Yearly Archives

186 Articles

dziennik pesymistyczny

Nasz transparentyzm

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

W Polsce nikt nie docenił faktu istnienia jednego z kanałów komunikacji społecznej, który jest obecny wokół nas stale, a tak naprawdę nikt chyba na poważnie nie zajął się jego zbadaniem. Ta forma informowania o poglądach, marzeniach, niechęci lub uczuć poparcia do kogoś albo do idei nie jest taka nowa, ale na pewno na stałe weszła do naszego życia. To, o czym piszę to transparent zawieszany na ścianie budynku, w oknie, na kominach elektrowni, na bramie zakładu pracy, na stadionowych płotach. Wszędzie tam, gdzie naród chce wykrzyczeć graficznie swoje niezadowolenie lub co ciekawsze poparcie dla pewnych ideałów.  Z haseł wypisywanych na płótnie dowiadujemy się, że jest strajk w fabryce, że ktoś nie chce drogi akurat na swojej posesji, że bardzo ważne są drzewa, a dwutlenek węgla jest bardzo zły.

 

Ja tam nic nie mam do tej nowej formy malarstwa kaligraficznego. To, co piszę to raczej próba zwrócenia uwagi na bardzo niedoceniany kanał komunikacji jednostek ze społeczeństwem. Takie połączenie słowa pisanego ze sztuką malarską. Historia tej formy wypowiedzi jest stara jak świat. Choć jej gwałtowny rozwój przypada na lata rewolucyjne początku dwudziestego wieku. W Polsce rozwinęła się ta sztuka w pełni, w latach osiemdziesiątych ubiegłego wieku i tak sobie trawa niedoceniana przez nikogo przez te lata aż do dziś.

 

W moim mieście jest ulica, o której poeta powiedziałby zapewne: „ulica Miła wcale nie jest miła, ulicą Miłą nie chodź, moja miła”. Jest to nasze miejskie niemiłe miejsce, gdzie przebywanie dla osób niezamieszkujących tam na stałe, może okazać się niebezpieczne. Tam „domy, domy, domy surowe, trzypiętrowe, czteropiętrowe”. Gdzie codziennością jest widok smętnych panów i pań, na których twarzach rysuje się od rana zmęczenie i to wcale nie wywołane ciężką pracą ponad siły, a zgoła czymś innym. Szare kamienice z początku dwudziestego wieku, a w nich całe pokolenia ludzi permanentnie skazanych na życie poza nawiasem społeczeństwa. Ludzi w trzecim pokoleniu uzależnionych od państwowej pomocy.

 

I tu nagle i niespodziewanie na szaroburym bloku pojawiło się białe płótno z czarną farbą wypisanym napisem: „NIE DAMY SIĘ WYSIEDLIĆ MZL DO K…”., Czyli nawet tam doceniono wielką siłę transparentu! Nie wiem do końca, o co chodziło protestującym z tym wysiedleniem do – k. Może plany zarządu lokali miejskich, do których protest jest skierowany są takie, że miejscem docelowym przesiedleńców będzie kurnik? A może koszary? Bo chyba nie nad rosyjską rzekę Kołymę ich przesiedlą! Liczy się jednak to, że doceniono transparent, jako formę komunikacji z nieprzyjaznym światem. Zawsze myślałem, że jakbym tam mieszkał to zrobiłbym wszystko żeby się wyrwać z tego miejsca. Od tych kolesiów, brudu, szarości, wódeczki, płaczu dzieci, nocnych krzyków, wizyt policji o północy. Uciekałbym ile sił i jak najszybciej i to gdziekolwiek. Ale okazało się, że to tylko mnie się tak wydawało. Bo dla niektórych mieszkańców jak można wnioskować z hasła na płótnie to istna ziemia obiecany.

 

Ciekawe jest u nas to umiłowanie do transparentów. Zawsze jak coś się, komuś nie podoba lub odwrotnie to natychmiast komunikujemy się ze światem transparentem. Najlepszym miejscem do wywieszenia transparentów jest jak się wydaje jednak stadion piłkarski. Nie chodzi mi tu o tradycyjne transparentowe komunikaty w stylu „Polska gola”. Tam na stadionie od lat trwa nieprzerwana walka polityczna na hasła wypisywane na płótnie. Prekursorem tego zjawiska okazał się obecny europoseł PiS Jacek Kurski, który przyznał, że już w 1985 roku wieszał na meczu piłkarskim 12-metrowy transparent nawołujący do bojkotu przypadających tydzień później wyborów do Sejmu.

 

Teraz europarlamentarzysta też staje dzielnie w obronie hasła, jakie zawisło na stadionowym płocie. Transparent może i był całkowicie niezwiązany ze sportem, ale za to w duchu politycznego sprzeciwu moralnego. Brawo Panie pośle! Przecież każdy ma prawo do własnych transparentów i nic nikomu do tego, co tam wypisuje i gdzie to wiesza.  Nie można blokować tej prastarej formy komunikacji. A ja tak sobie przypomniałem w związku z posłową walką o stadionowy byt transparentów słowa innego poety: „Polska — ojczyzną wszystkich Polaków to hasło zwala Cię z nóg i tylko niepokój jakiś w Tobie się budzi czyżby we Francji mieszkali Francuzi?”

 

dziennik pesymistyczny

Korporacyjny dylemat czasu, czyli jak najsprawniej wylać dziecko z kąpielą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

 

Drodzy Czytelnicy czy wiecie, że u nas w Polsce jest przynajmniej jedna firma, która tak postawiła na szkolenia pracowników w dziedzinie sprzedaży, że już na samą sprzedaż nie starcza tym właśnie pracownikom czasu. Firma jest amerykańska, więc oczywiście czuje misje niesienie oświaty wśród ciemnego ludu europy wschodniej. Stąd ta wielgachna mnogość wszelkich mitingów, spotkań i szkoleń.

 

Przedsiębiorstwo to w trudzie i znoju, z udziałem kilkunastu kooperantów, po podpisaniu tysiąca umów, po wytężonej pracy setki prawników przygotowywało się przez lata do wyprodukowania produktu, który miał rzucić na kolana tak konkurentów jak i co ważniejsze klientów. Wszystko to na razie było teoretyczne, bo przecież coś, co jest warte tyle pieniędzy potrzebuje czasu na sprawdzenie wszystkich aspektów produkcji. A w Polsce nic nie jest łatwe jak trzeba załatwić formalności. Więc dział handlowy miał niełatwe zadanie sprzedać coś, co miało istnieć, ale w nieznanej dokładnym terminem przyszłości, coś wirtualnego, nie namacalnego. Firma nie szczędziła w tym pomocy swoim ludziom z działu handlowego. Przygotowano dla nich setki spotkań, szkoleń, mitingów. Spotkania z trenerami od mowy ciała, od prezentacji, od rozwoju osobowości. Podstawy metod sprzedaży bezpośredniej, trening negocjacji, zasady panujące w korporacji. Przez rok pracownicy działu handlowego dogłębnie poznali efektywne kanały sprzedaży i komunikacji z klientem. Wiedzieli jak negocjować optymalne rozwiązania i osiąganie porozumienia w trudnych chwilach. Amerykańskie metody uczyniły ich najwyższych lotów teoretykami sprzedaży.

 

Jednak jakoś tak w praktyce nie szło najlepiej, bo klient nie chciał kupować produktu, którego nie było. Nie bardzo wiadomo też było, kiedy będzie i jak będzie wyglądał. Jedyna pewnością było to, że będzie on jak już powstanie rewelacyjny i przez to drogi.  Czas płynął a szkoleń przybywało. Już nie tylko teoria się liczyła, ale odgrywano scenki rodzajowe z udziałem pracowników mające pokazać poziom wyszkolenia kardy sprzedawców. Jak już udało się zwabić klienta to poddawany od został natychmiast do perfekcji wytrenowanej obróbce mającej na celu sprzedaż. Jednak praktyka zadawania tysiąca pytań potencjalnemu nabywcy okazała się chyba nie bardzo, bo klient wiał ile wlezie po pierwszej wizycie przepuszczając zapewne, że wpadł w łapy centralnej agencji wywiadowczej. Pracownicy chcieli nawet wprowadzić modyfikacje amerykańskiego wzorca sprzedaży dostosowując go do polskich warunków i realiów, ale okazało się, że co amerykańskie to święte.

 

I nadszedł ten dzień. Firma wyprodukowała to, co tak zachwalała. Jest nowy produkt, od miesięcy wyczekiwany. Jest to, co teraz można z radością za tysiące złotych sprzedać. Przy swoich biurkach jak biegacze w blokach startowych wyczekiwali świetnie wytrenowani w amerykańskim stylu pracownicy działu handlowego. Ale jakoś tak nikt nie dzwonił zainteresowany zakupem rewelacyjnego produktu? Mimo siedmiodniowego tygodnia pracy po dwanaście godzin dziennie, nic. Mimo reklam w prasie i świetnego PR-u, nic. Mimo wysiłków i poświęceń działu handlowego dokonującego cudów, aby w jakikolwiek sposób zachęcić potencjalnego klienta. Nic się nie działo. Sprzedaż prawie żadna.

 

Nagle wiadomość! Jest ten długo wyczekiwany, jest ten mityczny, ten posiadająca zasobny portfel i zainteresowany produktem klient!  Radość było wielka, bo to przecież już od miesięcy zarząd powtarzał, że mimo tylu nakładów pracy działu trenerskiego dział handlowy nie sprzedaje tak jak powinien sprzedawać zgodnie z przesłaną z Massachusetts analizą. 

 

Ku radości wszystkich był klient, ale okazało się ku zmartwieniu wszystkich, że nie ma czasu, aby się z nim spotkać, bo całe dnie wypełnione są szkoleniami. W poniedziałek nie można, bo jest appointment w centrali, wtorek zajęty, bo trening z metod zarządzania czasem, środa spotkanie w sprawie nowej metody prezentacji oraz miting z proaktywności, w czwartek jest spotkanie, na który będą prezentowanie scenki sprzedażowe, które następnie będą oceniane.  W piątek nie można, bo to już prawie przed weekendem i trudno wymagać żeby w taki czas ktoś upoważniony z centrali fatygował się do podpisania umowy na prowincje a potem wracał w korkach. Więc może sobota? Nie, wtedy Pan od podpisywania umów ma prywatne lekcje jazdy konnej. A niedziela – wiadomo dzień Boży.

 

Dzięki licznym szkoleniom, kursom, mitingom wielu ciemnych rodaków, amerykańska firma wyszkoliła w trudnej sztuce sprzedaży. Firma ma oczywiście przecudowny produkt, którego cena liczona jest w tysiącach złotych. Posiada najlepiej wykwalifikowanych sprzedawców. Przynajmniej teoretycznie, bo jak na razie jej lokalny oddział niewiele sprzedał, bo nie ma tam zupełnie czasu na sprzedaż przez te szkolenia z efektywnego wykorzystywania czasu.

 

dziennik pesymistyczny

Sprawdzić czy nie ksiądz

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 10

Wczoraj do agencji banku PKO w Szamotułach wszedł ubrany w czarny garnitur mężczyzna. Sterroryzował kasjerkę nożem, a następnie uciekł ze skradzionymi kilkoma tysiącami złotych. Dzielni policjanci dopadli złodzieja jeszcze tego samego dnia. Rabuś poinformował stróżów prawa, którzy go zatrzymali, że jest on księdzem z Białogardu.

 

Nie wierzę, że ksiądz to zrobił, on taki miły, uczynny, grzeczny… uczył moje dzieci… to nie on…. Na pewno nie on, pewnie ktoś lub coś go do tego zmusiło – takimi mniej więcej słowami zareagowała jedna z parafianek księdza rozbójnika, gdy dziennikarz telewizyjny zapytał ją o opinię na temat napadu dokonanego przez jej byłego duszpasterza.

 

Policjanci zgodnie ze znaną z komedii Miś Barei zasadą – sprawdzić czy nie ksiądz – ustalili, że zatrzymany jest księdzem, choć od kilku miesięcy nie pracował już jako duchowny w żadnej parafii. Był zatrudniony w jednym z poznańskich supermarketów, jako ochroniarz. Do niedawna jednak rabuś pełnił posługę kapłańską w Białogardzie będąc tam wikarym. Stamtąd został przeniesiony na inną parafię. Na nowe miejsce jednak nie dotarł.  Zaginął na prawie trzy miesiące. Kościelna zguba odnalazł się w policyjnym areszcie. A następnie nieczuły na jego duchowny stan sąd, aresztował trzydziestosiedmioletniego księdza na dwa miesiące pozbawienia wolności.

 

Prawie natychmiast po tych doniesieniach prasowych kuria koszalińsko-kołobrzeska poinformowała, że wspomniany ksiądz nie jest już kapłanem. Podobno on sam miał zdecydować, czy pozostanie w stanie kapłańskim, czy z niego wystąpi. Teraz przez swój czyn, jak informuje kuria, zamknął on sobie drogę powrotu na plebanię.

Byłaby to banalna historia napadu na bank z użyciem noża gdyby nie to, że rabusiem okazał się ksiądz, czy jak woli koszalińsko-kołobrzeska kuria były ksiądz. Jednak zastanawiająca jest reakcja niektórych ludzi na wieści o napadzie.  To usprawiedliwianie na siłę, czego nie można usłyszeć jak przestępcą okazałby się – no nie wiem – może były hutnik.

 

Przykładem takich zachowań niech będzie ta zacytowana przeze mnie wypowiedź byłej parafianki księdza, który okazał się złodziejem. Przecież takich opinii jak ta wspomniana tutaj jest wiele. Jak tylko o cokolwiek jest w Polsce oskarżany kapłan to od razu znajdzie się tysiąc ludzi przekonanych o jego zupełnej niewinności. I to tylko z tego powodu, że uważają za kompletnie niemożliwe popełnienie czynu zabronionego prawem i sumieniem przez osobę duchowną.

 

Czyli jeśli murarz napadłby na bank, krawiec sprzeniewierzył powierzony mu materiał, piekarz po pijanemu potrącił nastolatka samochodem i uciekł, to oni wszyscy byliby potencjalnie winni. I nikt nie stawałby publicznie w ich obronie. Ale jeśli to ksiądz, o tu zawsze znajdzie się kilkadziesiąt osób wierzących w jego pełną niewinność. Nawet jak złodzieja złapano z pieniędzmi w garści.

 

Dlatego całe szczęście, że ten osobnik przynajmniej wykazał się przyzwoitością i był przez chwilę zatrudniony, jako ochroniarz w supermarkecie. Bo jako ochroniarz to już mógł dokonać napadu, ale jako ksiądz to nigdy. Bo przecież pewnie go ktoś namówił, a może to nie on…, bo on taki dobry. Bo on ksiądz przecież.

dziennik pesymistyczny

Ostatni zajazd na TVP?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Wczoraj przed gmachem Telewizji Polskiej mieliśmy przyjemność podziwiać przepiękny happening z udziałem starego i nowego prezesa tej instytucji. To tam właśnie ujawniła się ta słynna, ale jakoś tak z rzadka oglądana na ekranach misyjność TVP.  Jakże cudowna była ta inscenizacja Ostatniego zajazdu na Litwie w wykonaniu prezesów ex equo oraz licznych ich zwolenników. Może za bardzo uwspółcześniona była to wersja klasyki, bo to panowie szlachta nie w kontuszach, lecz w garniturach i nie na koniach, a w czarnych limuzynach, ale zawsze liczą się dobre chęci. 

 

To największe dzieło polskiej literatury romantycznej, jakim jest Pan Tadeusz Adama Mickiewicza bez wątpienia próbowano odegrać wczoraj na placyku przed drzwiami Telewizji Polskiej.  I choć wszystko rozgrywało się nie w „śród (…) pól przed laty, nad brzegiem ruczaju”, lecz w Warszawie i to współcześnie. A „na pagórku niewielkim” nie stał „dwór szlachecki, z drzewa, lecz podmurowany”, lecz raczej wieżowiec oryginalny i powyginany – to jednak czuło się  na ulicy Woronicza tę atmosferę Ostatniego zajazdu na Litwie. 

 

Historia wojny o publiczną telewizję między różnymi opcjami politycznymi, jako żywo przypomina spór o zamek, toczony pomiędzy Soplicami i Horeszkami. Wczoraj nowy prezes TVP Bogusław Szwedo przybył do siedziby Telewizji Publicznej niczym „Panicz bogaty, krewny Horeszków daleki”. Czekały na niego tłumy zwolenników związkowców z kwiatami i tu należy żałować, że nie jak szlachta z Pana Tadeusza w szablami, bo to by było bardziej widowiskowe. Jednak zajazd okazał się niemożliwy, bo opór Sopliców okazał się skuteczny. Z tłumem panów braci wdarł się p. o prezes, po walkach słownych z ochroną do środka zamku, to jest siedziby TVP gdzie dowiedział się, że nie ma dla niego przepustki. Tam też bezskutecznie nowy prezes Szwedo usiłował skontaktować się telefonicznie z starym prezesem Piotrem Farfałem.

 

Były prezes niczym Sędzia z ksiąg Mickiewicza stwierdził, że to on jest właścicielem zamku TVP i jako jego zarządca, ma takie same prawa jak Hrabia – nowy prezes. Każdy z nich ogłosił wtedy, że rozpoczyna się sądowa walka o ruiny telewizji publicznej. – Wcześniej czy później wejdziemy do siedziby – powiedział dziennikarzom Bogusław Szwedo. Jednak drugi prezes, czyli Piotr Farfał nie przestraszył się oświadczając, że nie uznaje decyzji Rady Nadzorczej. Tłumaczył też, że sobotnia uchwała Rady Nadzorczej TVP została przyjęta bez przedstawicielki ministerstwa skarbu, co czyni taką uchwałę nieważną.

 

I tak wszyscy postępują w myśl zasady „Szabel nam nie zabraknie, szlachta na koń wsiędzie
Ja z synowcem na czele, i – jakoś to będzie”. Nowy Prezes zostawia w
biurze podawczym Telewizji Polskiej uchwałę Rady Nadzorczej dotyczącą odwołania Farfała, która to uchwała miała mu uzmysłowić, że został odwołany ze stanowiska jakby nie wiedział tego jeszcze dotychczas. Mam przeczucie, że to tylko pierwszy akt zajazdu na Woronicza oglądaliśmy wczoraj. Bo nowy p.o. prezesa zapowiedział, że wezwie policyjne posiłki, które po pewnych modyfikacjach książkowego pierwowzoru należy chyba uznać za moskali. Oby tylko asysta policji okazała się niepotrzebna, bo to już byłaby przesada gdyby doszło do takiej bitwy o budynek jak kilka miesięcy temu pod pałacem kultury.

 

Posiedzenie nowego zarządu TVP odbyło się w siedzibie Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji. A jakby tak nowa rada obradująca w KRRiT postanowiła tam utworzyć drugi ośrodek nadawczy o nazwie TVP NOWA? Wtedy bardzo poszerzyłaby się nam oferta programowa telewizji polskiej i misyjność byłaby wtedy zdecydowanie podwójna.

 

dziennik pesymistyczny

Cały ten porządek jest dla zysku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 20

Czym się różni kapitalizm od socjalizmu? Różni się tym, że w kapitalizmie panuje wyzysk człowieka przez człowieka a w socjalizmie odwrotnie. Ta prawda zawarta w starej anegdocie obowiązuje do dziś. Tylko, że aktualnie systemy społeczne nam się zamieniły miejscami, i tylko zasada wyzysku człowieka przez pracodawcę pozostała nadal aktualna.

 

Wykorzystywanie pracowników jest we współczesnej Polsce dość powszechne, ale zastanawiamy się nad nim dopiero wtedy, gdy dochodzi do tragedii. U nas jest tak, że na papierze wszystko wygląda wspaniale, a z praktyką jest jak zawsze, czyli źle. Mamy teoretycznie najlepsze prawo pracy, a jednocześnie sprawozdania Państwowej Inspekcji Pracy pokazują z jak wielką skalą naruszeń praw pracowniczych mamy do czynienia.

 

Telewizja TVN24 ujawniła nagranie, mające świadczyć o tym, że fałszowano wskaźniki metanu w kopalni Wujek-Śląsk. I to w wyniku tych praktyk doszło do tragedii. Przy okazji tych doniesień usłyszałem w telewizji wypowiedź górnika, który mówił, że jeśli nawet pracownicy kopalni zdają sobie sprawę z występującego zagrożenia wybuchem metanu to, choć ryzykują życiem nie przerywają pracy. Bo mają dzienną normę wydobycia. I tak naprawdę pracodawcę nie interesuje ile czasu zabierze im wykonanie narzuconej normy. A jak przestaną pracować, powiedzmy na trzy godziny, by w tym czasie dokonano przewietrzenia zagrożonych wybuchem chodników, to oni i tak tą narzuconą normę muszą wykonać po godzinach. Czy to nie jest wyzysk, gdy ktoś ryzykuje życiem dla utrzymania pracy? Widać tu, że jak śpiewał Dezerter: wszystko dla zysku, wszystko dla zysku, cały ten porządek jest dla zysku. Tylko, kto tu tak naprawdę zyskuje?

 

Nagminne jest u nas zmniejszanie zatrudnienia, które jednak nie pociąga za sobą zmian w ilości pracy do wykonania. Z łatwością można znaleźć przykłady gdzie zmusza się pracownika do wykonywania pracy, która kiedyś była rozłożona na dwa lub na trzy etaty. Nagminne jest łamania praw pracowników do godzin nadliczbowych. Masowo w Polsce łamie się prawo pracy zmuszając ludzi do pracy kilka godzin dłużej niż na to pozwalają przepisy. I zawsze i wszędzie jak tylko robotnik podniesie głowę z pytaniem: jak można tak łamać prawo, słyszy jedną odpowiedź: jak się nie podoba to wynocha! Na twoje miejsce jest stu innych, którzy nie będą zadawać takich pytań.

 

To ciągłe widmo utraty pracy zmusza nas pracowników do ulegania wyzyskowi. Bo jeśli tracisz pracę natychmiast trafiasz za nawias społeczeństwa. Powie ktoś, przecież jest roczny czas z zasiłkiem dla bezrobotnych, który pozwala na znalezienie kolejnej, lepszej pracy. Ale co w takim razie ma powiedzieć mój znajomy, który właśnie stracił pracę po dziesiątej kolejnej odnawianej cyklicznie umowie o pracę. Czyli pracował dziesięć miesięcy, a żeby otrzymywać zasiłek trzeba przepracować miesięcy dwanaście.

 

Przesuwanie terminu wypłaty, opóźnienia w płatności premii, zmiany zasad przyznawania premii w czasie trwanie tych przepisów, to też jedne z najczęstszych dziś nieprawidłowości w stosunkach pracownik pracodawca. Inny mój znajomy naraził się pracodawcy, gdy poinformował go, że zgodnie z przepisami pracownik, który pracuje od 9:00 do 17:00 czyli osiem godzin, i na drugi dzień przyjdzie do pracy na 7:00 rano, a nie na 9:00, to wówczas przysługują mu dwie godziny nadliczbowe. Mój znajomy usłyszał, że jak się mu nie podobają zasady, jakie panują w tej firmie to zawsze może przecież zrezygnować z pracy. No i już po stosowaniu przepisów. Można się jeszcze poskarżyć w PIP, ale jak tylko pracodawca dowie się, kto raczył na niego donieść to już możemy się pakować.

 

I tak chodzimy do pracy, w której dajemy się wykorzystywać, bo jak kajdany wiszą nam u rąk nasze rachunki, które musimy opłacić. I co możemy zrobić? Nic, bo jak się nam przecież nie podoba to na nasze miejsce jest setka innych, którzy już zaznali wolności na bezrobociu.

 

dziennik pesymistyczny

Amerykańskie okręty podwodne na Hradczanach

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Proszę pana, proszę pana, zaszła u nas wielka zmiana – tak zaczyna się wierszyk Jana Brzechwy zatytułowany Kłamczucha. U nas też od wczoraj zaszła wielka zmiana. Okazało się, że Amerykanie wycofali się z podpisanych z nami wcześniej umów na budowę elementów tarczy antyrakietowej. Fe, nieładnie! Któż tak kłamie? – należałoby powiedzieć cytując poetę.

 

Ponad rok temu sekretarz stanu USA Condoleezza Rice i minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski po długich negocjacjach podpisali umowę w sprawie instalacji antyrakietowych w Polsce. A od wczoraj wszyscy wiemy, co warta była taka umowa. Prezydent Barack Obama w swej łaskawości zadzwonił nawet do naszego premiera żeby poinformować go o zmianie swojej decyzji, czyli mówiąc inaczej o niedotrzymaniu amerykańskich zobowiązań. Za telefonowanie wziął się prezydent USA oczywiści zgodnie z tradycyjną dla tego narodu logiką, w swój dzień, jakoś tak nie zauważając, że w Polsce będzie wtedy środek nocy. Oczywiście, jak większość Amerykanów miał też za nic to, że wybiera na to telefoniczne oznajmienie niedotrzymania obietnicy nie najlepszy dzień. Bo siedemnasty września to symboliczna data dla Polaków.

 

Prezydent Barack Obama w swoim wczorajszym przemówieniu podkreślił, że nadal chce utrzymać silne więzi między Polska a USA. Faktycznie są one silne. Podpisaliśmy nawet dla podkreślenia tych silnych relacji umowy między naszymi państwami. O tym ile jest warte amerykańskie słowo w sprawie tarczy antyrakietowej pisałem już powyżej. Drugim przykładem niech będzie umowa offsetowa na dostawę samolotów F-16 przez Lockheed Martin, którą rząd polski podpisał w kwietniu 2003 roku. Jak wykazała niedawna kontrola Najwyższej Izby Kontroli do tej pory zrealizowano 83 procent wartości amerykańskich zobowiązań i nie ma żadnych gwarancji maksymalizacji efektów offsetu z punktu widzenia potrzeb modernizacyjnych polskiej gospodarki. Czyli zapłaciliśmy ponad sześć miliardów dolarów za samoloty F-16, w których według słów dowódcy Sił Powietrznych, generała broni pilota Andrzeja Błasika z 2008 roku – odnotowano w sumie 1117 awarii, usterek i niesprawności. I wszystkie z winy producenta. 

 

Teraz słychać o nowym pomyśle Amerykanów, mającym zastąpić pustkę po wycofaniu się administracji USA z budowy tarczy. Sekretarz Obrony Robert Gates mówi teraz o systemie Standard Missile 3. Jest to jeden z systemów antyrakietowych, w które wyposażone są amerykańskie okręty. Jakoś mogę sobie z trudem wyobrazić, że amerykańskie okręty stacjonować będą na Bałtyku. Jednak moja wyobraźnia przegrywa z wizją stacjonujących okrętów podwodnych czy nawodnych na terenie Czech. Chyba, że Amerykanie zaparkują swoje okręty na rzece Wełtawie przepływającej przez czeską stolicę. Wiem, że Pentagon pracuje też od jakiegoś czasu nad lądową wersją systemu SM -3. Ale takie zapewnienia, że to wszystko trafi do Polski czy Czech w świetle „dotrzymywania” przez Amerykanów umów wygląda tak, że szybciej zobaczę amerykański okręt podwodny zakotwiczony naprzeciwko Hradczan niż amerykańskie instalacje wojskowe u nas.

 

Można nabierać cały świat przez jakiś czas i kilka osób cały czas, ale nie można nabierać wszystkich ciągle – powiedział Abraham Lincoln. I chyba najwyższy czas zrozumieć prawdziwość tych słów. Nie jesteśmy dla Stanów Zjednoczonych żadnym partnerem, żadnym sojusznikiem. Bo sojuszników i przyjaciół się tak nie traktuje.

dziennik pesymistyczny

Niewidzialna ręka to także… prywatna firma

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

W moim prowincjonalnym mieście odrodziła się ponownie idea niewidzialnej ręki. Od razu wyjaśniam, że chodzi mi tu o program telewizyjny emitowany w Telewizji Polskiej w latach siedemdziesiątych ubiegłego wieku, a nie o niewidzialną rękę rynku, jako metaforę użytą przez ekonomistę Adama Smitha.

 

W moim mieście stoi sobie pomnik, który ma upamiętniać dawne słuszne protesty robotnicze. Jest to wielki, grubo ciosany kamień z czarna tablicą. Obelisk jest jak najbardziej słuszny, odbywają się pod nim liczne uroczystości ku czci, w odpowiednie ku temu rocznice. Pomnik został postawiony lata temu jeszcze w ciemnych czasach komunizmu, więc trochę przez ten czas stał się przyszarzały, a w niektórych miejscach poczerniały.

 

Ostatnio kręciło się przy nim kilku robotników w maskach ochronnych, którzy oczyszczali za pomocą sprężonego powietrza pomnik z brudu osiadłego na nim przez te wszystkie lata. To ich zamaskowanie wydawało mi się normalne aż do momentu, w którym przeczytałem w jednej z lokalnych gazet, że magistrat nic nie wiedział o poczynaniach robotników. Wtedy zrozumiałem, że nie tylko chodziło tu o ochronę pracowników przed szkodliwym pyłem powstałym przy pracy, ale maski te stanowiły zapewne zasłonę dla chroniących swoją tożsamość dobroczyńców, którzy tak w czynie społecznym i w tajemnicy przed władzą chcieli czynić dobro.

 

Formuła programu telewizyjnego zatytułowanego Niewidzialna Ręka zakładała wyrobienie w ówczesnych młodych ludziach zachowań prospołecznych, kierując ich energię na pomaganie potrzebującym. I jak widać ziarno tam rzucone teraz dopiero zaczęło kiełkować. Prywatna firma z własnej inicjatywy, nie mówiąc nic nikomu rozpoczęła prace remontowe przy pomniku stojącym przy jednym z głównych skrzyżowań w moim mieście. Prace były tak tajne i tak poufne, że nawet w biurze prasowym urzędu miejskiego mojego prowincjonalnego miasta nic nie wiedziano o renowacji pomnika.

 

Jak donosi lokalny dziennik robotnicy pracujący przy obelisku nie byli zbyt rozmowni. Nie chcieli zdradzić dziennikarzowi na czyje zlecenie wykonują swoją pracę. Ich twarze skrywały maski, co najwyraźniej było nawiązaniem do dawnego programu telewizyjnego. Tam też twarz prowadzącego audycję telewizyjną skrywał cień. A wszystko odbywało się w specyficznej atmosferze niesamowitości.

 

I wszystko odbyłoby się w całkowitej tajemnicy gdyby nie wścibscy dziennikarze. Tajemnicza firma w odruchu czystego altruizmu oczyściłaby pomnik. Władze miasta nic by się o tym nie dowiedziały. No, bo niby skąd miałyby wiedzieć, co się dzieje przy głównej ulicy zarządzanego przez nich miasta, jeśli nikt z dziennikarzy by do nich nie zadzwonił.

 

Trzeba pochwalić prywatną firmę za inicjatywę renowacji pomnika czynu robotniczego. Rzadkie są teraz przypadki takich nieliczących na zysk zachowań firm i osób prywatnych. Trzeba też pochwalić dziennikarzy lokalnej prasy za obywatelską czujność. Tylko jakoś tak nie mogę pochwalić urzędników magistratu, którzy mimo kamery monitoringu miejskiego zawieszonej dokładnie naprzeciwko pomnika nic nie wiedzieli o, skądinąd słusznej inicjatywie prywatnej firmy.

 

dziennik pesymistyczny

Przemoc jest w nas, w naszych ciałach i umysłach…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

 

Pewien Pan Ryszard znany, jako raper Peją, podczas koncertu zbluzgał ze sceny własnego widza, który pokazywał mu środkowy palec. Potem słownie aprobował to, co pod sceną zrobili z gościem jego koncertu inni fani rapera. A my możemy to całe zdarzenie od rana oglądać w telewizji i tam też wysłuchać głosów świętego oburzenia na zachowanie Pana Ryszarda. Już nawet pewna pani zdążyła napisać list do redakcji całodobowej stacji informacyjnej, w którym przekonuje widzów, że: Poznań przeprasza za Peje.

 

A co miał niby zrobić Pan Ryszard? Czego się po nim spodziewały piętnujące go dziś media? Miał na palczasty międzynarodowy znak dezaprobaty zareagować listem otwartym do publiczności opublikowanym w największych dziennikach? Miał zawiadomić organy ścigania o tej zniewadze, a następnie wytoczyć pokazującemu palec widzowi proces cywilny o zniesławienie? Przecież to śmieszne. Zachował się dokładnie tak, jak się tego po nim spodziewano. Po co więc teraz ta rozpacz, lament i dezaprobata?

 

Czy naprawdę wszyscy ci, którzy dziś krytykują Pana Rysia nie wiedzieli, że takie zachowanie – gangsterskie, ostre – to znaczna część tak zwanej kultury, rap czy jak kto woli, hip- hopu? No może nie całej, ale na pewno znacznej części. Nie trzeba prowadzić nad tym zjawiskiem muzycznym i kulturowym głębokich badań. Wystarczy nastawić telewizor na obojętnie którą stacje muzyczną, aby już po chwili zobaczyć na ekranie gibających się kolesi śpiewających o przemocy, gwałtach, bogactwie i panienkach.

 

Nie wiem, jaka odmianę rapu wyznaje pan Ryszard, bo pewnie w chwili, gdy to piszę na świecie powstają właśnie kolejne odłamy tej muzycznej kultury. Jednak przecież od lat wiadomo wszystkim i wszędzie, że istnieje model rapu gloryfikujący przemoc, brutalność i niebezpieczny tryb życia. Czy komuś to przeszkadzało? Raczej nie. Bo były z tego pieniądze. Dla muzyków, dla wytwórni płytowych, dla organizatorów koncertów, dla mediów. Co raz można nawet w telewizyjnych programach porannych zobaczyć facetów zachowujących się i mówiących o sobie, że są raperami, czyli w ich mniemaniu twardzielami i nawet bandziorami. Taka moda i taki styl. Taka forma słownej wypowiedzi i taka forma zarobkowania. W tekstach deklamowanych przez raperów pełno jest przemocy i nawoływania do rozwiązań ostatecznych. I gdy słowo nagle stało się ciałem… podniósł się krzyk, że jak tak można, że to nawoływanie ze sceny do linczu. Zapewne jakby słowa Pana Ryszarda nie zostały wprowadzone w czyn przez skorych do bitki fanów, to nikt by o tym nie usłyszał, bo żadna telewizja by się tym nie przejęła. Dopóki tylko śpiewał, to było wszystko dobrze.

 

Teraz mały cytat z twórczości Pana Ryszarda, czyli Peji: „Przemoc k….a przemoc to gówno jest w nas w naszych ciałach i umysłach, uaktywnia się, co czas”. Pan Ryszard śpiewa też innym razem o tym, że: „Przemoc fizyczna to nie jest rozwiązanie”. Ale jak widać, co pewien czas to „gówno” przemocy mu się „uaktywnia”.

 

Jeśli słowa Pana Ryszarda nam nie przeszkadzały dotychczas, bo do tej pory nikt nich nie przekuwał w czyn, to przynajmniej nie oskarżajmy go teraz o to, że ktoś go w końcu posłuchał. Nie czas teraz na rozdzieranie szat i święte głosy oburzenia, bo to hipokryzja.

 

 

dziennik pesymistyczny

Państwo, jako konieczność życiowa?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Czy kiedykolwiek zastanawiałeś się drogi Czytelniku, czym jest państwo? Nie takie w formie narodowej wspólnoty wyrażonej w godle i fladze, we wspólnym języku, kulturze i pamięci historycznej, ale raczej w takiej rozumianej, jako wszechogarniająca i regulująca Twoje życie we wszelkich aspektach instytucja totalna. Czy zastanawiałeś się nad tym, czy państwo istnieje dla nas, a może raczej my dla niego?

 

Państwo często rozumie się, jako twór, bez którego współczesny człowiek nie może już istnieć, bowiem jest to dla niego przymus i konieczność życiowa. Tak przynajmniej nakazuje Ci wierzyć następująca po sobie władza polityczna potocznie nazywana rządem. W danym okresie dziejowym jedna z klas społecznych w państwie okazuje się silniejsza   i przez to zdolna do przejęcia władzy i utrzymania jej przez pewien czas. I tak oto państwo ma kolejny rząd a my rządzących nami. I tak to się już rozwinęło przez wieki, że państwo stało się instytucją samą w sobie, działająca na swoją korzyść, a nie na korzyści własnych obywateli. A co ciekawsze instytucja państwa stwarza przymus, który zmusza cię do trwania w nim.

 

To właśnie Ty utrzymujesz instytucje państwa pracując tylko i wyłącznie na nie przez pół roku a dopiero potem drugie pół, już tylko dla siebie. Mniej więcej do połowy czerwca obywatel państwa polskiego płaci daninę w formie podatków na funkcjonowanie państwa z własnej pensji w całości. Ale w zamian powinien teoretycznie dostać to, za co płaci, bo taka jest podstawowa funkcja państwa. W gospodarce państwo jest jak przedsiębiorca koordynujący procesy gospodarcze tak, żeby żyło nam się lepiej. Albo przynajmniej przyzwoicie. A u nas przez całe moje życie mamy totalny kryzys, a jedyny rozwój widać tylko w zakresie rozszerzania się instytucji państwowych i powiązanych z nimi ściśle klas posiadających. Bo jeśli chodzi o państwo, jako przedsiębiorcę, to odniosło ono w tym roku absolutny sukces. Przyszłoroczny deficyt budżetowy wyniesie aż 52,2 miliarda złotych! Brawo!

 

Jeśli zaś chodzi o funkcje socjalne i oświatowe to wyraźnie widać jak państwo jest skuteczne na przykładzie reklamy telewizyjnej gdzie mała dziewczynka o imieniu Małgosia prosi o wsparcie współobywateli. Bo jako mały obywatel państwa chodzi do szkoły głodna. I tylko dzięki hojności dobrych ludzi wspierających szkoły może tam zjeść swój jedyny talerz zupy. Bo w domu to nie zawsze. I tak to sami dzielimy się z Małgosią posiłkiem, bo na pomoc opłacanego przez nas państwa nie ma, co liczyć.

Ale już prawdziwym hitem w relacjach państwo obywatel jest funkcja socjalna państwa. Polega ona teoretycznie na przejęciu przez wyspecjalizowane instytucje państwowe opieki nad tymi, którzy z racji swego wieku lub choroby takiej opieki wymagają. Płacili oni zresztą na tę opiekę swymi podatkami przez całe życie i to przymusowo. A teraz zostaje im jedynie samodzielne opłacenie sobie kosztów leczenia za pieniądze uzyskane z kredytów. Dotyczy to także usług, które powinny być bezpłatne. A więc nie tylko zabiegów upiększających.

 

Trwa u nas nieprzerwana reforma służby zdrowia od dziesięcioleci. I jedyne, co dostaliśmy do tej pory od państwa, oprócz obietnic poprawy sytuacji, to oferty kredytów bankowych z przeznaczeniem na cele leczenia lub zabiegów. Teraz każdy ubezpieczony przymusowo w państwowej instytucji obywatel, prywatnie może na raty rozłożyć swoje koszty operacji chirurgicznej, okulistycznej czy ginekologicznej. Na kredyt może sobie pozwolić nawet osoba z minimalnymi dochodami 200 złotych. I mam wrażenie, że reforma w lecznictwie państwowym idzie w tym kierunku, że nie chcąc czekać latami na darmowy zabieg będziemy zmuszeni sami za niego płacić. Teoretycznie jednak mamy nadal konstytucyjne gwarancje równego dostępu do opieki zdrowotnej, finansowanej przez państwo dla wszystkich obywateli.

 

Więc, jeśli państwo nie sprawdziło się, jako rządca naszych pieniędzy i przedsiębiorca, nie zapewnia nam opieki socjalnej i zdrowotnej to, po co utrzymywać darmozjada? Odpowiedź jest prosta. Państwo, jako instytucja totalna jest formalnoprawnym przymusem i koniecznością życiową. Więc wyjścia nie ma?

 

 

dziennik pesymistyczny

Park by night

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

 

Jeszcze do tej pory można spotkać gdzieniegdzie, bardzo kiedyś popularne karty pocztowe, na których widać, to znaczy nie widać było nic. A dokładniej pocztówka była najczęściej czarną kartą z podpisem: pozdrowienia z nocnego… i tu padała odpowiednia nazwa miejscowości. Były też wersje angielskojęzyczne dla tych zagranicznych turystów, których interesował nocny wygląd naszych miast w pewnym zaciemnieniu.

 

Doświadczenia z fotografii pocztówkowej prezentującej nocne widoki miast w pełnym zaciemnieniu postanowił wykorzystać Urząd Miejski mojego prowincjonalnego grodu. Na ustawionej kilka tygodni temu tablicy informacyjnej znalazła się fotografia, na której widać to… że nic nie widać. Jednak dzięki tablicy informacyjnej ustawionej przy głównej ulicy każdy obywatel mógł przeczytać, co tam nowego nasi rajcy miejscy przygotowali dla roślinności w parku. Każdy przechodzień mógł się zapoznać z tym, co było tam napisane, na tej reklamie. Ale jeśli chodzi o zdjęcia tam umieszczone to zastosowano starą i sprawdzoną metodę z pocztówek, o których pisałem wyżej. Czyli magistrat w tej tablicowo – ogłoszeniowej formie komunikacji ze społeczeństwem bardziej postawił na słowo pisane niż na obraz, czyli wizualizacje zamierzeń architektów.

 

Na ustawionej w centrum miasta tablicy informującej o rewitalizacji parku urzędnicy miejscy umieścili zdjęcia między innymi parkowej altany, pomnika pewnego kompozytora oraz głównej alejki parkowej w dzień oraz w nocy. I właśnie nocna wizualizacja alejki jest tam po prostu czarną plamą. Jeśli naprawdę tak będzie wyglądać w przyszłości główna aleja miejskiego ogrodu, to mam pewne obawy, że nikt tam się nie pojawi od zmierzchu aż do świtu.

 

Jest w moim prowincjonalnym mieście jeden z nowopowstałych ogrodów miejskich gdzie latarnie stanowią jedyna ozdobę na pustawej przestrzeni. Bo drzewa i krzewy z różnych przyczyn nie wyrosły tam od lat. Więc może rajcy zdecydowali, że dla odmiany park w centrum będzie pozbawiony nocnego oświetlenia tak dla równowagi. Z tym nowatorskim pomysłem władz każdy może się już teraz zapoznać z zamieszczonej na tablicy informacyjnej fotografii przedstawiającej ciemność panująca w parku by night.

 

c