Yearly Archives

186 Articles

dziennik pesymistyczny

Socjalne bezpieczeństwo w rocznice zburzenia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Dziś jest rocznica upadku muru berlińskiego. To wydarzenie stanowi przynajmniej dla Europejczyków moment przełomowy. Dwadzieścia lat temu przestała istnieć symboliczna granica dzieląca nasz kontynent na dwa systemy gospodarcze czy polityczne. Jak to czasem bywa z rocznicami nie da się od nich uciec i o nich nie pamiętać. Bo zawsze znajdzie się ktoś, kto ci o nich przypomni. Słuchając radia, oglądając telewizję, czy czytając gazety jesteśmy porywani przez wielką falę rocznicowych informacji. A jak to bywa z wielką falą informacji, nie ogranicza się ona do samego sedna, do głównego nurtu, ale zawiera w sobie wszystko to, co się komukolwiek z wielką rocznica skojarzy.

Stałem sobie w korku słuchając radia. To znaczy jechałem, czyli stałem. No dobrze, właściwie usiłowałem dojechać samochodem do pracy. Bo wtedy siedziałem w aucie i jedyne, co mogłem robić to poza jednostajnym podjeżdżaniem autem o kolejny jeden metr do przodu to słuchanie radia. A tam w jednej ze stacji komercyjnych pewien bardzo miły pan prezenter kojącym głosem przypominał mi wszystko to, co jego zdaniem powinienem wiedzieć i sobie utrwalić z okazji przypadającej wielkiej rocznicy wyburzania muru z mieście Berlin. Dowiedziałem się, więc że dziś w rocznicę dawnego zburzenia runie tysiąc nowych kolorowych bloków ustawionych wzdłuż linii przebiegu dawnego muru berlińskiego w centrum niemieckiej stolicy. Tym razem bloki nie będą betonowe a styropianowe. I wywalą się w przepiękny sposób niczym gigantyczne domino.

Pan z radia zachwycił się też tym, że na obchodach rocznicowych w Berlinie będzie premier Donald Tusk, choć jednocześnie miał pan prezenter jakiś taki żal do wszystkich, że nie ma tam naszego prezydenta. Dowiedziałem się też, że niemieccy organizatorzy nie zapomnieli nawiązać do Polski i do Solidarności. Pierwsza kostka berlińskiego domina została podpisana przez byłego przywódcę Solidarności Lecha Wałęsę, a młodzież szkolna Berlina wymalowała na niej biało-czerwoną mapę Polski, Okrągły Stół oraz Pomnik Poległych Stoczniowców. Czyli dostałem w kilkuminutowej pigułce informacyjnej wszystko to, co powinienem wiedzieć o rocznicowych obchodach zburzenia muru.

I wszystko byłoby dobrze gdyby nie to, że pan z radia postanowił mi na koniec swojego informowania mnie o rocznicy wyburzania wspomnieć też o badaniach, z których wynikało, że około dwudziestu procent Polaków chciałoby powrotu do dawnej sytuacji z przed upadku muru berlińskiego. Pan prezenter dodał, że to zapewne, dlatego chcą wracać ci niegodziwcy do starego ustroju, bo za władzy ludowej mieli „większe poczucie bezpieczeństwa socjalnego”. Wszystko to, co Pan prezenter zawarł w swoim komentarzu do przedstawionych badań zabrzmiało tak jakby to jakieś fanaberie i nieuzasadnione pretensje pchały tych ludzi z powrotem w mrok socjalizmu. To, że te dwadzieścia procent ludzi chce mieć swoje bezpieczeństwo socjalne z powrotem okazało się powodem oskarżenia ich o niepojmowanie bezgranicznej wolności, jaka teraz panuje. Tak jakoś się panu z radia złożyło w tej wypowiedzi, że zabrzmiało to jak wmawianie tym, co to nie rozumieją, że mają wolność i jeszcze z tej wolności im się zachciewa powrotu do socjalnego bezpieczeństwa. No i teraz już nie te klocki domino z historycznymi malunkami mi w głowie, lecz to bezpieczeństwo socjalne, którego pragnie te dwadzieścia procent naszego społeczeństwa..

Podstawowe funkcje państwa z definicji to między innymi strzeżenie obywateli przed ingerencją zewnętrzną, dbanie o porządek wewnętrzny, funkcja wychowawcza i kulturalna. Ale też funkcja gospodarcza no i właśnie socjalna. Czyli zapewnienie bezpieczeństwa socjalnego obywatelom. A tu tak jakoś tak wyszło z tej wypowiedzi, że strasznym wstecznictwem i rewizjonizmem jest to, że się właśnie te funkcje opiekuńcze państwa z rozrzewnieniem wspomina i chce się do nich wracać. Tak jakby samym w sobie było złem pragnienie obywateli, aby ich własne państwo dbało o ich bezpieczeństwo socjalne.

 

dziennik pesymistyczny

Komisja do spraw lansu i promocji

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Tak, stało się! Dziś właśnie powołano do życia w naszym sejmie kolejny niezwykle ważny dla każdego obywatela z osobna i dla wszystkich polaków skupionych w narodowej jedności twór o nazwie komisja śledcza. Tak nam się przynajmniej wmawia. Tym razem siedmiu wspaniałych posłów zasiądzie za stołem w Sali Kolumnowej naszego parlamentu by pochylić się z troska nad niuansami afery hazardowej. No może jeszcze nie wszyscy członkowie komisji śledczej są wspaniali i powszechnie znali, ale po to właśnie powstała ta komisja, która dla nich, tych wybrańców losu, jest jak zbawienie. Jest biletem do popularności i zaszczytów. Przecież gdzie jak nie w komisjach śledczych można się doskonale zaprezentować milionom wyborców. Gdzie jak nie tam można zabłysnąć przesłuchując przed kamerami największych stacji telewizyjnych najważniejsze osoby w państwie? Tylko tam czeka nieznanego lub zapomnianego przez wyborców posła rozgłos i wielka chwała obrońcy konstytucji oraz wszelkich praw obywatelskich.

 

Tak, dziś powstała kolejna komisja. Tym razem ma ona za zadanie zbadać sprawy związane z aferą hazardową. Ale czy posłowie naprawdę znajdą czas na wnikliwe wyjaśnienie wszelkich kwestii związanych z tym przekrętem? Po tym, co zobaczyłem w telewizji przy okazji prac innych komisji sejmowych szczerze wątpię? Widywałem już wielogodzinne spory o nic miedzy panem przewodniczącym i panią zasiadającą w komisji. Czasochłonne i zażarte spory o to, kto zadaje pierwszy pytanie a kto jest do tych pytań nieuprawniony.  Popisy oratorskie i wzajemne oskarżanie się posłów o to, kto jest a kto nie jest jak rozpędzony pociąg pancerny. Czy nie lepiej byłoby raz powiedzieć, o co w tym naprawdę chodzi i nazwać to miejsce wiecznych sporów po prostu komisja do spraw lansu?

 

Według internetowego Słownika Slangu i Mowy Potocznej celem lansu jest pokazywać się publicznie z jak najlepszej strony. I jak tu nie przyjąć za pewnik, że do tego właśnie służyły wszelkie powstałe do tej pory komisje śledcze w naszym parlamencie. To oczywiście moje subiektywne zdanie, które wyrobiłem sobie na podstawie doniesień prasowych i relacji telewizyjnych. Może i przy okazji wiecznych sporów udało się tam coś jednak wyjaśnić, ale przecież to nie jest tak medialne, więc jakoś tak informacja o sukcesie w wyjaśnieniu kolejnej afery przez komisje do mnie nie dotarły. Bardzie dociera do mnie i do osób, z którymi rozmawiam obraz komisji, która służy do kreowania i budowania pozycji posłów przed kolejnymi wyborami. Oczywiście oficjalnie chodzi w pracach komisji o dobro publiczne. Gdy pierwsza sejmowa komisja śledcza pojawiła się w naszym parlamencie po raz pierwszy pod koniec lat dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku była kompletnie nieznaną wcześniej w polskiej praktyce parlamentarnej instytucją. Nieznani też byli prawie posłowie, którzy tam zasiedli. Ale wystarczył wielkotygodniowy spektakl telewizyjny z ich udziałem a od razu stali się znanymi powszechnie i popularnymi posłami.

 

Podczas prac w komisji do spraw afery Rywina wylansowało się kilku polityków. Wspomnieć należy przynajmniej Renatę Beger czy może, oczywiście nie porównując – Jana Marie Rokitę. U już na pewno na gwiazdę wypłynął poprzez komisje śledcze poseł Zbigniew Ziobro. Jemu to nawet nie tyle zaszkodziło, co pomogło to, że jeden ze świadków przesłuchiwanych przed komisją, były premier nazwał go zerem. Teraz to on jest wielkim pogromcą wszelkich układów a premier jest po prostu – byłem premierem. Tak czy inaczej o wielu posłach nie usłyszelibyśmy nigdy gdyby nie mieli możliwości lansowania się w komisji śledczej. Więc dla nich to na pewno takie spotkania przed kamerami w sali kolumnowej to czysta okazja do darmowej prezentacji. A dla wyjaśnienia sprawy? Nie wiem… może tym razem się uda…, ale ja tradycyjnie dla siebie pozostanę pesymistą.

dziennik pesymistyczny

Po co od razu karać…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Podziwiam głęboką wiarę naszych posłów. Wierzą w to, że tylko oni stanowią awangardę naszego narodu, a reszta obywateli, tego prawie czterdziesto milionowego kraju to ułomne stworzenia błądzące we mgle, niewiedzy i niezrozumieniu. To istoty, które nic nie wiedzą, nic nie pojmują i jak małe dzieci są podatne na wszelkie złe wpływy. Palcem trzeba wskazywać, co jest złe, a co dobre. Co wolno im czytać i oglądać? Bo jak im się czegoś nie zabroni ustawą, nie zapisze w prawie karnym, że czegoś nie wolno, to jak nic posłuchają złych podszeptów, niedobrych i złośliwych doradców i przejdą masowo na ciemną stronę mocy.

 

Rozumiem, że zawsze powinny istnieć jasno określone normy społecznego współżycia. Przyjmuję do wiadomości istnienie prawa, w którym jest zapisane, że nie wolno na przykład kraść czy zabijać. To oczywiste. I nie ma, co nad tym dyskutować i się o to spierać. Granica wolności człowieka powinna być tak ustalona, że wolność osobista jednostki kończy się tam gdzie jej postępowanie wpływa na dobro i życie innej osoby. Jednak wolałbym żeby w Polsce nie zabraniano myślenia. Żeby w Polsce nie zabraniano i karano za swobodne wyrażanie swoich poglądów na świat. Mogę zgodzić się, i nawet pochwalam prawo, które pozwala mi na życie bez poczucia zagrożenia ze strony przestępców. Ale nie mogę się zgodzić na to żeby nazywano mnie przestępcą, jeśli zapragnę myśleć inaczej, niż zgodnie z ogólnie przyjętą linią aktualnie rządzących.

 

A tak się niebawem stanie Sejm zatwierdzi nowelizację kodeksu karnego, która do zakazanych dotychczas symboli nazistowskich dodaje te komunistyczne. Jakoś tak trudno mi jest przyjąć do wiadomości, że za posiadanie znaczka z Leninem, książki Marksa czy proporczyka z sierpem i młotem na czerwonym tle trafię do wiezienia. A wszystko wskazuje na to, że nasi posłowie, nasi duchowi nauczyciele, którzy za nas wiedzą lepiej co jest dla nas dobre, a co nam zaszkodzi jednak zdecydują się na karanie nas słabych i podatnych na złą ideologię za posiadanie nośników nikczemności.

 

Jak dotąd tylko za propagowanie faszyzmu i totalitaryzmu można było trafić do więzienia. Można było trafić podkreślam, bo z tym pobytem w celi za propagowanie to już różnie bywało. Restrykcje karne nie powstrzymały paru miłych chłopców od pozowania do fotografii w znanym geście, który dla niektórych oznacza zamawianie pięciu piw. Mimo zakazu prawnego w Polsce od lat istnieją grupy, które jawnie na manifestacjach, w miejscach publicznych propagują treści, które śmiało można nazwać totalitarnymi. I nikt ich za to z zapałem nie ściga. Wręcz przeciwnie, co niektórzy trafiają nawet na zaszczytne miejsce prezesa w państwowej telewizji. Mimo tego, że w wielu przypadkach prawo to okazuje się martwe to jednak we wrześniu Sejm przyjął poprawkę do tegoż prawa, która to poprawka, za produkowanie i posiadanie wszelkich nośników o treści komunistycznej straszy karą nawet do dwóch lat więzienia.

 

Ale nie tylko w przypadku złych ideologii posłowie postanowili, że będą profilaktyczne karać by się zaraza nie rozniosła. To taj jak w przypadku grypy, lepiej jest izolować pacjenta, aby się inni od niego nie zarazili. Aby się za bardzo Polacy nie rozpuścili w hazardzie to przecież można zabronić im grania na automatach. Minister od finansów idzie nawet dalej w swym likwidowaniu zagrożeń. Teraz wymyślił, że z ulic znikną także automaty z maskotkami Jak już mają oddawać się hazardowi to najlepiej temu państwowemu. Najlepiej jest karać i zabraniać, bo to przecież ciemny ten nasz naród i za nic nie pojmie, że źle robi.  Nie grać, nie czytać Marksa, nie nosić koszulek z podobizną Ernesto Rafaela Guevara de la Serną, bo przecież jak nic się zarażą zła ideologią. A leczyć potem trudno. A może ktoś chciałby do tej mądrości, którą jak widać posiadają panowie i panie w sejmie dojść samodzielnie? Nie wolno? Jak widać nie, bo niektórzy wiedzą lepiej, co dobre a co złe.

 

dziennik pesymistyczny

Oby była mądrość przed szkodą…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Dlaczego w Polsce tak jest, że na początku wszelkich zmian musi być wielka tragedia. Nic się w naszym kraju nie zmienia tak po prostu, tak ewolucyjnie. U nas sygnałem do zmian zawsze lub prawie zawsze musi być ludzkie nieszczęście. Każdy chyba pamięta, jak wyglądały samochody pogotowia gazowego i na jakim sprzęcie musieli pracować technicy tam zatrudnieni, jeszcze kilka lat temu. Trzeba było wielkiej tragedii, trzeba było wybuchu gazu w wieżowcu, żeby w końcu ktoś coś zauważył i dokonały się zmiany. O wałach przeciwpowodziowych myśli się Polsce przede wszystkim wtedy, gdy zagraża wielka woda. Jak przejdzie fala powodzi od razu urzędnicy dostają zaniku pamięci i znów z niepokojem czekamy na wielkie opady deszczu.

 

O tym, że w Polsce pada śnieg i o tym, że jak mamy płaski dach to trzeba go odśnieżać przekonali się niektórzy z decydentów jak zawaliła się hala w Katowicach. Wtedy od razu znaleźli się ludzie od sprawdzania stanu dachów. Do walki z zalegającym śniegiem wyruszyły zastępy strażników i urzędników od wlepiania mandatów, za niesprzątnięty biały puch. Ogólnie trzeba było wielkiej tragedii, żeby wszyscy zauważyli, że śnieg z dachów trzeba sprzątać, bo jak się tego nie zrobi to zagraża to ludziom. Ale zapał szybko zanikł i już w ostatnim roku wszystko wróciło do stanu pierwotnego. A jak będzie w tym roku? Pewnie jak zawsze, czyli źle. Taki stan oczekiwania na tragedię, która da impuls do zmian, jest w prawie każdej dziedzinie życia w naszej ojczyźnie. Jak jest wypadek na drodze, to zaraz postawią znak z ograniczeniem prędkości. Tak jakby nie można było go postawić przed tym, jak zostali tam ranni ludzie. Oczywiście od tej zasady są wyjątki ale one raczej potwierdzają regułę. 

 

Za naszą wschodnią granicą szaleje grypa. Ale minister zdrowia Ewa Kopacz zachowuje spokój. Jest w stu procentach przekonana, że sytuacja w Polsce nie daje powodów do niepokoju i wszczynania alarmu. Minister w swoich wypowiedziach wielokrotnie podkreślała, że decyzję o zakupie szczepionek przeciwko grypie musi poprzedzić wiedza o wynikach badań klinicznych nad skutkami ich przyjmowania. A takich badań według pani minister nadal nie ma. Na europejskim rynku medykamentów od początku października dostępne są szczepionki przeciw grypie. Ale nie w Polsce, bo nasze służby zdrowia bardziej jak widać wnikliwie dbają o to, żeby zaaplikować Polakom sprawdzone szczepionki. Nie to, co na przykład Anglicy. Ci postąpili bardziej nieodpowiedzialne, bo u nich w aptekach szczepionki na nową odmianę grypy dostępne są już od dawna. Wydawałoby się, że to taki rozsądny i przewidujący naród. A tu proszę takie niedopatrzenie i nieodpowiedzialność. Szczepionkę dostępną w europejskich aptekach zaakceptowała Europejska Agencja ds. Leków. Ale polski rząd nadal jest w trakcie negocjacji z producentami szczepionek.

 

Należy mieć jednak nadzieję, że to nie dlatego czekamy, że u nas tradycyjnie czeka się na najgorsze które da sygnał do zdecydowanych działań. Naprawdę szczerze podziwiam odwagę pani minister od zdrowia, bo ja bym nie wytrzymał takiej presji. W Europie się szczepią na potęgę, a my sobie spokojnie czekamy na wyniki badań. Oby tylko nie było jak zawsze. Czyli tak jak w przypadkach opisanych wyżej.

 

 

dziennik pesymistyczny

Moje małe paranoje

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Był jesienny wieczór. Mgła zasnuła moje prowincjonalnie miasto. Siedzieliśmy sobie z kolegą na ławce w parku, obserwując w światłach latarni, jak liście z drzew spadają masłem na dół – jak śpiewała Krystyna Prońko. Z tej jesiennej melancholii ma nas wyrwać – jak zapewnia mój kolega – butelka piwa wypita jak za starych czasów w parku, na ławce. Ja to tam nieszczególnie mam ochotę na piwko w parkowej jesiennej scenerii. Ale kolega usilnie namawia. Mnie się zawsze wydawało, i teraz też się tak było, że jak siorbniemy sobie po browarku na łonie natury, to jak nic, natychmiast zjawią się przy nas panowie w mundurach i wlepią nam mandaty za spożywanie napojów alkoholowych w miejscu publicznym. Jak już wspominałem nieszczególnie przepadam za piciem piwa na ławce, bo mam lekką paranoje. Jaką? Już wyjaśniam: jak tylko przystawię butelkę do ust i jak popłynie mi przez gardło pierwszy łyk złocistego napoju, to od razu widzę za każdym drzewem, stróżów prawa z bloczkami mandatowymi.

 

– Masz zdecydowanie paranoję – zapewnia mnie mój kolega. A ja, choć ze strachem, to jednak ulegam jego namowom na to jedno piwko na ławce. – Ma być jak za starych, dobrych czasów – ustalamy z kolegą. Może to z sentymentu do tamtych dni gdzie wszystko było jakby prostsze, a piwo smakowało jakoś tak inaczej, skusiłem się na to łamanie zasad współżycia społecznego. Sam nie wiem, ważne, że tak czy inaczej zasiedliśmy wspólnie z kolegą na ławce w najdalszym zakątku parku. Jak najdalej od głównych alejek i jak najdalej od oczu ciekawskich przechodniów. Ale przede wszystkim, chcieliśmy być jak najdalej się da, od wzroku policjantów i strażników miejskich. Trzymam w dłoni butelkę ze złocistym płynem i od czasu do czasu popijam z niej. Ale moja paranoja coraz bardziej daje znać o sobie. Jeden łyk i od razu nerwowo rozglądam się wokół siebie w poszukiwaniu mundurowych.

 

– Ty zdecydowanie jesteś królem paranoików – nabijał się ze mnie mój kolega. A ja coraz bardziej pogrążałem się w pewności, że naprawdę nic nam nie grozi. Przecież jesteśmy schowani we mgle. Nie kłujemy nikogo w oczy tym naszym popijaniem piwa na świeżym powietrzu. Nabierałem przeświadczenia, że mój strach przed karą za to jedno piwko, wypite w pięknych jesiennych okolicznościach przyrody, nie jest oparty jest na żadnych racjonalnych przesłankach. Ale coś tam we mnie ciągle zaprzeczało faktom i zapewnieniom kolegi.

 

Siedzieliśmy i popijaliśmy to piwko nielegalne. A ja nagle zauważam radiowóz, który powoli jedzie przez główną alejkę parku. Zmroziło mnie, ale kolega uspokajał – jesteśmy przecież ze sto pięćdziesiąt metrów od nich. Więc teoretycznie nic nam nie groziło.  Ale ja już miałem motylki w brzuchu i oczami wyobraźni widziałem jak z mojego portfela znika kilka stówek na mandat.  – Paranoik – usłyszałem znowu znajome słowa mojego kupla. A samochód policyjny tymczasem znikał rozpływając się we mgle. I znów zaczynałem wierzyć, że mam poważny problem z psychiką. Ostatni łyczek piwa i wstajemy. I do domu. Nie ukrywam, że cieszyłem się, że udało nam się nie dostać mandatu za spożywanie w miejscu publicznym.  Wstajemy z ławki i przed sobą widzę – no, kogo? Jak myślicie? Oczywiście! Policjanta w pełnym umundurowaniu! I co, czy mam paranoje? Oczywiście, że nie! To ja miałem rację, a kolega się mylił. Choć oczywiście wolałbym być tylko paranoikiem w takiej sytuacji.

dziennik pesymistyczny

Na rozstaju dróg gdzie drogowskazu nie było…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Drogowskaz słownikowo to słup przydrożny z tabliczkami informującymi o kierunku i odległości do danej miejscowości. No i wszystko jasne. Ileż takich oznakowań stoi przy naszych drogach. Ale ja dziś chciałbym wspomnieć o tych drogowskazach, które u nas przy drogach nie stoją, ale jak najbardziej powinny się tam znaleźć. I to jak najszybciej. Jazda po polskich drogach przypomina bieg terenowy na orientację. To, że nasze szosy to prawdziwe wyzwanie nawet dla tych, co uwielbiają jazdę po wertepach, nikogo przekonywać nie muszę. Ale trzeba mieć naprawdę wyjątkowy zmysł orientacji w terenie i umiejętność wyznaczania kierunku jazdy z położenia gwiazd, żeby w Polsce powiatowo – gminnej znaleźć właściwą drogę i właściwy kierunek.

 

Oczywiście można zaopatrzyć się w system nawigacji satelitarnej, aby trafić do celu. Można kupić dokładna mapę drogową. Ale jak GPS zaczyna prowadzić nas tak, że po dwunastu jego nakazach miękkim kobiecym głosem: skręć w lewo, znajdujemy się w tym samym miejscu, z którego wyruszyliśmy, zaczyna do nas szybko docierać, że mamy poważny problem. Wtedy pozostaje nam nawigacja analogowa, czyli mapa. Ale jeśli ona aktualnie znajduje się na naszym biurku, a nie w samochodzie przy nas, to naprawdę już prawdziwy dylemat. Bo na to, że zorientujemy się gdzie się aktualnie znajdujemy i dokąd zmierzamy z drogowskazów przy drogach nie ma, co w Polsce peryferyjnej liczyć.

 

Właśnie w takiej sytuacji znalazłem się ostatnio. Stałem swoim samochodem w szczerym polu na skrzyżowaniu dróg.  Nie wiedziałem czy w prawo mam jechać? Czy w lewo? Może prosto? Nie wiadomo. Wszystkie drogi takie same. A zapytać nie było kogo, bo to prawie noc i do tego istne odludzie. Nawigacja głosem miłej pani zapewniała, że mam zawrócić. Ale przecież z tego kierunku przyjechałem i nie mam zamiaru wracać. Krążyłem po okolicy nieskutecznie już dłuższy czas i nie dojechałem tam gdzie chciałem.  Mapy jak już wspomniałem nie miałem przy sobie. Ale na nic by się zdała, gdy i tak nie miałem żadnego punktu odniesienia. No i wtedy jak nic przydałby się drogowskaz wskazujący właściwy kierunek. A tam nic takiego nie było. Tylko skrzyżowanie pustych dróg prowadzących w nieznane cztery strony świata.

 

Choćby na tym rozstaju dróg przydrożny Chrystus stał, bo może wtedy mógłbym się do niego pomodlić o wskazanie drogi. Ale nawet świątka w kapliczce nie było. Tylko te cztery drogi po horyzont. Gdzieś przeczytałem, że pierwsze znaki drogowe na ziemiach polskich zostały wprowadzone w 1908 roku. W tym też czasie rozporządzenie rządowe wprowadziło obowiązek ustawiania drogowskazów na skrzyżowaniach dróg państwowych, wojewódzkich wszelkiej kategorii oraz przy wyjeździe z miast, miasteczek i osiedli. I niby tak jest do tej pory, ale wystarczy zjechać z głównej drogi na te mniejsze, węższe i nie w pierwszej kategorii odśnieżania, jak mawiają drogowcy, aby trafić do świata gdzie kompletnie nieznane są drogowskazy. Ja wiem, że niezbyt często zapuszczają się tam ludzie nie miejscowi, a ci, co tam mieszkają, czyli tutejsi i tak znajd a drogę do domu bez znaków przy drogach. Ale jak już się tam znalazłem, ja obcy i nie miejscowy, to też chętnie dowiedziałbym się jak mam dalej jechać. Więc jak nic potrzebny staje się wtedy drogowskaz z podanym kierunkiem jazdy. A u nic tylko pustka aż po horyzont i to w czterech kierunkach.

dziennik pesymistyczny

Na zachodzie to mają lepiej?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Stoję w kolejce do kasy w jednym z supermarketów należących do pewnej niemieckiej firmy handlowej. W spokoju wysłuchuję tyrad mojego znajomego, na temat wyższości produktów z zachodu europy nad tymi, wyprodukowanymi w naszym kraju. Mój znajomy to prawdziwy światowiec. W niejednym już kraju na zachodzie Europy mieszkał i pracował. Stojąc tak i słuchając wykazuję maksimum cierpliwości. A przez moje uszy przepływa jeden wielki pean na temat, jakości życia w miastach i we wsiach leżących na zachód od Odry i Nysy Łużyckiej. Tam wszystko jest ładniejsze. Domy są tam większe, ludzie bardziej ludzcy, trawa zieleńsza, słońce bardziej słoneczne, a cukier bardziej słodki. No istny raj! Kraina miodem i mlekiem płynąca. A sklepy! No, sklepy to oni tam ci zachodni ludzie to mają o wiele, wiele lepsze niż my biedni i opóźnieni w rozwoju cywilizacyjnym Polacy. I choć jesteśmy w markecie, który jest dosłownie identyczny jak ten w Niemczech czy w Anglii, mój znajomy jest święcie przekonany, że tam pomarańcze są bardziej pomarańczowe, a piwo bardziej piwne od produktów, które są na polskich półkach, w sklepie o tej samej nazwie.

 

Przez głowę przepływają mi jego słowa o wyższości niemieckich produktów żywnościowych oraz chemicznych nad polskimi, a jednocześnie staram się przypomnieć gdzie w swoim życiu popełniłem ten straszliwy błąd zawierając znajomość z osobnikiem, który teraz stoi przy mnie i udowadnia mi, że wszystko, co polskie jest gorsze niż to zachodnie. Ale stojąc i czekając w kolejce do kasy jestem skazany na jego towarzystwo. Cóż – myślę sobie – jeszcze tylko kilka osób przed nami w kolejce, więc wytrzymam. Wytrwam. Za kilka minut rozstaniemy się przed sklepem. Umówimy się na telefon. Z tym, że ja już mam stuprocentową pewność, że obietnicy skomunikowania się z tym znajomy w celu ustalenia terminu kolejnego spotkania nigdy nie dotrzymam. Ale dla konwenansów społecznych, co mi tam szkodzi przytaknąć, że musimy się kiedyś spotkać i pogadać.

 

I tak, słucham go nie słuchając jednocześnie. Przytakuję, pomrukuję, co on bierze za podtrzymywanie konwersacji. Kolejna pani i kolejny pan przede mną odjeżdża od kasy wózkiem wypchanym produktami.  Więc jeszcze trzy osoby. Może w końcu przestanie – myślę sobie. Ale gdzie tam, nie przestaje, a wręcz się rozkręcą. Teraz do moich uszu dociera kolejny wykład na temat wyższości obsługi w niemieckich sklepach, co to się nawet nie umywa do tej, co to jest w tym sklepie. Że ochroniarz nie bardzo taki jak niemiecki. Że kolejka za długa, że koszyki za ciasne, że przed kasą w bałaganie leżą reklamówki – nie to, co na zachodzie. Bo tam jak wspominał wielokrotnie znajomy panuje straszliwy porządek i ogólna szczęśliwość.

 

W końcu nadchodzi nasza kolej na płacenie. Przepuszczam kolegę upierdliwego przodem, bo liczę, że może to pomoże w tego uciszeniu. Wykłada on na taśmę to, co tam miał w koszyku.  Pani kasjerka przeciąga przez skaner jego sprawunki. Nie kupił za wiele, bo pewnie nie takie to dobre jak niemieckie, więc suma która jest do zapłaty też nie jest wielka. Tylko 19 złotych 45 groszy.  I tu kolejny zawód spotyka mojego znajomego zachodnioeuropejskiego entuzjastę.  Wyciągnął on, bowiem z portfela kartę kredytową chcą nią uregulować, co tam jest winien sklepowi za zakupy. A tu Pani kasjerka informuje go, że nic z tego nie będzie, bo przecież jest wywieszka, że: płatności kartą realizowane są powyżej 20 złotych, a on ma za mała na taką transakcję. No i proszę! Nie będzie polskich bułeczek na kolację, bo w portfelu same euro ma znajomy. Nie powiem, odczułem pewną satysfakcję z tego, że go tak polski sklep znanej niemieckiej sieci potraktował. Ale co to za radość, jak ja musiałem zapłacić za jego zakupy, a on mi odda jak się spotkamy następnym razem.  A chyba nie muszę dodawać, że tego właśnie usilnie starałem się uniknąć! A tu proszę! Przez idiotyczne przepisy o limicie przy zakupach kartą, nieznanym na zachodzie, mam jak w banku kolejne spotkanie i kolejny wykład o tym, że taka praktyka w Niemczech nie byłaby do pomyślenia.

 

I jak tu mu nie przyznać racji o wyższości niemieckiego sklepu nad polskim. Co za idiota wymyślił te limity? Ja wiem, że od każdej transakcji sklep płaci prowizję. Ale dostał ten sklep za darmo terminal, podpisał umowę na obsługę płatności kartą, więc chyba wiedział, co robi? Dlaczego teraz wyznacza limit płatności? Czy jak płacę gotówką, to mam kupować za 10 zł minimalnie, bo przecież obsługa tych transakcji też kosztuje? Proszę szanownych dyrektorów sklepów i szanownych ich właścicieli: jak już nie ze zdrowego rozsądku, to przynajmniej z pobudek patriotycznych zmieńcie te przepisy o limitach płatności kartą. Niech mnie ten mój znajomy nie drażni przykładami przewagi niemieckich sklepów nad polskimi. Przynajmniej w tym jednym aspekcie niech będzie tak samo jak tam.  

 

 

 

 

dziennik pesymistyczny

Czy toto jest hazardem?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Jaki był wczoraj dzień? Wtorek. A jak jest wtorek to znaczy, że jakimś dziwnym trafem, jakoś tak przez przypadek trafiam w okolice kolektury Totalizatora Sportowego. Podobnie postępuję w czwartek i w sobotę. I tak zostawiłem po wypełnieniu kuponu zakładu kolejne trzy złote. Tak sobie to tłumaczę, że nie mam z tym problemu, że to tylko taka niewinna gra, która może mi dać przy odrobinie fartu pieniężny wymiar szczęścia. Święcie wierzę, że nie jestem nałogowcem. Ale zawsze jest we mnie ta maluteńka niepewność, że jeśli dziś nie zagram to może właśnie w ten dzień mojej abstynencji hazardowej padną te moje liczby, co to je zawsze skreślam na kuponie i będę potem żałował do końca życia tego, że skąpiłem na zakład totka tych trzech złotych.

 

Ja już dawno sam sobie wytłumaczyłem, że to żaden hazard, że nie jestem wcale uzależniony od tych odwiedzin kolektury totalizatora trzy razy w tygodniu. Ja doskonale wiem, że to taka niewinna zabawa, którą mogę przerwać w każdej chwili. Ja o tym wiem, bo ciągle sobie to powtarzam i od dawna w to wierzę. Ale zawsze jest mi miło jak ktoś ważny i to na rządowej posadzie potwierdzi te moje przepuszczenia, że nie jestem uzależniony od hazardu tylko tak się za te moje dziewięć złotych tygodniowo świetnie bawię. Jaki ja byłem szczęśliwy gdy wiceminister finansów Jacek Kapica powiedział w wywiadzie dla I Programu Polskiego Radia że granie w Totolotka nie jest uzależniające. – Jest ono wprawdzie zaliczanie do gier liczbowych, które są częścią rynku hazardowego, ale nie jest to tak uzależniające jak tak zwane street gambling, czyli głównie automaty i salony do gier. – wyjaśnił Pan minister od finansów. Czyli potwierdził to, o czym wiedziałem już przecież od dawna. Nie mam problemu z moją gra! Bo cóż to za hazard ten totek. Jak bym w tego steet gamblinga pogrywał to rozumiem, ale w niewinnego totka? Przecież to nie tak bardzo uzależniające jak te gry, co to już ich nie będzie za pięć lat, bo zostaną zdelegalizowane – jak zapowiedział premier.

 

Czyli spokojnie mogę wydawać to swoje dziewięć złotych tygodniowo na totolotka licząc na wygraną. I czynić to mogę uspokojony słowami ministra jak już wspominałem z poczuciem braku uzależnienia, za to z poczuciem misji. Bo tak oto, na polu walki o pieniądze Polaków, chcących szybko się wzbogacić poprzez wygraną, zostanie niedługo tylko jedna firma. Państwowy monopolista Totalizator Sportowy. Bo kasyn gry z powodu ich niedostępności nie liczę. Chodzi mi tu o gry powszechnie dostępne. Na gry Totalizatora w 2008 roku Polacy wydali prawie 3,5 miliarda złotych. Był to, więc rok rekordowych zysków dla spółki i jej właściciela – skarbu państwa. Po likwidacji hazardowej konkurencji dochody pewnie jeszcze bardziej wrosną. I to wszywko w trosce o nas samych. A co z misją? Proszę bardzo. Według rachunku prawdopodobieństwa szansa na „trafienie” szóstki w Dużym Lotku wynosi jak jeden do 13 miliardów 841 milionów 287 tysięcy 201. Czyli ja w zasadzie tymi swoimi dziewięcioma złotymi zasilam tydzień w tydzień skarb państwa. Czyli płacę podatek, no może i od głupoty, ale zawsze podatek.

 

Przykro by mi było gdybym okazał się uzależnionym od hazardu. Ale przecież to (toto?) nie uzależnia lub uzależnia w mniejszym stopniu – jak mówi rząd. Więc mogę być spokojny, bo przecież jednym z celów państwa jest ochrona społeczeństwa przed patologiami. I państwo mi tę zarazę hazardu w postaci maszyn do gry wypleni. Dając w zamian coś, co samo stworzyło jako namiastkę hazardu. A jeśli ja się mylę i jestem uzależniony od hazardu? A może słowa ministra o mniejszym stopniu uzależnienia tych, co w totka grają jest próbą przyciągnięcia do gry jeszcze większej liczby ludzi? Po likwidacji powszechnych maszyn do gry na polu walki pozostał tylko państwowy monopolista. Więc teraz legalnie oddam się państwowemu hazardowi. Dobremu, w mniejszym stopniu uzależniającemu, i jedynie słusznemu, bo państwowemu.

dziennik pesymistyczny

Zakaz używania sygnałów dźwiękowych!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Siedzisz sobie w swoim samochodzie, a twój pojazd stoi w gigantycznym korku. Patrzysz sobie jak przesuwają się do przodu ci, co stoją w zatorze drogowym przed tobą. Gdzieś na horyzoncie migoczą zmieniające się w powtarzalnym układzie światła na skrzyżowaniu dróg. Nie żebyś przysypiał, o nie ależ skąd. Tak tylko te powtarzalne czynności z ruszaniem i zatrzymywaniem, te nieskończone podjeżdżanie o kolejny metr do przodu niezmiernie cię nużą. Wprowadzają Cię w stan dziwnego odrętwienia. Reagujesz na światła jak pies Pawłowa. Czerwone stop! Zielone jazda! I tak w nieprzerwanym cyklu już od kilkunastu minut. Ale czy masz czas na zanurzenie się w refleksji na tym, że ty tak od kilku lat w tych codziennych korkach dwa ryzy dziennie? O nie! Jeśli choć przez chwilę, choćby na ułamek sekundy stracisz czujności i nie wystartujesz jak mistrz Robert Kubica spod świateł na zielonym, to masz jak w banku ogólne wytrąbienie Cię przez innych kierowców.

 

Nagle stajesz przed kakofonią klaksonów samochodowych i nerwowo usiłujesz wyrwać jak najszybciej do przodu. Przecież jesteś winny! Jesteś tym kretynem, osłem i wszystkim tym, co tam wymyślili inni kierowcy by Cię obrazić. Jesteś winny boś zasnął na skrzyżowaniu i nie ruszył jak inny dokładnie w pierwszej nanosekundzie po zmianie świateł na zielone. Jaki trzeba mieć refleks żeby dokonać tylu czynności związanych z ruszaniem i nie blokować jezdni? Przecież wszyscy czekają na twój ruch i ta mikrosekunda czasu, jaki spędza za tobą niezmiernie ich irytuje. A przecież nie ma to jak tak z rana, po polsku zatrąbić sobie klaksonem i rzucić jeszcze w kierunku zawalidrogi kilka soczystych celnych uwag na temat stanu psychicznego tego, co to nie potrafi wyrwać swym samochodem z pod świateł w czasie krótszym niż mrugnięcie okiem. Ty też tak masz jak ja? Z tym wytrąbieniem? Zaraz słyszysz mnogie wycie klaksonów samochodowych jak tylko niezbyt szybko wrzucisz jedynkę? Ja mam tak czasami. Ale ja już nauczyłem się naszych swojskich zachować kierowców. I staram się cały czas być skupiony i czujny. Oraz w pierwszej nanosekundzie ruszyć, gdy tylko mój mózg zarejestruje zieleń ulicznych świateł.

 

Przepisy o ruchu drogowym zabraniają używania sygnału dźwiękowego na obszarze zabudowanym, chyba, że jest to konieczne w związku z bezpośrednim niebezpieczeństwem. A ja przecież tym moim ruszaniem w rozsądnym czasie nie naruszam jakiegoś prawa, chyba, że niepisanego kodeksu naszych polskich kierowców, który karze za to, że nie chcesz się ścigać, a jechać ostrożnie. Tu na polskich drogach trzeba być mistrzem refleksu by nie narazić się na koncert na dwadzieścia klaksonów. A w prawie jest napisane, że należy prowadzić pojazd tak żeby nie musieć korzystać z sygnału dźwiękowego. Czyli nie jest tam ani słowem wspomniane, że należy ponaglać sygnałem dźwiękowym kierowcę stojącego przed nami na skrzyżowaniu, jeśli ten choćby o ułamek sekundy spóźni się ze swą reakcją na zmianę świateł. Pomijam już to, że nie każdy z takim spokojem i zrozumieniem ludzkiej głupoty traktuje tych trąbkarzy nerwowych jak ja. Sam widziałem, jaką reakcji paniki u mojej koleżanki wywołał taki koncert na kilka klaksonów. Ona w tej kakofonii dźwięków ponaglających sama już nie wiedziała już, czy ma jechać, czy stać czy może wysiąść i porzucić ten hałas. Więc to trąbienie na innych to bardziej stwarzanie niebezpieczeństwa niż jemu przeciwdziałanie.

 

Mam taki apel do kierowców żeby pamiętali, że nie każdy jest taki szybki w reakcjach jak oni. Że nigdzie w kodeksie ruchu drogowego nie jest powiedziane, że trzeba z szybkością rakiety startować jak tylko zmienią się światła na skrzyżowaniach. Sygnał dźwiękowy to element obowiązkowego wyposażenia pojazdu, służący do ostrzegania innych użytkowników dróg o niebezpieczeństwie a nie bat na tych, co w mniemaniu niektórych są za wolni w swych reakcjach.

dziennik pesymistyczny

Urzędnik w podwójnej roli

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

W jednym z seriali telewizyjnych znany aktor gra jednocześnie dwie role – wójta oraz księdza. Jest to dla niego wyzwanie, z którym sobie świetnie poradził. Ale co jeśli takie wyzwania podejmuje się w prawdziwym życiu a nie w filmie? Jeśli urzędnik na państwowej posadzie jest jednocześnie dziennikarzem w państwowej telewizji? W moim prowincjonalnym mieście mieszkają jednak ludzie wybitnie zdolni, którym to rozdwojenie funkcji publicznych zupełnie nie przeszkadza. I to jest dopiero wyzwanie, przy którym umiejętności aktorskie jednak na pewno też bardzo się przydają!

 

Pan ten, o którym traktują te słowa, jeśli urzęduje w instytucji państwowej jest jej rzecznikiem prasowym, ale gdy chwyci za mikrofon i stanie przed kamerą zamienia się w dziennikarza państwowej telewizji. Niby nic a znaczy wiele – jak śpiewała pewna pani dawno temu. Bo spróbujcie, choć raz być jednocześnie twórcą i tworzywem – jak mawiał inny wielki klasyk. Bardzo łatwo wyobrazić siebie przecież, że z państwowej telewizji przychodzi zlecenie dla Pana redaktora na wnikliwy reportaż z prac instytucji, w której rzecznikiem jest ten sam Pan redaktor, co to ten reportaż na przeprowadzić. Pan ten oczywiście ma wtedy ułatwione zadanie, bo przecież, jako rzecznik prasowy świetnie orientuje się, w czym instytucja, w której jest zatrudniony jest najlepsza. Ale jednocześnie zna tego urzędu wszelkie bolączki i wszystkie jej grzechy.  Wie, jako rzecznik prasowy, czym może się instytucja pochwalić i na co się poskarżyć na ekranie państwowej telewizji. A i Pan rzecznik, jeśli przeistoczy się ze swej roli w rolę dziennikarza zna od razu przecież każdy bolesny i ukrywany szczegół, którym urząd nie chciałaby się dzielić z opina publiczną.

 

Wywiad z rzecznikiem prasowym ważnej instytucji przeprowadzony przez dziennikarza, który jednocześnie jest urzędnikiem w tej instytucji mógłby wyglądać na ekranie telewizora dość komicznie. Wchodzi do pokoju w urzędzie Pan redaktor rzucając od progu: Dzień dobry Panie rzeczniku! Wtedy odzywa się w nim,  tym Panu, co był przed chwilą dziennikarzem druga osobowość tym razem rzecznika instytucji i po biegu za biurko już, jako urzędnik Pan ten odpowiada: Dzień dobry, Witam Pana redaktora! I tak zaczyna się wielka gonitwa wokół biurka. Pada pytanie od osobowości dziennikarza i po biegu na droga stronę biurka już, jako osobowość rzecznikująca Pan ten odpowiada na trudne pytania dziennikarza. I znów pytanie i znów zamiana i odpowiedź. I tak w kółeczko. Hop z miejsca na miejsce! Ze stołka urzędnika na fotelik redaktora z telewizji. Fakt, że naprawdę dobrze by się coś takiego oglądało na telewizyjnym ekranie. Ale chyba nie o efekty komediowe tu chodzi.

 

A co wtedy się stanie, kiedy Pan ten, jako dziennikarz dowie się o potencjalnej wielkiej aferze, którą on sam, jako rzecznik instytucji chce ukryć przed opinia publiczną. Cóż za rozterki czekają tego człowieka! Co w tej walce wewnętrznej dwóch osobowości wygra? Czy etyka dziennikarska, która każe tropić afery i społeczeństwo informować o nadużyciach? Czy może postawa wierności instytucji, która może i coś przeskrobała, ale przecież miała dobre intencje i po to ma rzecznika prasowego w osobie tego Pana, żeby ten o tym wszystkim właściwie i zgodnie z linią urzędu poinformował dziennikarzy i społeczeństwo.

 

Chyba, że przyjmiemy w naszych teoretycznych rozważaniach tezę, że osobowości – dziennikarska i rzecznika – nie wiedzą nic o sobie. Nie pamiętają i nie są w stanie przypomnieć sobie danych osobowych tego drugiego wcielenia. Każde wcielenie to redaktorskie i to dziennikarskie ma własne i niepowtarzalne wspomnienia, upodobania i sposoby ujmowania zjawisk. Wzorce ich zachowań są różne, każda z nich inaczej postępuje i inaczej tłumaczy motywy swoich działań. Wiem, wielce przeginam w tych paramedycznych rozważaniach. Naprawdę nie chcę tego Pana obrazić zarzucając mu chorobę, której z pewnością nie ma. Ale chodzi mi tu przede wszystkim o pokazanie stanu chorobowego państwa i jego instytucji, które zezwalają na taki stan nienormalności. Gdzie jedna i ta sama osoba może być władzą wykonawczą i tą czwartą władzą – kontrolującą, choć też za państwowe pieniądze.