Yearly Archives

186 Articles

dziennik pesymistyczny

Nie wierzę politykom

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jeśli nie widać różnicy to, po co przepłacać głosiła pewna reklama. Po małej przeróbce ta maksyma idealnie pasuje to stanu naszej sceny politycznej. W nowej wersji, tej politycznej, powinna brzmieć mniej więcej tak: jeśli wszyscy politycy są tak samo źli to kogo tu wybierać. Wytworzyła się teraz sytuacja, w której nawet rozpisanie nowych wyborów niezbyt wiele zmieni. Jeśli nawet ktoś na te wybory się wybierze i tam zagłosuje, będą to wybory mniejszego zła. Teraz po kompromitacji Platformy Obywatelskiej uwikłanej w tłumaczenia się z jakichś dziwacznych oskarżeń aferalnych na scenie politycznej nie można już znaleźć ani jednej partii, która nie byłaby łączona z siłami ciemności. Każda bez wyjątku licząca się partia polityczna w naszym kraju ma coś, co dla człowieka zdrowo myślącego dyskwalifikuje ją do tego by ją w wyborach popierać. Oczywiście pozostaje tu jeszcze fanatyzm, który każe wierzyć niektórym, że ich wódz partyjny to swoisty pomazaniec boży, który uwikłany jest w afery tylko przez zazdrość i niemoralną grę przeciwników ideologicznych.

 

Faktycznie takich ludzi święcie wierzących w misję zbawienia ojczyzny poprzez własną osobę ewentualnie, poprzez osobę wodza partyjnego stojącego na czele grupy zaufanych działaczy jest wielu. Tacy ludzie nawet jakby im przedstawić niezbite dowody istnienia praktyk nieczystych w szeregach partii, którą popierają i tak by w to nie uwierzyli. Bo fanatyka nic nie przekona. On zawsze będzie wierzył w szczerość intencji i czyste ręce jego ukochanych polityków. On zawsze w każdych wyborach zagłosuje właściwie, zgodnie z wytycznymi partyjnymi, bo on wie, jest przekonany i nikt mu nie wmówi, że białe jest białe, a czarne jest czarne jak mawiał klasyk.

 

Tylko czekam teraz, jak jakiś polityk pochyli się w trosce nad naszą ojczyzną i dla dobra nas wszystkich zażąda natychmiastowych, przyspieszonych wyborów w trosce o ratowanie naszej tonącej w aferach państwowości.  I nie będzie to miało znaczenia, z jakiej strony politycznej będzie to postać. Bo i tak wiadomo, że tak naprawdę chodzi o to, żeby z atmosfery skandalu, jakim są obecne ciąłe ataki służb specjalnych na rząd wygrać dla siebie oraz własnych kolesiów jak najwięcej. Żeby poprzez obietnice wyborcze, dorwać się jak najdłużej do władzy, żeby rządzić, żeby mieć władzę, żeby zarobić jak najwięcej dla siebie i dla kolegów. Byle wygrać, byle stworzyć rząd, aby przetrwać u władzy przynajmniej cztery lata a potem się zobaczy.

 

A Polska? A naród? No tak jest jeszcze naród, ale to przecież taka widownia, dla której na scenie politycznej urządza się przedstawienia. Jak dobrze się wypadnie na premierze sztuki, czyli w wyborach, to publiczność da pograć jeszcze ze cztery lata i do tego całą tę imprezę przymusowo sfinansuje z biletów, czyli z podatków. A jak ktoś będzie niegrzecznie wyrażał o aktorach krzycząc, że to cyrk już, a nie teatr, to go szatniarz z woźnym wywalą z naszego narodowego teatru. I tak staniemy przed wyborczą urną z kartą do głosowania, gdzie będziemy mieć wybór między Platforma Obywatelską skompromitowaną obecnymi aferami, a Prawem i Sprawiedliwością, których rządy nadal odbijają się większości czkawką. Wybrać wodza z jego fanatykami czy mistrza PR? A może tych z Lewicy, co to dali nam się nam we znaki swoimi rządami? A może PSL, ale przecież oni też jakoś tak nie bardzo?   Nie wspomnę już o dawnych PiSowskich przestawkach, czy reszce prawicowych fanatyków.   Też żaden wybór ani na lewicy ani na prawicy. A wybory kosztują i to dużo. Więc może w dobie kryzysu, jeśli naprawdę nie widać różnicy to, po co przepłacać. Ja i tak już nie więrze i to wszystkim politykom.

 

 

dziennik pesymistyczny

Wojen w polityce jak grzybów po deszczu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Czasem jak tak przyglądam się polskiej polityce mam wrażenie, że jest ona już całkowicie oderwana od rzeczywistości. My tu sobie maluczcy pchamy powolutku ten nasz wózeczek zwany życiem do przodu, każdego dnia, a tam na górze toczą się walki o Polskę. My tu na dole ten nasz wózeczek po górkę i pod wiatr, a tam na szczytach władzy toczy się wojna, której echa czasami możemy oglądać w telewizji i o której czytamy w prasie. Mam coraz większe wrażenie, że to już w tej ustawicznej walce nie chodzi o Polskę w sensie dobra wspólnego obywateli naszej ojczyzny, ale o jakieś oderwane od rzeczywistości zwycięstwo jednych polityków nad innymi politykami. Taka wojna dla samego wojowania i udowodnienia innym, że jedna prawda jest ważniejsza od innej prawdy. A prawda jest taka, że to polityczne wojowanie już coraz mniej takich maluczkich dotyczy.

 

Oglądam to polityczne wojowanie na ekranie telewizora, jak seriale o dzielnych policjantach i o niezwyciężonych kosmicznych rycerzach. Dobrze się to ogląda, emocjonujące to nawet, ale przecież jakieś takie nierealne. Jak tak wczoraj przysłuchiwałem się wojennej retoryce polityków z ugrupowania rządowego oraz tych z opozycji tak mi się przypomniał wierszyk Jan Brzechwy – Grzyby, który wielokrotnie recytowałem w przedszkolu. Utwór ten jak ulał pasuje do naszej obecnej wojennej atmosfery politycznej. Tylko jeszcze nie mogę się zdecydować, kto w świecie realnym jest tym bajkowym Królem Borowikiem Prawdziwym, który wyruszał na wojnę z muchami.

 

A nastroje były w polityce prawdziwie bojowe. Co rusz na mównicy sejmowej pojawiał się kolejny polityk który „ze złości brunatny był cały, bo go muchy okrutnie kąsały”. Oczywiście chodzi mi tu o przeciwne mu politycznie owadzie kąsanie. I z góry bardzo przepraszam polityków i owadzi stan za niestosowne dla obu stron porównanie. Nie tylko tam można było zobaczyć polityków. Dzień wczorajszy przyniósł nam prawdziwy wysyp konferencji prasowych. Co raz z innej strony sceny politycznej słychać było bicie w wojenne bębny i nawoływanie do ostatecznej rozprawy. Premier przemawiał do narodu niczym, wódz waleczny prowadzący swe wojska na ostateczne starcie z wrogiem.

 

Tylko jakoś tak współrządzący z Platformą Obywatelską Ludowcy wykazywali pewne niezdecydowanie, które doskonale ilustrują strofy mistrza Brzechwy: „Odezwały się pierwsze opieńki: „Opieniek jest maleńki, a tam trzeba skakać na sążeń, gdzie nam, królu, do takich dążeń?!” Jednak były to głosy odosobnione. W Prawie i Sprawiedliwości zaprawionej w bojach od zawsze i walczących od zawsze panowały nastroje jak w pułku muchomorów:” Przychodzimy z muchami wojować, Ty nas, królu, na wojnę prowadź!” – Premier chce wyraźnie doprowadzić do wojny z PiS-em. – mówił prezes PiS niczym wódz do swej armii przed bitwą.

 

Koniec tej wojny politycznej wydaje mi się też dobrze znany. Zapewne będzie jak w wierszu: „Wojowały grzybowe zuchy, pokonały aż cztery muchy. Król Borowik winszował im szczerze i dał wszystkim po grzybowym orderze”


 

 

dziennik pesymistyczny

Tajne rządy tajnych służb

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Chyba czas przestać udawać, kto tak naprawdę ma wpływ na nasze życie polityczne i społeczne. Trzeba dać służbą specjalnym prawdziwą usankcjonowaną prawem i nowymi zapisami w konstytucji władze. I tak w demokratycznych tajnych wyborach wybieralibyśmy utajnionych i zamaskowanych tajnych agentów – polityków na tajne stanowiska na podstawie w pewnej części utajnionych programów wyborczych. I już mamy tajny rząd, więc teraz pora na utajnionego prezydenta, gdy już go wybierzemy w tajnym głosowaniu to on desygnuje tajnego premiera oraz pozostałych tajnych członków Rady Ministrów.

 

Zalety takiego rozwiązania są oczywiste. Tajny prezydent spotyka się potajemnie z tajnym prezydentem i tam w sposób tajny dogadują się, co do kwestii zasadniczych. Korzyść? Proszę – już nikt nie będzie się nabijał z tego, że najważniejsze osoby w państwie walczą o krzesła w Brukseli czy o to, komu z nich należy się bardziej przelot rządowym samolotem. Bo przecież nikt się o tym nie dowie, bo będzie to tajne. Rząd rządziłby poprzez tajne ustawy, więc jak nawet ktoś będzie tam lobbował za czymś to i tak się nie dowiemy, bo to przecież będzie tajne. Sejm będzie miał tajne posiedzenia, co oczywiście utrudni lansowanie się politykom, ale przecież jak pisałem programy partyjne oraz wizerunki posłów i tak zostaną utajnione. Więc oczywiste stanie się to, że jak nawet będzie poseł jechał samochodem sto pięćdziesiąt kilometrów na godzinę przy odgraniczeniu do pięćdziesięciu to nikt o tym i tak się nie dowie, bo przecież taka informacja będzie również tajna. Można też pójść dalej w utajnianiu. Tajny lekarz potajemnie zrobi nam tajne badania. Tajny policjant z drogówki wypisze nam tajny mandat. Będziemy płacić tajne podatki, a przez ich tajność nie będzie można o nich dyskutować. Taki raj i ogólna szczęśliwość w niewiedzy przez tą tajność w rządzeniu.

 

Co mnie skłania do takich surrealistycznych wizji? Ano to, że jak sobie przypominam kilka rządów, które mieliśmy po osiemdziesiątym dziewiątym roku, zakończyło swoja działalność przy udziale tajnych służb. Jak tak spojrzeć wstecz na naszą Polską politykę i funkcjonowanie państwa to widać jasno, że najlepiej działającą w tym kraju instytucją są służby specjalne. W nowej Polsce, przez te dwadzieścia lat przeżyliśmy aferę teczkową, czyli ujawnienie przez ministra spraw wewnętrznych Antoniego Macierewicza niesprawdzonych informacji o powiązaniach ze służbami bezpieczeństwa PRL niektórych posłów, senatorów oraz ówczesnego prezydenta Lecha Wałęsy. Co w następstwie doprowadziło do upadku rządu Jana Olszewskiego.

 

Potem była afera Olina która wybuchła po tym, jak Andrzej Milczanowski oskarżył z trybuny sejmowej urzędującego premiera Józefa Oleksego o współpracę z rezydentami. Po wszczęciu przez prokuraturę wojskową śledztwa w tej sprawie, rząd Józefa Oleksego podał się do dymisji. Za wszystkim stał Urząd Ochrony Państwa, na którego materiały operacyjne powoływał się Milczanowski. Potem była afera gruntowa, która doprowadziła do dymisji wiceprezesa Rady Ministrów i ministra rolnictwa Andrzeja Leppera. Afera doprowadziła do rozpadu rządzącej wówczas koalicji PiS, LPR i Samoobrony. I w rezultacie do zmiany rządu. Teraz mamy aferę hazardowa gdzie znaczącą rolę odgrywa Centralne Biuro Antykorupcyjne.

 

I już naprawdę nie wiem ile w tym wszystkim jest inspiracji służb specjalnych, ile prowokacji, ile walki politycznej. Nie wiem, ale wolałbym żeby rządy w Polsce nie były odwoływane przez służby specjalne. Ja wiem, ich rolą jest wykrywanie przestępstw, ale ja mam takie wrażenie, że coś jest nie tak, jeśli co chwilę słyszę o odwołaniu rządu w aferze skandalu ze służbami specjalnymi w tle. Bo jeśli mamy tylko dobre służby specjalne to znaczy, że mamy strasznie korupcyjną i zdeprawowaną klasę polityczną. No coś tu jest naprawdę nie tak. Więc może żeby się nie denerwować społeczeństwa dobrze by było wszystko utajnić i rządzić tylko przez tych, co to są najlepsi z tych najgorszych, czyli poprzez służby specjalne. Oby jednak tak się nie stało.

dziennik pesymistyczny

Ślij STRACH na numer…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Afera hazardowa w toku. Wiatr historii wymiata ministrów i posłów, więc i ja postanowiłem przyłączyć się do ogólnonarodowego larum ze swoją własną, prywatną aferą. Dobrze, nie jest to afera a raczej denerwujący problem. Ale z pewnością ustawiczne namawianie do hazardu przez wysyłanie na telefon komórkowy o każdej porze dnia i nocy dziesiątek sms-ów, dotyczy nie tylko mojej skromnej osoby. Więc niech mi będzie wolno to moje zdenerwowanie na widok kolejnego sms-a, proponującego mi wygraną po uprzednim wysłaniu kilku wysoko płatnych wiadomości tekstowych, nazwać jednak moją własną, prywatną w mikro komórkowej skali aferą hazardową.

 

Faktycznie zdarzyło mi się ze dwa razy ulec reklamie, czy raczej namowom miłej Pani z telewizyjnego ekranu i wysłałem sms-a zawierającego zgłoszenie do konkretnej gry. Co w rezultacie okazało się podpisaniem cyrografu na wieczne otrzymywanie wiadomości tekstowych namawiających do gry o fantastyczne nagrody za niebotyczne stawki taryfowe od każdego sms-a. Więc po części sam sobie jestem winien. Ale nie do końca, bo przecież nie chciałem brać udziału we wszelkich grach, jakie przyjdą do głowy właścicielom stacji telewizyjnej tylko chciałem zagrać w jednej, tej konkretnej grze, do której wysłałem zgłoszenie. Jednak widocznie nie jestem dość szybki w czytaniu gdzie jest dostępny regulamin konkursu, bo informacja o tym pojawiła się na ekranie telewizora na jakieś cztery sekundy. W wyniku mojej naiwności, i nieznajomości regulaminu dostałem nie tak dawno kolejnego z dziesiątków podobnych sms-a informującego mnie, że w imieniu komisji konkursowej pewnej stacji telewizyjnej miło jest temu sms-owi powiadomić mnie o tym, że trafiłem do grona osób, z których każda może wygrać samochód Honda lub gotówkę. A jedyne, co powinienem teraz zrobić to natychmiast wysłać płatnego 3,66 zł sms-a na odpowiedni numer.

 

Zdziwiłem się, bo przecież od mojego kontaktu sms-owego z tą stacją telewizyjną minęło sporo czasu. Konkurs, na który wysłałem zgłoszenie skończył się miesiące temu, a tu taka niespodzianka w postaci tego, że jakaś nowa komisja konkursowa zebrała się w mojej sprawie i ustaliła, że to właśnie ja mam tą wielką szansę na wygranie samochodu lub wielkiej gotówki w ich konkursie, o czym mnie zawiadamiają prze sms-a. Już miałem wysłać zgłoszenie do gry za 3,66,  pchany wdzięcznością za okazane zainteresowanie, gdy dostałem nową wiadomość. „Namierz telefon osoby za pomocą LOKALIZATORA! Chcesz wiedzieć gdzie ktoś jest, gdy nie ma cię w pobliżu? Ślij SZUKAJ POD (…) za 6,10 z VAT. I co teraz? Wygrać w konkursie czy może skorzystać z możliwości dowiedzenia się za całe 6,10 złotych gdzie jest ktoś, gdy mnie nie ma w pobliżu?

 

Każdego dnia dostaję po kilka wiadomości z obcych całkowicie dla mnie numerów telefonicznych z mniej więcej takim tekstem: Ktoś Cię kocha, jeśli chcesz wiedzieć, kto wyślij sms na numer taki to a taki za 2,44 z VAT. Dzięki uprzejmości nieznajomego mogę się też dowiedzieć za odpowiednią opłata, kto mnie obgaduje w danej chwili lub, kto jest moim wrogiem. Niedawno dostałem nawet „Tybetański Test: pomyśl imię Bliskiej Osoby. Z jakim kolorem Ci się kojarzy? Wyślij SMS: CZERWIEŃ, BIEL, LUB ZŁOTO NA 31(…). Wynik Cię zaskoczy!” Mnie zaskoczyło to, że oni naprawdę wierzą, że ja za te 6, 10 z Vat chcę dostać w wiadomości dokładne namiary na osobę, która mnie teraz kocha lub mnie nienawidzi lub, z jakim kolorem kojarzą się moje uczucia do bliskiej mi osoby. Aferą jest tu nie tylko to, że chcą wyłudzić ode mnie pieniądze, ale jeśli to poważna oferta handlowa to skąd mają wiedzę, że ” w ten weekend zaskoczy” mnie „osoba, która o” mnie „myśli”. I jeszcze udzielają mi rady informując, że tej mi bliskiej osobie „bardzo zależy na szybkim kontakcie”, i zastało „czasu jest mało”, bo ona „strasznie tęskni”.

 

Właściciele tych numerów telefonicznych nie tylko namawiają mnie do gry o wielką gotówkę czy samochód, oni mają też jak się okazuje wiedzę nadprzyrodzoną i nie tego świata. Przypomniałem sobie, że mam w pamięci telefonu taki sms: „Słyszysz dziwne odgłosy? Czujesz kogoś, obok ale go nie widzisz? Użyj Łowcy Duchów i sprawdź czy możesz czuć się bezpiecznie. Ślij STRACH” na odpowiedni numer. Zapłaciłbym i dziesięć złotych za jednego sms gdybym mógł zwrotnie dostać informację o tym, kto nęka mnie w dzień i w nocy wysyłając mi absurdalne oferty, których nie zamawiałem i których nie chcę. Ale pewnie ten byłby bardzo drogi.

 

dziennik pesymistyczny

Rozmowy kontrolowane?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 9

Gadaliśmy sobie z moim znajomym przez telefon jak zawsze, o wszystkim i o niczym. O tym, że jego szef nie bardzo jest rozgarnięty, że pogoda jest pod psem i nawet pozwoliłem sobie przy okazji utyskiwania na stan pogodowy na żarcik, że to pewnie wina rządu. Po pewnym czasie, gdy w najlepsze obgadywaliśmy pewną naszą wspólną koleżankę mój przyjaciel zrobił nagle pauzę w swojej bardzo obrazowej wypowiedzi a następnie dodał: dobra, starczy… to nie jest rozmowa na telefon. Zapytałem, co to jest tak tajnego, że nie można tego powiedzieć przez telefon. Bo przecież ani ja, ani mój znajomy nie prowadzimy jak przypuszczam nielegalnych interesów. Nie jesteśmy z przyjacielem współwłaścicielami kasyna gry, ani daleko nam do ministerialnych salonów, ani za niczym nie lobbujemy, więc skąd u niego taka obawa, że jakieś służby specjalne przysłuchują się naszej prywatnej rozmowy telefonicznej.

 

Mój znajomy zgodził się ze mną, gdy mu wyłożyłem moje uzasadnienie, że żadni z nas przestępcy, ale nie dał się przekonać, że należy ograniczyć szczerość w telefonicznych rozmowach. Dodał też, że powinienem wiedzieć, że tak naprawdę nie wiadomo, kto teraz nas słucha podczas tej naszej konwersacji telefonicznej. I jak widać z lektury gazet, wszystko, co mówimy może być podejrzane, choć dla nas nasze słowa brzmią w stu procentach w pewłi niewinne.

 

Faktycznie, można w tym kraju dostać paranoi, czego żywym przykładem jest na pewno zachowanie mojego kolegi podczas naszej rozmowy telefonicznej. Jak widać z doniesień prasowych w naszej ojczyźnie nawet nazwanie kogoś podczas rozmowy prywatnej zdrobnieniem imienia może być poczytane za coś zdrożnego. Może właśnie ktoś te nasze niewinne dla nas rozważania na temat urody naszej koleżanki nagrywał. Bo przecież to tylko naszą daleka znajomą jest ta Pani i nie wiadomo, kogo ona zna i czy nie jest w kręgu zainteresowań służb specjalnych. A jeśli nie daj Bóg jest w kręgu podejrzeń! Potem będzie można przeczytać w gazecie, co prawda utajniony, ale jak widać z innych przykładów nie do końca, zapis naszej rozmowy telefonicznej. A co najgorsze ja mojego znajomego w tej naszej prywatnej rozmowie nazwałem Andrzejkiem! Co prawda żaden z niego Miro lub Grzesio, ale zawsze! Użyłem zdrobnienia. I co teraz! Już widzę oczami wyobraźni jak pewien redaktor z ważnej stacji telewizyjnej nabija się ze mnie, że ja to jestem Pawełek, a przyjaciel to Andrzejek.

 

Ile to razy pytałem mojego przyjaciela czy mi pomoże rozwiązać jakiś mój problem? A co jeśli powinienem rozpisać przetarg na rozwiązywanie tego mojego problemu, a nie tak jak dotychczas autorytarnie wybrać jednego spośród wielu moich znajomych do rozwiązania zaistniałego zagadnienia? Co prawda nie jestem ministrem sportu, ustawy raczej mnie dotyczą niż je piszę, ale zawsze mogę być podejrzany w myśl starej zasady -dajcie mi człowieka to i paragraf na niego się znajdzie.

 

Nie należę do żadnej partii. A już na pewno nie jestem posłem na sejm, więc jak mnie kolega namawia na wódeczkę to chyba nie jest to lobbowanie za poparciem monopolu spirytusowego? Co prawda, faktycznie stwierdził mój znajomy w rozmowie telefonicznej, która, jak on twierdzi mogła być podsłuchiwana, że jedną odmianę wódeczki bardziej preferuje od tej innej. Ale chyba nie można tego poczytać za nielegalny lobbing? A jeśli tak?! Przez ten cholerny telefon mówiłem też, że pożyczyłem koledze sto złotych! A może trzeba było od tej pożyczki odprowadzić podatek. Zrobiło mi się gorąco. Czyli możliwe, że jak jednak ktoś słuchał to mogę się spodziewać wizyty smutnych panów.

 

Straszny jest taki kraj, w którym nie można już swobodnie porozmawiać przez telefon. Bo przecież nigdy nie ma pewności, że ktoś tego naszego przez telefon gadania o pierdołach nie słucha, jako ten trzeci. I tego, co dla nas oczywiste i niewinne nie interpretuje na swój sposób, jako nikczemnych knowań przeciw państwu i prawu. Może warto powrócić do znanej z minionych czasów informacji w słuchawkach telefonicznych o tym, że rozmowa jest kontrolowana. Wtedy nikt nie powinien być zdziwiony tym, że nie wszystko można powiedzieć przez telefon, bo przecież było ostrzeżenie.

 

dziennik pesymistyczny

Mało tajne / minimalnie poufne

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jak byłem małym chłopcem miałem przekonanie, że jak coś jest tajne to jest to wielki sekret powierzony mi w zaufaniu i nikt nie powinien się o nim dowiedzieć poza tymi, którzy mi tą tajemnice powierzyli. Wierzyłem, jak teraz widzę bardzo naiwnie, że jak ktoś powierzy mi tajemnice to nie powinienem się nią dzielić z innymi, bo przecież jak coś jest poufne, nie jawne to powinno pozostać takim z tego choćby powodu, że jak już mnie obnażono zaufaniem to nie powinienem tego zaufania zawieść przez ujawnienie tajemnicy.

 

Teraz jestem już dużym chłopcem i wiem, że przynajmniej w polityce lub w systemie państwowym nic takiego jak tajemnica nie obowiązuje. Przynajmniej, jeśli chodzi o tych na samym świeczniku władzy. Szef Centralnego Biura Antykorupcyjnego Mariusz Kamiński wysłał w tajemnicy informację do premiera, prezydenta, do Sejmu i Senatu dokumenty objęty klauzulą tajne. Papiery te dotyczyły potencjalnego zagrożenia interesu ekonomicznego państwa w związku z przygotowywaniem projektu nowelizacji ustawy o grach i zakładach wzajemnych. Tajne akta wysłane zostały do dziesięciu najważniejszych ludzi w państwie. I co? I już po niedługim czasie w każdej telewizji, w każdej gazecie, w Internecie i w radio można było usłyszeć, zobaczyć, przeczytać, o czym traktuje ten tajny dokument i kogo on dotyczy. Był nadal tajny i nadal był tajemnica tylko, że już wszyscy o nim wiedzieli. Dalej wykaże się naiwnością pozostało mi z dzieciństwa, bo bardzo chciałbym wierzyć, że to nie tych dziesięciu najważniejszych ludzi w państwie przekazało prasie to, co powinno być tajemnicą. Ale jeśli nie oni to, kto?

 

Mam nadzieje, że tajemnice ujawnienia poufnych informacji wyjaśni warszawska prokuratura okręgowa, która wszczęła śledztwo w sprawie ujawnienia bądź wykorzystania tajemnicy państwowej. Bo jeśli to nie tych dziesięciu wtajemniczonych przez CBA ludzi wyniosło do jednego z dzienników materiały, które były opatrzone klauzulą ściśle tajne to naprawdę zasadne jest pytanie gdzie jest przeciek? Może w instytucji kierowanej przez Mariusz Kamiński? Ale tu obawiam się, że dziwne byłoby prowadzenie śledztwa w prawie przecieku informacji niejawnych w instytucji, która o lat bada aferę z przeciekiem informacji tajnych w sprawie o korupcję przy odrolnieniu ziemi w Ministerstwie Rolnictwa latem 2007 roku. Choć naprawdę byłaby ciekawa konferencja prasowa wzorowana ta tej słynnej z przed lat, w której teraz zobaczylibyśmy, kto, z kim spotykał się i kto komu przekazywał tajne dokumenty.

 

Teraz jest przedziwna sytuacja, w której wszyscy już o wszystkim wiedzą i żywo dyskutują o tajnych dokumentach, choć one nadal formalnie są tajne. Dzięki uprzejmości jednego z dzienników mogliśmy nawet zapoznać się z treścią prywatnych rozmów telefonicznych, co już w samym założeniu prywatności jest rzeczą dziwną. Ja wiem, że dziennikarską rzeczą jest tropić afery i o nich informować, więc nie ma pretensji to gazety, ale mogę mieć uzasadnione pretensje do tych, którzy nie przywiązują żadnego znaczenia do formuły tajności państwowych dokumentów. Jak coś jest tajne to powinno być tajne, czyż nie? Bo jeśli nie byłoby tak to niech mi ktoś powie, czy ujawnienie tajnych materiałów na temat obronności Polski byłoby złamaniem tajemnicy państwowej? Można przyjąć śmiało założenie, że w obecnej sytuacji jest możliwe, że ktoś uzna samodzielnie, że ujawni tajne materiały o obronności w imię tak pojmowanego interesu ogólnego. Czy wolno samodzielnie decydować o tym, co jest tajne i poufne a co nie jest już takie z naszego widzimisie i nadaje się do publikacji w prasie? 

 

 

dziennik pesymistyczny

Poprawiania Monteskiusza

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Bardzo dawno temu żył pewien człowiek nazwiskiem Charles Louis de Secondat Baron de Montesquieu, czyli Monteskiusz. Był to jeden z czołowych przedstawicieli wczesnego oświecenia, najwybitniejszy teoretyk monarchii konstytucyjnej. To on właśnie zaproponował zasadę podziału i równowagi władzy, którą przyjęły, przynajmniej teoretycznie, państwa demokratyczne w tym oczywiście i Polska. W zasadzie u nas obowiązuje podział władzy na sądowniczą, wykonawczo – administracyjną oraz ustawodawczą, ale w praktyce chyba coś się pogmatwało i teraz wszyscy chcą zajmować się wymierzaniem sprawiedliwości.

 

Jeśli w Polsce wybucha afera, w której są ewidentne znamiona przestępstwa to nie zajmuje się tym zgodnie z zasadą Monteskiusza jeden z organów państwa, jakim jest sądownictwo, lecz wszystkie na raz i to na wyścigi, kto będzie lepszy i kto pierwszy dojdzie swojej prawdy i kto szybciej wyda wyrok. Wczoraj Centralne Biuro Antykorupcyjne wysłało do premiera, prezydenta oraz kilku osób z Sejmu i Senatu ostrzeżenie o możliwej korupcyjnej zmianie w projekcie nowelizacji ustawy o grach i zakładach wzajemnych. Na szczęście CBA wysłało też zawiadomienie o uzasadnionym podejrzeniu popełnienia przestępstwa do Prokuratora Generalnego, czyli jednak nie zapomniało, kto się zajmuje tak naprawdę wymiarem sprawiedliwości w państwie.

 

Szef CBA, gdy tylko przekazał to ostrzeżenie o możliwej korupcji dał sygnał do startu w wyścigu, kto pierwszy wyda w tej sprawie wyrok. Dokument był ściśle tajny, ale co tam, od razu wszystkie media miały informacje o możliwej aferze, powtarzam możliwej. Trwa od wczoraj pierwszy publiczny sąd nad domniemanymi aferzystami tym razem sąd medialny. Ale już do osądzenia potencjalnych złoczyńców przygotowuje się ogromnie zaniepokojony prezydent. Choć tak naprawdę jeszcze nikomu nikt nie przedstawił oficjalnie zarzutów, a już afera jest porównywana przez prezydenckiego ministra do afery Rywina.  Jestem pewien, że nie minie wiele czasu jak posłowie wpadną na pomysł powołania specjalnej komisji sejmowej, która w świetle kamer wiele miesięcy będzie przesłuchiwała świadków. A posłom da możliwości zabłyśnięcia w telewizji w rolach prokuratorów, obrońców oraz sędziów jednocześnie. Na końcu sejm przez głosowanie stwierdzi, kto tu mówił prawdę a kto kłamał, kto jest winny a kto nie jest winny. Jak to miało miejsce przy aferze Rywina.

 

Po tym wszystkim władza sądownicza sprawowana w Polsce przez sądy i trybunały wydające wyroki na podstawie obowiązującego prawa niespiesznie osądzi tych, których oskarża dziś CBA. Gdy będą winni zapewne poniosą zasłużoną przewidzianą polskim prawem karę. Ale to już, że tak powiem będzie po wszystkim, bo przecież wcześniej wyrok wydadzą politycy. Wszystkie trzy rodzaje władzy powinny być równorzędne, ale to nie znaczy, że mają się wzajemnie zastępować. Chyba lepiej byłoby żeby władza wykonawcza i ustawodawcza w tym posłowie poczekali spokojnie na wyrok niezawisłego sądu a nie już teraz ferowali w prasie i telewizji swe ostateczne wyroki, kto ich zdaniem jest winny a kto niewinny.

 

Ja wiem, że często urzędnicy i posłowie z racji pełnionej funkcji mają dostęp do informacji, które przesądzają o czyjejś winie czy niewinności. Ale nie może dochodzić do sytuacji, w której społeczeństwo nie mając takiej możliwości oceny czyjegoś zachowania jak politycy musi wyrobić sobie poglądy na ten temat czyjeś winy tylko na podstawie opinii polityka czy urzędnika. Wolałbym żeby w Polsce o czyjejś winie informował mnie tylko i wyłącznie sąd w wydanym zgodnie z prawem wyroku. A nie wszyscy, którzy mogą, bo mają dostęp do informacji tajnych.

dziennik pesymistyczny

Ja tu widzę niezły burdel!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Zapewne większość czytelników pamięta zdanie, które zawarłem w tytule z komedii Stanisława Barei Seksmisja. U mnie na prowincji może nie ma takiegu burdelu w sensie bałaganu jak w filmowym Genetix czy Archeo. Ale jeśli coś u mnie w mieście zasługuje na miano „niezły burdel” to na pewno sytuacja w magistracie gdzie w niewyjaśnionych okolicznościach zaginęły z wydziału komunikacji urzędu miejskiego akta rejestracyjne dwóch skradzionych samochodów.

 

Ciekawa sprawa z tym zaginięciem dokumentów. Bo jeśli to przestępca włamał się nocną porą do urzędu i w swej przestępczej działalności osiągnął szczyty kryminalnego kunsztu znane mi tylko z filmów kryminalnych to znaczy, że nie są bezpieczne teraz żadne przechowywane tam dokumenty. Więc nie ma pewności, że bezpieczne są na przykład moje dane osobowe przechowywane w archiwach urzędniczych? Jeśli takie jest wyjaśnienie tej sprawy to, dlaczego nie mogę sobie przypomnieć żadnego doniesienia prasowego na temat włamania do magistratu. Przecież to nie możliwe żeby taką sprawę utrzymano w tajemnicy przed dziennikarzami. A i więc to jednak nie może być rozwiązaniem zagadki.

 

Przyszło mi do głowy nowe wyjaśnienie. Może to jakiś wyjątkowo bezczelny przestępca w biały dzień sforsował zabezpieczenia, z podrobionym certyfikatem bezpieczeństwa wydanym przez MSWiA ominął strażników, upodobnił się tak do urzędniczej braci i zupełnie niezauważony przez nikogo dostał się do pomieszczeń archiwum wydziału komunikacji. Tam odnalazł dokumenty, które mu były potrzebne a następnie przez nikogo niezatrzymywany opuścił urząd miejski. Scenariusz jak z powieści sensacyjnej. I jak by się okazało, że to jednak prawda to faktycznie w magistracie mojego miasta panuje niezły bałagan.

 

A może jest bardzo przyziemne rozwiązanie tej kryminalnej zagadki. Może to mało zarabiający urzędnik miejski skorumpowany przez organizację przestępczą dokonał zaboru akt rejestracyjnych dwóch kradzionych aut. Ale jak donosi lokalna prasa to też jest błędne założenie. Prokuratur Rejonowy dla mojego prowincjonalnego miasta prowadziła do niedawna bardzo wnikliwe postępowanie, które miało wyjaśnić czy doszło do celowego usunięcia dokumentów. Jednak okazało, że sprawę musiano umorzyć ze względu na niewykrycie sprawcy.

 

Tak, więc najlogiczniejszym rozwiązaniem, dla zagadkowego zaginięcia akt wydaje się wersja zwykłego zaniedbania, czyli po prostu bałaganu czy jak kto woli niezłego burdelu w tym moim magistracie. Czyli pewnie akta rejestracyjne samochodów przez przypadek zostały wyrzucone, może leżą sobie spokojnie pod szafą, może wylała się na nie kawa? Nikt tego nie wie, bo po prostu wyparowały. Aż mnie zmroziło, że można tak beztrosko podchodzić do dokumentów, nie ma ich i już. Gdzie zaginęły? Nikt nie wie? Czy zostały skradzione może, ale i tak nie wiadomo, kto to zrobił? Czyli nikt nic nie wie. Taki bajzel.

 

Rozbawiła mnie wypowiedz urzędniczki z biura prasowego urzędu, którą przeczytałem w prasie. Według jej słów magistrat zatrudnił dodatkową osobę, która będzie zajmowała się wydziałowym archiwum. Urząd nie wyklucza, że zostanie zatrudniona nawet kolejna osoba do pracy w archiwum! Czyli do tej pory, co tam było? Nikt tam nie pracował? Dokumenty odkładano na stertę? Jeśli tak to jasne, że zaginęły. Urzędniczka zapewnia też czytelników gazety, że wkrótce gotowa będzie dodatkowa instrukcja dotycząca korzystania z dokumentów i postępowania z nimi. A więc możemy spać spokojnie, iż nic grozi dokumentom, bo jest odpowiednia instrukcja.

 

dziennik pesymistyczny

Z szacunkiem do długopisów

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jestem zdania, że jest jeden wynalazek, który zdecydowanie wpływa codziennie na nasze życie a jednak tak jakbyśmy go nie dostrzegali. Jest z nami od dzieciństwa, zabieramy go do szkoły, potem używamy go w pracy, nosimy przy sobie, mamy go w szufladach, w kieszeniach, w teczkach i damskich torebkach. Ale jakoś tak nikt go nie docenia, nikt o nim nie pamięta. Przedmiot ten stał się dla nas tak pospolity, że aż niedostrzegalny. A może warto przy okazji urodzin jego twórcy i wynalazcy wspomnieć o nim cieplej, bo jest naszym towarzyszem dnia codziennego.

 

Przedmiotem codziennego użytku, o którym traktują powyższe słowa jest oczywiście nasz stary przyjaciel długopis. Tak on, ten, który z pewnością drogi Czytelniku znajduje się w tej chwili, gdy czytasz te słowa nie dalej niż kilka kroków od ciebie. Może jest drogi za kilka tysięcy złotych, a może jest to długopis z kiosku na rogu ulicy kupiony za kilka groszy. Ale zapewne jest on tam blisko Ciebie. I właśnie dokładnie sto dziesięć lat temu dwudziestego dziewiątego września w Budapeszcie urodził się Bíró László węgierski wynalazca, któremu przypisuje się wynalezienie długopisu w formie, jaka znana jest nam obecnie.

 

Węgier pracując, jako dziennikarz codziennie posługiwał się wiecznym piórem, więc nie obce mu były doświadczenia związane z rozmazywaniem się atramentu podczas pisania. Zauważył też, że tusz używany do drukowania gazet wysycha o wiele szybciej. Od tych obserwacji był już krok do wynalazku. W tysiąc dziewięćset trzydziestym ósmym roku wraz ze swym bratem Georgiem z zawodu chemikiem skonstruowali, a następnie opatentowali swój wynalazek, czyli nowy rodzaj przyboru do pisania.

 

László Bíró wraz z żoną oraz córką wyjechali z Węgier uciekając przed prześladowaniami ze strony faszystów. Zamieszkali w Paryżu, lecz i tu nie zaznali spokoju. Po inwazji niemieckiej na Francję rodzina Bíró opuściła Europę udając się na emigrację do Argentyny. Tam w tysiąc dziewięćset czterdziestym trzecim roku bracia Bíró założyli pierwszą fabrykę produkującą na skalę masowa ich wynalazek, czyli długopis. Nowe przybory do pisania spodobały się Brytyjczykom, którzy postanowili wyposażyć w długopisy załogi samolotów wojskowych. Francuski baron Marcel zbudował po wojnie na ich pomyśle prawdziwe imperium przemysłowe. Dorobił się na wynalazku Węgrów prawdziwej fortuny dzięki usprawnieniu technologii oraz uproszczeniu produkcji długopisów. To głównie dzięki jemu długopisy stały się tanie i ogólnie dostępne.

 

Mały i niepozorny przyrząd do pisania daje też pracę tysiącom ludzi prawie na całej planecie, bo do jego produkcji zaangażowane są takie gałęzie gospodarki jak przemysł wydobywczy, metalowy, naftowy oraz chemiczny. A jak działa długopis? Podstawową częścią długopisu jest jego wkład, czyli plastikowa lub metalowa rurka wypełniona tuszem. Umieszcza się ją w korpusie długopisu, który zakończony jest metalową obsadką. W niej znajduje się kulka o średnicy od pół do jednego milimetra. Podczas pisania kuleczka obraca się rozprowadzając równomiernie atrament po papierze.

 

Żeby udowodnić jak wielki wpływ na nasze życie miał niepozorny wynalazek László Bíró należy przywołać tu choćby słynny gigantyczny długopis Lecha Wałęsy, którym podpisał Porozumienia Gdańskie. Jak widać na tym przykładzie długopis jest bardzo ważny, dlatego należy mu się od nas szacunek przynajmniej w dniu urodzin jego wynalazcy.

dziennik pesymistyczny

Zakazany owoc czerwonej gwiazdy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 13

Są pewne podobieństwa między służbą zdrowia a polityką. No, może nie we wszystkich aspektach, ale na pewno w niektórych tak. W polityce często znajdują się ludzie, którzy są chorobliwie na coś uczuleniu i choć są zarażeni nie bardzo zdają sobie sprawę ze swojego stanu totalnego uczulenia. Co więcej na siłę chcą przekonywać innych, że to oni są zdrowi, a wszyscy inni chorzy.

 

Bardzo wielu politykom wydaje się, że są lekarzami dusz i jako tacy za wszelka cenę, za wymierną finansową cenę oczywiście, chcą nieść na siłę pomoc, w ich mniemaniu, potrzebującym uzdrowienia. W ostatnich dniach zebrało się w Warszawie konsylium poselskie lekarzy dusz i uchwaliło zakaz produkowania i sprzedaży komunistycznych emblematów.  Podobno pacjent, czyli społeczeństwo, w swej chorobie tak się zatracił, że już sam nie rozumie, co złe, a co dobre i trzeba go na siłę wyleczyć. Szczególnie rozwinęła się czerwona choroba w umysłach młodych ludzi, co to w swym schorzeniu utracili pamięć i jeszcze w szaleństwie pokazują na zewnątrz symbole swej totalitarnej czerwonej choroby. Ale, na szczęście jest zdrowa lekarska siła w narodzie. Są ci, co wielgachną strzykawą kodeksu karnego wepchną im do głowy przez tylną cześć ciała prawdę, czym jest sierp i młot.

 

A jak kto nie posłucha i w malignie niezrozumienia jedynie słusznych ideałów lekarzy z Wiejskiej, nałoży z młodzieńczej przekory choćby koszulkę z Leninem, to go na przymusowe leczenie sanatoryjne na dwa lata za kraty. Nie warto przecież przekonywać, że to totalitarny ustrój państwowy stoi za zbrodniami, nie warto tłumaczyć, nie warto perswadować, u nas warto tylko i wyłącznie karać. Bo przecież jak ktoś nałoży koszulkę z czerwoną gwiazdą, ma w domu portret Lenina, bo mu się akurat podoba sztuka socrealizmu do już od razy staje się złym i przewrotnie dążącym do wprowadzenia komunistycznego terroru człowiekiem. Choć tak do końca posłowie – lekarze dusz- w swej walce z komunistyczną czerwoną zarazą nie bardzo określili, czym jest sedno choroby, czyli co to jest symbol komunistyczny.

 

Czy jeśli mam w domu kilka książek Lenina, Marksa, Engelsa, bo z czystego zainteresowania tymi sprawami chciałem poznać ideologię państwa, które mnie dwadzieścia lat temu gnębiło, to teraz mam się tych woluminów pozbyć? Sam nie wiem.  Dostałem kiedyś od znajomego w prezencie czapkę uszatkę żołnierza radzieckiego ze stosowną do umundurowania gwiazdą czerwoną. To znaczy, że teraz każdorazowe jej założenie to ryzyko dwóch lat wiezienia? Mam tylko nadzieję-, że czerwony kolor jednej z moich koszulek nie zaprowadzi mnie do ciemnicy? Nie wiem jak to jest, ale u nas zawsze jest tak, że lepiej jest od razu w łepetynę ustawą i do lochu, niż zadać sobie trud edukowania i wyjaśniania. Wolałbym żeby młody człowiek nie założył ubranka z podobizną Stalina, bo wiedziałby doskonale, że ten był jednym z największych zbrodniarz w historii ludzkości. A nie, dlatego że będzie się bał policji, sądów i kary za swój koszulkowy czyn zabroniony ustawą rządową.

 

Człowiek ze swej natury jest przekorny. Jak mu czegoś nie wolno, jak mu się czegoś zabrania to zawsze zrobi na odwrót. Czy przez wprowadzenie ustawy zakazującej noszenia ubrań, emblematów, znaczków z sierpem i młotem nie tworzy się sytuacji, w której efekt będzie zupełnie odwrotny? Czy owoc zakazany nie stanie się przez to smaczniejszy? Więc, po co leczyć na siłę, może warto zastosować łagodniejszą terapię.