Yearly Archives

186 Articles

dziennik pesymistyczny

Kredytowanie życia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Kilka dni temu wybuchła afera związana z aroganckim zachowaniem pracowników pewnego banku wobec ich własnych klientów, banku, który jeśli za wyznacznik jakości przyjmiemy europejskość to na pewno nie powinien mieć odniesienia do europejskości w nazwie. Już raczej powinien pierwszy człon nazwy tej instytucji finansowej nawiązywać do wulgarności czy grubiaństwa. Chyba wszyscy słyszeli jak pan z windykacji, no może z tym tytułowaniem tej osoby panem to przesada, w niewybredny sposób poniżał i straszył klientów banku zalegających ze spłatą kredytu. Najśmieszniejsze w tym wszystkim jest to, że bank ten reklamował się i chyba nadal reklamuje się sloganem:, co jeszcze możemy dla Ciebie zrobić?

 

Po wysłuchaniu wulgarnych wynurzeń tego pana z windykacji jest możliwa tylko jedna odpowiedź na pytanie z reklamy banku. A najprzyzwoitsza i najmniej grubiańska to ta, że: nic. Już nic nie możecie dla mnie zrobić panowie z europejskiego banku tylko z nazwy. Zastanawiałem się czy nie związać się z wami bardziej, czy może przenieść do was konto, ale po tym, co słyszałem to wypada odpowiedzieć wam tylko na wasze ponawiane po tysiąckroć pytanie reklamowe:, co jeszcze możemy dla Ciebie zrobić? Tylko jednym słowem: NIC!

 

W Polsce istnieje pewna, nawet bardzo dużo grupa społeczeństwa, która nie bierze kredytów tylko dlatego, że chce zaszaleć i kupić nowe auto na przykład. A potem w dogodnych ratach je spłacić. Ludzie ci zmuszeni są do zaciągania kredytów, aby przeżyć kolejny miesiąc. Pieniądze z banku przeznaczają na spłatę zadłużenia w spółdzielniach mieszkaniowych, na rachunki za gaz i za wodę, na jedzenie i na lekarstwa. Oni nie tyle z radości, co z konieczności życiowej stają się dłużnikami. U nas powszechne jest to, że pracownikowi na pełnym etacie płaci się tyle tylko, aby przeżył, albo w zasadzie tyle żeby się urzędnicy nie czepiali. A naprawdę dość trudno jest we współczesnej Polsce przeżyć za pensję minimalną. Więc pozostaje oferta banków. Ich kredyty są łatwo dostępne, więc większość ludzi stając przed wyborem jeść lub nie jeść wybiera jedzenie. Wybiera skredytowane posiadanie własnego domu, oświetlenia w nim, ogrzewania, licząc zapewne błędnie, ale z nadzieją, że ich los się odmieni i spłacą kiedyś to, co teraz pożyczyli.

 

To, że ktoś pożyczył pieniądze z banku i teraz ma kłopot z ich zwrotem nie czyni go jeszcze przestępcą i nie stawia go po za nawiasem społeczeństwa. Chyba najwyższy czas zwrócić uwagę na to, że banki coraz częściej stanowią instytucję pomocy społecznej. Ludzie ratują swoje życie w społeczeństwie poprzez kredytowanie życia w nim. Bo jak wszyscy wiemy bez pieniędzy nie można przeżyć w nowoczesnym społeczeństwie. A nie wszyscy chcą zaraz umierać lub żebrać na ulicy. Zastają banki z ich odczłowieczonym podejściem do klienta. Dla nich to tylko kredyt a nie człowiek. Jeśli jest zaległy – ten kredyt, to trzeba wykonać wszystko, żeby na kredycie zarobić i oczywiście odzyskać to, co się pożyczyło.

 

Dla banku najważniejszy jest zysk i trudno mu się dziwić. Po to jest ta lichwiarska instytucja stworzona i po to istnieje. Ważniejszym tu pytaniem jest to, dlaczego nie można w przypadku, gdy nasze życie w społeczeństwie jest na granicy załamania, zwrócić się z tym problemem do instytucji państwowych? Przecież taki jest sens istnienia państwowości. Po to stanowimy wspólnotę żeby się wzajemnie wspierać i ratować w potrzebie. A u nas? U nas jest tak, że instytucje państwowe wykazują chęć pomocy, gdy już naprawdę jesteś bliski śmierci głodowej. Gdy nie masz już nic i tak naprawdę już znalazłeś się poza granicą życia w społeczeństwie.

 

Czy nie lepiej byłoby pomagać w ten sposób, żeby osoba z przejściowymi trudnościami ekonomicznymi mogła liczyć na kredyt na nie lichwiarskim poziomie? Sam nie wiem. Ale jedno jest pewne. Jeśli jesteśmy skazani na kredyty w bankach, to nie znaczy, że możemy być przez pracujących tam egzekutorów długów, traktowani gorzej niż bydło. To, że mam zaległości w spłatach nie znaczy ze przestaję być człowiekiem i trącę godność.

 

dziennik pesymistyczny

A mnie się to nie podoba i już!

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Ja naprawdę nie wiedziałem, że nasz najważniejszy w państwie człowiek, to taka anarchistyczna dusza. Bo to niby na straży państwa i prawa stoi niezłomnie, a tu taki numer! No jak nic anarchista! On się nie będzie stosował do prawa unijnego, bo ono jest w jego przekonaniu niedobre i już! Po sprawie! I jeszcze innych namawia do niestosowania tego prawa. – Nikt nie będzie w Polsce przyjmował do wiadomości, że w szkołach nie wolno wieszać krzyży, nie ma na co liczyć. Być może gdzie indziej tak, ale w Polsce nie – zapewnił w swym przemówieniu Lech Kaczyński. Nie będzie się on – najwyższy urzędnik  stosował do wydanych zgodnie z prawem europejskim, obowiązującym także w Polsce, wyroków trybunału w Strasburgu, bo on wie lepiej, co dobre. I koniec.

 

Wielokrotnie i bardzo wielu powtarzało mi, że prawa trzeba przestrzegać i je szanować. Że choć wydawać się może nam czasem za surowe, a czasem kompletnie bezsensowne, to jednak jest ono obowiązujące i nic go nie zmieni. Do czasu aż ponownie mądrzy ludzie, wybrańcy narodów zasiądą do jego nowelizacji lub kompletnej zmiany. Niejednokrotnie i znów od niejednej ważnej osoby w tym państwie słyszałem, że po to państwo polskie przystąpiło do unii europejskiej żeby nie tylko czerpać z niej pełnymi garściami dotacje. Poza korzyściami z przynależności dostaliśmy też sporo obowiązków. 

 

Ile to razy wmawiano mi, że są w Polsce przedunijnej przepisy, które powinny być zmienione, bo nie przystają do tych europejskich. Bo choć zdarzało się, że czasami były lepsze, rozsądniejsze to były złe, bo nie unijne. A przecież w unii powinny obowiązywać jednakowe przepisy i prawa, tak dla Hiszpana, Anglika czy Polaka. No i mnie przekonali. Byłem pewien, że jak już zdecydował naród w referendum, że chce do Europy to jednocześnie uznał, że prawo unijne obowiązuje i u nas.

 

Orzeczenie Europejskiego Trybunału Praw Człowieka w Strasburgu, który uznał, że w imię świeckiego charakteru państwa, z włoskich szkół powinny zniknąć krzyże, obowiązuje też na terenie Polski. Ale najwyższy urzędnik nie bardzo się z tym prawem zgadza i już zapowiedział, że „nie ma na co liczyć” na stosowanie unijnych wyroków sądowych w Polsce. Czyli jest teraz tak, że są prawa lepsze i gorsze i mogę sobie swobodnie wybierać, czemu mam się podporządkować, a co mi niespecjalnie pasuje. Bo przecież przykład idzie z góry. Podatki nie bardzo mi odpowiadają? Nie płacę. Pan w sądzie czy na lotnisku poddaje mnie szczegółowej kontroli. A to niby, dlaczego? Mnie się to nie podoba i mam prawo protestować i nie zważać, że są jakieś ku temu przepisy uchwalone. Mnie się to nie podoba i już! I zawsze mogę się powołać na to, że przecież to złe prawo i trzeba je zmienić i właśnie zamierzam, a do tego czasu nie będę się do nielubianych praw stosować, bo mi się nie podobają po prostu.

 

Ja się już przyzwyczaiłem do symboli jednej religii w budynkach użyteczności publicznej w z założenia neutralnym wyznaniowo państwie. Nie przeszkadza mi to, choć wydaje mi się to niestosowne. Nie zamierzam przeciwko tej religijnej obecności wokół mnie głośno protestować na ulicy. Ale jeśli zapadnie w tej sprawie zadowalający mnie wyrok trybunału w Strasburgu to ze zrozumieniem uznam go za obwiązujący tak jak ze zrozumieniem przyjąłem poprzednie rozporządzenia w tej sprawie. Nadal będę stał na stanowisku, że sprawy wiary są sprawą prywatną każdego wyznającego obojętnie, jaką religię. Ale nie może być tak, że neutralne wyznaniowo państwo tej neutralności nie przestrzega.

 

 Jak już jestem zmuszony przez systemy państwowe do przestrzegania prawa to przynajmniej dla przyzwoitości oczekiwałbym, że tego samego prawa będą przestrzegać i je szanować najwyżsi urzędnicy państwowi. Bez względu na to czy będzie to prawo wewnętrznie polskie, czy obowiązujące na terenie całej unii europejskiej. I czy będzie to zgodne z ich przekonaniami lub nie. Chcę tyle, albo przynajmniej tyle.

 

 

dziennik pesymistyczny

A może się ich pozbyć?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Jest taka telewizyjna reklama kostek rosołowych gdzie pani już na samym jej początku, zadaje bardzo interesujące pytanie: a może się tak ich pozbyć? Oczywiście odnosi się to do chęci zlikwidowania przez ową gospodynię, nadmiaru soli i tłuszczu. Ale to tylko reklama koski bulionowej, czy innego środka mającego poprawić smak zup i sosów, to nie jest aż tak ważne. Mnie najbardziej zaintrygowało to panine reklamowe pytanie: a może się ich pozbyć?

 

W niedalekiej przeszłości pewien polityk, który kandydował do sejmu i nawet został premierem dużo mówił o potrzebie likwidacji senatu. Ale o zaletach likwidacji poszczególnych ośrodków władzy ustawodawczej czy wykonawczej mówi się u nas w Polsce dość często i to zazwyczaj wtedy, gdy zbliżają się wybory. Pamiętam jak kiedyś Sojusz Lewicy miał zachcianki kasacji senatu, a już przy następnych głosowaniach zmienił zdanie. Prawie każda z partii w tym kraju raz domaga się zwinięcia wyższej izby parlamentu, a raz jest temu przeciwna. Jedno jest jednak stałe, wielka walka medialna o aktualnie wyznawane poglądy w tej sprawie.

 

Nie ulega wątpliwości, że każdy lub prawie każdy z nas obywateli najjaśniejszej Rzeczpospolitej, miał kiedyś takie myśli w stylu tej pani z reklamy. A może się pozbyć tych posłów, senatorów i całego z nimi związanego wydawania pieniędzy. No dobrze, nie wszystkich posłów, ale dobrym pomysłem byłoby przynajmniej ograniczenie ich liczby. I zawsze jak tylko słyszę o takich pomysłach, to zwiększa się moje zainteresowanie partią, która proponuje takie rozwiązanie. Jak teraz na ten odgrzewany pomysł wpadła po raz kolejny Platforma, to znów mi się tak jakoś raźniej zrobiło i znów odżyła nadzieja, że może tym razem będzie można się ich pozbyć? Ale z doświadczenia wiem, że to mogą być tylko obietnice, bez pokrycia w działaniu. I w tym względzie, że jest to kolejny wybuch promocyjny Platformy, zgadzałam się, choć niechętnie z przedstawicielami Prawa i Sprawiedliwości.

 

Teraz premier zaproponował wprowadzenie systemu politycznego, w którym za państwo odpowiada rząd i premier, pod kontrolą parlamentu, wybieranego według ordynacji większościowej. Prezydent za to miałby być wybierany przez Zgromadzenie Narodowe, a nie jak dotychczas, w wyborach powszechnych. I w zasadzie nie mam zastrzeżeń, bo istniejący system dwuwładzy poza tym, że jest nieefektywny to dodatkowo kosztowny. I znów jak pani z reklamy powtórzyłbym z nadzieją – a może się ich pozbyć?! Ale poszedłbym dalej. Nie tylko ograniczyłbym władzę prezydenta do funkcje czysto reprezentacyjnych, ale nawet rozważyłbym likwidację takiego państwowego etatu. Bo jakież byłyby tego pozytywne skutki. Oszczędności w pieniądzach i w czasie.

 

Mam nadzieję, że obietnice przestaną być obietnicami i przerodzą się w prawdziwe zmiany. A oprócz ostatnich zmian konstytucyjnych zaproponowanych przez premiera, przez sejm przejdą jeszcze inne pomysły, jak na przykład likwidacji Senatu, wprowadzenie okręgów jednomandatowych, zmniejszenie Sejmu. I choć ja nadal mam pozytywne myśli związane z tym -a może się ich pozbyć- to raczej jakieś takie mam przeczucia, że żaden z posłów, senatorów, ani nikt z urzędu prezydenta, nie bardzo będzie nastawiony pozytywnie do tych zmian. Bo przecież jakoś nie mogę sobie wyobrazić entuzjazmu u posłów i senatorów z powodu likwidacji potencjalnych miejsc pracy. Ale powie ktoś, że przecież oni w tej polityce z poczucia troski o naszą Rzeczpospolitą i, że potrafią się wynieść ponad swoje partykularne interesy. Ale ja w to nie uwierzę z doświadczenia. Choć byłoby miło w końcu się pozbyć ich nadmiaru.

 

dziennik pesymistyczny

Maska jest wyrazem duszy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

    

 

Zmarł dziś mój przyjaciel… człowiek mi bardzo bliski… ktoś, kogo mi bardzo będzie brakować… ktoś, kto nie powinien odejść tak szybko… ktoś, kto powinien jeszcze być. Istnieć, życ… dla mnie i dla wszystkich, którzy go kochali i podziwiali… Dlaczego tak jest? Dlaczego?… to nie jest sprawiedliwe …

 

Ten tekst napisałem w styczniu 2007 roku…

 

Jest w naszym mieście artysta, o którym niektórzy „znawcy sztuki” mówią”: – on już zamalował pół miasta, nie ma lokalu w mieście bez jego dzieła. A czy to źle? Na pewno nie ,bo jeśli ktoś jest dobrym artystą i zarazem płodnym to dobrze. Jeśli ktoś wyrażą siebie poprzez sztukę i na jego sztukę jest zapotrzebowanie do bardzo dobrze, dla nas i dla przyszłych pokoleń.

 

 

Paweł Biernacki urodził się w Radomiu.  Jest malarzem samoukiem, bo przecież talentu nie można się nauczyć można go, co najwyżej szlifować.  Malarstwo, rysunek oraz inne formy plastyczne uprawia od ponad 30 lat i dla tych wszystkich, którzy mieli z nim styczność przez te lata jest jasne, że jego warsztat „samouka” coraz bardziej się rozwija. W 1995 roku zostałem przyjęty do Związku Polskich Artystów Plastyków w Warszawie rekomendowany przez Andrzeja Bieńkowskiego.

 

Teraz z właściwą sobie pasja i zaangażowaniem pracuje nad nowym projektem, nad Weneckimi maskami kanałowymi. W jego pracowni, powstało ich dziesiątki, każda z takiej samej plastikowej formy. A jednocześnie Paweł Biernacki poprzez wielobarwność, zmienia je poprzez farby w dzieła jak żywcem przeniesione z Wenecji.  – Każdą jest wycięta z tej samej matrycy a każda jest inna – mówi artysta. Maski i nie powstała jeszcze gondola i jeszcze kilka weneckich szczegółów będą wystrojem na bal „studniówkowy” w radomskim liceum im. Czachowskiego. Następnie, jak wiele prac jego prac, maski trafia na aukcje charytatywne. Będzie je tez można podziwiać w jednym z pomieszczeń skaryszewskiego lokalu „ Cyganeria” gdzie artysta stworzył na potrzeby balu sylwestrowego panoramę Wenecji i właśnie maski będą stanowiły jej uzupełnienie. 

– Praca nad maskami to swoista medytacja nad „gęba ludzką”. Maska jako taka ma zasłaniać nasza prawdziwa twarz, ale zarazem w magiczny sposób przekazywać nasze wnętrze, bo co najważniejsze z nas jest na styku maski i naszej własnej twarzy – mówi Paweł Biernacki.

 

Twórca ten to od lat jeden z najciekawszych i najbardziej płodnych artystów.

Od wielu lat działa w kulturze w takich placówkach jak  Klub Mewa, Wojewódzki Dom Kultury, Wyśmierzycki Dom Kultury, Ośrodek Upowszechniania Kultury czy Galeria Pierrot.  Przez te wiele lat pracy w szeroko rozumianej kulturze dorobił się imponującego grona przyjaciół, wśród nich są tak znane postacie jak: Jacek Bieleński, Bronek Duży, Przemek Greger, Włodzimierz Kiniorski, Jorgos Skolias, Stanisław Sojka czy Tomasz Stańko . Slajdy plac Pawła Biernackiego stanowią często tło i ilustracje koncertów muzycznych tych uznanych gwiazd. Od 1994 roku we wsi Gąsawy Rządowe prowadzę swoją Galerię Autorską Pierrot.  

 



 

dziennik pesymistyczny

Drogowskaz na korek

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Niekoniecznie napawa mnie wielką radością poranna jazda samochodem z mojego prowincjonalnego miasta, do naszej ukochanej stolicy. Ale niestety, są takie sytuacje w moim życiu zawodowym, które mnie do tych wypraw zmuszają. I choć dzieli moje miasto od Warszawy nie tak znów dużo kilometrów, to jednak ostatnimi czasy mam wrażenie, że jest znacznie bliżej. A to wszystko dzięki nowej drodze szybkiego ruchu. Niby tak samo, jeśli chodzi o odległości a jednak bliżej, jeśli chodzi o czas przejazdu.

 

A jechało się kiedyś do stolicy wąziuteńką drogą pamiętającą jeszcze czasy zaborów. W latach minionych, gdy panował zły i mroczny system polityczny, nic, a w najlepszym wypadku, niewiele więcej zrobiono dla poprawy komfortu jazdy, więc naprawę wielkim wyzwaniem wydawała mi się podroż do Warszawy. Ale nastały nowe czasy i nowe powstały drogi. Przez miesiące, gdy tylko dane mi było jechać do stolicy z mojej prowincji, ze wzruszeniem obserwowałem tłumy robotników, wielkie maszyny, koparki, walce i wszystko to, co w trudzie i znoju budowało nowe, lepsze szosy, łączące stolicę z resztą kraju. Nie przeszkadzało mi wystawanie w gigantycznych korkach,. Spokojniej znosiłem trudy podróży, bo wiedziałem, że oni pracują, dlatego, żeby było coraz lepiej. Cierpliwie stałem w korkach i traciłem czas, bo wiedziałem, że musi być gorzej, żeby potem było lepiej.

 

Trwała ta wielka budowa miesiące i lata. A ja statecznie trwałem w swej cierpliwości i w podziwie dla trudu drogowców budujących nowe drogi. Aż wreszcie nadszedł ten dzień. Mogłem przejechać się pierwszym nowo wybudowanym odcinkiem trasy. Pamiętam wielką radość i dumę z pracy drogowców. I choć odcinek ten był niewielki, to i tak wielki był to dla mnie sukces. Potem oddawano do użytku kolejne odcinki, a ja podczas jazdy z, i do Warszawy wielokrotnie zmieniałem mój pas ruchu, gdy na drugim trwały walki o nową, lepszą nawierzchnię. Pokonywałem znów w korkach te fragmenty, które jeszcze nie zostały wykończone a które łączyły te już oddane do użytku szosy, z tymi, prawdziwego zdarzenia. I znów czekałem. I znów wierzyłem… i tak czekałem… i czekałem… i miałem nadzieje.

 

Az w końcu się doczekałem. W radiu podali, że już za dwa tygodnie wszystkie nowo wyremontowane odcinki zostaną połączone w jeden ciąg komunikacyjny. I, ze już jak człowiek będę mógł dostać się w rozsądnym wyznaczonym przepisami ruchu drogowego czasie z mojego prowincjonalnego miasta do stolicy naszej ojczyzny. Jak mówiłem, byłem cierpliwy aż do przesady. Aż do dziś, kiedy to jadąc do Warszawy, nagle zatrzymałem się w wielkim korku. Starałem się dociec, co też mogło mnie i setki innych aut zatrzymać na nowiuteńkiej trasie szybkiego ruchu? Oczami wyobraźni widziałem najgorsze, czyli wypadek. Stałem tak sobie w sznurze samochodów i myślałem: może to premier z oficjelami otwiera odcinek nowej drogi? Może to awaria tira zatamowała ruch w obu kierunkach? Wiele miałem przypuszczeń. Przecież to nowa droga, ogrodzona z dwóch stron wielkim dźwiękochłonnym murem. Co też się mogło stać?

 

Aż tu nagle widzę! Jest przyczyna! To drogowcy nosi kochani wieszają nad jezdnią kierunkowskazy z nazwami miejscowości. Mają zwyżkę, mają swoje samochody specjalistyczne tamujące ruch w obu kierunkach i wieszają znaki. I straciłem cierpliwość. Przecież droga była zamknięta przez tyle miesięcy! Czy nie można było powiesić tych jakże potrzebnych znaków właśnie wtedy? Czy naprawdę trzeba było wieszać to teraz, po remoncie? Nie wiem jak to jest możliwe, że nikt nie pomyślał o tym przed otwarciem? Przecież remont nie trwał aż tak długo, żeby możliwe było znikniecie nazwy tej miejscowości z tego znaku w tym czasie. Jeśli oni, drogowcy, nie mogą zaplanować wieszania znaków przy okazji budowy dróg, to jak mogą zaplanować i wykonać nowoczesne połączenia drogowe w naszym kraju? No nie mogą! Choćby chciał w to uwierzyć, to nie mogą. Przykład tej niemocy rozsądnego planowania widziałem właśnie dzisiaj.

 

 

 

 

dziennik pesymistyczny

Pieniądze nie śmierdzą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Szanowna komisjo do spraw hazardu! Uprzejmie donoszę, że jestem przymuszany do hazardu. Istnieje w Polsce całe mnóstwo dręczycieli, którzy nic innego nie robią jak tylko starają się za wszelka cenę wciągnąć mnie w bagno gry. Już nie muszę wychodzić do najbliższego salonu gier, gdzie czyhają na moje ciężko zarobione pieniądze jednoręcy bandyci. Już nawet nie muszę wypełniać kuponów państwowej loterii czy kupować zdrapek. Nie muszę poszukiwać stron internetowych z wirtualnymi kasynami, a nawet nie muszę bywać w tych realnych kasynach. Teraz wystarczy, że choć raz ulegnę pokusie gry w konkursie esemesowym pewnej wielkiej sieci telefonii komórkowej, i na swoje nieszczęście wyślę jedno zgłoszenie za pięć czterdzieści plus VAT, a już nigdy się nie obronię przed natarczywością wiadomości tekstowych, które w wyrafinowany sposób chcą mnie namówić do wysłania kolejnych i kolejnych, i następnych esemesów obiecując w zamian możliwość wygranej. Oczywiście tylko obiecujących.

 

Tak mógłby wyglądać donos na moich dręczycieli, którzy co godzinę wysyłają mi wiadomości, nachalnie domagając się ode mnie pieniędzy na hazard. Tak mógłby wyglądać, ale nie wyślę go nigdy do szanownej komisji sejmowej, bo się wstydzę, że znów uległem pokusie i wysłałem tego cholernego pierwszego smsa, gdyż chciałem wygrać piękny czerwony samochód. No wstyd mi bardzo, że się dałem tak zmanipulować i to, że dostaję teraz esemesa za esemesem to jest dla mnie kara za głupotę i naiwność. Ale jednocześnie liczę, że ktoś z ważnych i możnych tego świata przeczyta to, co piszę w tym miejscu i zainteresuje się tym, że ktoś chce ode mnie wyłudzić w podstępny sposób pieniądze. Bo czy esemsy o treści: kwit o przekazanie 300 tys. zł czeka na podpis, proszę wysłać sms KWIT na ( tu numer telefonu) uprawniający do odbioru nagrody – nie są jawną manipulacją? Bo przecież żadnego kwitu na odbiór nagrody zapewne tam nie ma, bo jak by czekał to po prostu by mi tą nagrodę przekazano. Czy nie jest to naciąganie faktów oraz bezczelne graniem na uczuciach?

 

Dziś jest okrągła rocznica urodzin pewnego cesarza rzymskiego, imieniem Wespazjan, który przyszedł na świat siedemnastego listopada dziewiątego roku. Gdy dorósł, okazał się reformatorem i reorganizatorem państwowości rzymskiej, ale chyba najbardziej znany jest z tego, że jest on też autorem bardzo słynnej maksymy brzmiącej: Pecunia non olet. I tak oto od tej pory wszem i wobec, i każdemu z osobna znana jest zasada, że pieniądze nie śmierdzą. I choć ta wypowiedź dawnego cesarza odnosiła się do syna, Tytusa, który uczynił mu zarzut z opodatkowania latryn publicznych, to jednak teraz jest to pewne zawołanie wszystkich tych, którzy nie brzydzą się pieniędzmi pochodzącymi z nieczystych interesów.

 

Bo czy właściciele sieci komórkowej wysyłając do mnie esemesy sugerujące, że to właśnie ja stanę się posiadaczem wielkiej ilości gotówki jak tylko zapłacę im poprzez wiadomości tekstowej kilka złotych brzydzą się tymi moimi pieniędzy wyłudzonymi ode mnie? Pewnie nie, bo przecież im moje pieniądze nie śmierdzą. A że to jeszcze takie wirtualne pieniądze, to już zupełnie nie wydają one żadnego zapachu. Więc jak nic można mnie nękać, bo zawsze przecież jest możliwość, że za tym sto pięćdziesiątym dziewiątym razem, jak dostanę kolejnego esemesa, to może się skuszę i wyślę płatną dla nich odpowiedź. Bo przecież tak już jest, że niektórym pieniądze nie śmierdzą, jak już od dawna wiadomo.

dziennik pesymistyczny

Piętnastolecie do zmiany

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Prezydent mojego prowincjonalnego miasta ma taki nowy pomysł na zbliżającą się kampanię wyborczą. No może nie on sam ma taki pomysł, ale jego zespół doradców, skupiony w dziale promocji władzy prezydenckiej to już na pewno. Oczywiście dział urzędu miejskiego nosi inną nazwę, ale jego funkcja moim zdaniem na tym głównie polega. Robią wszystko, aby lud ciemny mojego miasta zrozumiał, że choć zasadniczo jak naucza pismo „ po owocach ich poznacie” to, choć te „owoce” poczynań władzy jak dotychczas, przeważnie marnawe i kwaśne, to warto poczekać jeszcze ze cztery lata na ostateczny efekt owocobrania. Tak czy inaczej, prezydent miasta wybrał się ostatnio z gospodarczą wizytą do ludu swego, zamieszkującego osiedle mieszkaniowe o dumnej nazwie XV – lecia.

Oczywiście w zamierzchłych czasach, kiedy ta nazwa została nadana miała ona jeszcze jeden człon, odnoszący się do dawnej nazwy naszego państwa, ale jakoś tak przez te wszystkie lata zapomniano o tym i o wielu lat w świadomości mieszkańców mojego prowincjonalnego miasta ta dzielnica mieszkaniowa nosi nazwę po prostu osiedla piętnastolecia. O czym donosiły nawet oficjalne plakaty zapraszające mieszkańców dzielnicy na spotkanie z prezydentem. Na spotkaniu, jak by to powiedziano w oficjalnej nomenklaturze „ poruszano wiele ważnych kwestii związanych z funkcjonowaniem miasta oraz z życiem jego mieszkańców”. Prezydent szeroko i przez niemal godzinę opowiadał o: budowaniu marki miasta, o planowanych i już przebiegających remontach ulic i chodników na XV-leciu, o kamerach monitoringu zamontowanych w tym rejonie miasta, o wielu sukcesach, oraz o tym, jakie to jeszcze radości czekają mieszkańców dzielnicy za jego przyszłych rządów.

Kiedy prezydent miasta postanowił oddać mikrofon mieszkańcom, jednym z pierwszych postulatów, jakie padły z sali była ta, o zmianie nazwy osiedla XV-lecia. Czyli klasyczna dla naszej prowincjonalnej wrażliwości. Nieważne dziurawe chodniki, nieważny brud, sterty śmieci i błoto, brak miejsc do parkowania i ogólny nieład panujący w dzielnicy, bo dla niektórych najważniejsza jest nazwa. Bo jak nazwa będzie właściwa to i jakoś tak raźniej nam wszystkim będzie się żyło. A już najlepiej gdyby jeszcze imię jakieś świętej osoby osiedle nosiło, no to wtedy jak nic wszystko by się natychmiastowo zmieniło na lepsze.

W dawnych mrocznych czasach mrocznego ustroju, gdy wybudowano osiedle piętnastolecia była to jedna z najpiękniejszych i nowoczesnych dzielnic mieszkaniowych nie tylko w moim mieście, ale i w kraju. Powstały w tym czasie nowe bloki, ulice, szkoły, przedszkola, biblioteki oraz liczne sklepy i pawilony handlowe. O zieleń na osiedlu troszczyli się zatrudnieni ogrodnicy, co nie było w tamtych czasach ogólnie przyjętą normą. Jeszcze do tej pory osiedle XV-lecia jest jednym z najbardziej zielonych miejsc w moim mieście. Charakterystyczne dla dzielnicy są też liczne rzeźby poustawiane w wielu miejscach na dzielnicy. Były też oczka wodne z fontannami, po których niestety pozostał niewielki ślad, bowiem zostały zasypane. Ja bym wolał żeby wszystko raczej wróciło do stanu, który był przy nadawaniu nieprzystającej do naszych czasów nazwy niż żeby zaczynano porządkowanie dzielnicy od zmiany jej nazwy a wszystko inne pozostawiono tak jak dotychczas.

Odnoszę wrażenie, że Piętnastolecie powstało z bytu nigdy nieistniejącego, a jeśli nawet istniejącego to nie wartego pamiętania. Osiedle zbudowali robotnicy i inżynierowie, zaprojektowali architekci, a nazwali ówcześni działacze. Jeśli nawet, choć dla jednego z nich, ta nazwa coś znaczyła to nie wolno jej zmieniać. Jest to cześć naszej historii i choć może dla niektórych bolesnej i złej to jednak jest to nasze dziedzictwo i nie wolno go wymazywać tylko dlatego, że nazwa nie przystaje do naszych czasów.  To tylko osiedle mieszkaniowe o tej nazwie, a nie pomnik bohaterów ówczesnej władzy. Zbudowano tę dzielnicę dla ludzi i budowali ją ludzie, którzy żyli w tamtych czasach. W latach, kiedy ją budowano taka nazwa nikogo nie dziwiła a teraz też nie powinna dziwić, bo jest to tylko i wyłącznie nazwa historyczna tej części miasta i nie ma nic wspólnego z chęcią uczczenia dawnego systemu politycznego.

Było wiele prób zmian nazw ulic, które absolutnie się nie przyjęły. I choć były czasami słuszne to i tak w świadomości mieszkańców mojego miasta nadal funkcjonują nazwy, których już od dawna nie znajdziemy na tabliczkach informujących o patronie ulicy. Czasami zmiany są konieczne, ale w tym przypadku raczej nie… a jeśli już to nie takie.

dziennik pesymistyczny

Triskaidekafobia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Dziś rano pani sprzedawczyni w sklepie spożywczym, do którego zachodzę prawie codziennie w drodze do pracy, podając butelkę napoju z półki zrzuciła stojącą obok, a ta z wielkim hukiem roztrzaskał się o podłogę. Usłyszałem wtedy od tejże pani, poza wielce zrozumiałą w tej sytuacji wiązanką słów mocnych i dosadnych, także jej narzekanie na pecha. I wcale nie chodziło tu o skład PH w ustach szanownej pani zza lady, który gwałtownie zmienił się zapewne na gorszy pod wpływem niecenzuralnego słownictwa, lecz o tego pecha, co to jego działanie nasila się zdecydowanie właśnie w piątek trzynastego.

 

A że mamy dziś właśnie piątek i do tego trzynasty dzień miesiąca to już na pewno złe fatum jest odpowiedzialne za wszystkie zdarzające się nam tego dnia nieszczęście. Tego dnia, jeśli jesteśmy przesądni to najlepiej jest zostać w domu i nic nie robić, nikomu nie otwierać drzwi, nie odbierać telefonów i ogólnie najlepiej taki czas przespać. Bo jak jeszcze tego dnia pechowego wstaniemy lewa nogą, lustro w łazience nagle nie wiadomo, dlaczego pęknie samo z siebie, przy śniadaniu rozsypiemy sól, wychodząc z klatki schodowej przejdziemy pod drabiną, a drogę przebiegnie nam czarny kot, to mamy pewność, że nieszczęście nas nie ominie. Jesteśmy skazani na totalnego pecha i nawet armia kominiarzy nas od tego fatum nie uratuje. Takiego dnia trzynastego i w taki piątek to nawet odpukiwanie w niemalowane drewno, spluwanie przez lewe ramię i inne odczyny tajemne nic nam nie pomogą. Prawie cały nasz kraj zaraża się tego dnia zbiorową triskaidekafobią, czyli strachem przed feralną liczbą trzynaście.

 

I pomyśleć, że to wszystko przez jedno wydarzenie z przeszłości, które dało nam sposobność do tego żeby, choć w tym jednym dniu mieć poczucie, że nic od nas do końca nie zależy a wszystko złe, co nas dotyczy nie jest do końca spowodowane naszym własnym działaniem, lecz panującym tego dnia ustawowym pechem. I choć naród nasz pobożny w swej przytłaczającej dziewięćdziesięcio kilku procentowej większości, to jednocześnie też jakiś taki strasznie przesadny. W Polsce bez trudu można znaleźć hotele, w których nie ma pokojów o numerze trzynaście, nie ma tez całych pięter o tym numerze. Jeśli nawet jesteśmy odważni z natury i nie wierzymy w przesądy to podczas lotu samolotem, jeśli nawet chcielibyśmy na przekór wszystkiemu zasiąść w fotelu oznaczonym trzynastką to nie będzie to nam dane, bo w samolotach kilku popularnych linii lotniczych brak jest foteli oznaczonych tą właśnie liczbą.

 

Na karierę trzynastki, jako wielce pechowej liczby miał wielki wpływ kościół rzymsko katolicki. Pierwszego wielkiego zbiorowego pecha mieli zakonnicy ze zgromadzenia templariuszy. To właśnie oni w piątek trzynastego października 1307 roku zostali pojmani i w większości zamordowani przez siepaczy króla Francji Filipa IV, zwanego Pięknym. Aby uzyskać papieską zgodę na ich aresztowanie spreparowano nawet przeciw nim oskarżenie o herezję, bezbożność i sodomię. I tak oto zeszli z tego świata w piątek trzynastego, a od tego czasu jakby na wieczna pamiątkę dzień ten źle nam się kojarzy. Choć podobno już Babilończykom źle kojarzyła się ta cyfra, więc to może nie przypadkiem właśnie na zagładę templariuszy wybrano tę pechową z zasady datę? W starożytnej Babilonii posługiwano się systemem liczbowym, opartym na liczbie dwanaście. Dlatego liczba dwanaście była uznawana za liczbę świętą a trzynastka pewnie za pechową.

 

Trzeba przyznać, że kościół wielokrotnie nauczał, że Bóg brzydzi się przesądami. Ale jakoś tak to na większości owieczek pobożnych w Polsce nie zrobiło wrażenia. I choć nie wolno, bo to zakazane, to jednak tak jak to czynią owieczki kościoła w wielu sprawach ważniejszych i mniej ważnych mają Polacy na ten temat własne znanie. Inne od kościelnego, choć wiara w zabobony, gusła oraz różne praktyki magiczne stanowi pewnie jakąś formę bałwochwalstwa. Czyż nie? 

 

Ja mam takiego pecha, że jak coś napiszę w tym miejscu niezgodnego z prawdą objawioną, to prawie na pewno pojawi się komentarz od pobożnych, nawracający, mnie oraz moich czytelników. Więc ja też chciałbym zacytować Biblię, tak dla podkreślenia, że ja jednak czytałem i nie trzeba mi jej ciągle przypominać: „Gdy wejdziesz do kraju, który ci daje Pan, Bóg twój, nie ucz się popełniania tych samych obrzydliwości jak tamte narody. Nie znajdzie się pośród ciebie nikt, kto by przeprowadzał przez ogień swego syna lub córkę, uprawiał wróżby, gusła, przepowiednie i czary; nikt, kto by uprawiał zaklęcia, pytał duchów i widma, zwracał się do umarłych. Obrzydliwy jest, bowiem dla Pana każdy, kto to czyni.”

dziennik pesymistyczny

Zmienność poglądów na sputniki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

 

Każdy może zmienić w dowolnym czasie swoje poglądy, to niezaprzeczalny fakt. Bo przecież jak głosi znane i przez wielu powtarzane powiedzonko: tylko krowa nie zmienia poglądów. Choć w przypadku tego sympatycznego zwierzęcia nie bardzo rozumiem skąd ta pewności, co do stałości krowich poglądów zawarta w odnośnym zdaniu. Nie inaczej stało się z poglądami moich znajomych na temat kina rosyjskiego czy radzieckiego. Do niedawna, no może tak z kilka lat wstecz, nie bardzo mogli oni zrozumieć moje zainteresowanie tym wszystkim, co dzieje się w kinie naszych wschodnich sąsiadów. Od razu podczas dyskusji na ten temat usadawiali mnie w fotelu naszego prowincjonalnego kina, z lat osiemdziesiątych, na seansach przeglądu kina radzieckiego. Za nic, ci moi znajomi, nie mogli zrozumieć, że moje zamiłowanie do kina i literatury rosyjskiej nie wynika z jakiegoś przywiązania do dawnej ideologii panującej w imperium na wschodzie Europy. 

 

I choć od czasu wyśmiewania mnie i wmawiania mi wstecznictwa za każdym razem jak tylko wspomniałem w gronie przyjaciół o nowym filmie czy książce rosyjskiej, minęło nie tak znowu dużo czasu, to jednak poglądy na temat kultury Rosjan, u znajomych uległy zasadniczym zmianom. Teraz już nie jest dobrze, czy może bardziej nie jest „cool”, wyrażać się źle o osiągnięciach kina rosyjskiego. Teraz w modzie jest uwielbienie dla wszystkiego, co dokonało się i dokonuje w kinie radzieckim i rosyjskim. A ja z osoby wyśmiewanej i obdarzanej szyderczymi spojrzeniami awansowałem, czy raczej zostałem przeflancowany na grządkę z napisem: osoba ulegająca modzie. Teraz to już prawie nikt nie pamięta, że ja tak z tym kinem ze wschodu miałem od zawsze prawie bliskie spotkania. Teraz jestem jednym z, wielu, którzy przy okazji koleżeńskich spotkań rozprawiają o radzieckich filmach epoki filmu niemego. A nie było tak jeszcze kilka miesięcy temu.

 

Dokonała się w prawdziwa nowa rewolucja. Jak wystrzał z pancernika Aurora podziałał na umysły moich przyjaciół I Festiwal Filmów Rosyjskich noszący nazwę Sputnik nad Warszawą. To kulturalne wydarzenie stało się sygnałem do wielkich zmian w poglądach moich koleżanek i kolegów. I teraz pan redaktor ze znanego prowincjonalnego tygodnika i pani dyrektor ze znanej w moim mieście firmy, i pani nauczycielka i pan policjant… i kudłate i łaciate, pręgowane i skrzydlate, te, co skaczą i fruwają… na nasz festiwal zapraszają. No dobrze, przepraszam… może przesadziłem z tymi odzwierzęcymi porównaniami. Ale przecież już na początku zacząłem z tą krową od zmiennych poglądów, więc mi się tak jakoś samo kontynuowało.  

 

Czyli dokonała się wielka zmiana na lepsza i wielkie zapomnienie tego, co było. Teraz zapanowała wielka i zbiorowa amnezja oraz nowa euforia. Nikt już nie pamięta, jaki to ja byłem „ niemodny”, gdy wspomniałem czasem o filmach Andrieja Tarkowskiego. I to może właściwe i dobre, i do tego słuszne, że dokonała się taka zmiana na lepsze, wśród moich przyjaciół. Teraz tylko patrzeć jak na kolejnym spotkaniu przy piwie w lokalnym pubie zaczniemy rozmawiać nie o futbolu, ale o Biesach Fiodora Dostojewskiego. Już na ostatnim spotkaniu z rozrzewnieniem wspominaliśmy czasy, gdy na budynku nieistniejącego już kina Przyjaźń, pojawiał się rokrocznie w latach minionych z początkiem listopada, wielki transparent informujący o kolejnym przeglądzie dokonań kina radzieckiego. Ach, ile było emocji, gdy jedna z moich koleżanek na nowo odkryła film Pancernik Potiomkin w reżyserii Sergieja Eisensteina i postanowiła się podzielić swoją ekscytacją w gronie znajomych. Według mnie wróciliśmy do normalności, czyli jednak to dobrze, że tylko krowa nie zmienia poglądów. 

 

dziennik pesymistyczny

Klimat szarości

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Wiem, że narzekanie na coś nie ma sensu wtedy, gdy na tą rzecz, wydarzenie lub zjawisko nie mamy absolutnie żadnego wpływu. Zawsze słyszę wtedy od znajomych czy rodziny słowa -po co marudzisz, przecież i tak tego nie zmienisz. Ale ja lubię sobie ponarzekać, co chyba już wielokrotnie poprzez moje pisanie w tym miejscu udowodniłem. Bo jeśli nie to gderanie to, co by mi pozostało, jeśli i tak, na niektóre zjawiska – jak to wielokrotnie mi udowodniono – nie mam żadnego wpływu.

 

Faktycznie jest jedna dziedzina, na którą nie mam absolutnie żadnego wpływu-lub mam znikomy w wymiarze globalnym – a na którą to dziedzinę wprost uwielbiam zrzędzić.  Nic nie sprawia mi większej uciechy i nic bardziej nie denerwuje moich bliskich jak moje totalne i monotonnie powtarzalne narzekanie na stan pogody oraz na wszystko, co się z pogodą w naszym kraju wiąże. Jest polskie lato za oknem, to oczywiście w Polsce oznacza deszcz. Więc jak tu nie marudzić. Jak już się natura zlituje i zza chmur wychynie słońce to oczywiście pali żarem nieprzerwanym przez tygodnie, tak, że wyjście na zewnątrz z klimatyzowanego pokoju grozi natychmiastowym ugotowaniem się we własnym sosie. Jak jest zima to oczywiście taka, co to nie przynosi z sobą nawet płatka śniegu, a jak już śnieg jednak spadnie to natychmiast zamienia się w błotnistą breję. Oczywiście, żeby mnie dobić, od czasu do czasu mamy atak zimy zamieniający nasz piękny kraj w jedną wielką śnieżną pustynię, ale to zjawisko jest u nas stosunkowo rzadkie.

 

No to teraz mamy jesień. Jak tak patrzę na sytuację za oknem, to mam wrażenie, że czas pięknej złotej polskiej jesieni odszedł i muszę na wybuchy barwnych liści na drzewach czekać znów przez kolejny rok. Tym razem kolorowa jesień ograniczyła się do kilkunastu dni w październiku.  Teraz nastała w Polsce najważniejsza pora roku. Najważniejsza, bo najdłuższa. Pora ciemności i szarości. Najbardziej charakterystyczna dla Polski pora roku, trwająca od listopada aż po początek maja. Na drzewach brak liści, zimno, mokro, mgliście. Na drogach i chodnikach wieczne błoto. A jedyne kolory to dominujący i przygnębiający brązowo – czarny oraz szary. Drogi czytelniku czy ty też ulegasz wrażeniu, że w doniesieniach telewizyjnych z zachodu Europy wszystko wydaje się jakieś takie jaśniejsze? Oglądam doniesienia z Berlina, a tam jasno na tych niemieckich ulicach. Za chwilę doniesienie z Polski, a tu szarość i ciemność rozświetlona tylko światłem znad kamery. Przecież te miejsca nie są oddalone od siebie o setki tysięcy kilometrów? Więc, dlaczego tam jest jaśniej?  Prawdziwa zagadka na długie jesienne wieczory.

 

Po szarych ulicach snują się szarzy ludzie w szarych ubraniach. Mijają ich szare samochody, które, choć nawet mają lakier na przykład w kolorze czerwonym, to i tak jest on ledwo niewidoczny spod warstwy brudu. Więc i tak auto do wiosny pozostanie szarobure. Szare domy, szare kamienice, szare wieżowce i szare bloki. Szare chodniki i trawniki. Smętne i pozbawione liści drzewa i krzewy.  To obraz, który pozostanie z nami przez najbliższe miesiące. I jak tu nie narzekać! Dobrze, ja wiem taki klimat. No nic tu się nie zmieni. Pozostaniemy w tej zawiesinie średnio ciepłej szarości aż do wiosennego lekkiego ocieplenia. Taki klimat i moje narzekanie go nie zmieni. Bo to przecież ani jesień ani zimna ani wiosna. Taka nowa pora roku – szarość. W odróżnieniu od tego, co mamy w następnym półroczu, czyli od tego, co przypomina lato.  Wtedy jest zieleń na drzewach i odrobinę cieplej.

 

A teraz? No przez te kilka godzin, gdy jest jasno na tyle, że widać szarą rzeczywistość można tylko narzekać. Oczywiście można też narzekać, gdy zapadnie mrok. A jest, na co.  Poza tym, że odwiecznie panuje w tych dniach półzmierzch. Nawet jak już jest ta czwarta po południu i znów robi się ciemniej to można by się spodziewać, że rozbłysną latarnie uliczne i zrobi się jaśniej, ale gdzie tam. W ramach oszczędności zamontowano u nas latarnie, które pomarańczowym światłem raczej sygnalizują swoje istnienie niż cos oświetlają. I tak tu nie gderać? Nie dość, że ciemno z założenia klimatycznego to jeszcze w depresje wpędza mnie to oświetlenie uliczne. No tak! I jeszcze do tego zaczęło padać za oknem, jakby na podkreślenie tego wszystkiego, co napisałem.