Yearly Archives

186 Articles

dziennik pesymistyczny

Cud w publicznej telewizji

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Niedawno w sejmie trwała wielka wojna o kształt i treść nowej ustawy medialnej. Teraz wielkie spory polityków w tej sprawie ucichły, bo mają oni już nową zabawkę w postaci afery hazardowej i stoczniowej. Posłom z prawej strony sceny politycznej jednak opatrzność sprzyjała, bo ich wymarzone występowanie wartości chrześcijańskich w państwowej telewizji w cudowny sposób załatwiło się samo bez ich działu. I to bez specjalnego zapisu w nowej ustawie medialnej. Chcieli oni by zadaniem mediów publicznych było wspieranie wartości chrześcijańskich i proszę, jest to wspierane i promowanie jak się patrzy i na całego. Tak oto słowo, choć niezapisane w ustawie stało się ciałem na ekranie telewizorów bez udziału posłów. Bez ich wielodniowych sporów, targów, wzajemnych oskarżeń i wielogodzinnych głosowań. Nie wierzycie, że tak jest? Jak to? Przecież wystarczy usiąść przed telewizorem, przełączyć na TVP by już po chwili przenieść się dzięki temu telewizyjnemu oknu na świat do istnej krainy pobożności i uduchowienia.

 

A ewangelizacyjnych zadań przed TVP jest wiele. Muszą one, te przez nas opłacane publiczne media, przestrzegać chrześcijańskiego systemu wartości, umacniać obraz polskiej rodziny, propagować postawy prozdrowotne oraz przeciwdziałać patologiom społecznym i wszelkiej dyskryminacji. Tak się teraz u nich w tej TVP porobiło, że aż dziw bierze, że program telewizyjnego nie zapowiada zakonnica, a wiadomości nie czyta ksiądz redaktor. Misyjne wpajanie chrześcijańskich wartości społeczeństwu przed telewizorami, widać w prawdziwej ofensywie duchowieństwa w serialach. Przecież ojciec Mateusz to ucieleśnienie ideału księdza. Takiego duszpasterza to każdy Polak i katolik chciałby widzieć na swojej parafii, a nie tylko w telewizji. Taki ksiądz detektyw w ciągu kilku dni wyjaśniłby z wdziękiem każdą aferę nawet tę hazardową. Jak pięknie oglądałoby się ojca Mateusza współdziałającego ze służbami specjalnymi, który na końcu odcinka lub na początku wiadomości telewizyjnych wyjaśniłby, kto w tej sprawie jest winny i kto pójdzie siedzieć na długie lata. Aż szkoda, że to tylko postać z serialu, a nie rzeczywistość.

 

Misyjny zapis z projektu ustawy o mediach dotyczący przeciwdziałaniu patologiom społecznym jest już z powodzeniem realizowany w publicznych mediach. Taki ksiądz detektyw to prawdziwy heros w sutannie, co to przywraca wiarę w prawo i sprawiedliwość. Choć o wiele więcej zdziałałby ksiądz Mateusz gdyby współdziałał z zakonnicami z nowego serialu TVP pod tytułem Siostry. Wtedy przecież już nikt by nie ukrył się ze swoimi zbrodniami. Żaden aferzysta i łapówkarz nie czułby się bezkarny gdyby w komisji sejmowej do spraw afer zasiadał ksiądz Mateusz oraz sprytne zakonnice. A jakby tak ojciec Mateusz zastąpił zdekonspirowanego agenta Tomka? Już nikt nie zarzucałby Centralnemu Biuru Antykorupcyjnemu działań niemoralnych. Bo etyczność prac CBA gwarantowałby ksiądz proboszcz – znany detektyw. Przystojny ksiądz na spotkania komisji sejmowej przybywał na rowerze a nie samochodem jak nasi politycy. Boże, jak byłoby pięknie! Naszych politycznych braci bliźniaków chętnie zamieniłbym na proboszcza i wójta z serialu Ranczo. Aż szkoda, że to telewizja, a nie rzeczywistość.

 

Misja umacniania obrazu polskiej rodziny jest z zapałem realizowana przez serial Plebania.  TVP poprzez serial o tytule Na dobre i na złe, jak nic propaguje postawy prozdrowotne zapisane w misyjności. Każdy przecież chciałby leczyć się w takim szpitalu. Oj jakby było cudownie i misyjnie w tej TVP zobaczyć taki uduchowiony świat! Już teraz serialowi księża pełnią rolę duchowych przewodników oraz reprezentują tradycję w wydaniu popularnym. Czyli jak nic misja umacniania chrześcijańskiego systemu wartości w publicznej telewizji jest realizowana na całego. Ale nie tylko poprzez seriale. W każdym tygodniu w TVP ukazuje się osiem programów cyklicznych: w niedzielę: transmisja Mszy Świętej, transmisja modlitwy Anioł Pański Ojca Świętego z Watykanu oraz program informacyjno-publicystyczny – Między Ziemią a Niebem. W poniedziałek – magazyn społeczny Znaki Czasu, w środę – Raj – program dla młodzieży, w czwartek – My Wy Oni – program rodzinny; w sobotę – Ziarno, program dla dzieci i rodziców, ( mój ulubiony) oraz Słowo na Niedzielę.

 

I jeszcze słowo do tych, co tu mnie zaraz wyzwą od komuchów i bezbożników. Mnie się to naprawdę podoba! Ja tam lubię takie katolickie bajanie i misyjne zaklinanie rzeczywistości. To jest naprawdę ciekawsze niż polityczne spory i walki. Jak tak oglądam TVP to jestem pewien, co do prawdy zawartej w kościelnych badania, że Polacy w dziewięćdziesięciu dziewięciu procentach to katolicy mniej lub bardziej praktykujący. I mnie, tej jednostce z pozostałego jednego procenta to się bardzo podoba. I nie widzę już potrzeby prac nad ustawą medialną i umieszczania w niej zapisów o potrzebie przestrzegania chrześcijańskiego systemu wartości przez TVP. Przecież, po co walczyć o coś, co już się dokonało samo, w cudowny zapewne sposób.

 

dziennik pesymistyczny

Jest wina ale kary nie będzie

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Przyjmując, że jest nas w kraju około trzydzieści siedem milionów obywateli, to każdy z nas jest winien spółce J & S Energy około 14,50 zł. Wydaje się mało, ale trzeba brać pod uwagę to, że to my wszyscy staliśmy się dłużnikami prywatnej spółki. My wszyscy, Pan, Pani, społeczeństwo – jak mawiał klasyk. Czyli i ten duży, i ten mały, i ten gruby, i ten chudy, dziecko w kołysce i staruszka na emeryturze. Generalnie wszyscy jesteśmy winni i wszyscy zapłacimy za to, że jakiś pojedynczy urzędnik przed laty popełnił błąd nakładając na spółkę karę, którą teraz państwo musi zwrócić z odsetkami.  Od wczoraj wiadomo, że zgodnie z decyzją Naczelnego Sądu Administracyjnego rządowa Agencja Rezerw Materiałowych powinna zwrócić firmie paliwowej J & S Energy 452 miliony zł i 81 milionów zł odsetek.

 

Naczelny Sąd Administracyjny nie uznał skargi ministra gospodarki i utrzymał w mocy ubiegłoroczny wyrok warszawskiego WSA, uchylający nałożenie kary na spółkę paliwową
J & S. Firma zgodnie z decyzją sądu, całkiem słusznie oczekuje teraz zwrotu pieniędzy. Tym samym NSA potwierdził, że minister gospodarki, wydając decyzję o karze za brak rezerw paliwowych, źle zinterpretował przepisy. Za decyzję, która uszczupliła nasze portfele oraz skarbonki naszych dzieci odpowiada wiceminister gospodarki za rządów koalicji Prawa i Sprawiedliwości, LPR i Samoobrony. Pan ten przez dwa lata był sekretarzem stanu w Ministerstwie Gospodarki odpowiedzialnym za bezpieczeństwo dostaw surowców energetycznych do Polski. On sam oraz jego urzędnicy coś tam źle zrozumieli, czegoś nie dopracowali i tak, za urzędnicze błędy i brakoróbstwo sprzed dwóch lat, odpowiemy teraz my wszyscy.  A co z urzędnikiem, który tak błędnie interpretuje przepisy, że doprowadziło to do półmiliardowej straty? On ma się dobrze. Od dwa tysiące ósmego roku jest doradcą szefa Biura Bezpieczeństwa Narodowego oraz członkiem Zespołu do spraw Bezpieczeństwa Energetycznego w Kancelarii Prezydenta RP.  Czy za coś odpowie? Ależ skąd! Nie ma odpowiednich przepisów. A przecież sam się nie domyśli.

 

Jest, co prawda w sejmie projekt ustawy o finansowej odpowiedzialności urzędników, ale leży on sobie spokojnie od wielu miesięcy w szufladzie. Premier Donald Tusk obiecał, że posłowie Platformy Obywatelskiej zabiorą się z werwą do pracy nad tą jak widać bardzo potrzebną ustawą. Ale jak widać premier tylko obiecał. Polacy stanowczo domagają się wprowadzenia materialnych kar dla urzędników, którzy błędnymi i często bezprawnymi decyzjami doprowadzają do ogromnych strat finansowych. Nie ma przecież prawie dnia, aby media nie donosiły o urzędniczych błędach i wypaczeniach, które doprowadzają do bankructwa firmy oraz uprzykrzają życie obywatelom. Z danych zawartych w sondażu jednej z firm badających opinię publiczną, a zamieszczonych w Internecie wynika, że aż osiemdziesiąt trzy procent ankietowanych uważa, że urzędnicy powinni ponosić finansowe konsekwencje błędnych decyzji. Ale cóż tego, skoro nie widać końca prac nad stosowną ustawą. Jeśli tak wielu naszych obywateli widzi potrzebę uchwalenie sensownych regulacji zabezpieczających firmy i obywateli przed bezkarnością urzędników to, dlaczego nic się w tej sprawie nie dzieje?

 

Mam tylko nadzieję, że nie mamy tu do czynienia z wielką zmową między politykami a urzędnikami. Bo przecież bardzo często urzędnik jest na swym stanowisku z politycznego nadania. Więc, po co poseł, który w przyszłości może stać się urzędnikiem państwowym ma głosować nad przepisami na mocy, których będzie biurokrata karany za błędy. Przecież lepiej powiedzieć, że działało się w dobrej wierze. Że chciało się dobrze a – wyszło jak zawsze. A wielki chór kolegów urzędników oraz polityków, zaśpiewa nasz nowy hymn: chłopaki nic się nie stało. Bo faktycznie nic się nie stało w ich mniemaniu. Nikt za błędy biurokratów nie odpowie a pół miliarda zapłacimy my wszyscy.  Pan, Pani, społeczeństwo.

 

dziennik pesymistyczny

Pociągi wolnobieżne, czyli zmiany w PKP

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 9

  

 

Stoimy z przyjacielem na dworcu kolejowym w moim prowincjonalnym mieście. Na tor przy peronie pierwszym wtacza się w niemiłosiernym pisku i zgrzycie pociąg linii podmiejskich pomalowany na charakterystyczne dla kolei barwy żółto – niebieskie. Z przejścia podziemnego prowadzącego na peron, jednocześnie z pojazdem szynowym wypada kobieta w chustce na głowie z dwiema wypchanymi po brzegi koszykami w rękach i rozpoczyna żwawy bieg w nasza stronę. Patrzymy jak zbliża się do nas klasyczny obraz włościanki handlującej kurzymi jajami na pobliskim targu. Nie zrobił na nas wrażenia masywny kolos na torach, ale ta handlarka z koszami pędząca na nas jak pociąg pancerny to już tak. Gdy już nas dopadła, zziajana wykrzyczała – Panie, panie ten pociąg to, jaki? Niebieski  – odparł spokojnie skory do żartów w każdej sytuacji mój przyjaciel. Ale dokąd? Dokąd? – dopytywała natarczywie kobieta. Do połowy – padła odpowiedź.

 

Tak mi się przypomniała to opowieść z dawnych czasów, gdy wczoraj czytałem o  zmianach na kolei. Przeobrażanie ma tu polegać na tym, że teraz chcąc skorzystać z usług kolei będziemy mieli do wyboru luksusowe Intercity albo Tanie Linie Kolejowe. Bo spółka PKP Intercity z początkiem listopada rozpocznie stopniową likwidację pociągów ekspresowych i pospiesznych. Coś mi się jednak wydaje, że zmiana będzie polegała bardziej na tym, że teraz stojąc przy kasie na dworcu kolejowym nasz wybór ograniczy się do kupienia biletu na pociąg w kolorach Intercity lub w barwach TLK. Bo jakoś trudno mi uwierzyć, że sama zmiana nazwy pociągu spowoduje tu rewolucję i wpłynie na to, że pociągi będą kursować bez kilkugodzinnych spóźnień. Choć trzeba przyznać, że możemy wybrać też oprócz kolorystyki wagonu i ceny biletu, także komfort, kiedy to będziemy przebywać w wagonie w czasie kilkugodzinnej podróży ze znacznym, planowym opóźnieniem.

 

W przypadku zmian na kolei oczywiste wydaje się to, że jeśli nie wiadomo, o co w nich chodzi to zapewne chodzi o pieniądze. O nasze – pasażerów PKP – pieniądze. Pociągi Intercity są drogie tak bardzo, że czasami rozsądniej jest gdzieś polecieć samolotem niż pojechać pociągiem. Ale z drugiej strony nie zawsze tam gdzie chcemy dotrzeć są lotniska.  Kupując bilet za spore pieniądze spodziewany się, że jakość usługi będzie dostosowana do jej kosztów. I zdecydowanie wagony Intercity są lepsze, jeśli porównywać je z innymi wagonami kolejowymi, które tylko z nazwy są dla ludzi. Jednak, jeśli chodzi o punktualność, to tu jest zdecydowanie jak zawsze, czyli źle. Zmiana polega więc na tym, że teraz będę mógł za wielkie pieniądze posiedzieć sobie w klimatyzowanym wagonie w jak zawsze spóźnionym pociągu.

 

Podejrzewam, że Tanie Linie Kolejowe jak sama nazwa wskazuje, będą czymś w rodzaju pociągu widma, gdzie w starych, nieogrzewanych wagonach, na plastykowych ławeczkach będą podróżować pasażerowie drugiej kategorii. Ci, co ich na Intercity nie było stać. Tani pociąg, więc i komfortu żadnego nie będzie. Nie mówiąc już punktualności. W wagonach TLK nie będzie zdecydowanie klimatyzacji chyba, że ktoś wybije szybę. Znikną miejscówki, co zapewne zagwarantuje tłok i stanie na korytarzach podczas podroży. A jeśli nawet jakimś cudem uda nam się dostać do przedziału, to do ośmioosobowego. Składy TLK będą podróżować wolniej niż Intercity, co oczywiście nie jest żadną niespodzianką. Istne pociągi dla pospólstwa w odróżnieniu od tych dla bogatych z Intercity.

Przyznać jednak należy spółce PKP Intercity, że jeśli chodzi o nazewnictwo to zdecydowanie do szybkości podróży nie pasowały stare nazwy. Przecież już od dawna wiadomo, że pociągi PKP to żadne tam ekspresy. Bo ta nazwa to raczej z szybkością się kojarzy. Spółka kolejowa ma rację, jeśli chodzi też o pociągi pospieszne. Przecież to nienormalne żeby nazywać pociągiem pospiesznym coś, co wlecze się ponad dwie godziny na stukilometrowej trasie. Raczej powinny się one nazywać pociągami wolnobieżnymi, bo taka nazwa lepiej do nich pasuje.  

 

dziennik pesymistyczny

Życie na podsłuchu

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Żyjemy w kraju, w którym nawet przyjaciel może okazać się agentem Tomkiem, a każda prywatna rozmowa telefoniczna, może okazać się podsłuchiwana przez służby.  W takim kraju jak nasz można szybko nabawić się paranoi. Codziennie w tym samy kiosku kupuję gazetę. Zawsze ze sprzedającym tam Panem Grzesiem przy okazji takiego spotkania wymieniamy poglądy na tematy ogólne, dotyczące polityki, funkcjonowania państwa oraz na temat lokalnych działaczy politycznych. Jednym słowem plotkujemy tak przez chwilę. Ostatnio jak już spakowałem kolejną porcję gazet do teczki, zorientowałem się, że nie zabrałem z domu portfela. Pan Grzesio, choć znamy się tylko przelotnie, z tych naszych dziesięciominutowych zakupowych plotek, zaproponował, że on mi tę moja codzienną porcję gazet po prostu podaruje , a ja mu zapłacę jak będę u niego następnym razem.

 

Powiecie – miły i uczynny człowiek. Ale w świetle ostatnich wydarzeń z udziałem służb specjalnych zacząłem się zastanawiać czy moja skromna osoba, nie jest przypadkiem inwigilowana. Przecież Pan Grześ, jowialny, miły i uczynny człowiek może być podstępnie mnie oplatającym siecią intryg agentem Grzesiem. A ja jak  nic przyjąłem korzyść majątkową, choć przyznaje, że nieznacznej wartości ale zawsze korzyść.  Co prawda żaden tam ze mnie celebryta, ale zawsze przecież nawet aresztowanie takiego małego misia można przerobić medialnie na wielki sukces służb specjalnych. W imię zasady dajcie mi człowieka a paragraf zawsze się znajdzie. Czy to możliwe, że przez to wręczenie gazet przyjąłem korzyść majątkową? Przecież nie dalej jak wczoraj Pan Grzesio prosił mnie o drobną przysługę. I zrobiło mi się gorąco z wrażenia. Już zacząłem się rozglądać za facetami w kominiarkach. Przecież to układa się w czytelny schemat. Agent Grzesio od roku metodami operacyjnymi wydobywa ode mnie informacje. Zaprzyjaźnia się ze mną. Następnie prosi o pomoc w załatwieniu sprawy. Ja mówię, że spróbuję pomóc, a już następnego dnia dostaję od niego korzyść majątkową zawartą w tych darmowych gazetach. Fakt, że minimalną korzyść w sensie materialnym, ale to przecież moje relatywne odczucie tej sprawy. Jak tylko dotarłem do pracy pożyczyłem pieniądze. Następnie wróciłem do kiosku i tam w obecności świadków, z kolejki po gazety, oddałem to, co byłem winny Panu Grzesiowi oraz skrzętnie zachowałem paragon z kasy do ewentualnej kontroli.

 

Czyli może jednak mam paranoję? Choć jestem nikim, to przecież może tylko mnie się tak wydaje? Może gdzieś tam dla kogoś stanowiłbym jakąś wartość w statystycznych wynikach aresztowań? Może ten Pan, co go widziałem ostatnio na dachu kamienicy naprzeciwko mojej pracy ubrany na czarno i z zasłoniętą twarzą to nie kominiarz, ale tajny agent? Czy mój telefon jest podsłuchiwany? Czy jak ktoś jest dla mnie miły i stara się ze mną zaprzyjaźnić to znaczy, że jest potencjalnym agentem czy agentką? Tak… niewątpliwie zaczynam się bać. Zaczynam mieć paranoje. Mam przewidzenia, że ktoś mnie śledzi i podsłuchuje, ale czy jest to tylko wina mojej skrzywionej psychiki, czy też życia w kraju, w którym aż dziewięć służb specjalnych może mnie podsłuchiwać. Ale czy podsłuchuje? Pewnie nie, bo i po co lecz ważniejsze jest tu to, że mogą to zrobić w każdej chwili. Służby specjalne mogą przez pięć dni bez zgody sądu stosować podsłuch w sytuacjach, które same autorytarnie uznają za nagłe. W tym czasie muszą one wystąpić o taką zgodę do sądu – jeśli sąd jej nie wyda, z dalszego podsłuchu trzeba zrezygnować, a już zdobyte nagrania muszą być zniszczone. Ale czy na pewno tak się stanie?

 

 

dziennik pesymistyczny

Nie przystosowanie do zarabiania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Chodzisz do pracy, której nie lubisz, żeby kupować rzeczy, których nie potrzebujesz. Czy Ty też, jak ja, nie możesz pozbyć się z pamięci tego filmowego zdania, które jest we mnie zawsze? Ta zależność: praca – kupowanie – praca jest we mnie i powraca jak mantra. Nie mogę przestać myśleć, że tak właśnie wygląda moje życie. Jestem w zamkniętym kręgu zarabiania i wydawania pieniędzy. Czy jak nagle zapragnę przestać być niewolnikiem i opuszczę zaklęte rewiry konsumpcji i zarabiania to bardzo szybko trafię poza nawias społeczeństwa? Stanę się bytem nijakim? Zapomnianym kloszardem, co to pod mostem z butelką taniego wina. Bo alkohol tylko da mi zapomnienie od tego świata, który na własne życzenie opuściłem by się uwolnić.  Bo wybór jest prosty. Albo zarabiam albo mnie nie ma. Bez pieniędzy jesteś nikim. A wmawiają mi o dzieciństwa: musisz zarabiać żeby żyć. Musisz być kimś. Jestem w wielkim, ogromnym obozie pracy gdzie, codziennie miły ochroniarz kieruje mnie grzecznie, lecz stanowczo do odpowiedniej pracy. Jest miły, bo zdecydowałem się do pracy podążyć, jak co rano. Jeśli jednak zdecydujesz się na zmiany codziennego cyklu?

 

Jeśli wolisz być niż mieć to ochroniarz już nie będzie taki miły. Pozbawi Cię wszystkiego. Bo przecież wszystko, co masz wymaga pieniędzy. Masz dom? Kupiłeś go za pieniądze. Jeśli nie stać Cię było na zakup za gotówkę, bo nie wywodzisz się z rodziny nadzorców to pewnie masz dom na kredyt. Tym samym przykułeś się do swojego miejsca pracy kolejnym łańcuchem zależności. Masz samochód? Czyżby na kredyt? Kolejny łańcuch. Teraz musisz jeszcze na benzynę zarobić. Chcesz jeść to musisz coś kupić, aby zapakować jedzeniem lodówkę kupioną na raty. Żeby lodówka działała musisz zapłacić za prąd. A jeśli zapragniesz poczytać książkę a nie iść do pracy? To szybko zostaniesz z tą książką na ławce w parku. Bo przecież bez codziennego kieratu zarabiania, bez przymusu pracy nie będzie już domu, jedzenia, ubrania.

 

Urodziłeś się w wiezieniu. Tam już od małego nadzorcy przygotowywali Cię do roli niewolnika. Jeśli byłeś dość sprytny sam mogłeś zostać nadzorcą. To jedyne Twoje poczucie niezależności i wolności.  Jeśli miałeś odpowiednie talenty sam mogłeś stać się ważny na tyle, że inni nadzorcy pozwolą ci budować jeszcze wyższe mury więzienia. Jesteś trybem maszyny, co to na ósmą do pracy i tam przykuty do biurka do szesnastej. Potem chwila wytchnienia w domu i znów do pracy. Bo ty musisz pracować, po prostu takie jest twoje przeznaczenie. Bo jak nie pracujesz to właściwie Cię nie ma. Nie masz gdzie mieszkać, nie masz co jeść, nie masz prądu, wody, ogrzewania, ubrania, twoich ulubionych książek, kontaktu ze światem, bo nie ma Internetu. A jeśli porzuciłeś pracę lub ona porzuciła Ciebie i jeszcze coś masz to tylko z łaski nadzorców lub tych, co widzą, że jesteś niedostosowany do takiego życia i dzielą się Tobą tym, co już im niepotrzebne.

 

Jesteś wolny, choć za razem nie wolny. Masz wolną wolę zawierającą się jedynie w wyborze jeść lub nie jeść? Bo jeśli wnerwi Cię praca za tysiąc złotych. Jeśli wolisz spacer, książkę, niż stanie przy maszynie pod czujnym okiem nadzorcy. Zawsze możesz się uwolnić radykalnie po prostu nie jeść i nie kupować i nie opłacać rachunków. Ale czy wolność musi oznaczać śmierć społeczna czy fizyczną? Zawsze znajdzie się z tysiąc moralizatorów, którzy powiedzą: nie musisz pracować za tysiąc złotych. Znajdź pracę za osiem tysięcy. Zarób tyle, żeby potem samemu zostać nadzorcą. Zarób tyle żeby nic nie robić. Pewnie jest to wyjście, ale przypomina mi to wybór między kajdanami z żelaza a kajdanami ze złota. Wiem, bo każde dziecko to wie, takie jest życie. Ale czy nie warto przynajmniej spytać, po co takie życie? Jeśli nie można tego zmienić to, po co żyć w ten sposób? Praca uczyniła mnie wolnym? Zapłaciłem, kupiłem i uiściłem, więc mogę zacząć od nowa zarabiać żeby zapłacić, kupić i uiścić. 

 

Jesteś niewolnikiem przykutym do biurka czy maszyny. Jesteś jej częścią składową w wielkiej maszynerii społecznych i państwowych zależności. Bez ciebie nie istniałoby to wszystko. Więc choć możesz teoretycznie powiedzieć: mam dość! Nie idę jutro do pracy. Nie chcę być zniewolony przez przymus zarabiania, to właściwie nie możesz tak postąpić. Jeśli oczywiście nie jesteś samobójcą. Po co narzekam? A co mi pozostało. Nic już nie masz swojego do końca tylko wszystko na raty. Tylko to moje narzekanie na rzeczywistość jest tak naprawdę moje i nie należy w czterdziestu procentach do banku. Zmiany są możliwe, ale czy mnie na to stać? Czy jestem na tyle silny żeby być sam przeciw wszystkim i wszystkiemu? Szukam tego nadal w sobie i to, co pisze jest tego wyrazem. Ja homo sapiens zarabiający, który nadal wybieram mniejsze zło.

 

dziennik pesymistyczny

Kłamstwo, czyli prawda tendencyjna

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Kłamstwa wielokrotnie powtarzane stają się prawdą – jak to trafnie ujął niemiecki mistrz propagandy Paul Joseph Goebbels. Od czasów, w których to zdanie zostało przez niego wypowiedziane minęło wiele czasu. Ich autor już dawno rozłożył się w proch, a jego tysiącletnia rzesza, której był rzecznikiem zamieniła się w pył. A jednak te jego słowa o kłamstwie przeistoczonym w prawdę ciągle są żywe. Zapewne nikt ze współczesnych powtarzaczy kłamstwa, które ma się stać prawdą nie przyznałby się do fascynacji małym brunatnym potworkiem z dawnej wielkiej rzeszy. Pewnie też niewielu z propagandzistów swej własnej prawdy nigdy nie słyszało tego przytoczonego na początku tego tekstu zdania. Ale za to z pewnością ich wypowiedzi przesiąknięte są do cna tym kłamliwym powtarzaniem dla uzyskania swej własnej wizji prawdy.

 

Cała Polska mogła zobaczyć w telewizji TVN jak pewna zakonnica bije po twarzy i szarpie za włosy niepełnosprawną dziewczynkę. Był to ewidentny utrwalony na filmie przykład przemocy wobec dziecka. Nikt przy zdrowych zmysłach nie zaprzeczałby temu, co widać było na nagraniu. Jednak znalazł się jeden, co to nawet jak zobaczy, to nie uwierzy, że możliwa jest przemoc z ręki zakonnicy wobec niepełnosprawnego dziecka. Dziennikarze pokazali materiał, który sfilmował przypadkowy turysta, staroście augustowskiemu. Tego urzędnika jednak nie przekonało to, co zobaczyły jego własne oczy. – Może ktoś się za siostrę przebrał? – rzekł w wielkim swym przekonaniu o niemożliwości dokonywania czynów niegodnych i niemoralnych, przez ludzi w habitach.

 

Miał zapewne nadzieje, że jak będzie się trzymał swej wersji prawdy i ją wielokrotnie powtarzał to ona stanie się prawdą obowiązującą.  Faktycznie, potem starosta zmienił zdanie i krewką zakonnicę zwolnił z posady w domu opieki. Ale mam jakieś takie wrażenie, że on naprawdę nadal wierzy, że to zakonnica w przebraniu mu taki medialny wstyd na całą Polskę zapewniła. Czyli przekonał do swej prawdy przynajmniej siebie samego. Sprawą znęcania się nad dziećmi z domu opieki, prowadzonego przez siostry franciszkanki zajęła się augustowska prokuratura. Mam jednak przekonanie graniczące z pewnością, że siostry zakonne nadal na rozprawach sądowych, jeśli do takich oczywiście dojdzie, będą twierdzić, że zakonnica widoczna na filmie po prostu się broniła. Przecież w prawie wszystkich komentarzach do nagrań, urzędnicy nadzorujący dom opieki, oraz siostry ze Zgromadzenia Sióstr Franciszkanek Rodziny Maryi mówiły, że w całej sytuacji nie widzą nic złego. Że to, co widać na filmie to przykład samoobrony w wykonaniu siostrzyczki zakonnej.

 

– To było w jakiejś obronie koniecznej. Ja tutaj nie widzę wyraźnie, żeby ona targała ją za włosy. Ona trzyma ją za głowę – twierdziły siostrzyczki, gdy dziennikarze TVN poprosili o komentarz do nagrań. Naprawdę trzeba mieć głęboką wiarę w dobro zakonnicy żeby na nagraniu zobaczyć, że niepełnosprawna dziewczynka sama uderza twarzą w rękę zakonnicy a następnie podstępnie atakuje ją własnymi włosami. Siostrzyczka tylko humanitarnie przytrzymuje ją za włosy, aby się nie wyrywała. Faktycznie istne miłosierdzie. Ale przecież jak się powtórzy kłamstwo wiele razy to stanie się prawdą. A cały film z przemocą wobec dzieci to przecież nagrania tendencyjne, jak stwierdziły przełożone siostry zakonnej.

 

dziennik pesymistyczny

Może pijak, ale nadal Pan

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 42

Pijany to nigdy nie ma racji, jak Cię mundurowi zatrzymają to nawet jak będziesz po jednym piwku, a im się nie spodobasz to jak nic trafisz na dechy – usłyszałem wczoraj przez przypadek rozmowę dwóch Panów na ulicy. Faktycznie nasz naród trunkowy, za kołnierz nie wylewa to i pewnie nie raz trzeba zbierać z ulic tych, co to nie dotarli do własnych domów z powodu zbyt dużego spożycia. Ale skąd takie uogólnienie i wmawianie wszystkim nawet tym pijącym sporadycznie, że są osobami posiadającymi poważny problem z alkoholem. Prawie zawsze, nawet jak ktoś jest w stanie wskazującym jest spokojny i nieawanturujący się to i tak nie ma szans w przypadkowych kontaktach z władzą, bo zawsze jak nawet jest ofiarą a nie napastnikiem to koronnym argumentem przeciw niemu jest to, że osobnik był pijany.

 

Wracasz do domu, z przyjęcia u cioci gdzie wypiłeś lampkę wina. Masz to nieszczęście, że Cię napadnięto. To i tak właściwie jest w tym zdarzeniu trochę twojej winy boś przecież pił alkohol. Choć tak naprawdę to jeden kieliszeczek słabiutkiego winka pływa w twoich trzewiach – to jesteś winny, a już na pewno nie wiarygodny – boś pijany. Chyba trzeba rozciągnąć znane hasło: piłeś nie jedź na nowe: wypiłeś nie ruszaj się z miejsca wypicia aż do całkowitego wytrzeźwienia. Bo nawet niewinny spacer może zaprowadzić spożywającego do izby wytrzeźwień.

 

Wracałem ostatnimi czasy do domu piechotą z imprezy u znajomych, na której oprócz dobrego jedzenia był też alkohol. Wypiłem na przyjęciu kilka drinków, co skłoniło mnie oraz jeszcze kilku moich współbiesiadników do spaceru do domu. Liczyłem, że w ten sposób pozbędę się z organizmu tych alkoholowych procentów. Podczas wieczornej przechadzki staraliśmy się przemknąć ulicami mojego prowincjonalnego miasta w ten sposób, aby nie rzucać się w oczy wystającym w bramach kamienic osobnikom. Szła sobie tak nasza wesoła gromadka spokojnie i choć zdarzało się, że któryś z nas zbyt głośno dyskutował ze swym towarzyszem spaceru, to w trosce o nasze bezpieczeństwo i spokój w mieście wzajemnie się uciszaliśmy. Faktycznie byłem w stanie, który służby mundurowe zakwalifikowałyby, jako wskazujący na spożycie, ale przecież daleko mi było do kroków nieskładnych.

 

Zbliżałem się do domu, więc pożegnałem się ze znajomymi, i pustawą o tej porze ulicą podążałem dalej do celu. Krok miałem zdecydowany, a że było mi raczej zimno to i tak nie miałem ochoty na śpiewy i głośna rozmowę z samym sobą. Nie śledziłem węża, nie tropiłem z nosem przy ziemi, nie zataczałem się tanecznie od krawężnika do krawężnika – po prostu zdecydowanie podążałem tam gdzie czekało na mnie ciepłe łóżeczko. Skręciłem za róg ulicy i tu nagle wyrosło przede mną jak spod ziemi dwóch Panów w czarnych ubrankach oraz w jaskrawych kamizelkach z napisem wskazującym, że to oni tu strzegą porządku o nocnej porze. Starałem się ich grzecznie wyminąć, ale usłyszałem, że mam się zatrzymać oraz natychmiast wylegitymować. Zmroziło mnie, bo mam taką traumę z dawnych czasów i na widok munduru dostaję dreszczy, ale przypomniałem sobie, że przecież teraz to oni nam obywatelom wolnego państwa służą i nas bronią, więc poczułem się pewniej. I to mnie zgubiło. Odniosłem wrażenie, że powinienem zapytać o powód zatrzymania mojej skromnej osoby przez patrol umundurowany. A na dodatek jakoś tak mi się zebrało na wywód na temat wolności i praw obywatelskich. W tak zwanym „międzyczasie” z trudem, bo jakoś zaplątałem się we własnej garderobie, znalazłem jednak dowód osobisty, który przedstawiłem do wglądu organom porządku publicznego w liczbie dwóch Panów w czerni z jaskrawymi akcentami.

 

I tu nagle mój nastrój radości nagle się zmienił radykalnie. Ku mojemu ogromnemu zdziwieniu okazało się, że jestem z tymi panami po imieniu. To znaczy oni ze mną są zaprzyjaźnieni, bo zwracali się do mnie per – Ty. Gdy bardzo grzesznie zapytałem czy ja też mogę poznać ich imiona, bo jak widzię znamy się, ale jakoś nie mogę sobie przypomnieć okoliczności poznania. To nagle zrobiło się nie bardzo przyjemnie. Ja nagle z osoby po kilku drinkach awansowałem na pijaka, co to nie powinien się odzywać. Po chwili dowiedziałem się też, że jak się zaraz nie zamknę to wyląduję na dołku szybciej niż zdążę to nawet zauważyć. Panowie w mundurach dali mi jasno do zrozumienia, że jak się nie zamilknę to oni już będą wiedzieć, co ze mną, pijakiem zrobić. Oczywiście nie obyło się tu bez kilku grubszych słów w stosunku do mnie, których nie przytoczę, ale każdy pewnie je zna z zapisów rozmów telefonicznych polityków podsłuchiwanych przez spec służby.

 

Zmroziło mnie i faktycznie wyłączyłem mowę wielce skruszony. Ale zabolało mnie, bo ja naprawdę nie byłem pijany, nie byłem też awanturny tylko tak jakoś mi się zebrało na otwartość w stosunku do przedstawicieli władzy. A tu nagle taka niespodziewana reakcja z tym pijakiem, co to zaraz wyląduje w klatce do wytrzeźwienia, bo się niestosownie odezwał. A ja przecież tylko grzecznie zapytałem o powód Jego protekcjonalności i fraternizacji funkcjonariuszy w stosunku do mojej osoby.

 

Bardzo daleki jestem od tego żeby nie doceniać pożytecznej pracy mundurowych, co to muszą się użerać, co noc z nietrzeźwymi. Naprawdę doceniam ich zaangażowanie, ich trud i ciężką służbę. Ale mam tylko taką maluteńka prośbę o to, żeby traktować nawet pijanego, lub tak jak w moim przypadku leciuchno zaprawionego z szacunkiem. Bo przecież, choć po kilku głębszych to jednak nadal mam swoje prawa. I zasługuję nie na tego Pana Pawła, a nie od razu pijaka. Bo przecież spożyłem alkohol za cenę zawierająca wysoką akcyzę, kupiłem go w legalnym sklepie, zapłaciłem za niego podatek VAT, więc w jakieś tam części sfinansowałem istnienie państwa zatrudniającego funkcjonariuszy w mundurach. Więc proszę z większym szacunkiem do mnie oraz do innych pijących.

 

dziennik pesymistyczny

Statystycznie nieszczęśliwy

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Przeciętny, czy jak kto woli szary obywatel mojego miasta na prowincji, to osobnik żyjący na niziuteńkim poziomie cywilizacyjnym. Nie za bardzo wykształcony, biedny i chorowity jest ten mój statystyczny szarak miejski. Jak go o coś zapytać po angielsku czy po niemiecku to za nic nie zrozumie, bo nie bardzo w tych językach obcych jest biegły. Choć tą nieznajomość mowy angielskiej to bym mu jednak wybaczył, temu przeciętniakowi pospolitemu. No, bo przecież on i tak nie za bardzo majętny, pieniędzy nie ma i mieć nie będzie to i pewnie całe życie spędzi w mieście rodzinnym i styczności z obcokrajowcami mieć nie będzie. A i tu gdzie zamieszkuje prowincjusz statystyczny, nieczęsto jest okazja do konwersacji w języku Szekspira czy Goetthego. Ale tak naprawdę to jak sobie przypominam z własnych obserwacji to przeciętny mieszkaniec Wielkiej Brytanii też raczej nie włada trzema językami obcymi. Brytyjczyk przeciętniak ogranicza się w komunikacji werbalnej do swej ojczystej mowy. To może ten mój szarak ze statystyk nie jest tak daleko za przeciętniakiem Europejczykiem.

 

Taki obraz statystycznego mieszkańca mojego miasta wyłania się z przeprowadzonych badań i analiz w ramach europejskiego projektu Diagnoza Społeczna 2009. W obecnej, piątej edycji Diagnozy, przepytano dwadzieścia sześć tysięcy osób w wieku powyżej 16 lat, w tym mieszkańców naszego miasta. Moi współobywatele okazali się jednak naprawdę nie wierzyć w to, że kiedykolwiek w naszym mieście będzie lepiej. A ja dotychczas żyłem w przekonaniu, że ze swym pesymizmem pozostaję w pewnej izolacji w stosunku do reszty społeczeństwa. A tu taka niespodzianka! Badania powstają na podstawie przeprowadzanych ankiet a więc mieszkańcy mojego grodu sami wystawili sobie taką złą ocenę.

 

Nasza miejsko – obywatelska samoocena sięgnęła dna i w odpowiedziach na pytania ankieterów wykazaliśmy się kompletnym brakiem optymizmu, co do poziomu i jakości życia w naszym mieście. Tak narzekaliśmy na naszą miejską prowincjonalną rzeczywistość, że w przeprowadzonych badaniach zajęliśmy takie miejsce, jakie nasi piłkarze w rozgrywkach o mundial w RPA, czyli ostatnie wśród trzydziestu sześciu innych miast.

 

Jak się tak przyjrzeć tej diagnozie społecznej mojego miasta to obraz szaraka – przeciętniaka statystycznego nie wygląda dobrze. Szarak przeciętny jest biedny jak mysz kościelna. Nie ma on w domu nawet pralki automatycznej czy komputera. Nie wspominając już o tym, że zdecydowanie nie jest on właścicielem łodzi motorowej czy domu letniskowego. Najlepiej żeby statystyczny nie chorował, bo w tym jego mieście nie ma co liczyć na pomoc medyczną. Dostępność do lekarzy i jakość usług medycznych moi współobywatele ocenili w ankietach tak, że zajęliśmy w badaniu zaszczytne przedostatnie miejsce.

Szarak – przeciętniak – statystyczny mieszkający w moim mieście jak wynika z przeprowadzonych badań jest bardzo nieszczęśliwy. W ankietach w kategorii dobrostan psychiczny wystawili sobie mieszkańcy mojej prowincji klasycznie niską ocenę, co dało drugie od końca miejsce w tabeli. Nikt w tym mieście nie jest zadowolony z całego dotychczasowego życia. Ale jak ma być ten statystyczny mieszkaniec zadowolony i szczęśliwy jak jest coraz bardziej zestresowany. Z badań wynika, że szarak z mojego miasta jest stale nękany różnymi patologiami. A to popadnie w alkoholizm a to znów w narkomanię. Jak nie ma takich ciągotek do uzależnień, to go wysoka przestępczość dopada. Ogólnie tylko usiąść i płakać albo spakować walizki i wyjechać, jak sugeruje autor raportu.

 

Ale nie jest tak źle. Jest w moim mieście jeden zadowolony i szczęśliwy. On optymistycznie patrzy w przyszłość. No może nie jest on jedyny, ale na pewno stoi na czele tej wynikającej z błędu statystycznego mniejszości optymistów. Tym człowiekiem jest prezydent mojego miasta. Przewodzi on jeszcze armii urzędników, którzy uważają, że te pesymistyczne wizje mieszkańców na temat poziomu i jakości życia, które umieściły miasto w badaniach na szarym końcu to tylko ogólnomiejska skłonność do narzekania. A tak naprawdę to idzie ku lepszemu. Dla dobra ogółu mam nadzieję, że to naprawdę tylko skłonność do narzekania, a urzędniczy optymizm jest uzasadniony, bo mimo wszystko nie bardzo chciałbym opuszczać to moje miasto na prowincji.

 

 

dziennik pesymistyczny

Z szacunkiem do komunikacyjnej staruszki

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Stałem sobie dziś rano, w ten mokry jesienny dzień na przystanku czekając na autobus, który tradycyjnie dla tej linii spóźniał się o kilka minut. Zbierałem się w myślach do powiedzenia kierowcy, gdy się już pojawi ze swym pojazdem na przystanku, kilku słów zasługujących na wykropkowanie a odnoszących się do punktualności komunikacji miejskiej. Już ułożyłem sobie w myślach zdania tak mocne w wyrazie i słowach, że nie powstydziłby się ich żaden z podsłuchiwanych obecnie przez służby polityków. Aż tu nagle uświadomiłem sobie, że nie można tak wulgarnie i dosadnie o instytucjonalnej staruszce. Że przecież komunikacja miejska mojego miasta to jedna z najstarszych firm w mieście i należy się jej oczywisty dla jej wieku szacunek. I tak jakoś głupio mi się zrobiło. I nie mogłem już swobodnie ponarzekać na spóźniony autobus, bo przecież korzystam z usług instytucji miejskiej, która jest już w podeszłym wieku a do starszych to raczej trzeba z szacunkiem i z wyrozumiałością. Wszyscy przyzwyczailiśmy się do widoku kolorowych autobusów na naszych ulicach. Są coraz nowocześniejsze, coraz bardziej przyjazne dla otoczenia. Są powszechne i przez to niezauważalne prawie. Mało, kto z pasażerów jadących rano do pracy ma świadomość faktu, że komunikacja autobusowa w moim mieście ma już osiemdziesiąt lat.

 

W tysiąc dziewięćset dwudziestym dziewiątym roku uchwałą Rady Miejskiej, mojego wtedy jeszcze bardziej niż dzisiaj prowincjonalnego miasta, powołano do życia przedsiębiorstwo pod nazwą Miejska Komunikacja Autobusowa. Spółka zakupiła cztery autobusy marki N.A.S., co pozwoliło jej na uruchomienie kilku stałych linii obsługujących pasażerów na terenie miasta. W tysiąc dziewięćset trzydziestym roku firma zwiększyła swój stan posiadania do ośmiu wozów, co pozwoliło już na obsługę ośmiu stałych tras. Pojazdy marki N.A.S. okazały się jednak nie najlepszej jakości. Były niedostosowane do polskich warunków drogowych i dlatego bardzo szybko uległy zniszczeniu. W latach trzydziestych ubiegłego wieku w Polsce, jak i na całym świecie rozpoczął się kryzys gospodarczy, co nie pozostało bez wpływu na sytuację społeczeństwa w moim mieście. Zubożałej w wyniku kryzysu ludności, na było już stać na rosnące koszty przejazdów autobusami miejskimi. W 1931 roku zlikwidowano MKA, a koncesję przekazano prywatnemu przedsiębiorcy, który uruchomił na nowo komunikację miejską. Prywatna spółka zakupiła nowiutkie autobusy Ursus z fabryki o tej samej nazwie. Jednak również to przedsiębiorstwo komunikacyjne nie przetrwało szalejącego w owym czasie kryzysu gospodarczego i komunikacja autobusowa po kilku latach działalności znów została zlikwidowana. Dostrzegam tu pewną analogię do naszych czasów. Mam nadzieję, że tym razem kryzys gospodarczy łagodniej obejdzie się z komunikacją miejską mojego miasta.

 

Kolejny raz autobusy miejskie pojawiły się na ulicach mojej prowincji za socjalizmu – 1 maja 1950 roku. Jak to w tamtych latach bywało właśnie tę datę robotniczego święta wybrano na początek działalności odrodzonej firmy komunikacyjnej. Powstała Miejska Komunikacja Samochodowa. Ta miejska uspołeczniona spółka budżetowa nie dysponowała ani własnym taborem, ani też zajezdnią. Na powstałych wówczas liniach kursowało pięć autobusów marki Leyland, wynajętymi od przedsiębiorstwa Państwowej Komunikacji Samochodowej. W grudniu 1945 roku do portu w Gdyni zawinął angielski statek z darami UNRRA (Organizacji Pomocy i Odbudowy ONZ). Jako dar, statkiem przypłynęły m.in. angielskie autobusy. Autobusy były dwojakiego rodzaju: TD2 z nadwoziem firmy Leyland z roku 1932 i silnikiem benzynowym i oraz TD4c z nadwoziem firmy Weymann z lat 1935-36 i silnikiem wysokoprężnym. Były to autobusy piętrowe, ale i też jednopokładowe i właśnie te ostatnie obsługiwały linie w moim mieście. Najstarsi mieszkańcy opowiadają, że po mieście kursował też autobus piętrowy jednak nie udało mi się potwierdzić tej informacji w żadnych źródłach. W latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku łączna długości obsługiwanych tras wynosiła 21 km. W 1953 roku tabor miejskiej komunikacji powiększył się kolejnych 10 autobusów marki Chausson. Były to pierwszy powojenne autobusy z prawdziwego zdarzenia. I jak na ówczesne czasy całkiem nowoczesne. Autobus zbudowany został na podwoziu Renaulta, z silnikiem na wysokoprężnym firmy Panhard. Warto wspomnieć, że kontrakt na dostawę Chaussonów sfinalizowany był przez Polskie Ministerstwo i Centralę Handlu Zagranicznego w zamian za dostawy węgla. Do końca 1954 roku MPK obsługiwało już pięć linii o łącznej długości 37,1 km. Firma posiadała 10 autobusów, z czego codziennie po mieście kursowało siedem. Spółka nie posiadała w tym czasie pogotowia technicznego, a do uszkodzonych autobusów wyjeżdżały pojazdy z zaprzęgiem konnym.

 

Zważywszy na te osiemdziesiąt lat historii warto czasem wybaczyć staruszce to, że czasem ledwo zipie, że się spóźnia, że w autobusie zimno, bo jak wynika z historii nigdy nie było jej łatwo a ona, ta nasza komunikacja miejska trwa dzielnie przez te wszystkie lata. I robi, co może żeby dostarczyć nas z miejsca na miejsce, więc może tak z większym szacunkiem do staruszki.

 

dziennik pesymistyczny

Eutanazja zielonego miasta

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Dwieście pięćdziesiąt drzew pójdzie pod topór miejskich drwali w moim prowincjonalnym mieście. Magistrat, a właściwie jego rzeczniczka w swoich wypowiedziach dla prasy, twierdzi, że miasto nie chce usuwać zdrowych drzew. Drwale z urzędu chcą wyciąć jak mówią tylko drzewa chore lub uschnięte. Urzędnicy jak zawsze w takich wypadkach dla uspokojenia opinii publicznej twierdzą zgodnie, że w miejsce wyciętych drzew zostaną posadzone nowe. Takie tłumaczenie jest tradycyjne od lat tylko jakoś tak nie widać w mieście tych wielgachnych nasadzeń zieleni, które obiecuje urząd od lat. A jeśli nawet nowe drzewa pojawiają się w moim mieście to ich żywot jest krótki. One po prostu przez brak opieki i wandalizm spokojnie sobie umierają. Statystycznie jest wszystko dobrze, bo nawet jak wytnie się ponad dwie setki drzew to w ich miejsce miasto statystycznie wykazuje się posadzeniem powiedzmy pół tysiąca nowych. Tylko, że z pięciuset nowych drzewek przeżywa pierwsze trzy miesiące, nie więcej niż dziesięć procent.  Ale nikt miastu nie może zarzucić, że nic nie robią poza wycinką.

 

A jednak tak jest, bo przecież, jeśli drzewa są chore to nie zapadły na zdrowiu tak jakoś nagle i to w ilości, którą spokojnie można nazwać epidemią. Zapewne ich obumieranie trwało latami a więc dlaczego nikt z miejskich drwali z wydziału środowiska nie zauważył, że drzewa chorują. Mam nieodparte wrażenie, że urzędnicy miejscy odpowiedzialni za zieleń na mojej prowincji zauważają problem choroby drzew, gdy są już one w stanie agonalnym. Może liczą na to, że schorowane drzewo wybierze się do nich do urzędu, jak chory człowiek z katarem do lekarza i samo poprosi o pomoc w ratowaniu swego zdrowia? A może czekają aż drzewa poświęcą jedno z nich na papier. Potem kolejne z nich stanie się węglem drzewnym i dzięki takiej przemianie i poświeceniu zdołają napisać podanie o ratowanie ich życia. Wiadomo przecież powszechnie, że w urzędach najważniejsze są podania. Chyba naprawdę urzędnicy miejscy uwierzyli w moc przemieszczania się drzew i w możliwości ich kontaktu werbalnego ze środowiskiem urzędników, bo jak wytłumaczyć to, że nikt nigdy nie słyszał o zamiarze ratowania drzew, o ich leczeniu. Zawsze sprawy rozwiązuje się ostateczną wycinką. Zapewne magistrat uważa, że jeśli się drzewa nie skarżą to znaczy, że nie chorują. A jeśli zachorują to cóż, jest to dopust Boży, z którym nie warto dyskutować tylko należy poczekać, bo jeśli drzewo się samo uratuje to przecież widocznie miało żyć a jeśli uschnie i umrze to je się wytnie. Całe szczęście, że tej logiki nie stosuje wydział zdrowa urzędu miejskiego w stosunku do ludzi. 

 

Oprócz stosowania w odniesieniu do drzew swoistej eutanazji magistrat mojego prowincjonalnego miasta stosuje też swoistą selekcję gatunkową w stosunku do drzew.  Pod topór mają iść te niedobre drzewa, te już niemodne jak na przykład topole.  Dla konieczności „oczyszczenia kompozycji zaniedbanych” z miejskich parków znikną też jałowce, wiązy, klony, żywotniki, jabłonie, jesiony, lipy, lilaki, berberysy, akacje, śliwa drobnolistna oraz jawory. Oczywiście wszystkie nie były nigdy leczone ot tak sobie postanowiły w tym roku umrzeć, więc miasto z ich wolą usunie ich pnie żeby nie zanieczyszczały kompozycji. Pod piłę trafi nawet jeden dąb szypułkowy, bo „jest samosiejką” co czyni go suchym jak wynika z miejskiego uzasadnienia wycinki. Aby być sprawiedliwym trzeba przyznać, że jest w moim mieście jedna metoda leczenia drzew. Urzędnicy z uporem maniaka stosują metodę walki, że szkodnikami polegającą na owijaniu drzew kasztanowca lepką folią oraz na grabieniu i paleniu liści. Choć z moich obserwacji wynika, że stosuje się tę metodę wybiórczo i nie do wszystkich kasztanowców. Ten system nie bardzo się sprawdza, więc może warto poszukać alternatywy. Znalezienie dla szkodnika wroga naturalnego – grzyba czy owada? Jest jeszcze metoda szczepienia drzew. Więc może warto zmienić nieskuteczną terapię zanim pacjent umrze i trzeba go będzie wyciąć?

 

Nietrudno jest posiąść wiedzę, że do oddychania potrzebny jest człowiekowi tlen. Produkują go drzewa i krzewy. Nietrudno jest też pojąć, nawet czterolatkowi, że jak drzewo jest duże i rozłożyste to produkuje więcej tlenu niż maluteńki patyczek z trzema liśćmi, który dopiero w dalekiej przyszłości ma szanse stać się wielkim drzewem. Czyli może warto stare, wielkie i rozłożyste drzewa jednak leczyć niż je zabijać? Jak wyczytałem w Internecie jeden stuletni buk wydziela średnio tyle tlenu, co tysiąc siedemset młodych buków. Mam prośbę do miejskich urzędników, chciałbym żebyście donosili obywatelem o tym, że uratowaliście dwieście pięćdziesiąt drzew przed zagładą a nie o tym, że macie zamiar je wycinać, gdy już nic się nie da zrobić. Bo lepiej jest leczyć niż zabijać.