgowy w warszawie nakazał podjąć śledztwo w sprawie znieważenia prezydenta polski przez wicemarszałka sejmu Stefana Niesiołowskiego słowami: mały zakompleksiony człowiek. Prawdopodobnie ta wypowiedź też okaże się tylko żartem albo może tylko niestosowną wypowiedzią.

Dlatego w świetle tych przykładów z niestosownymi żartami chciałbym się dowiedzieć czy tvn24 doniesie teraz do prokuratury na własnego dziennikarza porównującego premiera Putina do Chucka Morrisa. A po taki doniesieniu zrelacjonuje to wszystko na ekranie na żywo. Zaprosi do studia ekspertów i uczonych, którzy problem stosowności lub niestosowności tego żartu rozłożą na czynniki pierwsze. Słowem czy tvn24 rozpęta dla dobra oglądalności kolejną narodową dyskusję, co jest żartem a co nim nie jest. A po pewnym umorzeniu postępowania w tej sprawie Jarosław Kuźniar przeczyta mi o ty umorzeniu oprawiając to stosownym żarcikiem, jak to on.

dziennik pesymistyczny

Religijny spór o strażników miejskich

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Wczoraj dostałem z urzędu miasta maila zawierającego linki do aktualności z życia mojego grodu, z którymi mogę się zapoznać po wejściu na stronę internetową. Był tam też odnośnik do informacji o pożegnaniu pielgrzymów udających się na Jasna Górę. I w zasadzie nie byłoby tam nic szczególnego w tej informacji gdyby nie filmik z tego pożegnania umieszczony na miejskim portalu. Możemy na nim zobaczyć wysokiego rangą urzędnika żegnającego w pięknym i wzniosłym przemówieniu pielgrzymów. Oraz księdza, który w odpowiedzi na tą pożegnalną mowę dziękuje prezydentowi mojego prowincjonalnego miasta za łaskawość i zrozumienie spraw i bolączek pielgrzymki na Jasna Górę.  

 

Na filmiku zamieszczonym na miejskiej stronie internetowej możemy zobaczyć i usłyszeć wypowiedz księdza, który tymi słowy dziękuje prezydentowi moje grodu: „pan prezydent odpowiedział bardzo pozytywnie na prośbę księdza biskupa. Otrzymaliśmy również pomoc w postaci straży miejskiej i policji, która będzie pilnowała porządku w czasie pielgrzymki. To jest bardzo pozytywna strona współpracy władz miasta i kościoła”.

 

I w zasadzie nadal nie byłoby w tym nic dziwnego gdyby nie dyskusja, która wybuchała po tym jak z dwuminutowym filmikiem zapoznali się też moi koledzy i moje koleżanki z pracy. Znajomi podzielili się na dwa obozy. Pierwsza grupa była przekonana, że strażnicy miejscy oraz policjanci zabezpieczają pielgrzymkę tylko i wyłącznie w granicach miasta. Tak jak czynią to z innymi imprezami w mieście. Druga grupa przekonywała, że z pewnością na apel biskupa prezydent miasta wydelegował grupę strażników miejskich do zabezpieczenia pielgrzymki na całej jej trasie od mojej prowincji aż po Częstochowę. I wszyscy na potwierdzenie swoich słów przywoływali wypowiedz księdza zarejestrowaną na filmiku.

 

I tak sprowokowałem dyskusje tak wielka i tak zaciętą, że przerodziła się prawie z dogmatyczny spór religijny. Padały oskarżenia o klerykalizm a z drugiej strony, o bezbożność. Jak to w takich przypadkach bywa było coraz głośniej i coraz gorącej. W powietrzu unosiła się prawie widoczna czerwień flag oraz pachniało jakby dymem ze stosów i kadzidłem.  Aż w końcu wpadł ktoś na pomysł żeby to sprawdzić u źródeł, czyli w wydziale prasowym urzędu miejskiego mojego prowincjonalnego miasta. Bo kto, jak kto ale oni to na sto procent będą znać odpowiedz na to społeczno – religijne pytanie dręczące moich przyjaciół. W urzędzie jednak nie znali dopowiedzi. To znaczy mieli pewność prawie stu procentową, że strażnicy miejscy ochraniali pielgrzymkę tylko na terenie miasta a nie po za jego granicami.  Ale prawie robi wielką różnice. Jednak obiecano mi w urzędzie słowami mojej koleżanki, której bardzo dziękuje za pomoc, że sprawdzą i mi odpowiedzą. Abym mógł do końca rozwikłać ten spór ze strażnikami na pielgrzymce, który tak podzielił moich przyjaciół.  

 

Chciałem sprawdzić w celu ostatniego rozstrzygnięcia sporu jak ta sytuacja z pilnowaniem porządku w czasie pielgrzymki wygląda. Zadzwoniłem, więc do samego rzecznika straży miejskiej, ale niestety mimo kilku prób nie udało mi się z nim porozmawiać.  Telefon milczał. Może jest na pielgrzymce?

 

Spór o to czy strażnicy miejscy z mojego prowincjonalnego miasta zabezpieczają cała trasę pielgrzymki czy tylko robili to wczoraj w granicach miasta pozostał nierozstrzygnięty. Swoją drogą ciekawe, że w ogóle tak wielkie spory wzbudziła tak błaha sprawa. Bo w całej Polsce jak i na moje prowincji nigdy nie powinno być takich wątpliwości. Wszystko powinno być w świeckim państwie jasne.  Bo przecież, jeśli strażnicy zabezpieczali pielgrzymów w mieście to przecież wszystko w porządku. Jeśli są na pielgrzymce prywatnie i tam ją zabezpieczają na urlopach to też wszystko gra. Ale jeśli są tam w ramach oddelegowania i są w pracy to już jest coś nie tak. I tu raczej jest zgodność moich przyjaciół, bo jedni twierdzą, że to nie możliwe, bo przecież prezydent nie mógł wysłać strażników do pilnowania pielgrzymów poza granice miasta w czasie ich pracy a tą sugestie uważają za obraźliwe szkalowanie wiary. A drudzy uważają, że w naszym mieście jak i w całej Polsce, wszystko jest możliwe. I kto ma racje? Jak się dowiem to napisze.

 

 

dziennik pesymistyczny

Historia pewnego zwolnienia z pracy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 204

Mój kolega został zwolniony z pracy w korporacji. Czyli stał się następną ofiarą światowego kryzysu, który dziesiątkuje miejsca pracy. Szczerze mówiąc mój kolega spodziewał się tego zwolnienia. Jego bezpośredni przełożony jakoś tak ostatnimi czasy bardziej się zainteresował jego losem i jego praca dla korporacji. Tak jak kiedyś nie mówił mu nawet dzień dobry, tak teraz zszedł z majestatu swojego kierownictwa i pochylił się z troską na osiągnięciami w pracy mojego kolegi.

 

Coś niewątpliwie wisiało w powietrzu. Coś jakoś tak elektryzowało atmosferę w prowincjonalnej filii wielkiej światowej korporacji, w której był jeszcze do niedawna zatrudniony mój znajomy. Ludzie rozmawiali ukradkiem o planowanych redukcjach. Kierownicy działów pisali coraz to dłuższe raporty o raportach. Ktoś podobno dowiedział się w Warszawie, w polskiej centrali korporacji, z dobrze poinformowanych źródeł, że w kadrach już powstały wielgachne analizy, z których wynikła niezgodność w cyferkach i słupkach. Jednym słowem wiadomo było, że będą zwalniać.

 

I stało się. Mój kolega został zwolniony. Przyszedł on niczego nie świadomy do pracy i jak zawsze zasiadł za biurkiem gdzie przemijało mu codzienne dziesięć lub dwanaście godzin pracy. Bo choć zatrudniony był na kolejną umowę o pracę tylko na etacie ośmiogodzinnym to przecież już na szkoleniu w centrali mówiono, że to tylko tak na papierze, że idzie się do domu jak jest wszystko zrobione, nie wcześniej. Jak zawsze nacisnął guziczki swojego wysłużonego laptopa z roku dwutysięcznego pierwszego, który pamiętał jeszcze początki korporacji w Polsce. Uruchomił windowsa 98 i jak  zawsze chciał się zalogować… a tu pierwsza niespodzianka. Nie można wejść do sieci. Nie można się zalogować do wewnętrznego systemu informatycznego firmy.

 

To zdarzało się wcześniej, więc spokojnie udał się do informatyka korporacyjnego, który dziwnym trafem był w prowincjonalnym oddziale a nie w centrali warszawskiej i zapytał o przyczynę nie możności zalogowania. Informatyk jednak skierował go do kierownika, u którego jak widział przez szybe boksu był teraz ważny dyrektor w Warszawy. Więc czekał sobie spokojnie. Trochę tylko zdenerwowany, bo miał przecież wykonać kolejny ważny raport o raporcie z raportu z zeszłego tygodniowego raportu. Potem jeszcze dziesiątki odpowiedzi na maile, zapewne setka telefonów, kilka faksów. I jak nie zacznie zaraz to nawet te dwanaście godzin z ośmiogodzinnego dnia pracy mu nie starczą.

 

Naglę przybiegła pani Zosia z kadr powiadomiła mojego kolegę i innych pracowników korporacyjnego oddziału w prowincjonalnym mieście, że jest zebranie z bardzo ważnym dyrektorem z Warszawy. Więc znudzony poczłapał mój kolega na kolejny miting.  A ten nie okazał się jednak nudną nasiadówka.

 

Pan dyrektor z centrali naświetlił sytuacje w korporacji. Powiedział, że co prawda korporacja wystawiła sobie właśnie nowa siedzibę w Warszawie. Że co prawda nie zauważyli analitycy korporacyjni jakiegoś tam znaczącego spadku przychodów ze sprzedaży, że wszyscy wykonali plany, ale jest kryzys i jak jest kryzys to są cięcia i trzeba redukować personel. Następnie nakreślił zadania i dodał, że te zadania mają zrealizować ci, co to maja niesamowite szczęście i nie zostaną zwolnieni.  Co prawda w o połowę zmniejszony składzie i za mniejsze pieniądze, ale za to przecież powinni być oni korporacji wdzięczni, że nie wszystkich zwolniła a przecież mogła.

 

Następnie po tych złych wieściach mój kolega oraz inni pracownicy musieli wysłuchać  opowieści o tym, że dyrektor z centrali wybiera się właśnie na wakacje swoim jachtem oraz gdzie to się on wybiera i jak długa i ciekawa będzie to podróż. Potem wakacyjnymi planami podzieliła się kadra zarządzająca niższego szczebla. Potem wspomniano coś o tym, że będą zmieniane w jego korporacji samochody służbowe. Ale że mieli je tylko menagerowie to nawet nie słuchał. Potem jeszcze wymiana grzeczności i dyrektor wyjechał.

 

Mój kolega chciał skierować się do biurka, ale przypomniał sobie, że przecież nie mógł się rano zalogować. I tu kierownik go wyręczył w tych rozterkach, kazał zostać na sali kilku osobom w tym i mojemu znajomemu a następnie powołując się na słowa dyrektora z Warszawy, te o redukcjach nie o wakacjach, wręczył im wypowiedzenia. Potem już tylko szybka wizyta przy biurku, na którym czekał kartonik na jego prywatne rzeczy oraz asysta strażnika. Pakowanie. Wizyta w kadrach. I już o dziesiątej mój znajomy mógł mi to wszystko opowiedzieć przez telefon siedząc w parku na ławce. I tak to jedni na wakacje prywatnym jachtem a drudzy na bezrobocie z kartonem. Cóż kapitalizm, a jak kapitalizm to i też kryzys z wydaniu kapitalistycznym.

 

dziennik pesymistyczny

V(W) – the number 1!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Reklama. Obraz jak z dziennika telewizyjnego. Londyn. Na ekranie zlepek szybko zmieniających się obrazów pokazujących spanikowanych mieszkańców angielskiej stolicy uciekających w popłochu przed zagrożeniem. Stalowo ciemne niebo. Wycie syren. Pożary. Płacz. Krzyki. Na ulicach porzucone samochody z otwartymi drzwiami. Puste puby a w nich na stołach niedopite piwo. Tłum tratujący się na schodach do metra. Zbiegający w panice w dół do wnętrza. Puste skwery, place, ulice… ogłuszające wycie syren alarmowych. Na ekranie widzimy jak królowa brytyjska, dwór oraz rząd jej królewskiej mości w panicznej ucieczce do schronów wzajemnie się tratuje… Słychać zawodzenie policyjnych syren. Na końcu na ekranie pojawia się sylwetka samochodu Volkswagen oraz napis odczytany przez lektora: Volkswagen Scirocco. Berlin-London intinerary without refuelling! Just like V-1 flying bomb some time ago – also without refuelling! VW – the number one! Lub w polskiej wersji językowej: Volkswagen Scirocco. Trasa Berlin – Londyn na jednym baku! Tak jak kiedyś rakietą V – 1… też na jednym baku! W miejscu napisu i słów o rakiecie V – 1 pojawia się tło z charakterystycznym logo Volkswagena z dopiskiem: VW – to numer 1!

 

To tylko mój prywatny scenariusz reklamy i tylko moja prywatna odpowiedz z wyobraźni na reklamę zaprezentowaną w nadawanym na żywo brytyjskim show telewizyjnym Top Gear. W tym programie motoryzacyjnym imitowanym przez telewizje BBC 2 prezenter Jeremy Clarkson, sparodiował inwazję Niemiec na Polskę z tysiąc dziewięćset trzydziestego dziewiątego roku. A zawarł to wszystko w reklamie Volkswagena Scirocco.

 

W niedzielny wieczór angielscy widzowie Top Gear mogli zobaczyć reklamę w formie wiadomości dziennika telewizyjnego wykorzystującą markę handlową Volkswagena Scirocco TDI przygotowaną przez jednego z najbardziej znanych brytyjskich prezenterów telewizyjnych. Spot reklamowy pokazywał współcześnie zmontowane sceny panicznej ucieczki Polaków przed domniemaną inwazją niemiecką. Puste ulice, zatłoczone pociągi, autokary, opuszczone place zabaw dla dzieci. Stach i zagrożenie wobec inwazji, przed którą polska armia jest bezradna.

 

Reklamę ta to aluzja nawiązującą do exodusu cywilnych Polaków z początku drugiej wojny światowej. Reklamę kończy napis: Volkswagen Scirocco TDI. Berlin to Warsaw in one tank, czyli dla tych wszystkich, którzy nie bardzo czują się swobodnie w języku Szekspira: Volkswagen Scirocco. Trasa Berlin-Warszawa na jednym baku. Należy zwrócić uwagę, że angielskie słowo tank może także oznaczać czołg. I niewątpliwa wieloznaczność tego słowa może sugerować, iż inwazja niemieckich hitlerowców na Polskę niewiele ich kosztowała. Jeden tank tylko.

 

Jeśli kogoś obraziłem moją wersją reklamy Volkswagena to przepraszam. Ale tylko w takim stopniu przepraszam, w jakim ja sam mógłbym prosić o przeprosiny za to, że zostałem obrażony przez topgearową reklamę. Jeśli Jeremy Clarkson mógł to ja też mogę zostać twórcą reklam. Jeśli moją reklamą ktoś poczuł się obrażony to przepraszam. Jeśli ktoś poczuł się obrażony jego reklamą to czy on przeprosi za nią? Raczej nie. A może nic się nie stało, bo to tylko żart taki, no to wtedy i ja mogę sobie zażartować. Przecież w zasadzie chodzi i jemu i mnie o samo, o dobra zabawę. A co tam narodowe sentymenty. Jak zabawa to zabawa.  Nieprawda, panie Clarkson ?

 

dziennik pesymistyczny

NIKoMON

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Czy wojskowi naprawdę wiedzą, co mają w magazynach? A jeśli im coś zaginęło a mundurowi nie zauważyli straty?  Czy możliwe jest, że gdzieś w lesie lub na poligonie stoi czołg, o którym nikt nie pamięta?  To wszystko jest możliwe w świetle informacji zawartych w raporcie pokontrolnym najwyższej izba kontroli spisanym po inspekcji w ministerstwie obrony narodowej. Z raportu wynika, że żołnierze nierzetelnie planowani zakupy sprzętu. W MON pracowali na starych komputerach, podczas gdy nowszy sprzęt zalegał w wojskowych magazynach. Był kiedyś taki dowcip o tym jak w pewnym lesie niemiecki wermacht walczył z partyzantami. Jak opowiadał narrator dowcipu: raz Niemcy przegonili partyzantów. Raz nasi przegonili Niemców. Następnie znów naziści pogonili naszych i znów na odwrót. Aż na końcu zdenerwował się gajowy i wszystkich z lasu przegonił.

Jak czytam doniesienia prasowe o efektach kontroli w ministerstwie obrony narodowej to tak mi się zdaje, że już tak bardzo rozrosło się nasze państwo a z nim MON, że tak naprawdę nikt nie pamięta gdzie, co jest i gdzie się znajduje to, co się kiedyś zakupiło lub zeskładowało. Nie trudno, więc wyobrazić sobie jednostkę, która stacjonuje od dziesięciu lat gdzieś tam w lasach jest tak tajna, że nikt o nie wie. A w zasadzie przez tą tajność zaginęła ona gdzieś w ewidencji i jak jej nie znajdzie gajowy, leśniczy czy NIK to będzie tam trwała na posterunku z dziesięciolecia.

Według raportu najwyższej izba kontroli tylko w trzech skontrolowanych składnicach wojskowych przechowywano nieużywany sprzęt o wartości ponad dwudziestu siedmiu milionów złotych licząc po cenach zakupu. Najwięcej sprzętu zadekowano w dziewiątej Rejonowej Bazie Materiałowej. Tam też padł rekord najdłuższego magazynowania zakupionego sprzętu – dwanaście lat. Średnio okres magazynowania w wojsku wynosił blisko pół roku. W magazynach znajdował się głównie sprzęt i oprogramowanie komputerowe, czyli stacje robocze, serwery, laptopy oraz komputery dostosowane do przetwarzania informacji niejawnych. Nie trzeba byś specem a mieć w domu komputer by wiedzieć jak szybko taki sprzęt się starzeje, jak szybko straci na wartości i jak szybko jest przestarzały. Więc, po co trzymać go tyle w magazynach. Chyba tylko po to żeby stracił gwarancje.

Sprawdzono tylko niektóre wojskowe składnice a jeśli gdzieś w magazynach lub na bocznicy kolejowej stoi transport czołgów, który ktoś zakupił i o nim zapomniał lub zakupił na zapas.  A może gdzieś wypłynął nasz okręt wojenny i jakoś tak do tej pory nie powrócił. A ktoś z wojskowych zapomniał go poszukać. To możliwe, bo jakoś tak coraz mniej mamy okrętów. Może to nie prawda z tymi samolotami F – 16 że się ciągle psują. One po prostu nie latają, bo gdzieś stoją w jakimś hangarze, ale nie bardzo wiadomo, w którym. Ale czy o tym się kiedyś dowiemy. Teraz to nie, bo wszystko, co wojskowe to tajne. I trzeba liczyć na to, że NIK znów im coś znajdzie a nas przy okazji i tym poinformuje cywili. Niewykorzystywanie już zakupionego sprzętu to nie jedyna bolączka armii. Kontrolerzy NIK ujawnili, że wiele jednostek dostało komputery, mimo że ich nie zamawiały, a inne, które złożyły zamówienia, oczekują na sprzęt do dzisiaj – poinformował rzecznik prasowy NIK Paweł  Biedziak.  Mam tylko nadzieje, że do Afganistanu nie wysłano pomyłkowo okrętów podwodnych a marynarce wojennej transporterów opancerzonych rosomak.

Jako przykład rzecznik podaje zamówienie departamentu wychowania i promocji obronności MON, który w dwa tysiące siódmym roku złożył zapotrzebowanie na dwadzieścia osiem komputerów. Nie otrzymał żadnego. Za to sekretariat szefa sztabu generalnego na zamówionych dziesięć komputerów dostał tylko jeden. Z kolei w tym samym roku trzynaście komórek organizacyjnych MON otrzymało sto dziewiętnaście komputerów, pomimo że nie składały na nie zamówień. W tej sytuacji przecież nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby lotnictwo polskie dostałoby na przykład dziesięć myśliwców F – 16 na jednego pilota zdolnego nim polecieć. Albo, że istnieje w Polsce jednostka kawalerii powietrznej, która na no może ze trzy śmigłowce a powinna mieć z trzydzieści. Ale za to, że może jesteśmy obecni militarnie w Afganistanie tylko, dlatego że nikt nie wie jak wrócić do domu, bo gdzieś zaginęły w magazynach mapy i GPSy albo o zgrozo rozkazy. Jak widać w armii wszystko może się zdarzyć. I trzeba mieć nadzieje, że to, co napisałem poza danymi z raportu NIK to czysta fikcja i złośliwości. Boże, niech tak będzie, bo jeśli nie…