Yearly Archives

186 Articles

dziennik pesymistyczny

Emerytura unplugged

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 25

Przeraziła mnie pewna pani z telewizji.  I choć to, co oglądałem w tym czasie to nie był horror, to jednak powiało z ekranu grozą. Pani z telewizyjnego okienka poinformowała mnie, że wszystko wskazuje na to, że w przeciągu najbliższych lat ceny prądu wzrosną w Polsce o ponad siedemdziesiąt procent. Aż tyle! Zmroziło mnie i ściemniało mi w oczach. Ze smutkiem popatrzyłem na palącą się na stole lampę. Wsłuchałem się z ciche mruczenie lodówki oraz posapywanie pracującej zmywarki. Ze smutkiem zajrzałem w ekran telewizora. No tak, pomyślałem, jeśli do tego dojdzie to chyba będę musiał z was zrezygnować drogie sprzęty na prąd. Jeśli teraz płacę jakieś dwieście pięćdziesiąt złotych za elektryczność, to za te kilkanaście lat z paninej przepowiedni będę zmuszony płacić firmie energetycznej prawie pięćset złotych miesięcznie. A na, dokładkę zakładając, że nasza ojczyzna jest w permanentnym stanie kryzysu od jakichś czterdziestu lat to z pewnością nic się na lepsze nie zmienni. A jeśli nawet się coś zmieni to na gorsze, więc moje płatności za energię jeszcze bardziej wzrosną.

 

Zarabiam tyle, że nie bardzo zbliżam się do tej mitycznej przeciętnej krajowej. Więc pewnie nie mam, co liczyć na wielgachną podwyżkę mojego wynagrodzenia, która pokryje ten siedemdziesięcioprocentowy wzrost opłat za prąd, za te najbliższe kilkadziesiąt lat. Pewnie szybciej doczekam się tego, że znów jakiś nowy przywódca narodu i wizjoner gospodarki poradzi mi żebym zacisnął pasa i czekał na lepsze czasy, które nastąpią po okresie kryzysu. Więc z żalem trzeba będzie się pożegnać ze sprzętem domowym działającym na prąd. Może jak już będę w podeszłym wieku to żelazko zniknie z mojego domu? Może pralka? A może nastąpi u mnie wielki powrót do lampy naftowej! Choć pewnie wtedy okaże się, że ceny nafty tak wzrosną, że nie będzie mnie stać na to paliwo.

 

Moje przerażenie pogłębiło się jeszcze bardziej, gdy wyczytałem, że obecne trzydziestolatki, które mają przeciętną pensję, mogą liczyć za kilkadziesiąt lat na świadczenia odpowiadające około sześćdziesięciu procent ich ostatnich miesięcznych zarobków. Upss… no to mnie załatwili. Nie dość, że podwyżka o te siedemdziesiąt procent to teraz jeszcze to sześćdziesiąt procent moich wynagrodzeń przeciętnych wypłacanych, jako emerytura ma mi zapewnić byt godny i przy włączonym elektrycznym świetle. Po roku 2050 ponad 3/4 społeczeństwa będzie miało więcej niż sześćdziesiąt pięć lat. Można przyjąć, że tych szczęśliwców, którzy uzbierali sobie oszczędności, które pozwolą im na pełną niezależność finansową jest znacznie mniej niż tych, dla których emerytura będzie jedynym źródłem dochodu. Więc przyszłość rysuje się bardzo mroczna w sensie dosłownym. Mroczna, bo bez światła, na które po prostu przyszłych emerytów nie będzie stać.

 

Jednego, czego możemy być pewni to tego, że podwyżki cen energii na pewno nastąpią. Jeśli zaś chodzi o nasze emerytury to raczej wszystko jest tu czystą futurologią. Za bardzo nie mogę sobie wyobrazić, że ta część emerytury pochodząca z otwartych funduszy emerytalnych (OFE) będzie tak wielka, że zapewni mi ten upragniony dostęp do elektryczności po opłaceniu rachunków. A obecny kryzys finansowy upewnił mnie w przekonaniu, że lokowanie tam moich pieniędzy przeznaczonych na starość to jeden wielki hazard. Który może i ma swoje plusy, ale ważne żeby te plusy nie przesłoniły nam minusów – jak mawiał klasyk. Na państwo, czyli na Zakład Ubezpieczeń Społecznych odpowiadający za pierwszy filar mojej przyszłej emerytury też nie mam co liczyć, więc pozostaje mi tylko głęboka nadzieja, że przez te lata, które zostały mi do emerytury ktoś wymyśli jakieś tańsze źródło energii i światła. Bo jak nie to czarno to widzę.

dziennik pesymistyczny

Prawa jednego człowieka

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Dziś rano po zerwaniu kolejnej kartki z kalendarza dowiedziałem się, że dziesiątego grudnia obchodzony jest Międzynarodowy Dzień Praw Człowieka. Święto to ma upamiętniać uchwalenie Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka. I tak mi się przypomniał plakat, który widziałem kilka miesięcy temu na ścianie zaniedbanej kamienicy stojącej przy jednej z głównych ulic mojego prowincjonalnego miasta. Afisz sygnowany przez nieznaną mi bliżej organizację anarchistyczną zadawał pytanie skierowane bezpośrednia do czytelnika. Napisano tam wielkimi czarnymi literami: Czy uważasz, że odcinanie wody i prądu jest łamaniem praw człowieka.

 

Nie wiem, dlaczego zapamiętałem ten plakat. Może, dlatego że od tego czasu, gdy go zobaczyłem po raz pierwszy dręczy mnie to pytanie z afisza. Czy jeśli w domu, który wygląda na taki, co to się ma za chwilę zawalić mieszkają ludzie, i ci ludzie są tak biedni, że ich nie stać na opłacanie rachunków za prąd i wodę, to czy odebranie im tych podstawowych zdobyczy cywilizacyjnych w myśl zasady, że nic nie jest za darmo jest słuszne? W zasadzie zgadam się, że wszystko ma swoją wartość. Że jak się korzysta z prądu to on kosztuje. Ale jeśli wyłączenie zasilania następuje zimą to w wyobraźni od razu widzę zmarzniętych i głodnych ludzi.  I już trudniej mi jest zrozumieć twarde zasady kapitalizmu. Jeśli ktoś nie płaci z biedy za wodę to czy należy go jej pozbawić? No chyba nie. Nie mieszkamy przecież w lesie a w mieście, więc jest mała szansa, że człowiek pozbawiony wody a spragniony, tę wodę znajdzie w przeczystym źródełku. Więc jednak pozbawienie kogoś biednego wody i prądu jest złamaniem praw człowieka? No jest czy nie jest?

 

Urodziłem się w Polsce i automatycznie stałem się obywatelem państwa polskiego. Nikt nigdy nie zadał mi pytania czy tego chcę. Z góry uznano, że jak już przyszedłem na świat w tym właśnie miejscu i czasie to jestem tego państwa własnością. No, bo ono akurat wtedy sprawuje tu swe rządy. Mam kochać i szanować swój kraj i jeszcze konstytucyjnie narzucono mi ku temu obowiązek. Mam być wierny i oddany państwu nie zważając na to, jaką aktualnie prowadzi politykę. Mam obowiązek ujawnienia ile to teraz zarabiam i od tego mam płacić podatek, którego granica górna nigdy nie została ustalona. Więc teoretycznie mogę płacić podatki powyżej dziewięćdziesięciu procent, jeśli włodarze mojego istnienia wpadną na taki szatański pomysł. Jeśli płacę te obowiązkowe składki to powinienem wiedzieć, na co są one wydawane. Ale oczywiście jest to tak zagmatwane, że nikt nie jest w stanie powiedzieć gdzie te moje podatki konkretnie trafiają. Czy na nową szkołę przy mojej ulicy, czy na nowy czołg wysłany do Afganistanu? A może ja bardziej od finansowania wojny chciałbym finansować ten właśnie prąd i wodę dla biednych, jak już muszę to płacić przymusowo.

 

I tak ciągle mam wątpliwości czy niełamane są te moje podstawowe prawa człowieka. Pewnie gdzieś na świecie jest zdecydowanie gorzej. Są gdzieś tam tortury, śmierć i zniewolenia, przy których moje problemy są niczym. Ale jak już przyszło mi żyć tu i teraz, to chciałbym żeby te moje podstawowe prawa człowieka były respektowane. A jak jest? No jest jak jest. A usprawiedliwieniem takiego stanu jest to, że przecież u nas jest lepiej niż na przykład w Afganistanie.

 

dziennik pesymistyczny

Pomyśl zanim usiądziesz za kierownicą

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Była kiedyś taka akcja społeczna, która miała odstraszać pijaków od prowadzenia pojazdów pod wpływem alkoholu. Hasłem kampanii była sentencja – Pomyśl zanim usiądziesz za kierownicą. Ale od wczoraj powinna ona mieć przypisek brzmiący: sprawdzić czy nie ksiądz. Po tym jak usłyszałem wypowiedź ojca dyrektora na temat pijanych duchownych za kierownicą wiem już na pewno, że jest jedna przynajmniej osoba w naszym kraju nad Wisłą, która nie myśli. Nie ma refleksji na temat własnych zachowań i słów nie tylko jak ma zamiar zasiąść za kierownicą. Ta osoba duchowna po prostu nie myśli trzeźwo.

 

Od wielu lat ukazuje się w moim prowincjonalnym mieście lokalna gazeta, która walczy z brukowcami ogólnopolskimi na tytuły, które mają zainteresować czytelnika na tyle by go skłonić do kupna tej właśnie gazety. Czym bardziej szokujący i jednoznaczny tytuł – tym lepiej. Dla tej gazety niczym nadzwyczajnym byłby tytuł: pijani mordercy za kierownicą. Lecz tym razem redaktorom najwyraźniej zabrakło polotu i krótka notkę opatrzyli tytułem nie za bardzo krwawym i nie za bardzo morderczym. Czyli typowa medialna notka o typowej sprawie z nietypowym dla tej gazety tytułem. Może, dlatego że ileż to razy można pisać o tym samym, czyli o tym, że po raz kolejny policjanci zatrzymali pijanych kierowców.

 

Z gazety dowiedziałem się, że skontrolowany na pewnej ulicy mojego miasta trzydziesto dziewięcioletni kierowca audi miał ponad 3 promile alkoholu w organizmie. A za to blisko dwa promile wykazało badanie u kolejnego kierowcy, który prowadził ładę. Na innej ulicy policjanci zatrzymali kobietę, która kierowała volkswagenem. Miała 0, 9 promila alkoholu. Za to 0, 8 promila miał inny kierowca, a 0, 54 promila mężczyzna, który kierował mazdą. I to wszystko w ciągu jednej nocy. Rekord? Nie sądzę, raczej norma. Ilu z tych ludzi to katolicy? Nie wiadomo. Ale zapewne wielu, bo przecież każdy Polak to katolik. No przynajmniej, jeśli wierzyć statystykom kościoła o tym, że wierni w Polsce to dziewięćdziesiąt osiem procent obywateli.

 

Ja wiem, że u nas tylko statystycznie, według kościelnych badań oraz nominalnie w wielu przypadkach jesteśmy katolikami. Ale chciałbym żeby, choćby tylko, co dziesiąty z tej wielkiej „wierzącej” masy stosował się podstaw wiary, z którą się identyfikuje. Żeby, choć jeden na dziesięciu mniej więcej kontaktował, że piąte przykazanie Boże zabrania mu zabijania. I chciałbym żeby przynajmniej w tej kwestii stosował się do tej bardzo surowej moralnie wiary, do której przyznaje się choćby uczestnicząc w niedzielnych nabożeństwach. Takie mam marzenie. Ale to tylko chyba taka bezpodstawna wiara, bo jak widać nie jeden z tych, co wypiją jakoś tak nie pojmuje, że może zabić. Ja wiem, czasem jest tak, że pić trzeba, bo życie na trzeźwo jest nie do przyjęcia – jak mawiał klasyk. I jeszcze mogę zrozumieć skacowanego, co to wpada w porannym amoku na pomysł jazdy samochodem. Rozumiem, choć też potępiam. Ale nie mogę znaleźć usprawiedliwienia dla osoby, która chla do nieprzytomności a następnie wsiada za kierownicę i jedzie po śmierć dla siebie i innych.

 

Może i lekko naciągane byłoby to dopasowywanie katolitów do wielkiej masy pijanych na drogach gdyby nie jeden fakt medialny. Pewien ksiądz i zarazem ojciec dyrektor medialnego imperium stojąc przed ołtarzem Boga, którego jak mniemam jest nadal kapłanem, podzielił się ze zgromadzonymi w świątyni refleksją, że jest wśród wyznawców tego Boga jedna kasta, która może naginać dowolnie przykazania Boże! A mnie się naiwnemu wydawało, że w przykazaniach bożych nie występuje dopisek: nie dotyczy osób duchownych. Może tylko ja to tak postrzegam, ale mam prawo do tego słuchając słów księdza Tadeusza bagatelizujących problem pijanych na drogach. – I co, pojechał, lekka stłuczka i krzyczą o tym na cały świat – mówił do wiernych ksiądz dyrektor odnosząc te słowa do księży, którzy zostali zatrzymani przez policję za jazdę po pijanemu. Wydźwięk tych słów jest jednoznaczny. Można czasami jak nikt nie widzi wybrać się na ulice samochodem po pijaku, a już szczególnie jest do tego uprawniony ksiądz proboszcz na przykład.

 

Pamiętam jak kilka lat temu chorwaccy księża zapragnęli, aby nie obowiązywało ich nowe prawo przewidujące zero tolerancji dla pijanych kierowców. Argumentując, że muszą pić wino podczas mszy. Jak nic nasz polski ojciec dyrektor postanowił rozwinąć tą nowatorską propozycję chorwackich duchownych. – Gdzieś, kiedyś zdarzyło się, że ksiądz, duchowny wypił kieliszek koniaku. No podnieście rękę, kto kiedyś nie wypił kieliszka koniaku czy jakiegoś tam piwa? – Dywagował ojciec dyrektor. Na zdrowie. Kieliszeczek koniaczku i za kierownicę. Przecież jest przyzwolenie. Bo nawet ksiądz dyrektor uważa, że można! Czyżby do była jakaś nowa, niestandardowa metoda na jak najszybsze wyprawienie wiernych do nieba?

 

 

 

dziennik pesymistyczny

Śledczy taniec z gwiazdami w komisji

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Czy zauważyłeś drogo Czytelniku dziwaczne podobieństwo między pewną komisją śledczą pewnego parlamentu kraju środkowoeuropejskiego a telewizyjnymi programami pokazującymi szerokiej publiczności przed ekranami niesamowite talenty ludzi, których byśmy o wyjątkowy kunszt nawet nie podejrzewali spoglądając na nich po raz pierwszy? Czyż ostatnia komisja śledcza, nie ma czegoś z atmosfery telewizyjnego show – Tańca z gwiazdami? W tym programie, tak jak w komisji, na początku zastanawiamy przez kilka pierwszych odcinków, kto tu jest naprawdę gwiazdą a kto tylko jest i tańczy? Czy gwiazdami są osoby z jury? Bo wszystko wskazuje na to, że to największe tam gwiazdy. Ale one nie tańczą. Więc może to jednak ci, co przesuwają się na parkiecie? Ale w tym przypadku, jeśli mają status gwiazd, to przecież powinniśmy ich znać choćby z widzenia czy ze słyszenia. A często tak nie jest.

 

Z komisją śledczą jest podobnie. Jest tam kilku panów, co to niewątpliwie na status gwiazdy zasługują, bo w telewizyjnym okienku goszczą częściej niż niejedna domniemana gwiazda z parkietu tanecznego. Jest tam też kilku posłów kompletnie nieznanych, co to dopiero mają być gwiazdorami i usilnie na to pracują. Na razie z twarzy są zupełnie podobni do nikogo. Ich nazwiska nic nam nie mówią, bo i też oni mówili w parlamencie do tej pory nie za wiele, więc niby skąd mamy ich znać. Jest jeszcze jedno podobieństwo między popularnym programem telewizyjnym a komisją śledczą. Bardzo często zdarza się tak, że ten, który był faworytem okazuje się nie spełniać pokładanych w nim oczekiwań. A ten, co to nie był kreowany na najjaśniejszy punkt w gwiazdozbiorze jednak okazuje się największym odkryciem i najjaśniejszym zaczyna świecić blaskiem. I tak trwa ten taniec „powolny, poważny, spokojny, pogodny, półcichy, (…) tłumny, w ścisku”.  W telewizyjnym show w tańcu, a w parlamentarnej komisji w utarczkach słownych i proceduralnych sporach.

 

W telewizji jest taki program w formie konkursu z nagrodami, co to trzeba się w nim wykazać talentem żeby go wygrać. I faktycznie często jest tak, że ten, co ma wrodzony i autentyczny talent naprawdę go wygrywa. Ale jest tam też komisja, która śledzi poczynania pretendentów do sławy i jak tylko coś szanownemu jury się nie podoba to delikwentów skreśla. A nad głowami nieszczęśników od razu pojawiają się złowrogie trzy iksy. Po takim sygnale pechowiec musi przerwać swój występ przed publicznością i opuścić scenę. Z komisją śledczą ostatnio było podobnie. Członkowie komisji wykluczyli ze swojego składu jednego pana i pewną panią, którzy choć prawi i sprawiedliwi, w oczach większości komisyjnej okazali się mieć za duży talent do hazardu. I tak oto nie przeszli do finału. A ja naprawdę miałem wrażenie oglądając doniesienia telewizyjne z sali obrad komisji podczas wykluczania posłów, że nad ich głowami zapaliły się te czerwone iksy oznaczające brak dalszej możliwości występu. I ten smutek przy opuszczaniu sali i te żale w kuluarach na tych, co nie poznali się na ich talencie. No to już prawie tak samo jak w telewizyjnym show.

 

A ja mam takie nierealne marzenie. Ja to bym chciał zobaczyć w końcu nie taniec z gwiazdami w parlamencie, nie to, że ktoś ma talent, ale rzetelną pracę. Takie trudne pytania jak w milionerach chciałbym usłyszeć i sensowne odpowiedzi, które wyjaśnią jak zostaje się właśnie milionerem. Lub przynajmniej niech to będzie jak w teleturnieju Jeden z dziesięciu. Niech po wzajemnych wykluczeniach zostanie przynajmniej jeden, co potrafi odpowiedzieć na wszystkie pytania. Bo jak na razie to z samego tańca nic nie wynika. Choć niewątpliwie, niejeden w tej komisji ma talent.

 

 

dziennik pesymistyczny

Zabronione zgodnie z prawem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

W Polsce jest tak, że co nie jest zapisane w przepisach to od razu, tak z założenia, staje się zakazane. Pewna pani minister z naszego jaśnie oświeconego rządu, w rozmowie z dziennikarzem twierdziła, że nie może obywatel wykonywać pewnej czynności, bo nie ma do tego odpowiednich przepisów prawnych. Nieważna jest tu ta czynność, której dyskusja dotyczyła, ważne jest tu to, że nie wolno, bo jeszcze nikt nie pomyślał o regulacjach ustawowych. Czyli, jeśli nikt nie wydał pozwolenia na oddychanie to zgodnie z tym rozumowaniem nie wolno byłoby oddychać, bo nie ma na to odpowiednich rozporządzeń.

 

Tak naprawdę, to chyba nikt nie wie do ilu przepisów mamy się stosować. Każdy prawie aspekt naszego życia jest uregulowany zakazami i nakazami. A co najciekawsze, jesteśmy zaszachowani jeszcze jednym nakazem. Tym, że nieznajomość prawa nie zwalnia od odpowiedzialności za jego naruszanie. Czyli w zasadzie powinniśmy przed każdą czynnością dokładnie przestudiować wszelkie kodeksy i leksykony prawne w poszukiwaniu odpowiednich dekretów, które odnoszą się do tego, co zamierzamy wykonać. Bo jak nic może to być zakazane. U nas w zasadzie wszystko, co nie jest dopuszczone specjalnym pozwoleniem jest z automatu zakazane.

 

Nie wolno deptać trawników, nie wolno głośno słuchać muzyki, nie wolno się za głośno w kinie śmiać, nie wolno śmiecić, nie wolno palić, nie wolno pić w miejscach publicznych, nie wolno wszystkiego tak ogólnie, a co jednak wolno, to jest o tym mowa w specjalnym pozwoleniu. Oczywiście jest wiele słusznych zakazów, których stosowanie ułatwia nam nasze życie. Powoduje, że nie przeszkadzamy sobie wzajemnie. Powyższe przykłady miały tylko pokazać, że wiele spraw nawet tak oczywistych, że są oczywiste – jak chce klasyk – jest u nas uregulowanych prawnie. Mam takie wrażenie, że państwo reguluje nasze życie w prawie każdym jego przejawie. Nie tylko, jeśli odnosi się do naszego współuczestniczenia w życiu społecznym. Ale nawet wtedy, jeśli odnosi się to tylko do naszej osoby i nie ma najmniejszego wpływu na życie innych ludzi, naszych współobywateli.

 

U nas w każdym urzędzie w zasadzie nic nie można uzyskać tak od razu, bez czekania. Na początku każdej naszej interakcji z urzędem musi się znaleźć nasze podanie o łaskawe rozpatrzenie naszej prośby. Najlepiej jest, jeśli mamy do tego naszego podania jeszcze kilka podkładek z wyciągiem odpowiednich przepisów, żeby urzędnik nie musiał się męczyć i sprawdzać czy przypadkiem nie chcemy zrobić czegoś, czego nie wolno. Jak już złożymy odpowiednie podanie, poprzemy to stosem pozwoleń i uzyskamy tysiące podpisów i jeszcze więcej pieczątek to może się zdarzyć, że nie będziemy mogli czegoś zrobić, … bo nie ma ku temu odpowiednich ustaw. Czuję się jakbym żył w krainie pieczątkowców, do której trafił kiedyś bohater bajki, którą pamiętam z dzieciństwa.

 

Mój znajomy urodził się i wychował w jednym z zachodnich krajów europejskich, gdzie przepisy prawne są stare jak ten kraj właśnie. Gdzie obowiązują nadal prawa, które zostały uchwalone setki lat temu. Otóż ten mój znajomy przekonywał mnie, że u niego w ojczyźnie wszystko, co nie jest zabronione jest w zasadzie dozwolone. A u nas? U nas jest odwrotnie. Wszystko jest z założenia zabronione. Chyba, że jest dozwolone odpowiednimi przepisami. Jesteśmy, więc skazani na życie w Krainie Pieczątkowców – z kompletnym zakazem na wszystko. Chyba, że złożymy podanie i uzyskamy stosowne zezwolenia.

 

dziennik pesymistyczny

Bezstronne i neutralne

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Władze publiczne w Rzeczpospolitej Polskiej zachowują bezstronność w sprawach przekonań religijnych, światopoglądowych i filozoficznych, zapewniając swobodę ich wyrażania w życiu publicznym. To nie jest cytat z radykalno – lewackiej broszurki. To zdanie pochodzi z najważniejszego aktu prawnego, jakim jest Konstytucja Rzeczpospolitej Polskiej.  Na podstawie tego konstytucyjnego zdania mogę chyba wysnuć wniosek, że w Polsce istnieje rozdział państwa od kościoła. Że to, co publiczne, państwowe jest neutralne światopoglądowo a co jest kościelne, wyznaniowe jest sobie wolne i niezależne, i całkowicie oddzielone od spraw państwa i jego obywateli. Takie mam odczucie, kiedy czytam odpowiednie artykuły naszej konstytucji, ale nie mam już takiego przekonania, co do neutralności światopoglądowej naszego państwa, jeśli obserwuję życie wokół mnie.

 

W ostatnich dniach Trybunał Konstytucyjny orzekł, że przepisy dotyczące wliczania ocen z religii do średniej na świadectwie są zgodne z ustawą zasadniczą. No i zgodnie z zasadą nie dyskutowania z wyrokami sądów na tym powinienem zakończyć. Jest takie prawo i nie mam zamiaru podważać kompetencji Trybunału. Sędziowie tak zdecydowali i już. Ale chciałbym tylko tak ogólnie zwrócić uwagę, że po prostu nie rozumiem jak to się ma do tego rozdziału państwa od religii. Od religii rzymsko – katolickiej, bo co do innych wyznań państwo nasze, jest jak najbardziej, a nawet z przesadą bezstronne, obojętne i neutralne. Jeśli państwo jest neutralne wyznaniowo to jest i już i nie powinien nikt mieć, co to tego żadnych wątpliwości. A u nas z jest z goła odwrotnie. Każdy zastanawia się jak w zastałej sytuacji na siłę upchnąć państwo prawie wyznaniowe w konstytucyjne ramy światopoglądowej neutralności. Krzyże w sejmie, w urzędach, szkołach, w gminie i w stolicy wiszą sobie w bezstronnych wobec przekonań religijnych instytucjach państwa. I to z poparciem prezydenta, który skwitował wyrok trybunału w Strasburgu słowami, że: „ nikt nie będzie w Polsce przyjmował do wiadomości, że w szkołach nie wolno wieszać krzyży, nie ma, na co liczyć.

 

A teraz nasz Trybunał konstytucyjny potraktował religię jak każdy inny przedmiot fakultatywny i zgodził się na dalsze obowiązywanie rozporządzenia wydanego w czasach, gdy ministrem edukacji był Roman Giertych, a mówiącego o tym, że religia, jako przedmiot będzie nadal wliczana w średnią z ocen na świadectwie szkolnym. Ciekawe czy oceny z innych zajęć szkolnych, też fakultatywne, takie jak grupa teatralna czy może sportowa też są wliczane w średnią ocen na świadectwie?  I tak oto Trybunał stojący na straży konstytucji uznał, że zgodne z jej zapisami jest to, że w polskiej szkole pod wiszącym na ścianie krzyżem będzie się wystawiać stopnie z religii. Czyli faktycznie jest teraz przyzwolenie na to, że w neutralnej światopoglądowo instytucji państwowej można będzie uczniowi wystawić ocenę za zaangażowanie w życie wspólnoty religijnej. Dostanie szóstkę za uczestniczenie w mszach świętych czy za wyprawę na pielgrzymkę do Częstochowy. Ja jednak zostanę przy swoim twierdząc, że rozporządzenie, o którym teraz wypowiadał się Trybunał jest jednak sprzeczne z konstytucyjną zasadą bezstronności władz publicznych oraz z ustawą o wolności sumienia i wyznania, oraz nijak ma się do zasady bezstronności władz publicznych w sprawach przekonań religijnych.

 

Ale jak to często bywa, spory o młodzież i ich wychowanie swoja drogą, a młodzi ludzie i tak wiedzą swoje i często wybierają drogę na skróty. Kiedyś, gdzieś wyczytałem, że w miastach centralnej i zachodniej części kraju z uczęszczania na lekcje religii rezygnują nawet wierzący i praktykujący uczniowie. Jak to często bywa o rezygnacji z katechezy decyduje przede wszystkim lenistwo lub chęć bycia innym, czyli tym, co to nie chodzi na religię, bo inni tam uczęszczają. Z tego samego tekstu z gazety pamiętam, że prawie połowa młodzieży szkolnej nie uczestniczy w lekcjach religii. Potwierdzają to badania kościelne. Uczniowie pojęli, że teraz będą musieli na ocenę zapracować. To znaczy, że będą musieli opanować przewidziany program, że będą z tego oceniani i będzie coś od nich wymagane. Zgodnie z zasadą nie przysparzania sobie dodatkowego zajęcia, z uczestnictwa w katechezach po prostu zrezygnowali. I w ten sposób życie dopisało swoje do światopoglądowego sporu.

 

dziennik pesymistyczny

Jednym telefonem

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Dali mu paszport! Tak, ale pamiętaj po czyim telefonie mu dali…. Pamiętasz drogi czytelniku scenę z pewnej polskiej komedii, w której pada ta właśnie odpowiedź na wątpliwości pewnej pani – bohaterki tego filmu – związane z przyznaniem paszportu osobie, która normalnie na ten dokument w mrokach komunizmu nie miał szans. Takie to były czasy, że jeden telefon z wysokiego biura lub właściwego urzędu, otwierał wszelkie drzwi i przyspieszał wiele sprawy. Upłynęło wiele czasu od tych lat, o których opowiada komedia. Wydawałoby się że zdanie, które cytuję na wstępie tego tekstu jest już nie aktualne. No i może tak właśnie jest, jeśli chodzi o paszporty. Taki dokument ma teraz każdy w domu i nie koniecznie trzeba mieć poparcie z właściwego telefonu, aby go otrzymać.

 

Sprawy dotyczące paszportów faktycznie się zmieniły. Ale ponadczasowa i wiecznie żywa jest instytucja telefonu z ważnego miejsca, urzędu lub od wyniesionej ponad szare masy osobistości, który w sposób błyskawiczny załatwia to, co do tej pory nie było możliwe do załatwienia. W Polsce zmienił się nawet ustrój polityczny. U władzy są całkiem inni, nowi ludzie, ale jak widać mentalność się nie zmieniła. Jak u nas jest w gminie źle i nie można na to nic poradzić, bo urząd jakiś taki powolny, to wystarczy zadzwonić do pani redaktor z telewizji, lub do pana redaktora z gazety. Opowiedzieć, z czym mamy problem i jeden telefon z właściwej redakcji załatwi to, co do tej pory było nie do załatwienia w naszej gminie.

 

I mogłoby się wydawać, że problem ważnych telefonów załatwiających sprawy od ręki dotyczy tylko prowincji i maluczkich urzędników paraliżowanych przez głos w słuchawce należący do wielmożnych panów ze stolicy.  Ale jak uprzejmie doniosła mi telewizja, wystarczył jeden telefon do naszego premiera, a już nasi żołnierze szykują się do zwiększenia polskiego kontyngentu w Afganistanie. Wystarczył jeden telefon prezydenta Stanów Zjednoczonych Baracka Obamy, aby już następnego dnia wiadomości telewizyjne podały, że istnieje możliwość, iż nasze wojska zamiast wycofać się z wojny raczej się w nią bardziej zaangażują. Tu w kraju, siedemdziesiąt procent społeczeństwa nie chce obecności Polaków na tej wiecznej wojnie. Trwa nieprzerwana dyskusja o tym, że powinniśmy się z tej wojny jak najszybciej wycofać, a tu telefon z Waszyngtonu, jeden telefon wszystko zmienia. Jest nowa strategia sił NATO w Afganistanie! Ale pamiętajmy po czyim telefonie ona powstała… ta strategia.  

 

Zadziwia mnie, że niektórzy ludzie potrafią załatwić wszystko jednym telefonem. To niesamowita umiejętność tak zadzwonić i podczas jednej rozmowy załatwić sprawę tak ważną, że inni potrzebują na to samo kilkunastu spotkań twarzą w twarz. Jeszcze bardziej chciałbym mieć taką moc, że wystarczyłby mój jeden telefon, a już sprawa zaczęłaby być załatwiana, od razu nabierałaby tempa i oczywiście znalazłaby swój szczęśliwy finał. A impulsem do przyspieszenia byłby właśnie ten jeden, ważny telefon z mojej strony. Ale wiem, że ja to nie prezydent USA. Jo to najwyżej mogę tu sobie ponarzekać, że nikt nie pyta mnie o zdanie w sprawie wojny w Afganistanie. Ja to się tylko mogę przyglądać jak wystarczył jeden telefon do naszego premiera i już sprawa, która nie bardzo była do załatwienia w krótkim czasie od razu nabrała tempa. Czyli jak już pisałem, jeśli nasi znów pojadą na wojnę i tam będą ginąć to należy pamiętać po czyim telefonie tam pojechali.  

 

 

dziennik pesymistyczny

Rok bezrobotnego życia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 14

Spotkałem niedawno kolegę z czasów tak dawnych i tak odległych, że przez pierwsze kilka minut naszej przypadkowej rozmowy na ulicy zastanawiałem się, kto to taki i skąd on mnie zna. Z twarzy był zupełnie niepodobny do nikogo. A jednak wydawało mi się, że go znam. No i on mnie znał na pewno. I nagle rozjaśniło mi się w głowie i już wiedziałem, i już mi się skojarzyło, i już pamiętałem skąd to się znamy. Nie widzieliśmy się około dwudziestu lat. Bo kolega wyprowadził się z mojego prowincjonalnego miasta do wielkiego świata stolicy. A tu taki traf szczęśliwy, że spotkaliśmy się po latach na ulicy naszego rodzinnego grodu.

 

Pamiętam kolegę z czasów, gdy każdy dzień był dla nas walką o lepsze jutro dla nas oraz dla naszego przyszłych pokoleń. Słownej głównie walki, ale zawsze walki. Że tak grubo o tym boju, że przesadą i górnolotnie? Jak się ma naście lat to każda walka wydaje się ostatecznym starciem z siłami zła. A mój znajomy był wielce zaangażowany w działalność dla dobra i wolności nowej Polski. Z wielką werwą wyrywał murom zęby krat. Zrywał kajdany, łamał bat. Licząc, że mury dzięki niemu runą, runą, runą i pogrzebią stary świat! Czyli uparcie i wcale nie skrycie, wierzył w nowy lepszy świat kapitalistycznej, nowej wolnorynkowej, pluralistycznej i antykomunistycznej, świętej, z orłem w koronie, patriotycznej wolnej Polski.

 

Pamiętam też nasze wielkie spory o kształt nowej odrodzonej Rzeczpospolitej. O to, jak ma wyglądać i jakie ma to być to NASZE nowe państwo. Było nas kilkanaście osób rozpolitykowanych ponad miarę, i jak to często z Polakami bywa, każde z nas miało na tę naszą ojczyznę inną receptę. Byli wśród nas i radykalni wielbiciele wolnego rynku, i syndykaliści, narodowcy, anarchiści, socjaliści, centrowcy a nawet monarchiści. Łączyło nas jedno – nienawiść do systemu, w którym przyszło nam spędzić bardzo wczesną młodość oraz wielka nadzieja na nowe juto. Na lepszy, przyjaźniejszy świat. Dzieliły nas bardzo poglądy polityczne. I na tym punkcie dochodziło do wielkich i gorących sporów.  Nigdy jednak nie miało to nic wspólnego z obrażaniem i nienawiścią tak bardzo obecną w polskiej polityce po wielkiej zmianie. Byliśmy przyjaciółmi, którzy dyskusje traktują, jako formę rozrywki, z której przy pewnym szczęściu da się przeciągnąć dyskutanta na swoją stronę. Trafną argumentacją przekonać go do zmiany poglądów. 

 

Jak go tak zobaczyłem na ulicy i jak już ustawiłem go w mojej pamięci w odpowiednim czasie i przestrzeni, jak już powiązałem go z jego dawnymi poglądami to zadałem mu tradycyjne dla Polaków pytanie: co słychać? Spodziewałem się, bo go tak jakoś łączyłem w pamięci z sukcesami w szkole i na studiach, że odpowie coś w stylu: wspaniale! Niekończące się pasmo sukcesów! Bo przecież tak zawsze entuzjastycznie wypowiadał się o tym kapitalistycznym świecie, co to dla niego miał być tym, czym woda dla ryby. A tu spotkała mnie wielka niespodzianka. Usłyszałem bardziej charakterystyczną dla Polaków odpowiedź: fatalnie.

 

I co się stało? Przecież miało być tak pięknie?  A tu to fatalnie?! Wolny rynek, twarde zasady biznesu? A tu fatalnie! To ja miałem przecież pesymistyczne spojrzenie na to, co w Polsce tworzyło się w z radosnym przyzwoleniem władzy. To ja nazywałem nowy system dziewiętnastowiecznym krwiożerczym kapitalizmem a on mnie wyśmiewał, że ze mnie taki nieoświecony, co to nie rozumie, że zawsze powinno istnieć kontrolowane bezrobocie dla przykładu. I właśnie to fatalnie odnosiło się do tego przymusowego bezrobocia mojego kolegi. A zaczynało się tak pięknie. Studia, pierwsza praca, druga praca, trzecie praca. Szybkie awanse i szybkie pieniądze. Korporacje i szczeble kariery. Kierownikowanie, dyrektorowanie, pogoń za sukcesem i kapitalistyczno – korporacyjne gry wolnego rynku. I nagle jak to mówi pewien mój inny znajomy: dobrze żarło, ale zdechło.

 

I teraz od prawie roku przymusowe bezrobocie z zasiłkiem. I tak mi nagle przyszło do głowy, gdy on tak narzekał i narzekał. Przypomniało mi się to, jak podczas dyskusji sprzed lat wychwalał on, ten mój kolega, zalety kapitalistycznego rynku pracy. Jak on wtedy przed dwudziestu laty perswadował, jak argumentował, jak był nieprzejednany w poglądach. Więc mu wtedy w nerwach powiedziałam: posiedzisz rok na bezrobociu to inaczej będziesz gadał. No i inaczej teraz gada, ten mój kolega z przeszłości.   

 

dziennik pesymistyczny

Untermensch

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 45

Nieudacznik życiowy – to określenie na osobę niezaradną, robi w naszym kraju zawrotną karierę. Każdy, kto z jakichkolwiek przyczyn jest wykorzystywany w pracy, nie potrafi przepychać się z użyciem łokci i pięści do przodu w życiu społecznym, nie chce z różnych przyczyn uczestniczyć w wyścigi szczurów, od razu staje się nieudacznikiem.  Nasza ojczyzna staje się powoli, ale uparcie krainą zamieszkałą przez nadludzi silnych, zaradnych i gnojących ze znawstwem wszystko, co nie przystaje do ich wyobrażenia porządku społecznego. Ta nowa rasa panów z przyzwoleniem i akceptacją państwa, wyhodowała w sobie poczucie wyższości nad tymi wszystkimi, którzy nie przystają do modelu kapitalistycznej doktryny zarabiaj i żyj.

 

Nie masz pracy – jesteś nieudacznikiem, zerem, co to nie potrafi sobie poradzić, bo przecież pracy jest w bród, tylko się schylić. A gdy już schylisz kark i zaczniesz pracować za tysiąc dwieście miesięcznie brutto, to nadal pozostajesz nieudacznikiem, bo przecież nie musisz za tyle tyrać po dwanaście godzeń na dobę. Nowy polski nadczłowiek ma i na do fantastyczne rozwiązanie: znajdź człowieku nieprzystosowany nową pracę, lepszą. Że się nie da? Jak to?! – Wykrzyknie nadczłowiek nadwiślański – przecież jak zaczniesz się rozpychać, jak zaczniesz kombinować, jak zaczniesz biznes na własny rachunek, to od razu jak nic staniesz się jak inni. Nie odstając znajdziesz poparcie rasy panów, bo się do niech przyłączysz.

 

Domek z ogródkiem, samochód twój i żony, dwójka dzieci przynajmniej, ich lekcje tańca, języka angielskiego, niemieckiego, malarstwa i muzyki, wakacje za granicą, a w niedzielę wizyta w kościele. Bo przecież nowy Polak to katolik. Niezbyt żarliwy wprawdzie, no może taki, co to nie bardzo zna i rozumie dziesięć przykazać, ale przecież tradycja zobowiązuje. Nadczłowiek masz swojski ma wrażanie, które go bardzo uwiera, że „w naszym kraju powszechnie panuje przekonanie, że należy pomagać nieudacznikom życiowym. Ogólnie ludziom, którzy sobie nie radzą”. A on przecież nie chce. On nie znosi pomagać. On stosuje zasadę radź sobie sam, a jak nie… no trudno.

 

Szczególnie nie znosi on „wszystkich pijaczków, życiowych degeneratów, całą powszechnie rozwijającą się w zatrważającym tempie patologię”. Nadludzie, życiowi zdobywcy, tryumfatorzy w wyścigu po dostatnie i szczęśliwe życie szczególnie nie znoszą, jak im się przypomina, że nie wszyscy są tak nadzwyczajnie przystosowani do życia społecznego. Całe szczęście, że osobniki takie szczególnie zdolne, dostrzegają jednak potrzebę pomocy matce z szóstką dzieci, co to pracuje i jeszcze wychowuje dzieciarnię w trudzie, znoju i niedostatku. Łaskawie pomaga takim nieudacznikom, bo wykazują oni przecież w ich mniemaniu to minimum, nadające się do resocjalizowania. Bo przecież ona uczestniczy jednak w szczurzym wyścigu po ser.  Odstaje od peletonu, ale jednak biegnie zdyszana.

 

Ale on nowy kapitalistyczny polski nadczłowiek stosuje złotą zasadę, że nic nie ma za darmo. Nauczono go przecież na płatnych studiach mądrości Miltona Friedmana o tym, że nie ma darmowych obiadów! Taki nieudacznik nie radzi sobie w życiu, bo całe życie miał podsuwane wszytko pod nos, i gdy „nieporadniaki stykają się z rzeczywistością i są pozostawieni sami sobie, po prostu nie są przyzwyczajeni do myślenia, bo całe życie, ktoś robił to za nich.” Nadczłowiek takiego postępowania nie znosi. On najchętniej wyrwałby spod nosa nieudacznika to koryto pomocowe, co nauczyłoby ich od razu pozytywnego myślenia i zresocjalizowało do bycia zdobywcą życia.

 

W nowym kapitalistycznym społeczeństwie podludzie powinni o siebie sami zadbać. A zasady etyczne, które nakazują pomagać bliźniemu? No, przecież „świat jest dla ludzi silnych i tylko najbardziej zaradni przetrwają, to jest prawo dżungli a życie to tor z przeszkodami. Ten, kto sobie nie radzi, odpada”. I tak oto nastał Nowy Świat, ale chyba nie dla wszystkich jak widać, bo nadal jest wielu nieudaczników życiowych.

 

 

 

 

dziennik pesymistyczny

Przyczyny wielu chorób…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 2

Każdy, kto pali papierosy i ten, kto jest i zawsze był daleki od wciągania dymu tytoniowego, choć raz w życiu widział jednak napis na pudełku z papierosami informujący, że palenie może być przyczyną wielu chorób. Oczywiście przytoczyłem tu mniej drastyczną i bardziej ogólną informację zawartą na pudełkach z wyrobami tytoniowymi. Bo są też inne bardziej dosadne ostrzeżenia o tym, co nam grozi, jeśli sobie zapalimy. Czy to dobrze, że takie ostrzeżenia są na kartonikach z papierosami? Sam już nie wiem. Jeśli choć jedna osoba zastanowiła się nad tym, co tam napisano i nie zapaliła to dobrze. Ale zaciekawiło mnie to, że istnieje całe grono osób w sejmie i poza nim, które na wszystkim, co popadnie zamieszczałyby informacje ostrzegające o tym, że to, co legalnie kupujemy w sklepie może nas zabić lub przynajmniej przysporzyć nam kłopotów, pod postacią choroby.

 

Ostatni rewelacyjny pomysł z ostrzegawczą informacją należy do pewnego posła z Prawa i Sprawiedliwości, który chciałby, żeby na łóżkach w solarium znalazły się ostrzeżenia analogiczne do tych, jakie znajdują się na paczkach papierosów. Może to taki spóźniony odwet polityczny na byłym pośle Andrzeju, z dawnej partii koalicyjnej PiSu, który to polityk zbudował swój wizerunek wokół opalenizny z solarium właśnie? Możliwe, bo taki opalony przeciwnik polityczny jest bardzo niebezpieczny. Członkowie prawej i sprawiedliwej partii bardzie preferują, bowiem szarzyznę na twarzy i z daleka trzymają się od sztucznego słoneczka. Tak przynajmniej wynika z moich obserwacji polityków poprzez okienko telewizyjne.

 

Tak czy inaczej pomysł z ostrzeganiem o szkodliwości opalania się zamieszczony na łóżku powiększyłby ogromną liczbę zakazów i przestróg, jakie atakują nas na każdym kroku. Inny poseł z Prawa i Sprawiedliwości zapragnął umieszczania ostrzeżeń o szkodliwości nadmiernego picia alkoholu przez młode osoby czy kobiety w ciąży, który powinien jego zdaniem znajdować się na każdym opakowaniach piwa, wódki, wina, szampana, koniaku czy innych trunków tego typu. Czyli mamy sytuację taką, że państwo wydaje zgodę na produkcję substancji, która jest szkodliwa i może prowadzić do licznych chorób.  Następnie zezwala na jej sprzedaż w legalny sposób. Obkłada to wszystko podatkami i akcyzami a na koniec, to samo państwo namawia do niekupowania tych samych produktów i ostrzega przed szkodliwością działania czegoś, co samo zaakceptowało i z czego ciągnie zyski w postaci podatków. Czy tylko ja widzę tu niekonsekwencję?

 

Pan poseł od ostrzeżeń na łóżkach do opalania, poszedł w swej twórczości jeszcze dalej, bo poza naklejkami o szkodliwości proponuje rejestrowanie wszystkich klientów salonów z opalającymi łóżkami. Faktycznie jakże byłoby pięknie dla organów państwowych, gdyby posiadał on w swoich archiwach wszelkie informacje o tym, co pijemy, co palimy i w jakiej ilości, oraz oczywiście jak często chodzimy do solarium. Można by dodać rejestr tych wszystkich, którzy nałogowo grają w kasynach, tych, co to nie mogą żyć bez komputera i tych, co to uprawiają sporty ekstremalne. Bo jak sobie szkodzą, jak stwierdził pan poseł, to nie powinni liczyć na refundowane leczenie.

 

Jaka to oszczędność na państwowej służbie zdrowia! Za dużo komputera – zero refundowanych okularów. Za dużo pijesz i palisz – zapomnij o pomocy. Jedziesz samochodem – to na własne ryzyko, jak masz wypadek to już koniec nie ma możliwości leczenia. I oczywiście na komputerze i na samochodzie powinien pojawić się wielki napis o szkodliwości używania, które może grozić chorobą.