Yearly Archives

186 Articles

dziennik pesymistyczny

Gotowość do solidarnego działania

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Gdy dwadzieścia lat temu powstawał rząd Tadeusza Mazowieckiego Polska Zjednoczona Partia Robotnicza liczyła formalnie prawie dwa miliony członków. Jej władza w kraju była totalna. W każdej instytucji państwowej i w każdym przedsiębiorstwie istniała jej podstawowa organizacja, skupiająca w swoich rękach jak nie prawdziwą władzę, to przynajmniej sprawująca kontrolę nad nią. A jednak 24 sierpnia 1989 roku Tadeusz Mazowiecki powołany został przez sejm na stanowisko premiera, a następnie 12 września powołał rząd. Czy możliwe było zaistnienie takiego rządu bez przyzwolenia władz PZPR?  Zdecydowanie nie.

 

Dlatego trochę dziwi mnie postawa niektórych posłów z Prawa i Sprawiedliwości, choć nie tylko ich, którzy podczas wczorajszej debaty sejmowej w sprawie uchwały mającej na celu upamiętnienie powołania pierwszego po II wojnie światowej niekomunistycznego gabinetu w Europie Środkowo-Wschodniej, jakby zapomnieli, że w tamtejszej sytuacji politycznej, zgoda na powołanie rządu Mazowieckiego była zdecydowanie uzależniona od zgody władz PZPR.

 

Do tanga trzeba dwojga, tak i w tamtejszej sytuacji ważne było, że po stronie Solidarności i po stronie PZPR znaleźli się ludzie gotowi do rozmów i do kompromisów. Ludzie zdolni to współpracy ze sobą, a nie obrażania się na siebie i do ciągłej wojny. Bo jeśli wtedy do władzy doszliby ludzie bardziej w typie braci Kaczyńskich, co jest, zważywszy na ówczesne realia polityczną fikcją, to już w latach dziewięćdziesiątych ubiegłego wieku mielibyśmy poza nawiasem społeczeństwa ponad dwa miliony Polaków. Jakiś radykalista w typie ministra Ziobry już by się postarał o szybkie sądy wywalające w pracy wszystkich choćby podejrzanych o współpracę z PZPR.

 

Wielu powie, dobrze tak komuchom, ale należy pamiętać, że te dwa miliony ludzi to jeszcze drugie tyle Polaków z nimi związanych. Ich rodziny, dzieci, znajomi, przyjaciele. Czy taki podział Polski na dwa wrogie i rządne odwetu obozy nie doprowadziłby to jakieś eskalacji agresji? Ja już wolę rozmowy i kompromis. Bo jak mówi pewien klasyk z telewizji: warto rozmawiać!

 

– Prawda o tym rządzie jest także taka, że pojawiły się trzy miliony bezrobotnych. Prawda jest też taka, że pojawiły się patologie w zakresie gospodarki i wielu dziedzin życia społecznego (…)  które trawiły i trawią Rzeczpospolitą – mówił podczas debaty sejmowej poseł Zbigniew Girzyński z PiS. Tak, to prawda. Prawda jest jednak i taka, że gdyby nie porozumienie z osiemdziesiątego dziewiątego roku dotyczące wejścia do rządu Tadeusza Mazowieckiego przedstawicieli z PZPR i z partii jej satelickich, to poseł Girzyński raczej nie miałby teraz możliwości wygłaszania swoich mądrości z mównicy sejmowej. I to jest podstawowa prawda historyczna.

 

Gabinet Mazowieckiego tworzyło jedenastu ministrów wywodzących się z Solidarności, po czterech z ZSL i PZPR, trzech z SD i jeden niezależny. Był nim szef MSZ Krzysztof Skubiszewski. Każda z głównych sił politycznych tego okresu miała ponadto swojego wicepremiera. – Nikt i nic nie zmusi mnie do poparcia uchwały wyrażającej wdzięczność Czesławowi Kiszczakowi – mówił wczoraj w sejmie Ludwik Dorn. Możliwe, ale może warto pamiętać, że bez zgody Kiszczaka nie byłoby możliwe powołanie takiego rządu.

 

Jak już się sejm bierze za ustalanie prawdy historycznej w trybie głosowania do może warto przypomnieć sobie słowa wypowiedziane przez premiera Tadeusza Mazowieckiego podczas jego sejmowego expose: Przychodzę, jako człowiek Solidarności, wierny sierpniowemu dziedzictwu. Pojmuję je przede wszystkim, jako wielkie zbiorowe wołanie społeczeństwa o podmiotowość, prawo decydowania o losach kraju, oraz jako gotowość do solidarnego działania, aby te cele osiągnąć. I chyba najważniejsze jest to solidarne, czyli wspólne działanie dla dobra Polski.

dziennik pesymistyczny

Leo Beenhakker alias Nikodem Dyzma?

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 16

Może i nasi reprezentacyjni piłkarze od kilku lat nie odnieśli znaczących sukcesów, ale za to jedna z polskich powieści okresu międzywojennego wywarła ogromny wpływ na los przynajmniej jednej osoby liczącej się w piłkarskim świecie. Z moich obserwacji wynika, że ukochaną pozycją książkową naszego byłego już trenera reprezentacji Leo Beenhakkera jest Kariera Nikodema Dyzmy, autorstwa Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Bo jak inaczej wytłumaczyć te niesamowite podobieństwa w przypadku obu karier? Tej trenerskiej w przypadku  Leo i tej politycznej, choć fikcyjnej w przypadku Nikodema Dyzmy.

 

Już początki Leo Beenhakkera w polskim świecie piłki były zaskakująco zbieżne z książkowym pierwowzorem. Leo jak Dyzma wdarł się na salony i wywrócił do góry nogami wszystko w polskim światku piłkarskim. Nie był on naszym polskim trenerem, lecz przybyszem z Holandii, który w nieznanym większości języku zaczął pouczać nas wszystkich w dziedzinie, na której każdy polak się zna się przecież najlepiej już od dzieciństwa.

 

Wcześniej, gdy Beenhakker miał już ponad sześćdziesiąt lat wielu uważało, że powinien odejść na zasłużoną emeryturę. Jednak Leo ciągle powtarzał, że futbol już go, co prawda męczy, ale jest jak narkotyk i po kilku miesiącach bezczynności znów go do siebie przyciąga. Holender przejął, więc reprezentację Trynidadu i Tobago, która pod jego przewodem awansowała do Mistrzostw Świata w Niemczech. Wtedy to zapewne nasi działacze pomyśleli, że jeśli drużyna z najmniejszego państwa świata, jakie dotychczas grało na MŚ zaliczyła tak udany debiut, na mundialu to, co dopiero będzie czekać polską reprezentację pod przewodnictwem Leo.

 

Beenhakker jak Dyzma na raucie u premiera, radził sobie doskonale z reprezentacją Trynidadu i Tobago, nie wchodząc nikomu w drogę, aż do czasu, gdy nasi polscy działacze piłkarscy nie wpadli na pomysł zapoznania się z trenerem. Dyzmie wytrącono na przyjęciu z ręki talerz z sałatką, a Leo zaproponowano kontrakt na prowadzenie polskiej reprezentacji. To były momenty zwrotne dla nich obu. Od tego czasu Leo, jak Nikodem robił zawrotna karierę w Polsce. Nie tylko w sporcie, ale też w reklamie.

 

Leo Beenhakker rozumiał już zapewne wtedy, że kontrakt na kierowanie Polską reprezentacją to nie to samo, co związanie się z Trynidad Tobago. Tam były pieniądze, owszem, ale prawdziwa kasa to jest jednak w Europie. I nie zawiódł się. Dopiero w Polsce zaczął dobrze zarabiać. Czterdzieści tysięcy euro inkasował miesięcznie na początku pracy dla Polaków. Teraz jest to już siedemdziesiąt tysięcy plus dodatki. Więc nic dziwnego, że mimo licznych i postępujących po sobie porażek Holender cały swój spryt włożył jak sie może wydawać  w to, aby jak najdłużej utrzymać się na stanowisku trenera. Robił zapewne wszystko by Polski Związek Piłki Nożnej utwierdzić w mylnym przekonaniu o swej nieomylności, oraz o posiadaniu wizji, by jak najdłużej pobierać tę pensję.

 

Utrzymanie i mieszkanie będzie darmowe. Wydatki, zatem ograniczą się, do zaledwie, kilkudziesięciu, niech tam nawet kilku tysięcy złotych miesięcznie. Zatem ile to oszczędności na starość!. Ba! Żeby, chociaż ze trzy lata wytrwać. A może cztery… – myślał zapewne Leo Beenhakker. Później można by na procenty chociażby pożyczać i żyć jak jaśnie pan, nic nie robiąc lub robiąc jak dotychczas w Polsce – niezbyt wiele. Czy naprawdę taki był zamysł Holendra? Nikt tego nie wie, ale sadząć po jego poczynaniach mogło tak własnie być.

 

Tylko trzeba było kołować PZPN oraz wszystkich kibiców piłki nożnej w Polsce jak najdłużej i mieć się na baczności, żeby się nie wsypać. Dyzma miał plan uratowania polskich rolników. Leo Beenhakker też miał podobno plan, jak uratować polską reprezentacje od pasma klęsk. Wiele mówił, obiecywał, pouczał, snuł rozważania, krytykował – licząc, że w ciągu czterech lat musi w końcu przyjść dobra koniunktura no bodaj raz, i że Polacy muszą zacząć wygrywać. Zapewne liczył na cud… a cudu nie było. Ale szkoda.

 

Z całej tej historii doprawdy zadziwiające byłoby to niesamowite podobieństwo karier Beenhakkera i Dyzmy gdyby ten pierwszy naprawdę nie znał swego książkowego pierwowzoru. Więc jest tu jednak jakieś zwycięstwo, nie piłkarskie, ale zawsze.

 

dziennik pesymistyczny

Premier bez korony, czyli niedotrzymane obietnice

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 0

Kiedyś na jednym ze szkoleń biznesowych dotyczących zasad panujących w sprzedaży jeden z prelegentów powiedział, że lepiej jest powiedzieć: nie wiem – niż obiecać coś, a następnie nie dotrzymać danego słowa.  Mówił, że takie zasady powinny obowiązywać nie tylko w biznesie, ale w całym życiu społecznym. Dodał też, że jak zaczniemy w swoich obiecankach mijać się z prawdą, to już nikt nigdy nie potraktuje naszych słów poważnie, a w takiej sytuacji nie mamy czego szukać w sprzedaży. Ten mój prelegent wypowiadał te słowa dawno temu na początku naszej wielkiej pokomunistycznej transformacji, więc nie mógł przewidzieć, że jego słowa o prawdomówności nie będą w żaden sposób dotyczyły polityków, a już premiera Rzeczpospolitej w szczególności.

 

Naprawdę trzeba uważać na obietnice. Ja wiem, każdy ma prawo do błędów, ale zdecydowanie lepiej byłoby czegoś nie obiecywać, niż obiecać coś publicznie, a następnie się z tego wycofać mówiąc, że się do tych złamanych obietnic przyznajemy z odwagą. A tak właśnie postąpił premier Donald Tusk, gdy zdecydował, że nie odwoła ministra skarbu Aleksandra Grada.

 

Dwudziestego czwartego lipca Premier RP podczas konferencji prasowej zapowiedział, że jeśli do końca sierpnia nie uda się dokończyć z sukcesem sprzedaży stoczni w Gdyni i Szczecinie to minister Grad definitywnie pożegna się ze swoim stanowiskiem. I taka sytuacja trwała w zapewnieniach rządowych aż do końcówki sierpnia. Potem nastąpiło zmiękczanie stanowiska premiera w sprawie odwołania ministra. Donald Tusk zaczął wyjaśniać opinii publicznej, że potrzebuje jeszcze kilku dni na szczegółowe wyjaśnienie sprawy. Zaznaczył też, że każde rozwiązanie jest możliwe.

 

Podczas konferencji prasowej ósmego września wszystko stało się jasne. Minister Aleksander Grad wcale nie pożegnał się ze swym stanowiskiem, mimo porażki ze sprzedażą stoczni. – Korona mi z głowy nie spadnie, jeśli przyznam, że wycofuję się z wcześniejszej zapowiedzi. Powiedziałem, że minister Grad straci stanowisko, jeśli do końca sierpnia nie znajdzie inwestora dla Stoczni Szczecińskiej. Po długim zastanowieniu zmieniam zdanie – oznajmił Premier, a wszyscy mogli to sobie zobaczyć w telewizji.

 

I co? Niby wszystko jest w porządku. Premier jest szaleńczo odważnym politykiem, bo przyznał się do nie dotrzymania danej obietnicy, lub jak kto woli do zbytniego optymizmu w sprawach stoczni, jak to określa w swych wypowiedziach sam zainteresowany Minister Grad.  Ja jednak czuję pewien niesmak. Bo czy nie lepiej Panie Premierze byłoby po prostu nic nie mówić lub przynajmniej nie obiecywać tak kategorycznie, gdy nie miał Pan pewności, że słowa dotrzyma? A tak, jaką ja mam pewności, że każde Pana kolejne słowo, każda obietnica będzie prawdą, że będzie zrealizowana? Szczerze mówiąc, żadnej takiej pewności nie mam. Tym bardziej, że nie jest to pierwsza Pana wpadka Panie Premierze, jeśli chodzi o niedotrzymywanie obietnic.

 

Słyszałem ja i cała opinia publiczna też mogła usłyszeć, jak Premier zapewniał, że wyborcze okręgi jednomandatowe to najlepsze rozwiązanie dla Polski, słyszałem o cudzie gospodarczym, o potrzebie kastracji chemicznej pedofilii, ostatnio o ratowaniu stoczni a następnie słyszałem, że premier przemyślał swoje obietnice i już nie są one aktualne. Według zapewnień rządu Aleksandr Grad pozostał na stanowisku by przeprowadzić bardzo ambitny plan prywatyzacji oraz zakończyć ważne negocjacje w sprawie PZU i Eureko, w których Polska porażka może kosztować państwo kilkadziesiąt miliardów złotych.

 

W świetle wypowiedzi i poczynań Premiera nie można mieć żadnej pewności, co do prawdziwości tych zapewnień, oraz co to przebiegu tych działań ministra. Przecież to pozostawienie Aleksandra Grada na stanowisku też może się okazać za kilka miesięcy zbytnim optymizmem Premiera. Następnie zwoła się konferencję prasową gdzie Donald Tusk wygłosi kolejne oświadczenie o tym, że korona mu z głowy nie spadnie, jeśli przyzna, że wycofuje się z wcześniejszej zapowiedzi i po prostu zmienił zdanie. Nie żeby obiecywał ponad miarę i możliwości. O nie! On tylko zmienił zdanie.

 

dziennik pesymistyczny

Pocztowa beznadzieja

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 1

Poczta Polska powinna nad wejściem do swych placówek umieszczać słowa Dantego z Boskiej Komedii – Porzućcie wszelką nadzieję, wy, którzy tu wchodzicie. Bo naprawdę nie ma nadziei dla tych, którzy muszą korzystać z usług polskiego dominanta na rynku pocztowym.

 

Właśnie dostałem wczoraj list, który wysłał do mnie kolega pięć miesięcy temu. Przeważnie takie przesyłki podróżowały do mnie tydzień lub dwa, choć Poczcie zdarzały się też rekordy takie jak trzydniowy termin doręczenia, ale ta feralna przesyłka pobiła normę dwutygodniową i gdy już porzuciłem wszelką nadzieje nagle zjawiła się u mnie w skrzynce na listy. Pomyślałby, kto że jeśli już Poczta Polska nie jest szybka to przynajmniej dokładna, bo jednak mimo kilku miesięcznego spóźnienia list jednak dotarł. Ale nie wiem jak w tym wypadku traktować przesyłkę, którą wysłał mój znajomy do mnie trzy lata i dwa miesiące temu i która dotychczas do mnie nie dotarła. Czekać z nadzieja czy ją porzucić? 

 

Ciekawym doświadczeniem jest dostanie listu z rachunkiem, w którym jest termin płatności mijający na przykład tydzień wcześniej licząc od daty doręczenia przesyłki. Już kilkukrotnie zwracałem uwagę rożnym instytucjom, że mimo pracy nad sobą nie posiadam nadal umiejętności przenoszenia się w czasie i nie dam rady zapłacić na czas rachunku, gdy Poczta Polska dostarczy mi go z tygodniowym opóźnieniem od daty ostatecznego terminu płatności zapisanym w wyliczeniu.

 

Ale według mnie najciekawsza w Polsce jest głęboka wiara instytucji państwowych w tym sądów, w skuteczność i terminowość Poczty Polskiej. Bo jeśli na przykład mamy dostać wezwanie do sądu na rozprawę to jest one wysyłane listem poleconym na nasz adres. A gdy nas nie ma w domu, bo powiedzmy jesteśmy na delegacji lub na urlopie to awizo z poczty oczekuje na nas odpowiedni czas i jeśli nie podjęliśmy przesyłki w terminie jest ona zwracana sądowi.  I tak zgodnie z polskim prawem instytucja państwa przyjmuje, zatem, iż dla skuteczności doręczenia wezwania sądowego istotne jest tylko czy obywatel miał możliwość zapoznać się z wezwaniem, a nie to czy faktycznie się z nim zapoznał.  I jak to znacznie ułatwia pracę instytucjom państwa. Nie trzeba jak ci dziwaczni amerykanie, którzy muszą doręczać osobiście wezwań do sądu. U nas wystarczy je wysłać… i już.  Jeśli nawet nie będzie awizo w naszej skrzynce, bo w niewyjaśnionych okolicznościach zaginie, jeśli nawet list do nas nie dotrze, bo zaginie na poczcie to i tak jak wysłano to mamy się domyślić i w sądzie się stawić.

 

To samo dotyczy mandatów wystawianych przez na przykład Straż Miejską za przekroczenie prędkości. Mandat jest do delikwenta wysyłany pocztą i nawet jak przyjdzie do nas w końcu dzięki uprzejmości poczty, to termin płatności mandatu wynosi siedem dni. Więc sprawa wygląda w skrócie tak: strażnik wystawia mandat, następnie wysyła go pocztą, potem my jesteśmy akurat w domu i od razu płacimy za ten mandat i to wszystko w tydzień! Oj głęboka jest wiara polskich organów władzy w szybkość i skuteczność Poczty Polskiej. A jeszcze jedna uwaga, niech wam nie przyjdzie do głowy płacić mandatów na Poczcie, ma ona, bowiem zgodnie z tym, co usłyszałem w okienku pocztowym, aż dwa tygodnie na przesłanie naszych pieniędzy na wskazane przez nas konto. Więc tym bardziej nie ma nadziei na terminowość.

 

 

dziennik pesymistyczny

Miasto smutnych ludzi

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Moje miasto, a myślę, że cały nasz kraj zaatakowała obca cywilizacja. Tylko tak można wytłumaczyć to, co się dzieje w naszych sklepach, bankach, urzędach, restauracjach – wszędzie tam gdzie mamy kontakt z panią lub panem sprzedającym nam coś, lub nas obsługującym. Tam subiektów, urzędników i kelnerów obu płci opanowała kosmiczna rasa istot bez poczucia humoru, z tragizmem wypisanym na twarzy, istot permanentnie smutnych.

 

Moje miasto na prowincji opanowała inwazja rasy smutasów z obcej planety. Podstępni kosmici przybyli do mojego grodu i widocznie byli w stanie skopiować człowieka, tworząc klony identyczne pod względem wyglądu do ludzi, lecz całkowicie pozbawione uczuć poza jednym – smutkiem. Bo to przecież nie jest możliwe, tak przez osiem godzin pracy stać za sklepową ladą, czy siedzieć za urzędniczym biurkiem z wypisanym na twarzy tragizmem oraz tak, przez cały dzień ani razu, choć raz się nie uśmiechnąć. Ja wiem, że los kelnerki może się wydawać czarny, gdy ma się świadomość pracy za trzy pięćdziesiąt na godzinę, ale jak już to nas spotkało, to może warto przynajmniej na powitanie powiedzieć coś z uśmiechem.  

 

Idziesz człowieku rano do piekarni a tam już czeka na ciebie smutna pani sprzedawczyni. Od progu rzucasz z uśmiechem i nadzieją: Dzień dobry! A w odpowiedzi słyszysz tylko burknięcie i widzisz ten przerażający smutek na twarzy pani za ladą. Fakt, jest siódma trzydzieści rano i nie każdy tryska energią o tej porze, ale dlaczego nie być jak amerykanie czy inni na świecie i przykleić sobie uśmiech do twarzy jak nie szczery, to dla dobra kupujących przynajmniej wymuszony.

 

W urzędach za biurkami siedzą panie i panowie smutni tak, że aż strach się do nich odezwać. W knajpach i restauracjach snują się jak zombie kelnerzy z przygnębieniem i cierpieniem wypisanym na twarzach. Pytasz czy może mi pani kelnerka coś polecić a w odpowiedzi słyszysz: a bo ja tu jadam! Jest to, co w karcie i posyła ci ta pani to swoje smutne spojrzenie. Można oczywiście podzielać tragizm sytuacji ludzi zmuszanych ekonomiczną zależnością do pracy. Sam jestem w podobnej sytuacji, ale jak już stykam się z innymi obciążonymi obowiązkiem pracy, to przynajmniej staram się nie obarczać ich jeszcze tym moim pracowniczym tragizmem. Bo to może być ponad siły.

 

Sam jesteś wnerwiony, że tak na ósmą rano do pracy i jeszcze perspektywa firmowego kieratu przez kilkanaście godzin a tu jeszcze w kiosku z gazetami smutny pan, w sklepie smutna pani każdy na ulicy jeszcze bardziej smutny od poprzednika i jak już do biura docierasz to nic tylko się rozpłakać. Ja, jako wieczny pesymista też w tym swoim codziennym udawaniu się do pracy nie widzę wielu powodów do radości, ale jak już pisałem przynajmniej staram się nie epatować smutkiem.

 

Czasem tak dla dobra ogółu warto się, choć przez chwilę uśmiechnąć się, abyśmy jakoś tak razem my ludzie pracy, bo jesteśmy nimi przecież, przetrwali wspólnie kolejny roboczy dzień. A jeśli to inwazja z kosmosu to chyba jestem jednym z ostatnich ludzi starających się walczyć uśmiechem z otaczającym mnie tragizmem, bo istoty wokół już nie potrafią się uśmiechać i wszystko stracone. Na zawsze już Polska pozostanie krajem smutnych ludzi.

 

 

 

dziennik pesymistyczny

To poranne bicie dzwonów…

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 3

Obudziłem się dziś, a właściwie zostałem brutalnie obudzony o świecie biciem dzwonów kościelnych… Ich bummm, bummm, bummm… zwielokrotnione moją wyobraźnią rozsadzało mi głowę. Jakby w połowie jeszcze we śnie, a tylko w połowie na jawie widziałem siebie skulonego pod wielkim dzwonem na kościelnej dzwonnicy, ale jednocześnie świadomością szukałem potwierdzenia gdzie to się znajduję i dlaczego u licha nie w domu, w którym dzwony nie są takie donośne. Chwilę mi zajęło nim zrozumiałem i przypomniałem sobie, że postanowiłem zostać na noc u znajomych, którzy za sąsiadów przez ulicę mają katolicki kościół z dzwonnicą.

 

To wycie syren i ranne bicie dzwonów, to najpiękniejsze odgłosy tego domu…zacytowałem za Bohdanem Smoleniem, gdy siadaliśmy do śniadania i tym samym wywołałem teologiczno- społeczno – obyczajową dyskusję nad sensem kościelnego dzwonienia o szóstej rano. Grono moich przyjaciół szybko podzieliło się na dwa przeciwstawne obozy, przy czym ja starałem się zachować neutralność obracając spór o poranne dzwony w żart. Jednak nic to nie dało, bo dla dyskutantów z obu obozów było już za późno. Pochłonął ich odwieczny spór o poranne koncerty na kościelne dzwony.

 

Ja zgodnie z logiką zawartą w piosence Smolenia, że: Przez osiem godzin wylegiwania się w pierzynach już dość, Więc skąd ta poranna złość?  Starałem się przywołać do dyskusji wiekową tradycję porannego bicia w dzwony. Bo to już przecież papież Sabinian w pierwszych latach VII wieku wprowadził je do kościołów, i tę głośną, poranną funkcję pełnią do dzisiaj – zapewniałem. Jednak moje słowa stały się tylko argumentem dla tych, którzy ukochali te poranne koncerty. Moja przyjaciółka w inkwizycyjnym tonie wygłosiła słowa o dźwięku dzwonów, które zrosły się z naszą polską kulturą i towarzyszą nie tylko nam Polakom, ale i całej chrześcijańskiej Europie od średniowiecza. Mówiła o tym, że dzwonem kościelnym wzywa się lud chrześcijański na nabożeństwa od wschodu aż po zachód słońca. Że to odwieczna tradycja. – Dzwon kościelny odzywa się też na trwogę, gdy trzeba ludzi zwołać do gaszenia pożarów czy ostrzec przed napadem nieprzyjacielskim – dodała. Ale gdy wniosła się na wyżyny mowy obronnej w intencji dzwonów porannych mówiąc, że: służył on też to rozpędzenia chmur gradowych – zrozumieliśmy my, a nawet ona, że trochę przesadziła.

 

I na to mój znajomy, co dziwniejsze nie ten, co to mu te dzwony towarzyszą po sąsiedzku wygłosił pogadankę o tym, jaką to codzienną pobudkę funduje mu kościół o szóstej rano nie zwracając uwagi czy jest to poniedziałek, wtorek, ( …), sobota czy niedziela. Wspomniał też o tym, że nawet wieczorem niedane mu jest wypocząć, bo po dwudziestej pierwszej też ma wymuszoną możliwość wysłuchania koncertu na kościelne dzwony.  Widać, że mój znajomy zbadał dogłębnie problem, bo wiedział na przykład to, że granica dopuszczalnej głośności między innymi dzwonów kościelnych, w czasie dnia, w miastach powyżej stu tysięcy mieszkańców wynosi 55 dB. Na koniec zadał ogółowi pytanie, do kogo ma się zgłosić, aby złożyć skargę na poczynania kościoła tyle, że dyskretnie, bo nie chciałby wyjść na satanistę, ateistę, czy innego odmieńca nieszanującego odwiecznych uświęconych wiekową tradycją praw wiary przodków.

 

Przypomniałem sobie wtedy artykuł, który czytałem jakiś rok temu z włoskiego dziennik La Repubblica o kilkuset tysięcznym odszkodowaniu za zbyt głośne i częste bicie kościelnych dzwonów, które musiała zapłacić parafia z okolic Genui na północy Włoch pewnej nauczycielce. Może sąd to jest wyjście dla mojego przyjaciela, choć raczej nie jest to ciche rozwiązanie jego problemów. Taki sądowy proces w Polsce na pewno skazałby mojego znajomego na ciągłe występy w rządnych sensacji mediach i już po dyskrecji i prywatności. Jednocześnie przypomniałem sobie, że tej włoszce z artykułu walka z jej parafią w sprawie dzwonów zajęła dwadzieścia trzy lata, więc znając nasz polski wymiar sprawiedliwości u nas trwałoby to dosłownie wieczorność.

 

Ale chyba właśnie na cierpliwość trzeba liczyć w sporach z kościołem o rzeczy wydawałoby się nam oczywiste. Pamiętać należy, że w 1965 roku kościół rzymskokatolicki unieważnił potępienie Galileusza i dla katolików do tego czasu ziemia stała płaska. A na samo przekonanie się kościoła do tego, że nasza planeta krąży wokół słońca oraz na rehabilitację Galileusza katolicy potrzebowali trzystu pięćdziesięciu dziewięciu lat. Więc w sprawie porannych dzwonów jeszcze nie wszystko stracone… Trzeba po prostu poczekać.

dziennik pesymistyczny

Brak polityka w telewizyjnym okienku

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 5

Jak nic nie powstrzyma już jesieni, tak nic nie powstrzyma powrotu polityków na ekrany naszych telewizorów. Skończyły się wakacje…to źle, ale najgorsze jest to, że równocześnie z latem skończyła się też przerwa w pracach polskiego parlamentu. Do ław sejmowych powrócili nasi politycy, którzy teraz znów będą mogli wystąpić w ogólnopolskim, transmitowanym na żywo i prezentowanym w licznych powtórkach oraz szeroko opisywanym w prasie show, zwanym potocznie polskim życiem politycznym.

 

Tak przynajmniej naszym ojcom narodu się wydawało i tu niespodziankę zrobił im prezes Telewizji Polskiej Piotr Farfał, który wykreślił z jesiennej ramówki transmisje z obrad sejmowych. Na Wiejskiej zapanowało wielkie oburzenie. Przecież to skandaliczny skandal! Jak można pozbawiać naród możliwości zachwycania się wyczynami oratorskimi naszych polityków? Płacz słychać było w całej politycznej Polsce. Bo to przecież tą decyzją prezes Farfał pozbawił posłów i senatorów możliwości lansu na ekranie. Teraz będą oni musieli przenieść się z występami dla wymagającej telewizyjnej publiczności z sejmowej mównicy na korytarze, na których nie wygląda się już tak pięknie.    

 

Oburzenie było tak wielkie, że nawet planowano powszechny bojkot posiedzeń sejmowych przez posłów. Chcieli oni w ten sposób zaprotestować przeciwko decyzji prezesa TVP. Ta dramatyczna decyzja o bojkocie miała zmusić decydentów z Woronicza do weryfikacji swojego stanowiska. Przecież tak nie wolno postępować z wybrańcami narodu – słychać polityczny wielogłos. Gdzie teraz parlamentarzyści maja się pokazywać swym ukochanym wyborcom, gdzie mają się teraz wdzięczyć do publiczności, gdzie teraz będą przekonywać elektorat o tym, że są niezastąpieni?   

O bojkocie posiedzenia mówili głównie politycy Prawa i Sprawiedliwości oraz Sojuszu Lewicy Demokratycznej. – Po co mamy uczestniczyć w sesji, skoro naszym wyborcom odmawia się prawa do rzetelnej informacji z jego przebiegu – mówił jeden z posłów lewicy dziennikarzowi. Faktycznie jak tu pracować, jeśli nie można swojej ciężkiej pracy dla dobra narodu pokazać w telewizji. Jak tego słucham to sam się zaczynam zastanawiać jak mogli pracować parlamentarzyści w II Rzeczpospolitej tak bez możliwości pokazywania się w telewizji?

 

Biedni ci posłowie i senatorowie, co teraz muszą nie tylko wystawać na korytarzach sejmowych w nadziei, że któryś z dziennikarzy łaskawie ich o coś zapyta i dzięki temu będą mogli się pokazać rodakom w telewizyjnym okienku. Teraz o zgrozo, jeszcze muszą oni podejmować dalekie i niebezpieczne wyprawy do siedzib TVN24, TVP Info czy Polsat News. Panie prezesie Farfał jak tak można! Przecież brak transmisji z obrad sejmowych może drastycznie odbić się na wynikach wyborów, bo w serwisach informacyjnych biedny polityk nie może, strofowany przez dziennikarza, rozwinąć w pełni skrzydeł. Jeszcze ci, co to się potrafią przebić na ekrany dzięki swej medialności to jakoś dadzą sobie radę, ale ci, co to raczej tak nie bardzo w pierwszym szeregu partyjnym, co z nimi? Oni teraz stoją na przegranej pozycji przez ten brak transmisji na żywo z ich miejsca pracy. Bo jak tu pracować, gdy nikt tego nie widzi.

 

Panowie posłowie, pozwólcie na taki mój maleńki apel do was.  Wyborcy jak mi się wydaje dali wam władzę nie po to, żeby was oglądać w telewizji. Naprawdę nie musimy was podziwiać na ekranach telewizorów jak mówicie, że coś zrobicie, lepiej po prostu to zróbcie.  

 

Przypominam wam, że uroczyście ślubowaliście rzetelnie i sumiennie wykonywać obowiązki wobec Narodu, strzec suwerenności i interesów Państwa, czynić wszystko dla pomyślności Ojczyzny i dobra obywateli, przestrzegać Konstytucji i innych praw Rzeczypospolitej Polskiej. I nie ma w tej przysiędze, ani w Konstytucji, nic o tym, że powinniście się stać gwiazdami telewizyjnymi.

 

Ja nie muszę znać z telewizji wszystkich posłów z opozycji i koalicji rządowej. Ja wolałbym wiedzieć, że ten parlament dobrze pracuje, bo wokół mnie, gołym okiem widać zmiany powstałe dzięki ich cichej, mało medialnej, ale za to owocnej pracy. Czy tak nie byłoby lepiej?

 

dziennik pesymistyczny

Szafa prawdy rodem z Misia

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

  

 

 

Władze mojego prowincjonalnego miasta już wielokrotnie swymi działaniami i pomysłami udowodniły jak wielka jest ich fascynacja filmem Miś, w reżyserii Stanisława Barei. Dotychczas jednak ten zachwyt rozwiązaniami życia społecznego, pokazanymi we wspomnianej wyżej komedii ujawniał się tak jakby po kryjomu, był taki tylko sugerowany, jakby nieśmiały, ale teraz magistrat postanowił wyjść z podziemia niedomówień i już bez owijania w bawełnę pokazać, na co go stać i kto tu jest prezesem klubu… o przepraszam Prezydentem miasta.

 

Czasem, faktycznie aż oczy bolą patrzeć jak się przemęcza dla naszego miasta, Prezydent Andrzej oraz jego urzędnicy… W centrum miasta przed urzędem miejskim staraniem urzędników stanęła szafa. Jako żywo przypominająca swój pierwowzór z komedii Stanisława Barei. Wielka, drewniana skrzynia ozdobiona naklejkami promującymi miasto, nie jest może aż tak ozdobna jak ta z filmu Miś, ale za to swoją siermiężnością bardziej oddaje klimat czasów filmowego pierwowzoru. Funkcję spełnia też  podobną jak szafa z klubu sportowego Tęcza.

 

Teraz każdy obywatel, jeśli chce przekazać anonimowo jakąś krytyczną uwagę o władzach miasta, o pracy urzędu, złożyć skargę, lub coś pochwalić, a urzędnika magistratu lub Prezydenta miasta akurat nie ma w pobliżu, może w każdej chwili przyjść i nagrać co mu leży na wątrobie. By zarejestrować wypowiedź, nie trzeba wcale wchodzić do szafy. Bo przecież każdy ma prawo zaprezentować swoje poglądy publicznie i nie ma potrzeby chowania się z nimi do jej wnętrza mebla. Mikrofon dla wygody umieszczony zastał na zewnątrz. Po prostu obywatel idący ulicą, który nagle poczuje przypływ troski o swoje prowincjonalne miasto i chce się wypowiedzieć, a  nie chce przeszkadzać w pracy urzędnikom, teraz ma w końcu możliwość niczym nieskrępowanej swobodnej wypowiedzi. Obywatel staje przed skrzynią, naciska zdecydowanie przycisk znajdujący się tuż przy drzwiach szafy i przez trzydzieści sekund może całkiem bez ograniczeń wypowiedzieć to, co myśli o Prezydencie, o władzy czy ogólnie o swoim mieście. Jego wypowiedź będzie rejestrowana, a zebrane w ten sposób opinie zostaną uwzględnione podczas prac nad strategią rozwoju miasta.

 

I nie warto w tych wypowiedziach do szafy, uosabiającej powagę władzy samorządowej, kadzić, kłamać, upiększać czy przeklinać. Choć szczerość to u nas zdecydowanie norma! Należy jedynie pamiętać, że najciekawsze opinie w nagrodę dla ich twórców zostaną zamieszczone na specjalnej stronie internetowej. Jeszcze nie zdecydowano w magistracie czy pod uwagę w konkursie na najciekawszą wypowiedź do szafy będzie decydować jej forma, czyli na przykład piosenka czy melodeklamacja. Jedno jest pewne, urzędnikom w tej akcji chodzi tylko o dobro naszego klubu… o przepraszam miasta.

 

Przed urzędem miejskim ostatnimi czasy, staraniem władz miasta powstał wielki pusty plac. Wieść gminna niesie, że podobno na jego środku ma stanąć ogromny słomiany pomnik Jaśnie Nam Panującego Prezydenta Miasta. Jest to wielce prawdopodobne, znając zamiłowanie urzędników magistratu do wszelkich pomników stawianych w moim mieście na masową już prawie skalę. Będzie to podobno słomiany monument odpowiadający żywotnym potrzebom całego grodu. Pomnik na skalę miejskich możliwości. My, mieszkańcy miasta na prowincji tym pomnikiem otworzymy oczy niedowiarkom. Patrzcie – powiemy – to nasze, przez nas wykonane i to nie jest nasze ostatnie słowo i nikt nie ma prawa się przyczepić, bo to będzie pomnik społeczny, w oparciu o sześć instytucji, który sobie zgnije, do jesieni na świeżym powietrzu.

 

I po co jest ta szafa przed urzędem, przy której dotychczas jakoś nie widać kolejki nowych Jarząbków. I po co miałby być ten wymyślony tym razem przeze mnie słomiany monument – nikt nie wie po co, więc pewnie magistrat myślał, że nikt o to nie zapyta.

dziennik pesymistyczny

Wielka wojna z zimnolubnymi lokatorami

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 4

 

Kiedyś bardzo popularna idea pewnego brodatego filozofa, co to dziś nie jest już tak bardzo popularny zawierała się w słowach: „od każdego według jego siły, każdemu według jego potrzeb” – zrealizowała się ona z pewnymi modyfikacjami dopiero w czasach polskiego kapitalizmu.

 

Na obrzeżach mojego prowincjonalnego miasta jest wielkie osiedle mieszkaniowe. Tam w blokach z wielkiej płyty dawne słowa filozofa stały się ciałem a raczej ciepłem.  Lokatorzy spółdzielczych bloków w tym i moja koleżanka właśnie otrzymują rozliczenia opłat za dostarczane do ich mieszkań ciepło i po raz pierwszy wystawiono im te rachunki na podstawie wskazań uzyskanych z nowych elektronicznych podzielników. I co się okazało? Okazało się, że już nie można we własnym domu oszczędzać na cieple, bo jeśli ma się w domu osiemnaście stopni na termometrze to spółdzielcza administracja osiedla doliczy nam do rachunku domiar żeby wszystkich wyrównać do jednego poziomu.

 

Czyli dokładnie tak, że jeśli prezesom osiedla wydaje się, że ktoś ma siły płacić za ciepło powiedzmy czterysta złotych, to czy będzie oszczędzać chcąc obniżyć koszty do trzystu złotych, to mu się i tak dowali domiar, bo przecież w jego siłach i możliwościach leży zdaniem administracji wyższa opłata za ciepło. Czyli od każdego według jego możliwości. Ale jeśli ktoś pragnie afrykańskich upałów, powiedzmy do czterdziestu stopni to spółdzielcze władze też nie widzą przeciwwskazań. Można grzać do woli i za to zapłacić sporo, jeśli ma się takie potrzeby. Wiadomo, każdemu według jego potrzeb. Choć oczywiście z ograniczeniem, że dotyczy to tylko tych zdecydowanie ciepłolubnych lokatorów. Bo do tych z zimnego chowu odnosi się pierwszy człon myśli filozofa.

 

Tłumaczenie zarządu spółdzielni osiedla, na którym mieszka moja koleżanka jest takie, że nie można dopuścić do sytuacji, w której jakiś lokator siedzi we własnym mieszkaniu w puchowej kurtce oraz czapce uszatce lub grzeje się kosztem sąsiadów zza ściany, którzy nie zakręcili kaloryferów. Ja rozumiem, że technika wielkiej płyty nie pozwala na intymność, ale ta zasada przenikania ciepła przez ściany jest nader rewolucyjna.  Drugim argumentem na temat stosowanych praktyk spółdzielni ma być ochrona mieszkań lokatorów przed degradacją ze strony samych mieszkańców. Podobno zdarzały się wypadki hodowli grzybów na ścianach z powodu zimna. Logika jest tu taka, że wszyscy ci, co nie mogą płacić, bo ich nie stać, i ci, co nie płacą, bo nie kochają po prostu afrykańskiego ciepła muszą płacić po równo, bo taka jest przyjęta przez zarząd spółdzielni mieszkaniowej norma. Tylko patrzeć jak po osiedlu zaczną wędrować zimą patrole z administracji sprawdzające, czy wszyscy mają włączone kaloryfery i zamknięte okna.

 

Do niedawna jedynie wyrażałem współczucie i pocieszałem moją koleżankę, którą za jej oszczędność i zamiłowanie do niskich temperatur pokarał administrator spółdzielczego osiedla wysokim domiarem. Ale wczoraj zamontowano u mnie w domu takie same podzielniki ciepła, więc mam obawy, że i u mnie może być problem, bo ja też jestem z tych, co chcą mieć w domu chłodno, choć nie zimno.

 

Czy moja administracja też wpadnie na pomysł podobny do zarządców osiedla mojej koleżanki i uzna, że stać mnie na większe opłaty niż te, które opłacę za ciepło w ramach oszczędności i z wyboru? Na razie nie wiem, bo u mnie zarząd osiedla stosuje inne zasady z podstawową, że o niczym się nikogo nie informuje, a jeśli lokator chce coś wiedzieć, na przykład o nowych zasadach rozliczeń za ciepło to może zapytać lub najlepiej napisać list z pytaniem i spokojnie czekać na odpowiedź. Napisałem i teraz czekam odpowiedzi mając jednocześnie nadzieję, że otrzymam ją przed pierwszym śniegiem. 

 

 

 

dziennik pesymistyczny

Pracownicy na zakupach w samo południe

Obublikował pavvel dnia Komentarzy: 13

Dziś nie wstałem jak zwykle wczesnym rankiem, lecz pozwoliłem sobie na lenistwo do dziewiątej. Zwlekłem się leniwie z łóżka, niespiesznie dokonałem niezbędnych ablucji, zjadłem śniadanie i zamiast udać się, jak co dzień do pracy wyruszyłem na zakupy. Licząc, że w środę w południe to raczej samotnie i niespiesznie uzupełnię w sklepie to wszystko, czego już w domu nie mam.

 

Pamiętając, jakie gromy spadły na moją głowę, gdy kiedyś napisałem, że ogromnie denerwuje mnie sprzątanie sklepów przez ich personel na trzydzieści minut przed zamknięciem. Tym razem zgodnie z sugestiami niektórych moich Czytelników postanowiłem udać się na zakupy rano i poświęcić na nie cały dzień. Aby nie okazać się jednak zbytnim natrętem zdecydowałem się na wizyty w sklepach nie zaraz po ich otwarciu, lecz tak po jedenastej oraz postanowiłem pozostać na zakupach na tyle długo żeby nie przeszkadzać w ich sprzątaniu, czyli opuścić je w godzinę przed ich zamknięciem.

 

Należy zaznaczyć że dziś miałem dzień wolny od pracy. Mój przełożony okazał się ludzkim Panem i zezwolił mi na jeden dzień przerwy z moich codziennych korporacyjnych obowiązkach. Co prawda coś tam wspominał o tym, że jest sezon i że sprzedaż kuleje, i kuleć będzie jeszcze bardziej, gdy mnie ten jeden dzień nie będzie, ale gdy już miałem użyć argumentów ostatecznych o zaległych trzech tygodniach urlopu… nagle miał przypływ zrozumienia i zgodził się żebym miał ten swój jeden dzień wolności.  

 

Specjalnie na zakupy wybrałem dzień w środku tygodnia naiwnie myśląc, że jak zjawię się w centrum handlowym w środę po jedenastej rano to nie spotkam tam zbyt wielu współobywateli mego prowincjonalnego miasta robiących zakupy. I tu przeżyłem wielkie rozczarowanie. Widocznie nie tylko ja miałem dziś dzień wolny, bo w centrum handlowym było dokładnie tyle samo kupujących, co w sobotę czy niedzielę. No dobrze przesadzam, było ich ciut mniej, ale nie na tyle mniej żeby zrealizowała się moja wizja spokojnej przechadzki w pustawym sklepie oraz braku kolejek do kas.

 

A tu proszę, albo wszyscy wpadli na ten sam pomysł dnia wolnego przeznaczonego na zakupy albo, te rządowe opowieści o tym, że jest w Polsce dwudziesto procentowe bezrobocie to jakiś mit. Bo w porównaniu do soboty, wolnej ustawowo, frekwencja w sklepach nie zmniejszyła się w stosunku do pracującej środy do tych dwudziestu procent, co to legalnie nie w pracy choćby pewnie chcieli.

 

Oczywiście już widzę komentarze o tym, że przecież w tych centrach handlowych to jeszcze i emeryci, i renciści taki tłum stanowią pomieszani z tymi, co na bezrobociu. Ale sądząc po wieku to albo to czterdziestoletni emeryci mundurowi, tak tu w moim mieście obrodzili albo opieka medyczna stoi w naszym kraju na bardzo dobrym poziomie. Na o wiele większym niż to się Pani minister od zdrowia wydaje. Bo jeśli to renciści i emeryci to w przytłaczającej większości jacyś tacy żwawi i w sile wieku, czyli w okresie produktywnym. I zdolni do ciężkiej pracy sądząc po pchanych przez siebie wyładowanych po brzegi wózkach z zakupami.

 

Więc jak u licha oni tak w tych sklepach te zakupy jak ja w tym czasie w pracy? Ja rozumiem, że można się wyrwać na chwilę, bo bułeczkę czy coś innego na ząb jak się akurat przejeżdża obok centrum handlowego i szybko z powrotem do pracy, ale jakoś tak nie widziałem żeby ktoś po tym sklepie biegał gnany obowiązkiem najszybszego powrotu do pracy. Raczej wszystko odbywało się w spokojności i dostojeństwie.

 

Tak, wiem jeszcze matki z dziećmi, co to na urlopach wychowawczych oraz młodzież szkolna, co to po lekcjach, ale oni też raczej byli promilem w tłumie zakupowiczów obserwowanych przeze mnie w środę wczesnym popołudniem. A może to jakaś zmianowość powróciła do łask po latach przerwy i teraz te wszystkie urzędy, zakłady pracy i przedsiębiorstwa nic tylko na trzy zmiany. Ale jak tak rozmawiam ze znajomymi to raczej wszyscy od rana to popołudnia w pracy… więc skąd te tłumy w sklepach w godzinach pracy większości?

 

Na końcu tylko wspomnę, że ja o tych pracujących, co to nie pracy a na zakupach, tak z zacięcia obserwacyjnego a nie z czystej jakiejś złośliwości. Po prostu ja też bym tak chciał spokojnym krokiem przechadzać się w południe, w środku tygodnia po galerii handlowej a nie pracować przy biurku. Ale może ja za dużo pracuję, żeby to mieć czy jakby wołałby zapewne mój przełożony, za mało żeby taki stan osiągnąć. Sam już nie wiem.